Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice zamknął rozdział w glorii
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Zagłębie Lubin. GiekSa wygrała 1:0 (0:0).
gazetawroclawska.pl – Zagłębie nie popsuło piłkarskiego święta w Katowicach
KGHM Zagłębie Lubin przegrało z GKS-em Katowice 0:1. Było to ostatnie spotkanie o stawkę na legendarnym obiekcie przy ul. Bukowej w Katowicach.
Zagłębie Lubin pojechało do Katowic w poszukiwaniu drugiego ligowego zwycięstwa w 2025 roku. Lubinianom mocno zajrzało w oczy widmo spadku, dlatego nie chcąc wylądować w strefie spadkowej bez oglądania się na rywali, w Katowicach musieli wygrać.
Trener Marcin Włodarski, pod którym stołek staje się coraz gorętszy, po porażce z Piastem Gliwice dokonał tylko dwóch zmian, w tym jednej wymuszonej. Pauzującego za kartki Damiana Dąbrowskiego zastąpił Adam Radwański, a za plecami ustawionego najwyżej Tomasza Pieńki operował Szwed Ludvig Fritzson. Na ławce rezerwowych wylądował Marek Mróz.
GKS Katowice jest w zupełnie innym położeniu. Podopieczni Rafała Góraka plasują się w środkowej strefie boiska i nie muszą nerwowo oglądać się na siebie. Presja jednak była, ponieważ niedzielny mecz był oficjalnym pożegnaniem legendarnego stadionu przy ul. Bukowej w Katowicach.
Wybudowany w latach 50′ obiekt okres świetności już dawno ma za sobą. Niewiele zmieniało się tam od ostatniej gruntownej renowacji, jaka miała miejsce jeszcze w latach 80′. Dla wielu kibiców starszej daty ten obiekt to żywy pomnik futbolu z okresu PRL-u. W 1994 roku GKS podejmował tam francuskie Girondins Bordeaux w el. Pucharu UEFA, przez co przy Bukowej zagrali tacy piłkarze jak Bixente Lizarazu, Zinédine Zidane czy Christophe Dugarry.
Ci sami, którzy cztery lata później sięgnęli po tytuł mistrzów świata z reprezentacją Francji. Choć Bordeaux wyeliminowało wówczas GKS, to akurat w Katowicach Francuzi przegrali 0:1, do czego nawiązywała oprawa kibiców „GieKSy” w niedzielnym spotkaniu z Zagłębiem. „Ej Zizou, pamiętasz, jak przegrałeś na Bukowej?” – czytamy na jednym z transparentów. Poniżej widniał napis „Schodziło stąd przegranych kilku przyszłych mistrzów świata”.
Na pożegnaniu Bukowej obecni byli także byli piłkarze i trenerzy zasłużeni dla GKS-u Katowice, w tym m.in. były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka.
Atmosfera była podniosła, ale sam mecz niestety – mówiąc kolokwialnie – nie dowiózł. Pierwsza połowa, choć pod względem tempa i intensywności stała na niezłym poziomie, jednym i drugim nie można było odmówić zaangażowania, to brakowało okazji. Żadna ze stron nie stworzyła sobie ani jednej 100 proc. szansy na gola.
– Nie będziemy strzelać goli, jeśli nie będziemy kreować większej liczby sytuacji. Musimy się w tym zakresie poprawić – mówił w przerwie wypożyczony z Lecha Poznań do „GieKSy” napastnik Filip Szymczak.
Świadomość problemu była i to po obu stronach, ale rozwiązania nie znaleziono. Drugie 45 min było bliźniaczo podobne i poza stałymi fragmentami gry nie było większych szans na gole. W dalszym ciągu jednak bramkarze Dawid Kudła i Dominik Hładun nie mieli okazji do wykazania się. Do 78. min w statystykach widniał… jeden celny strzał. W dodatku niezbyt groźny.
Dopiero wtedy wprowadzony z ławki napastnik – Sebastian Bergier – wykorzystał ostre dośrodkowanie Adriana Błąda z prawej strony i wprawił kibiców w szał radości. Wychowanek Śląska Wrocław wskakując przed Aleksa Ławniczaka, sprytnie wygrał walkę o pozycję i strzelił swojego 7. gola w tym sezonie.
Zagłębie nie mając czego bronić, rzuciło się do odrabiania strat. Włodarski chciał rozruszać ofensywę, wpuszczając na boisko ofensywnego Marcela Regułę za defensywniej usposobionego Jakuba Kolana, ale na niewiele się to zdało. Najlepsze okazje do wyrównania Zagłębie miało przy strzałach głową Ławniczaka po rzutach rożnych, ale brakowało mu odrobiny precyzji i trzy punkty zostały w Katowicach.
Gospodarze mają prawo cieszyć się, że pożegnali swój stadion zwycięstwem. W kolejnym domowym spotkaniu podejmą zaprzyjaźniony Górnik Zabrze na nowoczesnym obiekcie przy ul. Upadowej, mogącym pomieścić niespełna 15 tys. widzów.
goal.pl – GKS Katowice zamknął rozdział w glorii, Zagłębie ma problem
GKS Katowice w meczu 24. kolejki PKO BP Ekstraklasy przerwał serię bez zwycięstwa, pokonując Zagłębie Lubin (1:0). GieKSa ma już na swoim koncie dziewięć zwycięstw w sezonie.
[…] Tymczasem pierwsza połowa niedzielnej rywalizacji upłynęła pod znakiem hasła: “Im strzelać nie kazano”. Na przerwę GKS i Zagłębie udały się, nie mając na swoim koncie nawet jednego celnego strzału, co obrazowało dobitnie postawę obu ekip. Faktem jest jednak, że większą ochotę do gry w ataku wykazywali goście, mający osiem prób z uderzeniami. Celowniki były jednak bardzo źle nastawione. Gospodarze natomiast przeważali pod względem utrzymania przy piłce, ale nic to nie dawało.
Po zmianie stron scenariusz gry zbytnio nie uległ zmianie. Strzałów było jak na lekarstwo. W końcu nadszedł ostatni kwadrans meczu. Na normalne wydawało się pytanie ze strony szalikowców gości w kierunku gospodarzy: “Coście tak cicho”, reakcja była wybitna. Bramkę w 78. minucie zdobył Sebastian Bergier, wykorzystując podanie od Adriana Błąda. Napastnik katowiczan wszedł na boisko w 60. minucie w miejsce Filipa Szymczaka i szybko udowodnił, że należy mu się gra w wyjściowej jedenastce. Wypożyczony z Lecha Poznań gracz jest natomiast już od 168 dni bez trafienia.
weszlo.com – Pożegnanie Bukowej: na trybunach święto, na boisku stypa
„Schodziło stąd przegranych kilku przyszłych mistrzów świata”, głosił transparent wywieszony na sybolicznym pożegnaniu stadionu przy Bukowej. Do tego zacnego grona dołącza trochę mniej zacna grupa piłkarzy Zagłębia Lubin, którzy też idą po swoje mistrzostwo świata – w nijakości, przezroczystości, apatyczności, marnowaniu potencjału. Zespół z Lubina zagrał na swoim stałym poziomie, a GKS się do niego, niestety, dopasował.
Na trybunach odbyło się prawdziwe święto – nie mogło być inaczej, skoro to ostatni mecz GKS-u na legendarnym obiekcie przy Bukowej. Obejrzeliśmy oprawę z Materazzim i Zidanem (dla młodszych czytelników: w latach dziewięćdziesiątych katowiczanie wyrzucali z Pucharu UEFA jego Bordeaux), kilka pokazów pirotechnicznych, czarno-żółto-zielone balony wypuszczone w niebo, flagi z Janem Furtokiem, Adama Nawałkę uświetniającego wydarzenie na trybunach… I jeszcze napis: „Spośród tylu pięknych wspomnień, tych z Bukowej nie zapomnę”.
To na pewno nie o dzisiejszym meczu. O nim akurat wszyscy bardzo szybko zapomnimy.
„Ni ma co godoć”, powiedziałby o tym starciu Marcin Malinowski. GKS i Zagłębie chciały, ale nie wiedziały, jak zagadać. Do zmiany stron obie drużyny wyglądały w zasadzie identycznie: wyprowadzały akcje nieśmiało, konwencjonalnie, przewidywalnie. Pierwszą połowę zakończyły bez ANI JEDNEGO celnego strzału.
Mogliśmy doszukiwać się pozytywów na siłę: a to gościom czasem udał się pressing na połowie rywala, a to u gospodarzy kilka przebłysków zaliczył Galan, lecz oczywiście bez jakichkolwiek konkretów. Więcej prób miało po swojej stronie Zagłębie, ale jakie to próby: niecelne główki Fritzona i Pieńki, jakiś wizjonerski strzał Szmyta z ostrego kąta…
W drugiej połowie było minimalnie lepiej, ale to nie znaczy, że dobrze – po prostu po zimnej zupie dostaliśmy niedogotowanego kotleta. O wyniku zadecydowało to, że kucharze z Katowic bardziej się starali. Przede wszystkim wyszła im jedna, kluczowa akcja w meczu: Czerwiński przyspieszył prostopadłym podaniem, Błąd wystawił do pustaka, gdzie formalności dopełnił Bergier, pokazując w ten sposób trenerowi Górakowi, że pomylił się sadzając na ławce najlepszego polskiego napastnika w Ekstraklasie.
I to tyle, jeśli chodzi o wydarzenia boiskowe.
GKS zatem usprawiedliwiamy – grał źle, ale wygrał, zostawił na boisku więcej serca, ogarnął się w kluczowym momencie. Za to dla Zagłębia powoli przestajemy widzieć ratunek.
miedziowe.pl – Strefa spadkowa coraz bliżej
Czwartą porażkę z rzędu odnieśli piłkarze KGHM Zagłębia Lubin. W niedzielnym spotkaniu ulegli w Katowicach miejscowemu GKS-owi 0:1. Miedziowi nie oddali ani jednego celnego strzału na bramkę gospodarzy.
[…] Dla obu zespołów dzisiejszy mecz był ważny, bo lubinianie potrzebują punktów, a GKS chciał w dobrym stylu pożegnać się z „Blaszokiem”, na którym rozgrywał ostatni mecz w historii.
Pierwsze 45 minut gry nie przysporzyło emocji. Bramkarze obu ekip nie mieli pola do popisu, bo nie padł ani jeden celny strzał. Sytuacja na boisku nie zmieniła się w drugiej połowie. Nadal przy piłce częściej byli gospodarze, ale Zagłębie stwarzało więcej sytuacji w polu karnym rywala. Dopiero w 59′ pierwszy celny strzał w meczu oddał piłkarz GKS-u. Jego uderzenie nie sprawiło problemów Hładunowi. Dwadzieścia minut później bramkarz Zagłębia musiał wyciągać piłkę z siatki. Wychowanek Miedziowych Adrian Błąd dośrodkował w pole karne do Bergiera i ten wyprowadził drużynę z Katowic na prowadzenie.
wkatowicach.eu – Zwycięskie pożegnanie z Bukową. GKS Katowice-Zagłębie Lubin 1:0
Nastał historyczny dzień. 9 marca (niedziela) na Stadionie Miejskim w Katowicach przy ulicy Bukowej odbył się ostatni mecz męskiej drużyny GKS-u Katowice w tym miejscu. GieKSa walczyła z Zagłębiem Lubin. Panowały wielkie emocje. GKS wygrał starcie z wynikiem 1:0.
[…] 9 marca to ważny dzień w historii GKS-u Katowice i jego kibiców. Nadszedł czas pożegnania ze starym stadionem przy ulicy Bukowej. Przynajmniej dla męskiego zespołu GieKSy. Mecz 24. kolejki PKO BP Ekstraklasy GKS Katowice rozgrywał z Zagłębiem Lubin.
9 marca to także wyjątkowa data. Tego dnia w 1962 roku urodził się Jan Furtok. Legenda GKS-u, która zmarła w listopadzie ubiegłego roku. Od tego meczu klub chce stworzyć nową tradycję. Po przedstawieniu przez spikera meczowej jedenastki GieKSy, spiker zawsze dodatkowo wyczyta imię najlepszego piłkarza w dziejach klubu, a kibice wykrzykną jego nazwisko.
Bramkę dla GieKSy w 78. minucie meczu strzelił Sebastian Bergier. Rywale nie wbili nam gola do końca rozgrywki. Mecz zakończył się więc zwycięstwem 1:0 dla GKS-u Katowice.
Z okazji ostatniego meczu na Bukowej przygotowano wiele atrakcji. Przy wejściu na stadion można było zobaczyć banery przypominające wielkie chwile obiektu przy Bukowej. Na wszystkich czekały pamiątkowe bilety z tego spotkania. Specjalnie uruchomiono także historyczny zegar stadionowy. Przy Trybunie Głównej ustawiony został specjalny namiot, w którym można było zobaczyć wystawę koszulek i szalików. We wspomnianym namiocie można było spotkać legendy GieKSy – Piotra Piekarczyka i Janusza Jojko. Na stadionie gościł również Adam Nawałka.
Gościem specjalnym wydarzenia był raper Burdel, który wstąpił przed meczem i w jego przerwie. Zagrał swój nowy utwór oddający hołd stadionowi przy Bukowej – Wiem, gdzie mój dom.
Dla najmłodszych przygotowano strefę z dmuchańcem, bramką celnościową oraz piłkarskim dartem. Pojawiły się też stoły do subsoccera. Swoje atrakcje z nagrodami przygotowali również partnerzy i sponsorzy meczu. W trakcie imprezy można było także zdobyć koszulki wystrzeliwane ze specjalnych wyrzutni. Na kibiców czekała także strefa gastro.
Pierwszy mecz na nowym Stadionie Miejskim przy ulicy Nowa Bukowa zostanie rozegrany 30 marca (niedziela). Będzie to spotkanie z Górnikiem Zabrze. Przy ulicy Bukowej nadal rozgrywać mecze będzie żeński skład GieKSy. Piłkarki podejmą tutaj Pogoń Szczecin już 22 marca o godz. 19:30.
katowice.naszemiasto.pl – Piłkarze GKS Katowice rozegrali ostatni swój mecz na legendarnym stadionie! Wygrali z Zagłębiem Lubin, a fani przygotowali efektowną oprawę
To była niezwykła niedziela na Bukowej. Piłkarze GKS Katowice rozegrali ostatni swój mecz na tym legendarnym stadionie i wygrali go – z Zagłębiem Lubin – 1:0. Kolejny, z Górnikiem Zabrze, ma się odbyć już na nowej arenie.
Mecz z Zagłębiem Lubin przyciągnął na Bukową blisko 7.000 kibiców Powód był oczywisty – niedzielne spotkanie było ostatnim (przynajmniej zgodnie z zapowiedziami władz miasta), jakie piłkarze GKS Katowice rozegrali na stadionie przy Bukowej.
Fani przygotowali okolicznościowe oprawy, pojawiło się wiele dawnych gwiazd klubu, a nawet dawno nie widziany były trener GieKSy i reprezentacji Polski Adam Nawałka.
– Po raz ostatni byłem tu jeszcze jako szkoleniowiec Górnika. GKS, właśnie Górnik, i Wisła Kraków to trzy kluby, które zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Z takiej okazji musiałem się pojawić na Bukowej, którą zawsze darzyłem dużym sentymentem. No i uważam, że to wyjątkowy stadion pod względem komfortu oglądania meczów – mówił były selekcjoner.
W pierwszej połowie oglądanie nie było jednak zbytnio absorbujące. Piłkarze nie oddali żadnego celnego strzału, szukając słabych stron rywali. Największe wrażenie wywarła sytuacja, w której Ludvig Fritzson przeleciał przez bandę reklamową, wylądował stojąc na rękach, a próbujący go ratować Alan Czerwiński w ostatniej chwili złapał zawodnika Zagłębia za spodenki.
Po zmianie stron były już zdecydowanie ciekawiej, a tempo gry wyraźnie wzrosło. W 60 minucie trybuny mocno zareagowały, gdy po rzucie rożnym Arkadiusz Jędrych oddał strzał, z którym duże problemy miał Dominik Hładun, ale żaden z katowiczan nie zdążył z dobitką. Kibice pełni szczęścia doczekali się w 78 minucie. Adrian Błąd mocno zacentrował w pole karne, a wbiegający między dwoma obrońcami Sebastian Bergier z 3 metrów wpakował piłkę do siatki!
Jak się okazało był to rozstrzygający moment spotkania, które kończyło się pod wysokim napięciem, a na murawie omal nie doszło do bójki. Efektem zajść były żółte kartki.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


3kolory
10 marca 2025 at 18:59
Nie wiem czy to Witek czy gazetawrocławska.pl popełniło błąd pisząc …choć Bordeaux wyeliminowało wówczas GKS …ja pierdole
Inter Cardiff potem Aris Saloniki potem Bordeaux dostały baty 💪