Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

GKS Katowice w blasku mistrzowskiego złota!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Zakończono rozgrywki w Polskiej Hokej Lidze – mistrzem Polski w hokej na lodzie po 52 latach została GieKSa. W meczach o złoty medal nasi hokeiści pokonali Re-Plast Unię Oświęcim 4:0, w poszczególnych meczach 4:2, 1:0, 5:3, 4:1.

Rozgrywki Ekstraligi Kobiet wrócą na boiska w Wielką Sobotę 16 kwietnia. Nasza kobieca drużyna rozegra spotkanie w Szczecinie z Olimpią. Mecz rozpocznie się o godzinie 11:00. Piłkarze fatalnie zakończyli ubiegły tydzień, przegraną z Odrą Opole 1:3. Ponadto w środę zespół uległ Widzewowi 0:2. Prasówkę po meczach z Odrą i Widzewem można przeczytać TUTAJ i TUTAJ. Następny mecz męska drużyna rozegra na wyjeździe w przyszły wtorek (19 kwietnia o 20:30) ze Stomilem Olsztyn.

Siatkarze poznali przeciwnika w ćwierćfinale PlusLigi – będzie nim finalista siatkarskiej Ligi Mistrzów drużyna Grupa Azoty ZAKSy Kędzierzyn-Koźle. Do półfinału awansuje drużyna która wygra dwa mecze. Pierwszy z meczy zostanie rozegrany jutro (13 kwietnia o godzinie 20:30) w Kędzierzynie.

 

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.com – PZPN zamyka Bukową!

Takiej zadymy, jak podczas meczu z Widzewem, nie było w Katowicach już dawno. GieKSa zagra z Odrą Opole i Skrą Częstochowa przy pustych trybunach.
Stadion zamknięty na dwa najbliższe spotkania, półroczny zakaz wyjazdowy dla kibiców, do tego grzywna 10 tys. zł. Taką karę Komisja Dyscyplinarna PZPN wymierzyła GieKSie za wydarzenia ze środowego wieczoru.

 

Na kolanach w błocie
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice.
1:2 z Górnikiem Polkowice, 0:2 z Widzewem, 1:3 z Odrą Opole… Co tu powiedzieć po trzech z rzędu domowych porażkach?
Rafał GÓRAK: – Towarzyszy mi burza myśli. Wiele z nich jest trudnych, wynikających z frustracji tym, co się wydarzyło. 3 mecze u siebie, 3 przegrane – to będzie nam ciążyło, a kwestia mentalna jest dla zespołu bardzo istotna. W walce o utrzymanie uczestniczą drużyny o trudniejszej sytuacji w tabeli, ale ich morale jest wyższe. Nasze upadło na kolana, do błota. Sztuką będzie w jakiś sposób o tym zapomnieć, bardzo ciężko trenując, pracując przygotowywać się do następnych spotkań. Walka o utrzymanie rozgorzała na całego i musimy zdać sobie z tego sprawę. W tej walce bardzo pomogliśmy rywalom, tracąc w tak banalny sposób bramki.

Historia trochę zatacza koło. Jesienią po porażce 2:4 w Opolu doszło do poważnych decyzji, zmiany sposobu gry, ustawienia. Minęła runda – a zagraliście z Odrą chyba najsłabszy mecz w sezonie. Znów można spodziewać się wstrząsu?
Rafał GÓRAK: – Nie chcę tego oceniać na gorąco i mówić jednoznacznie, co teraz, jakie elementy wprowadzimy. To nie takie proste. Trzeba rzetelnie do tego podejść, przeanalizować sytuację, wyciągnąć wnioski. Nie jest tak, że ta drużyna sobie nie radzi, nie potrafi w tej lidze funkcjonować. Wydaje mi się, że z każdym rywalem potrafimy nawiązać równorzędną walkę, często wygrać. Niestety, piłka ma również to do siebie, że sprawiedliwości jest bardzo mało. Cóż z tego, że w niedzielę nasze posiadanie piłki było w okolicach 65-70 procent, skoro solą są bramki, wykorzystywane sytuacje, a my przecież mieliśmy swoje nawet przy stanie 0:0. Wynik jednak obnaża, torpeduje, ale nie mówmy, że to było najsłabsze spotkanie w tym sezonie. Liczmy się z faktami, o nich rozmawiajmy. Z drużyną będziemy realizować plan naprawczy względem tego, co stało się przed naszą bramką. Spójrzmy na tracone gole w tych trzech meczach – dochodziło do sytuacji kuriozalnych, a takie wykluczać ciężko. Niekiedy nie ma na to sposobu.

Z Polkowicami był kiks Zbigniewa Wojciechowskiego. Z Widzewem – dwa indywidualne błędy Huberta Sadowskiego. Z Odrą – dwa gole stracone wskutek tego, że zawodnicy zderzali się ze sobą zamiast wybić piłkę po stałych fragmentach gry. Da się to racjonalnie wytłumaczyć?
Rafał GÓRAK: – Musimy o tym rozmawiać w szatni. To indywidualne sprawy, bardzo trudne, niekiedy wynikające z poddenerwowania zawodników. Ta liga weryfikuje bardzo mocno, ma po prostu bardzo wysoki poziom. Wydarzyły się takie historie, wskutek których nie mamy po 3 meczach ani jednego punktu. To sprawiedliwe. Bo jeśli popełniasz takie błędy, rywal je wykorzystuje – to c’est la vie!

[…] Wasza przewaga nad strefą spadkową w pewnym momencie wydawała się bezpieczna, ale stopniała do 5 punktów. Tyle dzieli was od Stomilu, z którym tuż po świętach zmierzycie się na wyjeździe. To rozczarowanie, że doprowadziliście do takiej sytuacji?
Rafał GÓRAK: – Jako trener chyba nie mam prawa być rozczarowany. Nie jestem żadną primadonną, która będzie dąsać się, mówić, że jeden czy drugi popełniają błędy i pytać, co to za materiał. To nie jestem ja. Rozczarowany to byłem w szkole, gdy się nauczyłem, a dostałem z klasówki jedynkę. Ja po prostu jestem zły, czuję maksymalne wkurzenie. Siedzi we mnie ogromna chęć udowodnienia tego, że my tacy słabi nie jesteśmy! Znam swój zespół. Wkurza mnie, że w tych trzech meczach tak daliśmy ciała, skoro dla sportu w Katowicach to akurat jest tak fajny czas.

Grając przy pustych trybunach odbywaliście w niedzielę część kary za zadymę z Widzewem. Może dobrze, że takiej porażki, jak z Odrą, nie widzieli z wysokości trybun kibice?
Rafał GÓRAK: – Pandemia nam pokazała, że czasem bez publiczności grać trzeba. Kibice mieliby prawo być wkurzeni. Nie po to przychodzisz na mecz, by klaskać przy stanie 0:3. Trochę złości by było, ale jestem pewien, że pomogliby nam też w trudnym momencie.

Dbacie o amplitudę nastrojów u kibiców, którzy w piątek świętowali hokejowe mistrzostwo Polski.
Rafał GÓRAK: – Dlatego powiedziałem, ze to fajny czas dla sportu w Katowicach. Hokeiści zrobili coś wspaniałego, gratulujemy im, trzymaliśmy na trybunach kciuki. Rozwalili ten finał tak, jak należy, w męski sposób. Mamy od kogo brać przykład. Mam nadzieję, że moi zawodnicy również powiedzą sobie w szatni trochę dosadnych słów. Wiem, że mam tam wielu fajnych, wartościowych chłopaków. Pociągniemy to, staniemy na nogi.

Czy kontuzjowani zawodnicy zdążą wrócić na bardzo ważny mecz w Olsztynie?
Rafał GÓRAK: – Po to jest szeroka kadra, byśmy mogli ich zastąpić. Mam nadzieję, że wróci Grzesiek Rogala. To problem mięśniowy, po tygodniowym okresie leczenia trzeba go zdiagnozować, ale trochę czasu jeszcze jest. Oskar Repka w ostatnich dniach borykał się znowu z dolegliwością pleców, jak w okresie przygotowawczym. Musieliśmy mu dać odpocząć. Zobaczymy, w jakim będzie stanie w tym tygodniu.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Grzegorz Słaby: Jesteśmy z tego dumni

– Będziemy po prostu czerpać radość z okazji do walki o najwyższe cele w PlusLidze, a gdzie nas to zaprowadzi, zobaczymy – powiedział trener Grzegorz Słaby w rozmowie z mediami klubowymi podsumowującej rundę zasadniczą PlusLigi w wykonaniu siatkarskiej GieKSy, która po raz pierwszy awansowała do fazy play-off tych rozgrywek.

Jakie emocje dominują po takiej rundzie? Radość, ulga, zmęczenie, satysfakcja?
– Raczej nie ulga, bo ona by nam towarzyszyła, gdybyśmy w ostatniej kolejce uniknęli ostatniego miejsca w lidze. Teraz czujemy przede wszystkim radość z faktu, że udało nam się wspólnym wysiłkiem – prezesa, dyrektora, sztabu, zawodników i pracowników Klubu – zbudować zespół, który był w stanie skutecznie powalczyć o play-off w prawdopodobnie najsilniejszej PlusLidze od lat. Jest to pierwszy awans do play-offów w historii GKS-u Katowice, dlatego tym bardziej jesteśmy z tego dumni.

Po meczu w Suwałkach nie wiedzieliśmy, jak będą wyglądały nasze dalsze losy w lidze, natomiast tego samego dnia okazało się, że w meczu Projektu Warszawa z PSG Stalą Nysa padł wynik, który okazał się dla nas korzystny.
– Tak, i chciałbym w tym momencie podziękować serdecznie zespołowi z Nysy i trenerowi Danielowi Plińskiemu. Stali były potrzebne trzy punkty, żeby zachować szansę na uniknięcie barażu; stracili ją, gdy Projekt doprowadził do tie-breaka, ale walczyli do samego końca o zwycięstwo, zaprezentowali sportową postawę i za to należą się nysanom brawa.

Nie każdy zespół w tym sezonie był w stanie podnieść się po zawirowaniach zdrowotnych i kadrowych, tym większy powinien być podziw dla całej drużyny siatkarskiej GieKSy…

– Dwa pierwsze mecze sezonu i pięć punktów w spotkaniach z Treflem i Asseco Resovią pokazały, że jesteśmy nieźle przygotowani do ligi. Potem złożyło się wiele rzeczy, które przeszkadzały nam w uwolnieniu potencjału, ale wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie prezentować wysoką jakość i jeżeli tylko będziemy w stanie normalnie trenować i powoli wychodzić na prostą, będziemy zbierać ważne punkty.
Aczkolwiek byłbym hurra optymistą, gdyby powiedział, że byłem pewien tak dużej zdobyczy punktowej w drugiej połowie sezonu. Nie ugraliśmy punktów jedynie z ZAKSĄ, PGE Skrą i Asseco Resovią, a w Rzeszowie zabrakło jednej wygranej piłki do tie-breaka. Dokonaliśmy wielkiego wyczynu, a kluczem do tego były relacje między zawodnikami, o których powtarzam niezmiennie od początku sezonu. Do jakości sportowej prezentowanej przez naszych siatkarzy dołożyliśmy jedność w drużynie, a to pozwoliło pokazać w pełni nasze możliwości.

polsatsport.pl – PlusLiga: Znamy pary ćwierćfinałowe! Projekt za burtą

Poznaliśmy komplet ćwierćfinalistów PlusLigi w sezonie 2021/2022. Po zwycięstwie Trefla Gdańsk 3:2 nad Grupą Azoty ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle miejsce w czołowej ósemce stracił Projekt Warszawa.
[…] Poniedziałkowy wynik ustalił więc ostateczny skład par, które zmierzą się w pierwszej rundzie fazy play-off. ZAKSA podejmie GKS Katowice, a Jastrzębski Węgiel zmierzy się z Treflem Gdańsk. Dwie pary znane były wcześniej. W jednej z nich PGE Skra Bełchatów, która zajęła trzecie miejsce, zmierzy się z szóstym Indykpolem AZS Olsztyn. Drugą tworzą Aluron CMC Warta Zawiercie (4) i Asseco Resovia Rzeszów (5).
Pary ćwierćfinałowe PlusLigi:
Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle (1) – GKS Katowice (8)
Jastrzębski Węgiel (2) – Trefl Gdańsk (7)
PGE Skra Bełchatów (3) – Indykpol AZS Olsztyn (6)
Aluron CMC Warta Zawiercie (4) – Asseco Resovia Rzeszów (5)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Każdy ma swojego „kata”!

„Złote” trafienie kapitana zadecydowało o drugiej wygranej GKS-u!
Patryk Krężołek w ćwierćfinale play-off był „katem” Zagłębia Sosnowiec; z Tychami w tę rolę wcielił się Patryk Wronka. Natomiast Grzegorz Pasiut, kapitan GKS-u, jest nieuchwytny dla hokeistów z Oświęcimia. Zdobył już 3 gole w dwumeczu, w tym dzisiaj „złotego” na wagę niezwykle cennej wygranej.
Oba zespoły doskonale zdawały sobie sprawę z wagi tego spotkania. Jednak gospodarze nie zamierzali kalkulować i od pierwszego gwizdka ruszyli do ataku. Zdominowali wydarzenia na lodzie i cały czas szukali szansy, by krążek umieścić krążek w siatce. Goście byli skupieni na swojej strefie obronnej, ale od czasu do czasu ruszali do przodu. To jednak gospodarze mogli cieszyć z prowadzenia, bo Patryk Krężołek (2 min), Patryk Wronka (10) oraz Mateusz Michalski (15) mieli wyśmienite, ale nie potrafili skierować krążka do siatki. Szczęście było po stronie Clarke’a Saundersa. Gospodarze grali agresywnym pressingiem i stąd też goście nie mogli się skonstruować składnej akcji. Ich gra sprowadzała się do szukania jednego podania, które otworzyłoby napastnikowi drogę do katowickiej bramki. Szybka gra i, co najważniejsze, czysta z jednej i drugiej strony mogła się podobać. Lepsze wrażenie „artystyczne” pozostawili gospodarze, ale wynik bezbramkowy nie mógł zadowolić kibiców zgromadzonych w „Satelicie”.
Pewnie po rozmowach w szatni goście stwierdzili, że już nie można kalkulować, lecz inicjatywę przejąć we własne ręce. Stąd też zaczęli niezwykle ochoczo i Daniił Orechin (23) i Andrej Themar (26) mieli okazję odczarować bramkę Johna Murraya. Waga spotkania sprawiła, że akcje były szarpane. W 28 min do boksu kar powędrował Peter Bezuszka i to był świetny moment dla gospodarzy. Na lodzie pojawił się „eksportowy” atak i bramka „wisiała” w powietrzu. Gol był, oczywiście, dziełem Grzegorza Pasiuta, który niezwykle popisał się i Saunders był bez szans. Na dodatek Kanadyjczyk był nieco zasłonięty. Niemniej uderzenie kapitana „GieKSy” było najwyższej jakości. W 31 min na środku lodu doszło do starcia Teddy’ego Da Costy i Joony Monto. Potem włączył do tego Jakub Wanacki. Wszyscy powędrowali do boksu kar, ale napastnik gości otrzymał podwójną karę mniejszą za ostrość. W 35 min kibice z grozy zamarzli, ponieważ na linii niebieskiej w starciu padł na lód Pasiut. Sędzia przerwał spotkanie, ale na szczęście napastnik gospodarzy po interwencji fizjoterapeuty o własnych siłach opuścił taflę.
A w ostatniej była szaleńcza walka i goście wszystko postawili na jedną kartą. Sporo przebywali w tercji gospodarzy, ale niewiele z tego wynikało. Strzały były blokowano lub mijały bramkę Murraya. W 54 min do boksu kar powędrował Smal i było gorąco pod bramką GKS-u. Jednak gospodarze umiejętnie się bronili i oddali niebezpieczeństwo od własnej strefy. Gospodarze przetrzymali trudny okres i sami również starali się powiększyć konto bramkowe. W 58:44 min trener Tom Coolen wycofał bramkarza, ale ten manewr nie przyniósł zmiany wyniku. Gospodarze starali się bronić i chyba specjalnie nie byli zainteresowani atakiem. To była dobra, solidna praca w wykonaniu GKS-u i teraz mają wszystkie atuty w swoich rękach. Teraz rywalizacja przenosi się na dwumecz w czwartek i piątek do Oświęcimia.
– To był zupełnie inny mecz niż pierwszy- powiedział trener GKS-u, Jacek Płachta. – Dwie tercje w naszym wykonaniu były dobre, z kolei w ostatniej ostro ruszyli. Jednak potrafiliśmy się umiejętnie bronić. Ta rywalizacja jeszcze się nie zakończyła się i należy się spodziewać kolejnych emocji w kolejnym dwumeczu.

 

hokej.net – GieKSa o krok od złota! Świetny występ Erikssona

Hokeiści GKS-u Katowice pokonali w Oświęcimiu Re-Plast Unię Oświęcim 5:3 i do wywalczenia złotych medali potrzebują już tylko jednego zwycięstwa. Po pierwszy od 52 lat tytuł mistrzowski mogą sięgnąć już jutro!
[…] Oświęcimianie przystąpili do spotkania bez Teddy’ego Da Costy, który był jednym z liderów formacji ofensywnej w tym sezonie. „Tadek” w drugim meczu finału play-off doznał kontuzji nogi i w tym sezonie raczej go nie zobaczymy.
Biało-niebiescy zaczęli odważniej niż w dwóch poprzednich meczach. Grali aktywniej z przodu, ale efekt zmiany taktyki był połowiczny. Na pewno mecz był bardziej otwarty, ale gospodarzom przytrafiały się proste błędy.
Wynik spotkania w 6. minucie otworzył Andrej Themár, popisując się znakomitym uderzeniem w okienko. Chwilę później znakomitą okazję miał Aleksandr Strielcow, ale tym razem John Murray nie dał się pokonać.
Goście odpowiedzieli z nawiązką i na pierwszą odsłonę zeszli w lepszych humorach. Wyrównał Maciej Kruczek, który uderzył z bulika, a prowadzenie dał GieKSie Miro-Pekka Saarelainen. Fiński skrzydłowy, podczas gry swojego zespołu w przewadze, uderzył z bulika i zmusił Saundersa do kapitulacji.
Podopieczni Jacka Płachty w drugiej odsłonie prezentowali się korzystniej. Szybciej odbudowali ustawienie, lepiej wyprowadzali krążek i kreowali sobie więcej okazji. Słowem – ich hokej był po prostu dojrzalszy i osadzony na trwalszych podstawach.
To odbiło się również na wyniku. W 28. minucie na 3:1 podwyższył Grzegorz Pasiut, popisując się precyzyjnym uderzeniem w długi róg. Warto jednak zaznaczyć, że ten gol został poprzedzony poważnym błędem przy zmianie. Czy był to kluczowy moment tego meczu? Z pewnością nie, bo pięć minut później Daniił Oriechin wykorzystał dogranie Victora Rollina Carlssona i przechytrzył Johna Murraya
Przed przerwą katowiczanie wykorzystali bierność defensywy gospodarzy i podwyższyli prowadzenie na 4:2. Precyzyjnym uderzeniem z bekhendu popisał się Joona Monto. Guma zanim wpadła do siatki, odbiła się jeszcze od poprzeczki. Sędziowie sprawdzili zapis wideo, a później pewnym gestem wskazali na środek tafli.
W trzeciej odsłonie Unia rzuciła wszystkie siły do ataku. W 44. minucie Daniił Oriechin zdobył kontaktowego gola i wlał nadzieję w serca swojego zespołu.
W końcówce oświęcimianie mocno przycisnęli. Przed katowicką bramką mocno się kotłowało, ale ani Daniił Oriechin, ani Wasilij Strielcow nie zdołali doprowadzić do wyrównania. Na niespełna półtorej minut przed końcem regulaminowego czasu gry trener Tom Coolen zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on zamierzonego efektu, bo przyczynił się do straty piątego gola. Gumę w pustej bramce umieścił Anthon Eriksson, który do trzech asyst dołożył gola.

 

sportdziennik.com – GKS Katowice w blasku mistrzowskiego złota!
Gdy hokeiści GKS-u Katowice przed 52 laty zdobywali zloty medal, wówczas Jacek Płachta, obecny trener, miał niespełna rok, a i kibice tak samo długo czekali na tę chwilę.
Katowicka ekipa wygrała sezon zasadniczy, w półfinale rozegrała niesłychaną batalię z GKS-em Tychy, wygraną dopiero w 7. meczu, ale finale z Re-Plastem Unią Oświęcim, jak się okazało, było znacznie łatwiej. GKS na początku września wystartuje w Lidze Mistrzów i to będzie frajda dla sympatyków hokeja.

Obie ekipy doskonale zdawały sobie z wagi meczu i stąd tuż po pierwszym gwizdku obserwowaliśmy szybkie, dynamiczne akcje. Solidniejsze wrażenie sprawiali goście, którzy akcje mieli przemyślane i groźne. Sprawiali wrażenie bardziej zregenerowanych, bo poruszali szybciej i znacznie częściej gościli pod bramką gospodarzy.

Gdy Nikołaj Stasienko w 3:07 powędrował na ławę kar, nastały trudne czasy dla Clarke’a Saundersa. Goście, pozornie nie śpiesząc się, starannie rozgrywali krążek, ale w odpowiednim momencie akcje nabierały przyśpieszenia. Gdy Stasienko opuszczał boks kar, Carl Hudson zdecydował na uderzenie z niebieskiej linii. Kanadyjski golkiper próbował interweniować, ale „guma” przemknęła pod łokciem i wpadła do siatki. To trafienie wprowadziło w szeregi gospodarzy jeszcze więcej nerwowości i nie mogli przeprowadzić skutecznej akcji. Katowiczanie bez większego trudu rozbijali ataki i sami wcale nie rezygnowali z podwyższenia wyniku.

Hudson, obrońca z podwójnym obywatelstwem kanadyjsko-włoskim, znów dał o sobie znać. Otrzymał krążek do Matiasa Lehtonena i znów uderzył z dalszej odległości. Krążek tym razem przeleciał między parkanami golkipera. Wszyscy zgromadzeni w katowickim boksie mocno odetchnęli, bo to przecież była wymierna zaliczka na kolejne odsłony.

Przy tak wyrównanych drużynach nawet 2-bramkowa przewaga nic nie znaczy, bo znów rozpoczęła się twarda walka. Jedni i drudzy zupełnie nie odpuszczali. Jednak agresywniejsi w tej odsłonie byli gospodarze. Nie mieli nic do stracenia i w rezultacie i John Murray był kilka razy w poważnych opałach. Okazję do zmiany rezultatu miał Patryk Krężołek i zdecydował się na uderzenie, choć dobrze byli ustawieni Mateusz Bepierszcz oraz Hudson.

W 29 min Andrej Themar chciał sprawdzić umiejętności Murraya, ale po jego niezwykle silnym uderzeniu krążek minimalnie minął bramkę. W końcu wysiłki Unii zostały uwieńczone golem. Daniił Apalkow uderzał z lewej strony przy linii niebieskiej. Aleksander Strielcow stał przy słupku i z łatwością skierował krążek do siatki. To była iskierka nadziei na wyrównanie, ale do końca tej odsłony nic się nie zmieniło.
Niezwykle byliśmy ciekawi ostatniej tercji, bo przecież goście chcieli utrzymać przewagę lub ewentualnie ją powiększyć. Gospodarze rzucili się do ataku, ale ich poczynania nie były zbyt przemyślane. Goście umiejętnie wybijali ich z rytmu i sami szukali okazji na szybką i skuteczną akcję. GieKSiarze skarcili rywala. Na początku 47 min Jonna Monto podał do Anthona Erikssona i ten pewnie skierował krążek do siatki.
Szwed pewnie na długo zapamięta dwie wizyty w Oświęcimiu. Zdobył 2 gole oraz zaliczył 2 asysty. Czas płynął, ale gospodarze wcale nie zamierzali rezygnować z odrobieniem strat. Katowiczanie starali się przeprowadzać krótkie zmiany, by jak najefektywniej wykorzystać ten czas. Było dużo walki w strefach neutralnych lodowiska, ale gościom było to na rękę. W 55 min karę meczu otrzymał Aleksander Strielcow, bowiem bezpardonowo zaatakował bez krążka Lehtonena. To była oznaka niemocy gospodarzy i ostatnie minuty nie należały do najładniejszych.
GKS po 4 meczach sięgnął po złoto i to jest niespodzianka. Spodziewaliśmy się bardziej wyrównanej serii. Jednak hokeiści z Katowic w przekroju całej rywalizacji byli zespołem lepszym i w pełni zasłużenie sięgnęli po 7. tytuł mistrzowski w historii klubu.

 

Bywają piękne chwile…

GKS Katowice wystąpi w eliminacjach Ligi Mistrzów – to dodatkowy bonus za zdobycie miana najlepszej drużyny kraju.
Najpierw, jeszcze na tafli, łyk szampana, a potem chóralne śpiewy w szatni w oczekiwaniu na trenera, który był oblegany przez dziennikarzy i fotoreporterów. Tylko Carl Hudson wyłamał się z tego towarzystwa, dumnie chodził po korytarzu w górniczej czapce z czerwonym pióropuszem, perorował przez telefon, mocno gestykulując. Zawodnik ten w ostatnim, decydującym meczu o mistrzostwo Polski zdobył 2 gole i został MVP GKS-u Katowice. 36-letni Kanadyjczyk już wcześniej zapowiedział koniec kariery, a zdobycie korony mistrzowskiej to doskonały na to moment. Radość w katowickiej ekipie jest trudna do opisania – na tytuł mistrzowski czekano przez 52 lata!
Marcin Kolusz dołączył do drużyny w styczniu, gdy jego klub macierzysty, Podhale Nowy Targ, stracił szansę na grę w play offie. Nie chciał kończyć sezonu w połowie lutego, stąd też za namową działaczy GKS-u przeniósł się do Katowic. Z adaptacją nie miał żadnych problemów, bo przecież z większością zawodników miał okazję grać. Kolusz, hokeista uniwersalny, początkowo występował jako środkowy napastnik, ale w play offie trafił do obrony.
– Mam nadzieję, że zbytnio nie odstawałem od moich kolegów – mówił z uśmiechem „Kolos”, bo taki nosi przydomek. – W play offie niczego się nie oszuka, wówczas widać, jak drużyna jest przygotowana. Na finiszu sezonu czuliśmy się niezwykle mocni nie tylko na lodzie, ale również poza nim. W szatni była chemia, braterstwo, przez cały czas trzymaliśmy się razem. Oczywiście, mieliśmy trudne chwile, i to na własne życzenie, podczas półfinałowej rywalizacji z GKS-em Tychy.
Zresztą hokeistom tego klubu chciałbym podziękować za przygotowanie nas do finałowej rywalizacji. Gdy wygraliśmy trudną serię 4-3, adrenalina nam skoczyła i wiedzieliśmy, że tej szansy na tytuł już nie zmarnujemy. GKS był najsolidniejszą firmą w tym sezonie i co do tego nikt nie miał żadnych wątpliwości.
Fachowcy byli zdania, że gra GKS-u opiera się na pierwszym ataku: Patryk Wronka – Grzegorz Pasiut – Bartosz Fraszko. Tę ocenę trzeba jednak nieco zmienić, patrząc na dokonania poszczególnych formacji w play offie.
– Jestem czwarty sezon w GKS-ie, więc pamiętam, jak te play offy się dla nas kończyły – mówi Grzegorz Pasiut, kapitan i lider zespołu. – Chyba od początku sezonu mieliśmy zakodowane w podświadomości to mistrzostwo. Zespół składał się zarówno z doświadczonych, jak i młodych zawodników i trzeba było sobie radzić z presją. Owszem, grałem sporo minut, ale od pewnego momentu stałem się dojrzalszym zawodnikiem, dbającym o dietę oraz regenerację; dlatego nie czuję się zmęczony. Chciałbym zwrócić uwagę na dokonania pozostałych formacji. Każda dodała od siebie wiele i bez nich nie byłoby tego sukcesu.
Zespół był odpowiednio zbilansowany, choć zaczynaliśmy w innych piątkach (poza pierwszą – przyp. red.). Sezon był wyczerpujący pod względem psychicznym, bo przecież czuliśmy tę odpowiedzialność. Kiedy jeśli nie teraz? – dało się słyszeć w kuluarach. Trener trzymał nas w ryzach, ciągle był niezadowolony z naszej postawy i wytykał błędy. Uśmiech na jego twarzy pojawił się z chwilą końcowej syreny po czwartym meczu, dającym nam mistrzostwo. Trenerowi trudno było dogodzić (śmiech), ale taka jest jego rola.
Trener Jacek Płachta to „GieKSiarz” z krwi i kości. W tym klubie zaczynał swoją bogatą karierę sportową, a teraz doprowadził go do 7. mistrzostwa Polski.
– Chłopaki wykonali fantastyczną pracę przez cały sezon – podkreśla szkoleniowiec. – Zostaliśmy zespołem nr 1 w sezonie zasadniczym, ale to była tylko część zadania. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, jakie możemy spotkać trudności w play offie. I oczywiście one były, ale zdołaliśmy je pokonać. Z każdym meczem wzmacnialiśmy się mentalnie, a kiedy jechaliśmy na ostatni mecz do Oświęcimia, widziałem, jak zawodnicy są nastawieni. Na ich twarzach malowała się determinacja, więc nie odzywałem się ani słowem. To niezwykle charakterne chłopaki. Chcieliśmy kibicom, działaczom i sobie sprawić prezent, bo wszyscy na to zasłużyliśmy.
Sztab szkoleniowy i – wedle naszych informacji – trzon zespołu pozostanie na następny sezon niezmieniony. Może tylko zmieni się część składu obcokrajowców. Trzeba pamiętać, że tę drużynę czekają spore wyzwania – nie tylko będzie bronić tytułu, ale również wystąpi w eliminacjach Ligi Mistrzów. – No ale teraz pozwól się nacieszyć sukcesem i jeszcze trochę poświętować – powiedział na pożegnanie trener Płachta.
Droga do złota
Sezon zasadniczy
1. GKS Katowice 40 83 142:85 26/2 11/1
Play off
Ćwierćfinały: GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec 6:1, 2:3 5:3, 4:3D, 9:1, seria 4-1.
Półfinały: GKS Katowice – GKS Tychy 2:0, 2:3D, 2:6, 6:2, 2:1, 2:3K, 3:2D, seria 4-3
Finał: GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 4:2, 1:0, 5:3, 4:1, seria 4-0.
Sukcesy GKS-u
Mistrzostwo Polski (7): 1958, 1960, 1962, 1965, 1968, 1970, 2022;
Wicemistrzostwo (10): 1956, 1957, 1959, 1961, 1967, 1969, 2001, 2002, 2003, 2018
Brązowy medal (10): 1955, 1963, 1966, 1975, 1994, 1995, 1997, 1998, 2019, 2020
Puchar Polski (1): 1970
Brąz Pucharu Kontynentalnego (1): 2019

Mistrzowie Polski
Bramkarze: John Murray, Maciej Miarka;
Obrońcy: Carl Hudson, Maciej Kruczek, Dawid Musioł, Mateusz Rompkowski, Kalle Valtola, Oskar Krawczyk, Patryk Wajda, Jakub Wanacki;
Napastnicy: Mateusz Bepierszcz, Piotr Ciepielewski, Anthon Eriksson, Bartosz Fraszko, Marcin Kolusz, Patryk Krężołek, David Lebek, Matias Lehtonen, Mateusz Michalski, Joona Monto, Szymon Mularczyk, Grzegorz Pasiut, Jakub Prokurat, Miro-Pekka Saarelainen, Igor Smal, Filip Wielkiewicz, Patryk Wronka.
Trenerzy: Jacek Płachta, Ireneusz Jarosz i Arkadiusz Sobecki (odpowiedzialny za szkolenie bramkarzy)
Dyrektor sekcji: Roch Bogłowski.
Kierownik drużyny: Kamil Berggruen.
Fizjoterapeuta: Maciej Kleinert.

 

sport.interia.pl – GKS Katowice hokejowym mistrzem Polski. Czekali na to 52 lata!

Zaledwie cztery mecze w finale play-off wystarczyły do rozstrzygnięcia kto został mistrzem Polski w hokeju. GKS Katowice za każdym razem wygrał z Unią Oświęcim, zarówno u siebie, jak i na wyjeździe. W efekcie tytuł wraca do Katowic po 52 latach przerwy!
Ostatnie mistrzostwo GKS Katowice zdobył w 1970 roku, tamten tytuł pamiętają już nieliczni fani katowickiej drużyny. Teraz mają satysfakcję; zespół trenera Jacka Płachty rzeczywiście w tym sezonie był najlepszy. Tytuł zdobył zasłużenie i znakomitym stylu!
Po trzech meczach GKS Katowice prowadził 3-0, ale przed czwartym spotkaniem oświęcimscy kibice nie zwątpili we własną drużynę. Przyszło ich – jeśli to w ogóle możliwe – chyba jeszcze więcej niż wcześniej. Wychodzili rozczarowani – i tym razem nie udało się ograć katowiczan.

 

sport.tvp.pl – GKS Katowice mistrzem Polski w hokeju na lodzie

Mamy nowego mistrza Polski w hokeju na lodzie. GKS Katowice po raz czwarty w serii okazał się lepszy od Unii Oświęcim. Na tafli rywala pokonał go 4:1 i domknął serię wynikiem 4:0.
Po znakomitym sezonie zasadniczym, w którym katowiczanie wygrali 26 spotkań, przystępowali do play-offów w roli faworytów. Zgodnie z przewidywaniami wygrali w ćwierćfinale 4:1 z Zagłębiem Sosnowiec. W półfinale pokonali natomiast po zaciętej serii 4:3 GKS Tychy.
W finale czekała już na nich Unia Oświęcim. Zespół Toma Coolena zajął drugie miejsce w tabeli i po pokonaniu torunian oraz jastrzębian zameldował się w meczu o złoto.
Nie nawiązał w nim jednak walki ze stawianymi w roli faworytów katowiczanami. Ci wygrali najpierw dwa mecze na własnym lodowisku. W kolejnych dwóch okazali się lepsi na wyjeździe. W piątek przypieczętowali zwycięstwo pokonując Unię 4:1.
[…] Zwycięstwo dało GKS-owi siódme w historii, a pierwsze od 52 lat mistrzostwo Polski.

 

hokej.net – Dlaczego wygrała GieKSa? Pięć faktów po finale play-off

GKS Katowice po 52 latach wrócił na hokejowy tron. Podopieczni Jacka Płachty w finałowej rywalizacji pokonali Re-Plast Unię Oświęcim już w czterech meczach, będąc zespołem zdecydowanie lepszym. Postanowiliśmy przeanalizować elementy, w których biało-niebiescy okazali się słabsi.
TAKTYKA
– Katowiczanie imponowali porządkiem na tafli. Byli dobrze zorganizowani nie tylko pod własną bramką, ale również w tercji neutralnej. To właśnie tam spowalniali albo całkowicie przerywali akcje rywali.
Nie da się ukryć, że sztab szkoleniowy GieKSy lepiej zdiagnozował słabe punkty rywali. Dzięki takim detalom pokonanie Unii było znacznie łatwiejsze.
Sztab szkoleniowy Unii kurczowo trzymał się swoich założeń. Z ich strony brakowało sprawnej reakcji czy mówiąc kolokwialnie – odstawienia od gry zawodników, którzy danego dnia nie prezentowali się najlepiej.
Nie wspominamy już o tym, że pierwszy atak GKS-u Patryk Wronka – Grzegorz Pasiut – Bartosz Fraszko wciąż rządził i dzielił, a swoje dołożyła też formacja złożona z Anthona Erikssona, Matiasa Lehtonena i Igora Smala.
DEFENSYWA
– Różnica w tym elemencie na korzyść katowiczan była wskazywana przez wielu ekspertów już przed rozpoczęciem finałowej rywalizacji. Zresztą nie bez powodu GieKSa straciła w sezonie zasadniczym najmniej bramek. To był monolit.
Z kolei oświęcimianie w destrukcji popełniali proste błędy. Na dodatek przytrafiały się one tak doświadczonym zawodnikom jak choćby Nikołaj Stasienko, który w ekstralidze białoruskiej, KHL był odpowiedzialny przede wszystkim za utrzymanie spokoju we własnej tercji. Taką samą rolę pełnił też w reprezentacji Białorusi, w której grał nawet na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver.
Wielu dziwiło też to, że trener Tom Coolen tak uporczywie trzyma się gry na sześciu obrońców, podczas gdy bracia Patryk i Miłosz Noworytowie oglądali spotkania z perspektywy trybun lub boksu. A są to zawodnicy, którzy wsadzą głowę tam, gdzie inny gracz boi się włożyć kij. Ofiarna gra jest wpisana w ich hokejowe DNA.
Blokowanie strzałów własnym ciałem to poświęcenie, jakie w fazie play-off jest niezbędne. Ba, pozwala napędzić zespół do jeszcze większego wysiłku i zaangażowania.
DYNAMIKA
– W nowoczesnym hokeju niezwykle ważna jest dynamika. Pierwsze trzy-cztery kroki pozwalają zdobyć przewagę nad rywalem. Wyprowadzić szybką kontrę albo zneutralizować zagrożenie.
Przewagę w tym elemencie również mieli katowiczanie, którzy sprawniej i żwawiej poruszali się po lodzie. Potrafili „odjechać” oświęcimianom, a gdy ci decydowali się na kontry, szybko je przerywali. Dość powiedzieć, że liczba kontrataków wyprowadzanych przez Unię była znikoma. A to też o czymś świadczy.
Gdzie można szukać przyczyn takiego stanu rzeczy? Hokejowi eksperci, którzy często obserwowali treningi Unii, wielokrotnie podkreślali, że biało-niebiescy trenują zbyt krótko, a za dużo odpoczywają. Uważali, że urlopy w trakcie sezonu i treningi o sygnaturze „optional” nie wróżą nic dobrego przed fazą play-off i mogą sprawić, że „pary” w końcu zabraknie.
Oświęcimskiemu zespołowi z pewnością nie pomogła też styczniowa przerwa spowodowana faktem, iż kilkunastu zawodników musiało udać się na kwarantannę. To też miało wpływ na to, że aspekty dynamiczno-kondycyjne poszły w dół i trzeba było je odbudować. A czasu było niewiele.
AGRESYWNA GRA
– Teddy Da Costa po drugim meczu finału play-off zwrócił uwagę na fakt, że jego zespół nie prezentuje agresywnego hokeja. I trudno było się z nim nie zgodzić. Unia podczas gry forecheckingiem unikała twardych ataków ciałem. W każdym razie było ich za mało, jak na starcia o najwyższą stawkę.
Unia nie prowokowała też katowickich liderów, jak robili to tyszanie z Filipem Starzyńskim na czele. A przecież faza play-off to także wojna psychologiczna.
HOKEJOWE „STAŁE FRAGMENTY GRY”
– Pokaż mi swoje przewagi i osłabienia, a ja ci powiem jaki masz zespół. Parafraza słynnego piłkarskiego powiedzenia idealnie ukazuje też różnicę pomiędzy katowiczanami a oświęcimianami. W tych elementach podopieczni Jacka Płachty byli po prostu lepsi. W finale play-off rozgrywali przewagi ze skutecznością wynoszącą 40 procent, a ich procent wybronionych osłabień wyniósł 85,7 procent.
Dość powiedzieć, że gole zdobywane w przewadze były niezwykle ważne. Dodajmy, że gol Grzegorza Pasiuta z drugiego meczu zapewnił zwycięstwo, bo cały mecz skończył się piłkarskim wynikiem 1:0. Trafienie Miro-Pekki Saarelainena pozwoliło GieKSie wyjść na prowadzenie przed zakończeniem pierwszej tercji w meczu numer trzy, a gol Carla Hudsona otworzył czwarty mecz finału.
Jak łatwo policzyć oświęcimianie w tych dwóch statystykach wypadli blado. Przewagi w ich wykonaniu miały skuteczność oscylującą w granicach 14,3 procent, a osłabienia zaledwie 60-procentową.

 

Bramkarz sezonu – John Murray

Podstawą każdej drużyny hokejowej jest solidny bramkarz. Z tym powiedzeniem trudno się nie zgodzić, dlatego tytuł najlepszego golkipera tego sezonu musi powędrować w ręce Johna Murraya. Był on jednym z architektów złotego medalu, po jaki sięgnęli w piątek hokeiści GKS-u Katowice.
„Jasiek Murarz” po czterech sezonach spędzonych w ekipie GKS-u Tychy musiał poszukać sobie nowego miejsca. Był to efekt decyzji sztabu szkoleniowego oraz pewnego zbiegu okoliczności, który wydarzył się podczas fazy play-off i po którym doświadczony golkiper stracił miejsce w bramce na rzecz Ondřeja Raszki. To spotkało się z niezadowoleniem części kibiców i odbiło się też na wynikach osiąganych przez drużynę z „Piwnego Miasta”.
[…] Przeprowadzka do Katowic była dla Johna Murraya okazją do udowodnienia swojej wartości. Do pokazania wszystkim niedowiarkom, że zbyt szybko postawiono na jego karierze krzyżyk.
Katowiccy działacze strzelili w dziesiątkę, bo w drużynie z alei Korfantego „Jasiek Murarz” znalazł swoją bezpieczną przystań. Od początku sezonu bronił niezwykle solidnie i nie popełniał większych błędów, choć lubił wyjeżdżać z bramki, grać kijem – często na granicy ryzyka.
W sezonie zasadniczym wystąpił w 38 spotkaniach, w których interweniował ze skutecznością oscylującą w granicach 92,7 procent i wpuszczał średnio 2,08 bramki na mecz. Trzykrotnie kończył mecz z czystym kontem.
W fazie play-off jeszcze mocniej wyśrubował statystyki. W 15 starciach wpuszczał średnio 1,97 gola na mecz, a na jego koncie widniały też dwa shutouty i uwaga – 93,5 procentowa skuteczność interwencji.
– Myślę ,że wybór Murraya jako najlepszego bramkarza jest trafny. „Jasiek” zabronił w tym sezonie w największej liczbie meczów i zejście w sezonie poniżej 90 straconych bramek bardzo dobrze świadczy o bramkarzu, a także o jego dobrej współpracy z linią defensywy – wyjaśnił Mariusz Kieca, były golkiper polskich klubów i reprezentacji naszego kraju, a obecnie ceniony ekspert.
– John przez cały sezon utrzymywał równą formę z małym jej załamaniem na przełomie grudnia i stycznia. Jednak po kilku słabszych meczach i odpoczynku wrócił na decydującą część sezonu w bardzo dobrym stylu. John nie jest super technicznym bramkarzem, jeżeli chodzi o styl butterfly, jednak bardzo dobra jazda na łyżwach, dobra gra kijem, umiejętność czytania gry, współpraca z linią defensywną oraz znakomity refleks pozwalają zaliczyć go do najlepszych bramkarzy na polskich taflach – ocenił Kieca.
I dodał: – Ciekawostką niech będzie fakt, iż Tychy zrezygnowały z dobrego bramkarza, a potem wyrzuciły trenera bramkarzy, który go podobno nie chciał. Koniec końców wspomniany szkoleniowiec (Arkadiusz Sobecki – przyp. red.) współpracował z Murrayem, przykładając cegiełkę do jego bardzo dobrej formy w tym sezonie. A myślałem, że po 40 latach przy hokeju już nic mnie nie zaskoczy.
Świetne występy Murraya z pewnością zaowocują nową umową, co zagwarantuje katowickiemu klubowi spokój w tyłach. Już teraz jesteśmy ciekawi, jak 34-letni golkiper zaprezentuje się w rozgrywkach Hokejowej Ligi Mistrzów, na tle wyżej notowanych zespołów.
Nim to jednak nastąpi pochodzący z Pensylwanii golkiper musi się szybko zregenerować, bo w sezonie był mocno eksploatowany. A przed nim jeszcze przecież Mistrzostwa Świata Dywizji IB, które zostaną rozegrane w Tychach, czyli na obiekcie, który zna jak własną kieszeń.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga