Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Defensywna aberracja futbolu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wczorajszy mecz to było kuriozum. Może nie tak, jak niegdysiejszy mecz, który oglądałem w TV pomiędzy Barceloną i Betisem, w którym Blaugrana wygrała 5:1, będąc drużyną zdecydowanie… gorszą. Tutaj nie można powiedzieć, że Cracovia była gorsza, ba – była zdecydowanie lepsza. Efektywniejsza w swych działaniach na boisku, bo przecież gdzie indziej. Ale… niesmak, a wręcz potężny niesmak pozostał.

Zaczęło się od tego, że po powrocie z wyjazdu na Nową Bukową wszystko wyglądało po staremu. Od początku meczu GKS narzuca swoje warunki gry, jest szybki, dynamiczny, agresywny. Stwarza sytuacje, ma wiele stałych fragmentów. W pewnym momencie Bartosz Nowak wykonywał cztery (!) razy z rzędu rzut rożny. Nie przypominam sobie w piłce takiej sytuacji – trzy i owszem się zdarzały, ale cztery?… Ewenement. I tak jak mówił Filip Surma w transmisji – Bartek chciał trafić w ten swój punkt w polu karnym i cały czas próbował. A Michał Trela twierdził, że gol dla GKS wisi w powietrzu.

Każdy, kto ogląda mecze GKS w tym sezonie jednak zna takie scenariusze i nie są one wcale takie… dobre. Zanim jednak przejdziemy do spraw defensywnych to powiedzmy sobie, że to jest trochę mydlenie oczu z tymi sytuacjami bramkowymi. Owszem, katowiczanie oddali kilka strzałów, nawet celnych, golkiper gości dobrze bronił, ale nie łapaliśmy się za głowy po niewykorzystanych stuprocentowych sytuacjach. Z naporu GieKSiarzy mogła paść bramka i w poprzednich meczach u siebie padały. To jest właśnie ta aferka, o której pisałem, gąszcz nóg i ewentualnie pojawia się sytuacja bramkowa. Ale setek tu nie było.

No i poszło po schemacie. Cracovia wyprowadziła jedną z pierwszych (bo drugą) groźną akcję i od razu strzeliła gola. Dokładnie taki sam schemat przerabialiśmy z Widzewem, dokładnie tak samo było z Radomiakiem. Czyli GKS dominuje i atakuje, a rywal – z pewną przesadą – raz sobie wyjdzie z połowy i pyk – brameczka. Na Legii może aż tak nie było, bo gospodarze też mieli swoje sytuacje, ale tam katowiczanie naprawdę świetnie grali w ofensywie od początku meczu. A i tak sami dostali gonga.

Problem jest taki, że jedna taka bramka może się wydarzyć i można wtedy powiedzieć – zdarza się. W 2008 roku na Euro Austria cisnęła Polaków niemiłosiernie, Artur Boruc wyczyniał cuda w bramce w sytuacjach sam na sam, a jednak to nasza reprezentacja zdobyła gola. Takich przykładów w piłce trochę jest. Nie jest to częsta sytuacja, ale co kilkadziesiąt meczów się zdarza. Stracić jednak w takich okolicznościach DWA gole do przerwy – to już jest sprawa iście kuriozalna.

No i oczywiście GKS nie byłby sobą, gdyby tych goli nie tracił w skandaliczny sposób. Już nie mówię nawet o tym odkryciu się skutkującym „lotniskiem” dla przeciwników. To może nie wyglądało tak, jak mecz sprzed niemal dwóch lat, kiedy Tottenham grał w dziewiątkę przeciw Chelsea, trener ustawił linię obrony bardzo wysoko i The Blues wychodzili co chwilę dwoma, trzema zawodnikami sam na sam. Ale mimo wszystko ten mecz mi się jakoś przypomniał.

I tu dochodzimy do sedna. Gra obronna. Niestety w tym sezonie, jak i w końcówce poprzedniego, to jest absolutny dramat i zaprzeczenie ekstraklasowego poziomu. To co wyprawiają nasi obrońcy, ale też cała drużyna w fazie defensywnej, nie mieści się w głowie. To jest taki schemat, że można zastanowić się – po co atakować, wypruwać sobie żyły w ofensywie, skoro rywal zrobi jeden-dwa wypady i strzeli bramki, a w najlepszym wypadku stworzy sobie bardzo groźne sytuacje. Taka trochę jest GieKSa w tym sezonie. Bo normalnie w piłce to jest tak, że przeciwnik atakuje, stwarza lepsze czy gorsze sytuacje, czasem strzeli gola lub nie. W przypadku katowiczan każdy atak w miarę sensownego rywala, to potężne ryzyko utraty bramki. My po prostu bronić nie potrafimy. Nie wiem, czy nigdy nie umieliśmy czy po prostu zapomnieliśmy.

Rok temu czepiałem się tych indywidualnych błędów, które zdarzały się choćby temu wychwalanemu pod niebiosa Oskarowi Repce. Z tym że poza tymi kiksami, nieumiejętnością wybicia piłki, cała obrona spisywała się przyzwoicie. Teraz mamy zarówno indywidualne absurdalne zachowania, jak i całość defensywnej gry zespołu jest po prostu beznadziejna.

Zostawmy kunszt piłkarzy Cracovii i Mateusza Klicha, bo to jest jedna sprawa. Solidna defensywa powinna takim bramkom zapobiec. Przy pierwszym golu Alan Czerwiński dał się minąć jak dziecko, Dawid Kudła wybrał się na grzyby (podobno zaczyna się sezon), ale zanotował pusty przelot i odsłonił całą bramkę. Sam gol samobójczy to już przypadek, ale gdyby Dawid został w bramce, pewnie tego trafienia by nie było. Drugi gol to już kompletna aberracja gry w piłkę. Najpierw obciął się naprawdę dobrze do tej pory grający Milewski, ale równie wielkim problemem było to, że po pierwszym strzale i kapitalnej interwencji Kudły, nasi zawodnicy stanęli jak kołki, tak jakby pogodzili się już z utratą bramki. Zero ruchu – byli jak słupy soli. Uśmiechnięty Henriksson tylko na to czekał i sam pewnie był zszokowany jak bardzo mu rywale nie przeszkadzali. Ludzie – gra się do gwizdka czy przerwy w grze. Przy trafieniu Stojilkovića już po prostu byliśmy typowo słabsi od przeciwnika, który znalazł lukę – ale i tutaj nawet Arek Jędrych dał się w beznadziejny sposób ograć.

Cracovia naprawdę nie miała wielu sytuacji i nie cisnęła w tym meczu ani trochę. Wystarczyło kilka wypadów, gdzie swoją jakością plus skandaliczną grą GKS w defensywie, doprowadzili do tych bramek. A przecież mogło być z tych nielicznych akcji ofensywnych jeszcze więcej – gdy Milewski (powtórzę – od początku meczu grający bardzo dobrze), obciął się w drugiej połowie i Minczew wyszedł sam na sam z Kudłą. Czy w doliczonym czasie gry przed przerwą, gdy rywale wyszli 2 na 1 obrońcę i prawie było 0:3.

Wygląda to źle, bardzo źle. GKS potrafi gole strzelać, co pokazał już kilka razy w tym sezonie. Ale strzela, gdy gra w piłkę – jak z Arką czy Radomiakiem. Bo jak nie gra, to ma zero z przodu – jak z Rakowem, Górnikiem czy Lechią. Co z tego jednak, że strzelimy jakieś bramki, jeśli tak łatwo je tracimy. Nie zawsze będziemy wygrywać 3:2.

W ostatnich 14 meczach GKS nie potrafił zachować czystego konta. W tym czasie stracił 30 (słownie: trzydzieści!) bramek. To ponad dwa gole stracone na mecz. Czyli to oznacza, że średnio w tych czternastu meczach potrzebowaliśmy aż dwóch goli do remisu i aż trzech goli do zwycięstwa. I rzeczywiście – strzelając trzy gole wygrywaliśmy. Jedynym wyjątkiem, w którym dwa trafienia dały wygraną, a ta średnia była zaburzona – to starcie z maja z… Cracovią.

W tych czternastu meczach: pięć razy straciliśmy trzy gole, sześć razy – dwa gole, trzy razy – jednego gola. Czyli w 11 na 14 ostatnich meczów traciliśmy co najmniej dwa gole. W tym sezonie w dziewięciu kolejach trzy razy przegraliśmy 0:3. Jak mawiał klasyk – to się w pale nie mieści.

Oczywiście po raz ósmy z rzędu straciliśmy bramkę w czasie 40+ lub 85+… Naprawdę to już się robi nudne. Już nawet nie chce mi się tego liczyć. W GieKSę wierzę, ale nie wiem czy wierzę w to, że nadejdzie kiedyś mecz, w którym GKS nie straci gola do szatni czy prawie do szatni.

Naprawdę, gdyby GKS był po prostu słaby jak barszcz, to jeszcze bym to przełknął i jakoś się z tym pogodził. Jednak widzę duży potencjał w tej drużynie – choć bardziej w ofensywie. Mamy zawodników, którzy jak złapią wiatr w żagle, to potrafią kreować sytuacje i strzelać bramki. Ale to wszystko traci sens, gdy przeciwnik zdecyduje się wyściubić nos z własnej połowy. I tutaj na pewno jest to kamyk do ogródka trenera i sztabu, bo zamiast być lepiej, to jest coraz gorzej. Fakt, że kontuzja Aleksandra Paluszka pokrzyżowała plany bardzo mocno. Ale nie wzmocniliśmy formacji obronnej w okienku transferowym i naprawdę – nie ma większych możliwości roszad. Alan Czerwiński w tym sezonie gra po prostu bardzo słabo. Arek Jędrych też nie jest wybitną ostoją. Do tego szkoleniowiec podejmuje dziwne decyzje o wystawianiu na środku Grzegorza Rogali, jeszcze dziwniej to argumentując, że zawodnik rozegrał dobry mecz w Gdańsku. Trenerze, proszę…

Zakładając jednak, że Rogala jest rozpatrywany jako środkowy, to nadal mamy z nim i Czerwiński, Jędrychem, Kuuskiem i Klemenzem pięciu do grania. Zestaw niepowalający na kolana absolutnie. A jeszcze serce nam podeszło do gardła – mimo wszystko – gdy kapitan był opatrywany na początku meczu. Przyjdą też drobne urazy czy kartki. Naprawdę źle to wygląda w tej formacji. Więc tak – sama formacja jako taka jest naszym olbrzymim problemem, podobnie jak gra defensywna całego zespołu. Ale to od obrony się wszystko zaczyna i tu nie mamy wiele możliwości manewru.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Z trenerem się często nie zgadzam i krytykuję jego wybory. Szkoleniowiec podkreśla nieraz, że kibic patrzy pod kątem efektu, emocji, bramek, zwycięstw, a trenerzy rozpatrują te kwestie bardziej analitycznie, mają swoje programy, które dają im liczby, kto, jak i ile. I to oczywiście jest prawda. Ja od zawsze wiem (niekoniecznie mówię), że taktyka w piłce mnie po prostu nie interesuje. Każdy w piłce znajduje coś dla siebie – ja jestem dobry w historii, wynikach, fascynuje mnie śledzenie różnych historii drużyn w czasie. I oczywiście emocje, emocje, emocje – to jest numer jeden. Gdyby interesowała mnie taktyka, czyli naprawdę dość zaawansowana wiedza na ten temat, zostałbym domorosłym analitykiem albo trenerem właśnie. Jako kibic jednak wyrażam swoje zdanie na temat końcowego efektu, jaki widzę na boisku. I można wtedy mówić o założeniach czy liczbach, ale co z tego, jak dostajemy potem w trąbę raz, drugi, trzeci 0:3, a w niektórych meczach zawodnicy wyglądają tak, jakby nie wiedzieli, po co wyszli na boisko.

Chcę jednak powiedzieć, że mimo tych „niezgód” z trenerem wszelkie pomysły o jego zwolnieniu w tym momencie to też jest kuriozum – tym razem kibicowskie. Ludzie – puknijcie się w głowę, bo przecież już to przerabialiśmy. Już zwalnialiśmy Góraka w pierwszej lidze, już było „pakuj walizki”, bo wuefista, bo nie może się nauczyć pierwszej ligi, bo trzyma się uparcie swoich schematów, bo piłka go przerasta. Czy mam przypomnieć, że ten człowiek ostatecznie tę pierwszą ligę po prostu przeszedł spektakularnie, jak w grze komputerowej?

Poprzedni sezon – pierwszy sezon w ekstraklasie to było marzenie. GieKSa pod wodzą Rafała Góraka zdobyła niemal pół setki punktów, nie będąc ani przez moment zagrożona spadkiem, zapewniając sobie utrzymanie już w kwietniu. Czy naprawdę dziewięć kolejek wystarcza do tego, żeby znów wchodzić w ten stary schemat? Przypominam, że GKS nadal (stan na sobotę rano) jeszcze nie jest w strefie spadkowej. Że jeszcze nie ma żadnej punktowej tragedii. Uczmy się na błędach.

Poza tym to jest nieludzkie, żeby przy pierwszym małym kryzysie od dwóch lat od razu eliminować człowieka, który cały ten projekt pod tytułem „ekstraklasa” zbudował z totalnych zgliszczy. Trener buduje i dajmy mu z tej trudnej sytuacji wyjść. To naprawdę nie jest ten moment i jeśli ktoś myśli o zwolnieniu, to niczym się nie różni od tych wszystkich prezesów-wariatów, którzy trenerów zmieniają jak rękawiczki.

Jest dramatycznie w obronie i to jest zadanie numer jeden dla trenera. Niech ogarnia – z tym materiałem ludzkim, który ma. Wyjścia innego nie mamy. Pozostaje wierzyć i wspierać ten zespół, nawet jeśli doprowadza do wielkiej irytacji.

Zwycięstwa przyjdą. Tylko zachowajmy spokój. Krytyka – tak. Ostra krytyka- jeszcze bardziej tak. Decyzje pod wpływem emocji – absolutnie nie!

Czekamy na wtorek i trzymamy kciuki za drużynę!

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    Boelk

    20 września 2025 at 17:40

    poczatek tego felietonu naprawde dobry i trafny ale pozniej tos pan panie redaktorze naprawde poplynal …ten chlop nadaje sie do zwoolnienia od co najmniej 4 lat awans byl zarzadzony przez miasto na otwarcie stadionu ,te chlopaki graja sami i awans to najmniejsza zasluga tego buraka a zgranie i checi druzyny plus zielone swiatlo z miasta poprzedni sezon druzyna grala bo trener nie przeszkadzal odszedl Oskar i widac jakie specjalista poczynil wzmocnienia takze blagam nie bron tego patalacha bo to nieudacznik jakich malo a czym dluzej bedziemy czekac z wymiana trenera tym szanse na utrzymanie beda mniejsze a tak jak piszesz i pelna racja ze druzyne stac na poprawne wyniki i utrzymanie sie z tym skladem…a propos widzac po analizie ze koncowka poprzedniego sezonu to juz problemy defensywy i naturalnie bramkarza a my oddajemy solidnego obronce do sasiada zza miedzy….to tez decyzja treneiro a sciagniecie szrotu w postaci rosolka i buksy to pewnie pomysl Jacka Plachty zeby sie posmaic troche w przerwach miedzy tercjami…a jak juz porownania z panem Jackiem to tylko popatrzec co potrafi stworzyc dobry trener…..grajac w kurniku ..cztery lata z rzedu sukcesy radosci i pelna duma z sekcji hokeja…a my sie podniecamy ze burak wprowadza pilkarzy po 21 latach do extraklasy????? to byl plan minimum i obowiazek dzieki za felieton bo zawsze warto rozmawiac i wysluchac zdania

  2. Avatar photo

    Irishman

    22 września 2025 at 03:35

    Mamy w drużynie trzech stoperów, z czego ostatnio grał jeden. Można mieć czasem jakieś tam zastrzeżenia do Kuuska, albo Klemenza ale gorzej jak Czerwiński na prawej stronie by nie zagrali. Poza tym, jeśli mamy całą serię rzutów różnych i nic z tego nie wynika to zastanówmy się dlaczego? Zastanówmy się kto ma o te górne piłki, poza Jędrychem powalczyć? Trzeba uspokoić sytuację, zresetować system, powracając do „ustawień fabrycznych” – Klemenz, Jędrych, Kuusk. Inaczej szarpanie się w ofensywie nic nie da. Teraz, gdy widmo spadku zaczyna nam zaglądać w oczy, to nie czas na eksperymenty.
    Zgadzam się Shellu, że błędem byłoby teraz zwalniane trenera, który przecież w okienku transferowym ułożył pod siebie ten skład. Ale fakt, że kiedyś jego upór przyniósł nam awans, nie jest dziś żadnym argumentem. Bo dziś prowadzi nas to do zagłady. Jak już ma sięgnąć do przeszłości, to sięgam raczej do tego czasu, gdy w spadliśmy na dno I-ligowej tabeli. I wtedy trener, był w stanie się ogarnąć. Odszedł wtedy od tego „radosnego futbolu” i zaczęliśmy się powoli wygrzebywać z tej sytuacji. Teraz będzie trudniej, bo to ekstraklasa, a nie I liga, ale im dłużej będziemy zwekać, tym sytuacja będzie sie stawać coraz bardziej beznadzieja.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Jagi i Cracovii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.

1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.

2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.

3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.

4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.

5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.

6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.

7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.

8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.

9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.

10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.

11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.

12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.

13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.

14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.

15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.

16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.

17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.

18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.

19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.

20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.

21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.

22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.

23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.

24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.

25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.

—-

26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.

27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i  się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.

28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.

29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.

30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.

31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.

32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.

33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.

34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.

35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.

36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.

37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.

38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.

39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.

40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.

41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.

42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.

43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.

44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.

45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.

46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.

47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.

48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.

49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.

50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.

51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.

52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.

53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.

54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.

55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.

56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.

57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.

58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.

59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.

60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.

61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!

62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga