Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Jutro arcyważny mecz!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki zremisowały w Ekstralidze z Lechem/UAM Poznań 1:1 (1:0). W tym tygodniu Panie rozegrają dwa wyjazdowe spotkania – 25 marca 0 15:00 z Rekordem oraz w niedzielę 29 marca o 12:00 z Pogonią Tczew. Piłkarze przegrali dwa wyjazdowe spotkania w Ekstraklasie – we wtorek zaległe z Jagiellonią 1:2 oraz w sobotę z Cracovią 0:1. Prasówki po tych spotkaniach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejny mecz piłkarze rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę 4 kwietnia z Wisłą Płock. Podano dokładne terminy spotkań półfinałowych STS Pucharu Polski. GieKSa zmierzy się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa.

Siatkarze pokonali u siebie CUK Anioły Toruń 3:1. W następnym meczu zmierzą się 28 marca o 17:00 z SMS PZPS w Spale. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu, z przewagą dwóch punktów nad CUK Aniołami Toruń.

W półfinałach THL hokeiści GieKSy z Unią – wygrali kolejno 3:2, przegrali 2:3, 2:4 oraz wczoraj 1:4. W rywalizacji do czterech zwycięstw nasza drużyna przegrywa 2:3. Następne spotkanie zostanie rozegrane 25 marca o 20:15 w Oświęcimiu. Ewentualny siódmy mecz zaplanowany jest na piątek 27 marca o godzinie 18:30.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Remis w Katowicach

GKS Katowice zremisował 1:1 z Lechem UAM Poznań w meczu ekstraligi kobiet. Beniaminek skutecznie postawił się aktualnym mistrzyniom Polski.

Od pierwszych minut spotkania to gospodynie narzuciły swoje warunki gry. Długo utrzymywały się przy piłce i próbowały budować ataki pozycyjne. Lech UAM skupił się jednak na defensywie i skutecznie rozbijał kolejne akcje GieKSy. Przez większą część pierwszej połowy brakowało klarownych sytuacji. Dopiero pod koniec tej części gry gospodynie zdołały przełamać defensywę rywalek. Po akcji Amelii Bińkowskiej piłkę do siatki skierowała Victoria Kaláberová.

Po przerwie obraz meczu uległ zmianie. Lech przeprowadził trzy zmiany i zaczął grać odważniej. Podopieczne Alicji Zając ruszyły do odrabiania strat i zaczął częściej zagrażać bramce GKS-u. Wyrównanie padło po godzinie gry, gdy Oliwia Związek wykorzystała odbitą od słupka piłkę i skierowała ją do siatki z bliskiej odległości. Katowiczanki odpowiedziały zwiększoną aktywnością w ofensywie. Na boisku pojawiła się m.in. Aleksandra Nieciąg, jednak gospodyniom brakowało dokładności w finalizacji akcji. Do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się zdobyć zwycięskiej bramki i spotkanie zakończyło się podziałem punktów.

W najbliższą środę oba zespoły rozegrają zaległe spotkania – Lech ze Stomilankami, zaś GKS z Rekordem.

sportowefakty.wp.pl – Znamy dokładne terminy półfinałów STS Pucharu Polski

Znamy już szczegółowy terminarz półfinałów STS Pucharu Polski. Walka o udział ostatecznej rozgrywce odbędzie się w pierwszej połowie kwietnia.

8 kwietnia Zawisza Bydgoszcz podejmie Górnika Zabrze, natomiast dzień później Raków Częstochowa zmierzy się z GKS Katowice.

Zgodnie z regulaminem, o awansie decyduje jedno spotkanie, zatem w przypadku remisu po 90 minutach, zarządzona zostanie dogrywka, a potem ewentualnie konkurs rzutów karnych.

Pula nagród wynosi 10 mln zł. Połowa tej kwoty trafi na konto zwycięzcy.

Finał STS Pucharu Polski zaplanowano 2 maja na PGE Narodowym w Warszawie.

PÓŁFINAŁY STS PUCHARU POLSKI:

Zawisza Bydgoszcz – Górnik Zabrze / śr. 08.04.2026 godz. 18.00

Raków Częstochowa – GKS Katowice / czw. 09.04.2026 godz. 18.30

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Szalona kolejka na finiszu. Beniaminek jeszcze się utrzyma?

[…] Zmienił się za to lider tabeli – GKS Katowice wskoczył nad CUK Anioły Toruń. Szansę na pozostanie w lidze wciąż ma KS Necko Augustów.

[…] Hitem tej serii zdecydowanie był jednak sobotni pojedynek GKS-u Katowice i CUK Aniołów Toruń. Sąsiadujące ze sobą ekipy rywalizują od dłuższego czasu o fotel lidera. Na dwie kolejki przed końcem Katowiczanie wrócili na tron, a to wszystko za sprawą zwycięstwa 3:1 nad ekipą z Torunia.

Początek meczu układał się pod dyktando gości, którzy bardzo dobrze pracowali blokiem. Szybko zaaklimatyzował się na boisku Luis Paolinetti, który osiągnął skuteczność 71% w ataku. Rywale stawiali twarde warunku, grając bardzo dobrze w przyjęciu, ale w końcówce lepsi byli Torunianie. Była to jednak tylko cisza przed burzą. Katowiczanie cały czas trzymali solidny poziom w defensywie, a do tego dołożyli pracę blokiem, której brakowało im w premierowej odsłonie. Wahania miał Wojciech Włodarczyk, ale odpowiedzialność brali na siebie Damian Hudzik i Michał Superlak. Torunianie pogrążali się błędami serwisowymi. Kolejne trzy partie trafiły już na konto GKS-u – kolejno do 19, 21 i 16, co zapewniło im powrót na fotel lidera.

nowości.com.pl – GKS Katowice kontra CUK Anioły Toruń. Mecz na szczycie o fotel lidera

W 28. kolejce siatkarskiej PLS 1. Ligi doszło do meczu na szczycie. Drugi GKS Katowice podejmował prowadzące w rozgrywkach CUK Anioły Toruń.

Sezon zasadniczy zmierza do końca. Pozostały trzy mecze do rozegrania i będziemy znali rozstawienie w play offach. Torunianie mieli nad GKS punkt przewagi. To zwiastowało wielkie emocje.

Torunianie tylko w pierwszym secie byli stroną dominującą. Skutecznie grał Luis Paolinetti, który zdobył sześć punkt przy 71-procentowek skuteczności. Zanotowali też trzy punktowe bloki, a ich rywale żadnego. Zdobyli też o trzy punkty więcej w kontratakach (6-3).

Niestety, w trzech kolejnych partiach nie byli już tak skuteczni. Nie potrafili zatrzymać ataków rywali, a sami mieli problemy ze zdobywaniem punktów. Aż 12 razy nadziali się na bloki rywali. Efektywność ich ataków to było zaledwie 18 procent! Katowiczanie w tej statystyce byli prawie dwukrotnie lepsi (34 proc.). Zaliczyli o osiem udanych kontr mniej (16-24).

– Ten mecz jeszcze nie decyduje kto zajmie pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, bo wszystko rozstrzygnie się w dwóch ostatnich kolejkach – uważa Marcin Kryś, trener Aniołów.

GKS Katowice – CUK Anioły Toruń 3:1 (22:25, 25:19, 25:21, 25:16)

 

HOKEJ

hokej.net – „Oui, oui!” niosło się po hali. Kanadyjczyk rozstrzygnął drugi mecz półfinału play-off

To był wieczór jednego aktora. GKS Katowice pokonał po dogrywce Unię Oświęcim 3:2 w drugim meczu półfinału play-off, a kibice długo nie chcieli opuszczać „Satelity”, skandując nazwisko swojego bohatera. Jean Dupuy znów pokazał, że faza play-off jest dla niego naturalnym środowiskiem życia.

Pochodzący z prowincji Ontario zawodnik zakończył ten mecz z dubletem. Był graczem, który sprawiał oświęcimskim zawodnikom najwięcej problemów. To on w 14. minucie otworzył wynik spotkania, gdy sprytnie zmienił tor lotu krążka uderzonego przez Zacka Hoffmana. Tuż po przerwie na 2:0 podwyższył Ian McNulty, ale w drugiej odsłonie Katowiczanie stracili swój impet, a Oświęcimianie doprowadzili do wyrównania.

– Myślę, że dobrze zaczęliśmy i wyszliśmy na prowadzenie, ale w drugiej tercji trochę zwolniliśmy tempo. Wiedzieliśmy jednak, że w trzeciej odsłonie musimy wrócić do swojej gry – powiedział Dupuy.

W ostatniej odsłonie nie obejrzeliśmy bramek, choć oba zespoły miały swoje lepsze i gorsze szanse. Sędziowie zarządzili więc dogrywkę, która trwała raptem 51 sekund. Zakończył ją właśnie 31-letni Kanadyjczyk, który w swoim stylu wjechał do tercji rywala, znalazł sobie miejsce i uderzył z nadgarstka. Krążek wpadł do siatki, a katowicka hala eksplodowała.

– To była szybka akcja. „Andy” (Stephen Anderson – przyp. red.) dobrze ich zamknął, ja złapałem trochę prędkości i widząc ustawienie obrońcy, zdecydowałem się na strzał. Na szczęście wpadło – tak katowicki skrzydłowy opisał zwycięskiego gola.

Po tym trafieniu „Satelita” długo skandowała jego nazwisko. „Oui, oui, Jean Dupuy”– niosło się po trybunach, a sam bohater nie krył, jak ważne dla niego oraz całego zespołu jest wsparcie kibiców.

– Mamy najlepszych kibiców w lidze. Te przyśpiewki są niesamowite i bardzo ważne dla całego zespołu. Cieszymy się, że mogliśmy wygrać dla nich u siebie – podkreślił.

GKS Katowice zrobił drugi krok w stronę finału, ale jak zaznacza popularny „Dups”, to dopiero początek, bo rywalizacja na kolejne dwa mecze przenosi się na teren rywala.

– Ogólnie wykonaliśmy dobrą robotę, ale teraz musimy to przenieść na mecz numer trzy – zakończył.

Działo się! Samobójczy gol, oblężenie w końcówce i zwycięstwo Unii

Unia Oświęcim pokonała na własnym lodzie GKS Katowice 3:2 i w półfinałowej rywalizacji przegrywa teraz 1:2. Biało-niebiescy mają jednak o czym myśleć, bo niemalże wypuścili wygraną z rąk.

Oświęcimianie stworzyli sobie więcej dogodnych okazji, ale w kluczowych momentach zabrakło im chłodnych głów i skuteczności. Po czterdziestu minutach prowadzili 3:1, a potem przez pięć minut grali w przewadze. Nie wykorzystali tej szansy i „nie zamknęli meczu” na początku trzeciej tercji.

GieKSa zagrała ambitnie, w kuriozalnych okolicznościach zdobyła kontaktowego gola, a w końcówce była blisko doprowadzenia do dogrywki. Jednak szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy. Nie zmienia to faktu, że oglądaliśmy oba zespoływ zdecydowanie lepszej dyspozycji.

W zespole GieKSy zabrakło Juho Koivusaariego, a jego miejsce w trzecim ataku zajął Maksymilian Dawid. Rolę trzynastego napastnika pełnił Lauri Huhdanpää.

Trener Róbert Kaláber zdecydował się powrócić do ustawień fabrycznych i postawił na ataki, które w sezonie zasadniczym dobrze się ze sobą rozumiały. Z Danielem Olssonem Trkulją i Ołeksanderem Peresunką zagrał Nick Moutrey, a Mika Partanen trafił do formacji z Erikiem Ahopelto i Ville Heikkinenem.

Oba zespoły zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiedziały, że każdy – nawet najmniejszy – błąd może okazać się fatalny w skutkach. Dlatego początek meczu był z obu stron nerwowy, ale trzeba przyznać, że lepsze sytuacje kreowali sobie gospodarze.

Pierwszą groźną okazję w 5. minucie miał Erik Ahopelto, ale nie zdołał pokonać Jespera Eliassona uderzeniem z bliskiej odległości. Później po trójkowej akcji odrobiny szczęścia zabrakło Olssonowi Trkulji, a sytuacji sam na sam z katowickim golkiperem nie wykorzystał Partanen.

Kolejne podejście biało-niebieskich okazało się już skuteczne. Tym razem gumę z linii niebieskiej wrzucił Andreas Söderberg, a Michał Kusak dopadł do odbitego krążka, wymanewrował Eliassona i uderzeniem z bekhendu trafił do siatki.

Katowiczanie próbowali odpowiedzieć, a najgroźniejsze akcje przeprowadzili w 14. i 15. minucie. Najpierw w sytuacji sam na sam z Linusem Lundinem znalazł się Bartosz Fraszko, ale jego uderzenie odbiło się od słupka. Później golkiper Unii dał próbkę dobrego refleksu, stopując kombinacyjną akcję Stephena Andersona i Patryka Wronki.

Po zmianie stron podopieczni Róberta Kalábera również mieli więcej z gry. Najpierw nie wykorzystali gry w przewadze, ale w 30. minucie do siatki trafił Lukash Matthews. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia odważnie wjechał do tercji i przymierzył z nadgarstka, a guma trafiła w samo okienko katowickiej bramki.

Ale goście nie zamierzali się poddawać. W 35. minucie zdobyli kontaktowego gola, wykorzystując moment dekoncentracji oświęcimian. Ian McNulty zagrał zza bramki do nadjeżdżającego Sama Coatty, a ten precyzyjnym uderzeniem ze slotu zaskoczył Linusa Lundina.

Dwie minuty później gospodarze odpowiedzieli i ponownie prowadzili dwiema bramkami. W ramionach swoich kolegów utonął Ołeksandr Peresunko, który wjechał do tercji i uderzeniem w krótki róg zaskoczył Eliassona.

Kilka sekund przed zakończeniem drugiej tercji rozpędzonego Samuela Petráša bezpardonowo zatrzymał Albin Runesson. Sędziowie skorzystali z technologii i nałożyli na szwedzkiego obrońcę karę większą, ale bez kary meczu za niesportowe zachowanie.

Oświęcimianie nie zrobili z użytku z pięciominutowego okresu gry w przewadze, w którym mogli posłać rywali na łopatki. Najbliżej szczęścia był Joe Morrow, bo uderzony przez niego krążek odbił się od słupka.

Biało-niebiescy nie wykorzystali tak dogodnej okazji, więc zgotowali sobie nerwową końcówkę. Tym bardziej, że w 47. minucie GieKSa zdobyła kontaktowego gola. Gumę do własnej bramki skierował Reece Scarlett, który chciał wyczyścić grę nad przedpolu. Gola zapisano na konto Jakuba Hofmana, który jako ostatni po stronie gości dotknął krążek.

Ekipa z zachodniej Małopolski po karze technicznej znów miała okazję zagrać w przewadze, ale kolejny raz nie zdołała zamienić jej na gola.

Na 80 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta postawił wszystko na jedną kartę: wycofał bramkarza i wprowadził do gry dodatkowego napastnika. Choć pod bramką Unii mocno się kotłowało, to wynik nie uległ już zmianie.

Huśtawka nastrojów, kuriozalny gol i wybuch radości. Remis w półfinale!

Unia Oświęcim znów wykorzystała atut własnego lodu. Biało-niebiescy po zaciętym spotkaniu pokonali GKS Katowice 4:2 i w półfinałowej rywalizacji jest remis 2:2.

W starciach Unii z GieKSą wciąż obowiązuje reguła, że mecze wygrywają gospodarze. Do historii przeszło za to inne prawo tej serii mówiące o tym, że zwycięzca strzela o jednego gola więcej.

Podopieczni Róberta Kalábera zasłużyli na dzisiejszy triumf. Grali ofiarnie, wykreowali sobie więcej groźniejszych okazji, a w końcówce wykazali się stalowymi nerwami. Za pierwsze piętnaście minut tego starcia należy im się kilka cierpkich słów, bo zbyt łatwo dali sobie narzucić styl gry rywala. Swoje w bramce zrobił Linus Lundin, który obronił 40 z 42 uderzeń rywali, a w obronie pierwsze skrzypce grał Reece Scarlett. W roli kapitana dobrze odnalazł się Ville Heikkinen, który zdobył gola do pustej bramki i asystował przy trafieniu Miki Partanena.

Oświęcimianie przystąpili do spotkania w niemal niezmienionym składzie. Zabrakło tylko Radosława Galanta, który na rozgrzewce doznał drobnego urazu. Jego miejsce zajął Kacper Prokopiak. Z kolei w zespole GieKSy ponownie nie wystąpił Juho Koivusaari, a w trzeciej formacji zagrał dziś Lauri Huhdanpää.

Jeśli mielibyśmy jednym słowem opisać pierwszą odsłonę, użylibyśmy określenia dziwna. Gospodarze rozpoczęli ją bardzo apatycznie, popełniali proste błędy i mieli spore problemy z kreowaniem swoich akcji.

Goście – przeciwnie. W pierwszych minutach zyskali optyczną przewagę, którą w 6. minucie udokumentował Ian McNulty. Doświadczony Kanadyjczyk skutecznie poprawił uderzenie Jonasza Hofmana, które odbiło się od bandy za bramką i wróciło w pole. Prowadzenie Katowiczan mogło być wyższe, ale odrobiny szczęścia i precyzji zabrakło Albinowi Runessonowi, Jonaszowi Hofmanowi i Bartoszowi Fraszce. Krążek uderzony przez Szweda odbił się od podstawy bramki, jeden z bliźniaków huknął w poprzeczkę, a uderzenie „Frachola” sparował Linus Lundin.

Unia odpowiedziała w końcówce tercji, na dodatek z nawiązką. Najpierw do wyrównania doprowadził Samuel Petráš, który z najbliższej odległości poprawił próbę Romana Ráca, a niespełna minutę później Mika Partanen dał prowadzenie biało-niebieskim. Fiński skrzydłowy wykorzystał dobre dogranie Villego Heikkinena i uderzył z przestrzeni międzybulikowej.

Druga odsłona przyniosła prawdziwy rollercoaster. Początek należał do gospodarzy, a wynik mogli podwyższyć Ołeksandr Peresunko i Erik Ahopelto. Ukrainiec z bulika nieznacznie się pomylił, a uderzenie 29-letniego Fina Eliasson obronił… kaskiem.

Niewykorzystane okazje zemściły się w 30. minucie. Spod linii niebieskiej uderzył Jacob Lundegård, a guma najpierw odbiła się od pleksi, potem otarła się o górną siatkę bramki, aż w końcu na listę strzelców wpisał się Jean Dupuy, który uderzył z powietrza.

Ale zespół dowodzony przez Róberta Kalábera nie czekał długo z odpowiedzią. Już trzy minuty później Scarlett uderzył bez przyjęcia z linii niebieskiej, na bramkarzu GieKSy dobrze popracował Olsson Trkulja, który delikatnie zmienił tor lotu krążka, a Peresunko z najbliższej odległości skierował gumę do siatki. Trener Jacek Płachta poprosił o coach challenge, reklamując sędziom, że w tej sytuacji doszło do przeszkadzania Jesperowi Eliassonowi. Po krótkiej analizie sędzia Bartosz Kaczmarek wskazał na środek tafli.

Taki wynik utrzymał się do końcówki spotkania. Podopieczni Jacka Płachty rozpoczęli trzecią tercję z zamiarem odrobienia strat, ale ich plany popsuł Linus Lundin. 33-letni Szwed bronił jak natchniony, a sposobu na niego nie znaleźli Dupuy i Lundegård. Najefektowniejszą interwencją popisał się w 49. minucie, broniąc uderzenie z bliskiej odległości Patryka Wronki i dobitkę Stephena Andersona!

Swoje szanse mieli też gospodarze. Strzał Romana Ráca zatrzymał się na słupku, a krążek uderzony przez Reece’a Scarletta zatańczył w polu bramkowym i został wybity przez obrońców gości.

Na 146 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry trener Jacek Płachta wycofał bramkarza. Jednak ryzyko się nie opłaciło.Na 83 sekundy przed końcem pieczęć na zwycięstwie postawił Ville Heikkinen. Fiński środkowy umieścił gumę w pustej bramce, a kibice zgromadzeni na trybunach oszaleli ze szczęścia.

Unia wyrównała stan rywalizacji i znów wszystko zaczyna się od początku. Do finału awansuje zespół, który wygra dwa mecze.

Arcyważne zwycięstwo Unii. Finał o krok!

W piątym meczu półfinału play-off Unia Oświęcim pokonała na wyjeździe GKS Katowice 4:1 i potrzebuje już tylko jednego zwycięstwa, aby awansować do finału.

Tuż przed meczem gruchnęła informacja o tym, że w składzie nie znalazł się Jean Dupuy. Kanadyjczyk doznał urazu pleców, a jego miejsce w ataku z Patrykiem Wronką i Stephenem Andersonem zajął Mateusz Bepierszcz. W składzie GieKSy nie znalazł się też fiński napastnik Juho Koivusaari.

W ekipie Unii, podobnie jak w czwartym meczu tej serii, zabrakło kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta, a także Romana Diukowa, który dochodzi do siebie po urazie. Funkcję kapitana przejął więc Ville Heikkinen.

Spotkanie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy grali płynniej, dokładniej i wygrywali więcej pojedynków 1 na 1. Od 125 sekundy rywalizacji prowadzili już 1:0, bo sposób na Linusa Lundina znalazł Sam Coatta. 35-letni Amerykanin zachował się najsprytniej w zamieszaniu podbramkowym i zrobił użytek z dogrania Lauriego Huhdanpy.

W drugiej odsłonie sytuacja zmieniła się. To podopieczni Róberta Kalábera byli konkretniejsi w swoich poczynaniach i w 24. minucie wyrównali. Po sporym kotle pod katowicką bramką guma trafiła do Reece’a Scarletta, a ten huknął z korytarza międzybulikowego pod poprzeczkę.

Biało-niebiescy próbowali pójść za ciosem. Dobre okazje mieli Łukasz Krzemień, Jakub Kubeš i Joe Morrow, ale Jesper Eliasson pewnie obronił uderzenia pierwszego i drugiego, a po strzale Morrowa guma zatańczyła w polu bramkowym.

Później dwie szanse miał Mateusz Michalski. Najpierw pomknął lewym skrzydłem, zjechał do środka, ale nie zdołał zmieścić gumy między parkanami Linusa Lundina. Potem nie udało mu się przekierować krążka do odsłoniętej części bramki.

Jeszcze przed przerwą na prowadzenie wyszli goście. Mika Partanen wrzucił gumę na bramkę, a pechową interwencją popisał się Eliasson, który nabił Zacka Hoffmana i guma znalazła się w siatce.

W ostatniej części gry Oświęcimianie starali się przede wszystkim nie popełnić błędu i wybijać z rytmu Katowiczan. Czekali też na kontrę, po której mogliby zdobyć trzeciego gola i na dobrą sprawę przesądzić o losach spotkania.Ten moment nastąpił w 58. minucie. Ołeksandr Peresunko dograł do Nicka Moutreya, a ten wypuścił w bój Daniela Olssona Trkulję. Doświadczony Szwed nie kombinował, pociągnął z nadgarstka i guma trafiła w samo okienko.

Trener Jacek Płachta próbował ratować sytuację. Na 151 sekund przed końcem postawił wszystko na jedną kartę i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, alenie przyniósł on zamierzonego efektu. Na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry pieczęć na zwycięstwie postawił Erik Ahopelto, który umieścił gumę w pustej bramce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga