Dołącz do nas

Felietony

Prawie idealnie, ale „tylko” dobrze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wczorajszy dzień był pełen emocji i stresu. Gdybym właśnie jeszcze w niedzielę pisał ten felieton, wydźwięk byłby zapewne inny, bardziej nacechowany emocjami. Mijające godziny mają jednak to do siebie, że układ nerwowy się uspokaja, myśli stają się trzeźwiejsze, a poprzedni tydzień po prostu się zakończył i jesteśmy już w kolejnym – w tygodniu, w którym zmierzymy się w ostatniej kolejce z Pogonią w Szczecinie.

Ostatecznie miałem spieprzony dzień. Nie, nie z powodu tego, co stało się na Nowej Bukowej. Tylko w związku z tym, co wydarzyło się w Gdańsku. Nienawidzę takich meczów. W których jedna drużyna ciśnie, ciśnie, a na koniec dostaje w łeb. Na własne życzenie. Tyle tych bramek, które w ostatnich tygodniach padło w doliczonym czasie gry w meczach rywali na naszą niekorzyść, to jest niepojęte. Raków w Gdańsku. Górnik w Białymstoku. Jagiellonia z Pogonią. I teraz Legia z Lechią. W każdym z tych przypadków – przynajmniej na tamten moment – utrzymanie wyniku remisowego byłoby na korzyść. Ale nie – zawsze musi się na koniec coś odp…lić. No dobra, jednak jest trochę emocjonalnie.

Oczywiście wiele innych wyników po drodze ułożyło się tak, że jesteśmy w takim miejscu w jakim jesteśmy. Czyli jest dobrze, ale wczoraj mogło być jeszcze lepiej. Bo gdyby Legia nie strzeliła, to już na 99,5% bylibyśmy w tych pucharach. Zagłębie Lubin musiałoby bowiem wygrać w Białymstoku, by myśleć o czymkolwiek. Co jest stosunkowo mało prawdopodobne, a wtedy – nawet gdyby powinęła nam się noga w Szczecinie – i tak byśmy te puchary mieli.

A tak Lechia oczywiście zmarnowała swoje setki, oczywiście na koniec musieli coś odwalić i Żelizko dostał czerwoną kartkę, a kolejny po Cojocaru siatkarz, czyli Alex Paulsen zamiast być czujnym i bronić dostępu do bramki – wymachiwał łapami do sędziego, że powinien przerwać grę. No i cwana i jednak kuta na cztery łapy Legia – strzeliła. Nic to, że Augustyniak rzucał Meną. Przecież to tylko żółta kartka.

No i efekt jest taki, że jeśli Legia wygra z Motorem – a przecież oczywiste jest, że wygra – GieKSa musi w Szczecinie zremisować. Nie ma już tego buforu bezpieczeństwa.

Odniosę się w tym momencie do tych zdań mówiących o tym, że powinniśmy liczyć tylko na siebie i jeśli byśmy w Szczecinie nie zapunktowali to na te puchary nie zasługujemy. Dla mnie jest to bzdura. Moglibyśmy tak mówić w sytuacji, w której GieKSa by uczestniczyła w wyścigu żółwi, przegrywała, remisowała, czasem coś wygrała. Ale do diabła – GieKSa nie przegrała od siedmiu meczów. Bilans to 3-4-0. Więc jak można mówić, że – w przypadku powinięcia się nogi w ostatnim meczu – nie zasługujemy. Ta drużyna zrobiła aż nadto właśnie, by do pucharów wejść. Zaczęła od nieprzegrywania meczów. Poprzez naprawdę fajną i efektowną grę. Skończywszy na zwycięstwach oraz remisach w naprawdę bardzo trudnych meczach. Więc nie mówmy, że nie zasługujemy.

Dodatkowo podkreślę po raz n-ty. Wyniki innych są równie ważne jak nasze. To mówi matematyka. Więc mówienie „grajmy swoje i nie oglądajmy się na innych” to populizm. Jeśli wygrywamy swoje mecze – to tak, mniej musimy się oglądać. Ale gdy nie wygrywamy – musimy liczyć, że w innych spotkaniach wyniki ułożą się po naszej myśli.

Na wiosnę u siebie zremisowaliśmy dwa mecze, resztę wygraliśmy. Odprawiliśmy z kwitkiem Widzew w Pucharze Polski. Na wyjazdach wygraliśmy bardzo ważne mecze w Lubinie i Radomiu. W całej rundzie nie przegraliśmy z Lechem, Jagiellonią, Górnikiem, Legią, a nawet – patrząc kalendarzowo – z Rakowem (w PP) też nie. Dodatkowo nastrzelaliśmy tym przeciwnikom masę bramek.

Znowu ktoś powie – szkoda frajersko straconych punktów w Gdyni czy Krakowie. No i jasne – zgodzę się z tym – szkoda. Dla mnie osobiście zwłaszcza tych w Krakowie. Ale taka jest statystyka. Gdyby GKS tamte mecze wygrał, to dziś walczyłby jeszcze o Ligę Mistrzów. Gdzieś te punkty potracić musieliśmy i tyle.

Sam mecz z Jagiellonią wpisał się idealnie w całą postawę GKS w tej rundzie. Były w tym spotkaniu lepsze i gorsze momenty, ale po raz kolejny mieliśmy kapitalne widowisko i mnóstwo walki. Jaga przecież też grała i gra o wicemistrzostwo, a GieKSa im pokrzyżowała szyki. Zespół Adriana Siemieńca pokazał, że jest mega klasowym zespołem i to jeszcze takim, który na koniec zespołu złapał formę. A GieKSa nie pękła. Nawet w momencie, w którym nasz zespół przegrywał, nie poddał się, parł do przodu i bramkę wyrównującą strzelił. A w końcówce umiejętnie się wybroniliśmy, w czym znów wielki udział miał Rafał Strączek.

Dla mnie ten remis jest bardzo cenny. Oprócz tego, że właśnie z przebiegu meczu i faktu, że przegrywaliśmy, to daje nam on bardzo dobrą pozycję na mecz w Szczecinie. W przypadku porażki musielibyśmy z Pogonią wygrać, a tak – starczy remis. To zmienia bardzo, bardzo dużo.

Wiadomo, że można było ustrzec się straconych bramek… Wróć. Czy aby na pewno – może i tak, ale nie zapominajmy o klasie ofensywnej Jagiellonii. Gol Vitala to było kopiuj-wklej z bramki Kobayashiego w Częstochowie – kapitalnie wykonany rzut rożny. A rzut karny? No cóż. Zdania są podzielone. Nie będę wyrokował, bo dla mnie to jest takie 50/50. Przede wszystkim żenujące jest, że Raczkowski nie został wezwany do monitora w tej cokolwiek wątpliwej sytuacji. A swoją drogą, to nie wiem, co w głowie miał tzw. sędzia z Warszawy, ale liczba stykowych sytuacji, w których nie odgwizdywał fauli piłkarzy Jagielloni, a gwizdał faule GieKSiarzy. Była zatrważająca. Nawet wyglądało to trochę bezczelnie z jego strony.

Nasze bramki strzelone – w końcu wrócił Bartek Nowak, który wykończył akcję na początku meczu. A Borja Galan – cudo. Piłka wpadła idealnie, żeby kandydować do miana gola sezonu. Strzał z dystansu, poprzeczka, przeturlanie się po słupku i górna siatka. Mistrzostwo. I to był moment, w którym naprawdę myślałem sobie, że będzie mega ciężko zremisować. A jednak Borja wprawił stadion w ekstazę.

To było święto przy Bukowej – pełne trybuny i fantastyczne widowisko. Na takie mecze czekaliśmy przez wiele lat i teraz mamy je w naprawdę dużej liczbie – aż zaskakująco dużej. Nic tylko być kibice GieKSy.

Przed nami ostatnia kolejka. O meczu z Pogonią jeszcze zdążymy na stronie przed samym spotkaniem napisać. Katowiczanie muszą utrzymać mobilizację, bo choć wszystko jest w ich nogach, to nie ma marginesu błędu (na porażkę). Tu trzeba zrobić wszystko, żeby zagrać jak najlepiej i po prostu wygrać.

Oczywiście pojawiają się wątpliwości, co do mitycznego „przepychania Legii”. Czy tak jest – nie wiem, choć przyznam, że nie mam pełnego spokoju. Kwestia jest jednak taka, że nawet jeśli – to sędzia może pomóc Legionistom w ich meczu. Ale żeby w innym kręcić lody – i to w sytuacji, w której jedna drużyna nie gra już o nic, a druga walczy z całych sił – to już by było wyzwanie. Poczekamy na obsadę sędziowską i będziemy snuć swoje publicystyczne teorie.

Na ten moment – mogło być idealnie, a jest „tylko” naprawdę dobrze. I tego się trzymajmy. GieKSa jest mocna i stać ją na zwycięstwo w Szczecinie, a już na pewno na to, by nie przegrać. Grunt, to nie grać od początku z myślą o remisie, bo to może być bardzo zgubne.

Bezgraniczna radość lub wielki ból. Nic po środku. To będzie nas czekać w sobotni wieczór.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

LIVE: Remis cenniejszy niż złoto

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

17.05.2026 Katowice
GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 2:2
Bramki: Nowak (3), Galan (78) – Vital (31), Pululu (56-k)
GKS: Strączek – Wasielewski, Czerwiński, Jędrych, Olsen (90. Klemenz), Galan (90. Jirka) – Kowalczyk, Milewski (65. Rasak), Nowak, Marković (65. Wędrychowski) – Zrel’ák (65. Szkurin).
Jagiellonia: Abramowicz – Wojtuszek, Vital, Kobayashi, Montoia, Pozo (76. Jóźwiak), Kozłowski (90. Nahuel), Lozano (63. Mazurek), Imaz, Szmyt, Pululu (63. Bazdar).
Ż.kartki: Wasielewski, Jędrych, Galan, Olsen
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa)
Widzów: 14651

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek: To duża sprawa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed spotkaniem z Jagiellonią Białystok miała miejsce konferencja, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz bramkarz Rafał Strączek.

Michał Kajzerek: Witam wszystkich bardzo serdecznie na konferencji przed meczem 33. kolejki z Jagiellonią Białystok. Wszystkie bilety sprzedane, dlatego apelujemy o przekazanie/odsprzedanie biletów przez kibiców nie mogących przyjść na mecz, aby jak najwięcej pojawiło się nas na arenie.

Czego trener się spodziewa pod kątem tego meczu? O wielką rzecz walczą także piłkarki.
Rafał Górak:
Kobiety mają pierwszeństwo, więc zacznijmy od nich. Trzymamy kciuki, liczymy na następne trofea i medale w gablocie. Piękna sprawa, fajnie, że udało się to przenieść bliżej. Trzymamy kciuki bardzo mocno. My mamy swoje sprawy do załatwienia, musimy się koncentrować na spotkaniu z Jagiellonią – godzinę przed finałem mamy trening. My z racji tego, gdzie jesteśmy w tabeli, po prostu musimy być jak najlepiej przygotowani do rywala trudnego, wymagającego. Mieliśmy okazję się już spotkać w tym roku, graliśmy bardzo dobrze momentami. Jeśli zagramy tak przez cały mecz, zawiesimy poprzeczkę bardzo wysoko.

Zostałeś nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu.
Rafał Strączek:
To duża sprawa, jest to dla mnie ogromne wydarzenie. Cieszę się, że ta praca została doceniona.

Wczoraj Jagiellonia grała w rytmie niejako europejskich pucharów.
Rafał Górak:
Drużyna grająca w środę nie czuje żadnego zmęczenia, jest wystarczająco czasu do niedzieli na regenerację. Dla Jagiellonii wypadł bardzo ważny zawodnik, doświadczony. Trener Siemieniec ma w kim jednak wybierać.

Raków nie wykorzystał sytuacji, ale stłamsił Jagiellonię.
Było widać duży napór Rakowa, brakowało bramki. To też świadczy o jakimś braku. Jagiellonia wygrała zasłużenie, nie ma co dyskutować.

Mówicie o szansie na awans do pucharów?
Rafał Strączek:
Mamy świadomość tego, że zostały dwa mecze i jakie miejsce zajmujemy. Ta liga jest mega szalona, różnice między miejscami są bardzo małe. Patrzymy w górę i robimy wszystko, by zająć jak najwyższe miejsce.

Była obawa po powrocie?
Trzy mecze, bark mi doskwierał. W miarę szybko to wyleczyłem i dałem znać trenerowi, że dobrze się czuję.

Spodziewaliście się, że tak blisko będzie do podium?
Nikt o takich rzeczach nawet w Katowicach nie myślał. Tym bardziej się cieszymy z takiej okazji, spinamy się wszyscy w szatni, motywujemy. Musimy poświęcić całych siebie, by osiągnąć jak najlepszy wynik.

W Gliwicach nie grał Klemenz.
Rafał Górak:
Lukas dzisiaj zaczyna proces treningowy, będziemy się zastanawiać, czy wróci w niedzielę. Pozostali zawodnicy, poza Paluszkiem i Trepką, są do mojej dyspozycji.

Jak oglądasz takie mecze z nadchodzącym rywalem?
Rafał Strączek:
Podchodzę trochę zawodowo, trochę jednak na spokojnie. Staram się patrzeć na zachowania zawodników, poruszanie systemowe. Fajnie, że grali wczoraj, można się przypatrzeć i wyciągnąć więcej wniosków.

Jest presja na zwycięstwo?
Rafał Górak:
To nie presja, że chcemy wygrać. Chcemy podjąć rywalizację sportową. Od kilkunastu dni nie ma biletów, to daje do myślenia. Wczoraj z zawodnikami i zawodniczkami mieliśmy wielką imprezę, radosne dzieci, kobiety i mężczyźni. To jest wyzwanie, żeby tym ludziom zrobić fajny dzień. Po tym ile otrzymaliśmy od nich miłych słów… Zawodnicy byli pod wrażeniem. Ludzie kupują koszulki z ich nazwiskami, potem jeszcze chcą ich autograf. Dawno tego nie było, to niesamowite.

Odczuwacie mentalne zmęczenie na finiszu sezonu?
Nie będziemy się porównywać ze słowami piłkarzy Jagiellonii, oni mają swoje problemy. My w ogóle nie jesteśmy zmęczeni, na pewno każdy w jakiś sposób o wakacjach marzy. Zawodnicy się realizują, doskonale zdają sobie sprawę, że teraz czas świetnej, ciężkiej roboty.

Motywować drużyny nie trzeba, a trzeba im mówić, by cieszyli się grą?
Jest pula do zdobycia. Sześć punktów załatwi nam wszystko – będziemy grać w europejskich pucharach, taka jest prawda. Nie ma co kalkulować, przemotywowywać. Oni wypracowali to miejsce, wielu z nich nigdy tam nie grało. Dzisiaj mogą w nich zagrać, nie ma mowy o wakacjach, o zmęczeniu. Nie wolno się też presować, trzeba się radować. Musimy wykonywać nasze zadania taktyczne, pokazać momenty i błyski – wtedy będzie mnóstwo zabawy.

Jest pomysł na wymóg Polaków w kadrze, jak pan na to patrzy?
Wszystko, co związane z limitami, zaczyna mi się to robić niezgodne z tym, jak lubię żyć. To jakbym kazał dzieciom uczyć się polskiego, mówić po angielsku, a przy śniadaniu po francusku. To w klubie powinniśmy brać odpowiedzialność za to, jak one wyglądają. Ja swoją ideę mam i wiem, od jakich piłkarzy zyskujemy najwięcej. Wiem, co dają nasi piłkarze, chcę, by szatnia mówiła w języku polskim. Ja sam się uczę języka angielskiego, mam deficyty, ale jesteśmy u siebie.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga