Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Znamy beniaminka PlusLigi!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Piłkarki w minionym tygodniu rozegrały dwa wygrane spotkania – z Energą Stomilanki Olsztyn 5:0 oraz ze Śląskiem Wrocław 2:1. W najbliższą sobotę 16 maja o 12:00 u rozegramy finał Pucharu Polski z Czarnymi Sosnowiec w Tychach. PZPN przedstawił kandydatki do pierwszej Gali Orlen Ekstraligi Kobiet. Piłkarze w minionym tygodniu zremisowali 0:0 z Piastem. W najbliższą niedzielę 17 maja o 14:45 zagramy domowe spotkanie z Jagiellonią. Klub rozpoczął sprzedaż karnetów na następny sezon PKO BP Ekstraklasy. W środę 13 maja na Arenie Katowice odbędzie się spotkanie kibiców z piłkarkami i piłkarzami GieKSy – będzie możliwości zrobienia zdjęcia i zdobycia autografu.
Siatkarze w trzecim spotkaniu finału play-off przegrali 0:3 z BBTSem Bielsko-Biała. W czwartym meczu pokonali BBTS na wyjeździe 3:0 i tym samym, po rocznej banicji, wracają do PlusLigi.
Mateusz Bepierszcz opuszcza szeregi hokejowej GieKSy.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – GKS zwycięża w zaległym meczu
W zaległym meczu 13. kolejki Orlen Ekstraligi zespół GKS-u Katowice odnotował pokaźne zwycięstwo nad Energa Stomilankami Olsztyn. Julia Włodarczyk ustrzeliła hat-tricka.
Katowiczanki doskonale weszły w mecz – już w piątej minucie prowadziły 1:0 za sprawą Klaudii Maciążki. Ledwie trzy minuty później Julia Włodarczyk podwyższyła rezultat. Po kwadransie gry ta zawodniczka skompletowała dublet po dynamicznym rajdzie lewą stroną boiska. Do przerwy rezultat nie uległ zmianie, a podopieczne Karoliny Koch kontrolowały boiskowe wydarzenia, nie pozwalając przyjezdnym na zbyt swobodne poczynania ofensywne. Pod koniec pierwszej połowy Stomilanki stworzyły dogodną sytuację strzelecką – Martyna Duchnowska przymierzyła w słupek.
Zaledwie dwie minuty po gwizdku Sylwii Biernat na drugą część spotkania Gieksa podwyższyła prowadzenie. Julia Włodarczyk skompletowała hat – tricka. Katowiczanki nie zamierzały poprzestać na czterech trafieniach i wielokrotnie zmuszały golkiperkę Stomilanek, Oliwię Krzemińską do interwencji. W doliczonym czasie gry Patricia Hmirova ustaliła rezultat spotkania na 5:0.
radiowroclaw.pl – Piłkarki Śląska wracają na tarczy z Katowic
[…] Mistrzynie Polski od początku starcia pokazywały, na co je stać. Od razu po pierwszym gwizdku ruszyły na bramkę Hanny Wieczerzak. WKS miał trudności z wyjściem z własnej połowy i utrzymaniem się przy piłce. Trwało oblężenie.
W 10. minucie spotkania GKS wykonywał rzut wolny z prawej strony boiska na wysokości 25. metra od linii końcowej. Patricia Hmirova posłała futbolówkę wysoko nad polem karnym. Piłka trafiła na głowę Katarzyny Nowak, która odegrała do wbiegającej Kateriny Vojtkovej. Ta z bliskiej odległości pokonała golkiperkę Śląska i wyprowadziła swój zespół na prowadzenie.
Wrocławianki chciały szybko odpowiedzieć – zablokowana została jednak Katarzyna Białoszewska. Był to jeden z niewielu wypadów przyjezdnych na połowę rywalek. Katowiczanki kontrolowały przebieg rywalizacji i szukały drugiego gola. Najbardziej aktywną zawodniczką gospodyń była Klaudia Maciążka, która sprawiała przyjezdnym spore problemy.
Śląsk najlepszą sytuację na doprowadzenie do remisu miał w 30. minucie. Wtedy Karolina Gec zagrała na prawe skrzydło do Kingi Wyrwas. Młoda zawodniczka dobiegła z futbolówką do linii końcowej i dośrodkowała wprost na głowę perfekcyjnie ustawionej Białoszewskiej, która oddała strzał. Piłka trafiła jednak do rąk Kingi Seweryn.
Po kilku minutach od wznowienia gry po przerwie przyjezdne zaczęły coraz częściej utrzymywać się przy piłce. W 53. minucie wyprowadziły obiecującą kontrę. Wyrwas dostała futbolówkę blisko środka boiska i ruszyła w stronę bramki rywalek. Przebiegła kilkadziesiąt metrów i gdy znalazła się w szesnastce, spróbowała strzału. Została jednak zablokowana.
Wrocławianki zaczynały się rozpędzać. Dziesięć minut później wykonywały rzut rożny. Bramkarka GKS-u pomyliła się przy piąstkowaniu i powaliła na ziemię Wyrwas. Pani arbiter pokazała na jedenasty metr. Do piłki podeszła Gec i doprowadziła do remisu!
Rywalizacja się zaostrzyła, a tempo spotkania wzrosło. Każda z drużyn chciała zgarnąć w tym meczu trzy punkty. Więcej klarownych okazji tworzyły sobie gospodynie, ale przyjezdne próbowały dotrzymać im kroku. Warto odnotować, że na kwadrans przed ostatnim gwizdkiem na murawie pojawiła się Joanna Wróblewska, dla której był to pierwszy występ w tej rundzie. Kapitan WKS-u długo leczyła kontuzję, ale na szczęście już wróciła do pełnej sprawności.
W 80. minucie Ewelina Piórkowska źle zagrała do Hanny Wieczerzak we własnej szesnastce. Aleksandra Nieciąg przejęła piłkę i zaczęła rozgrywać akcję. Daria Sokołowska musiała ratować zespół faulem. Sędzia po raz drugi w tym meczu wskazała na jedenasty metr. Do futbolówki podeszła Hmirova i pomyliła się! Trafiła w słupek, a Julia Langosz próbowała dobitki, lecz nie udało jej się wyprowadzić swojej drużyny na prowadzenie. Śląsk miał sporo szczęścia, którego jednak zabrakło chwilę później.
Gospodynie dośrodkowały w szesnastkę WKS-u z rzutu wolnego. Zakotłowało się pod bramką Wieczerzak, która wybroniła pierwsze uderzenie. Później z linii piłkę wybiła Piórkowska, ale trzeciego strzału już nie udało się zatrzymać. Marcjanna Zawadzka trafiła do siatki.
pzpn.pl – Czas na kolejny krok! PZPN ogłasza Galę Orlen Ekstraligi Kobiet
Kalendarium piłki nożnej kobiet można rozpocząć w roku 1921. To właśnie wtedy na tytułowej stronie „Przeglądu Sportowego” pojawiło się zdjęcie piłkarek Unii Poznań. Fotografia została podpisana jako „pierwsza żeńska footballowa drużyna w Polsce”. W 1980 roku rozegrano pierwsze oficjalne rozgrywki ligowe. Sezon zakończył się w 1981 roku, a po trofeum sięgnęły piłkarki Czarnych Sosnowiec. Teraz, w 2026, Polski Związek Piłki Nożnej stawia kolejny milowy krok dla piłki nożnej kobiet w Polsce. Już 1 czerwca odbędzie się pierwsza Gala Orlen Ekstraligi Kobiet, podczas której poznamy najlepsze zawodniczki sezonu.
Statuetki zostaną rozdane w 11 kategoriach: MVP sezonu, najlepsza młoda piłkarka, bramkarka, obrończyni, pomocniczka i napastniczka sezonu, a także najlepszy trener/trenerka, gol, inicjatywa na rzecz rozwoju piłki kobiecej – to niektóre z kategorii, w których zostaną rozdane statuetki podczas Gali Orlen Ekstraligi Kobiet. Nie zabraknie także wyróżnienia dla królowej strzelczyń. Specjalna nagroda będzie również wręczona dla ambasadora piłki nożnej kobiet. Zaplanowano aż 11 kategorii, które mają kompleksowo uhonorować piłkarki zakończonego sezonu.
[…] Kapituła Gali Orlen Ekstraligi Kobiet wybrała już listę nominowanych w poszczególnych kategoriach. W gronie wyróżnionych znalazły się czołowe zawodniczki Orlen Ekstraligi Kobiet, które przez cały sezon decydowały o obliczu swoich drużyn – od doświadczonych liderek po największe młode talenty. O statuetki powalczą także trenerzy stojący za sukcesami ligowych zespołów oraz autorki spektakularnych goli i projekty promujące piłkę nożną kobiet. W następnym etapie kapituła wybierze zwyciężczynie i zwycięzców w poszczególnych kategoriach, których poznamy 1 czerwca podczas gali.
[…] Pełna lista nominowanych:
Najlepsza bramkarka:
[…] Kinga Seweryn (GKS Katowice)
Najlepsza obrończyni:
[…] Katarzyna Nowak (GKS Katowice)
[…] Marcjanna Zawadzka (GKS Katowice)
Najlepsza pomocniczka:
Patrícia Hmírová (GKS Katowice)
Trener sezonu:
Karolina Koch (GKS Katowice)
Najlepsza inicjatywa:
[…] 8311 kibiców na meczu Lech Poznań UAM – GKS Katowice, organizator: Lech Poznań UAM
MVP sezonu:
[…] Patrícia Hmírová (GKS Katowice)
[…] Klaudia Maciążka (GKS Katowice)
[…] Kinga Seweryn (GKS Katowice)
wkatowicach.eu – Czy uKOCHane zdobędą trofeum? Finał Orlen Pucharu Polski kobiet 2026 odbędzie się w Tychach
Kobieca sekcja piłkarska GKS-u Katowice zagra w finale Orlen Pucharu Polski kobiet 2026. Rywalkami będa zawodniczki Czarnych Sosnowiec, a mecz odbędzie się w Tychach, choć pierwotnie planowano rozegranie tego spotkania w Szczecinie.
Polski Związek Piłki Nożnej poinformował, że na prośbę klubów finał Orlen Pucharu Polski kobiet, w którym GKS Katowice zmierzy się z Czarnymi Antrans Sosnowiec, został przeniesiony do Tychów – pierwotnie planowano rozegranie meczu finałowego w Szczecinie.
Podopieczne trener Karoliny Koch, zwane uKOCHanymi zapewniły sobie bezpośrednią walkę o krajowe trofeum, wygrywając pewnie półfinałowy mecz z piłkarkami Lecha Poznań. Spotkanie w Poznaniu zakończyło się wynikiem 0-5.
Mecz finałowy na Stadionie Miejskim w Tychach odbędzie się w sobotę 16 maja o godzinie 12:00. Transmisję z finału przeprowadzi TVP Sport. Rozpoczęła się już sprzedaż biletów na finał prowadzona poprzez platformę „Łączy nas piłka” – bilety.laczynaspilka.pl. Sektor dedykowany dla sympatyków GKS-u Katowice to sektor „P”.
Ceny biletów:
kategoria 1 – 30 zł (15 zł ulgowy)
kategoria 2 – 20 zł (10 zł ulgowy)
Spotkanie z piłkarzami i piłkarkami GieKSy na Arenie Katowice. Wyjątkowa okazja dla karnetowiczów
To będzie wyjątkowy prezent dla najwierniejszych kibiców GieKSy. W środę, 13 maja, w Arenie Katowice odbędzie się specjalne spotkanie z piłkarzami i piłkarkami GKS-u Katowice. Na uczestników czeka autografiada, wspólne zdjęcia i możliwość osobistego wsparcia drużyn przed decydującymi meczami sezonu.
Końcówka rozgrywek zapowiada się niezwykle emocjonująco. Zarówno piłkarze, jak i piłkarki GKS-u znajdują się w czołówkach swoich ligowych tabel, a kobieca drużyna dodatkowo powalczy jeszcze o triumf w finale Pucharu Polski. Klub postanowił więc stworzyć kibicom okazję do bezpośredniego spotkania ze sportowcami przed najważniejszym momentem sezonu.
Autografiada odbędzie się w hali Areny Katowice w środę, 13 maja, w godz. 17:00–19:00. W wydarzeniu mogą uczestniczyć wyłącznie osoby posiadające karnety na mecze piłkarzy GKS-u Katowice. Aby wejść na spotkanie, trzeba pobrać darmową wejściówkę w systemie biletowym klubu. Dystrybucja biletów rozpocznie się w czwartek, 7 maja, o godz. 10:00.
Klub zaznacza, że liczba miejsc dostępnych jednocześnie podczas wydarzenia będzie ograniczona, dlatego warto nie zwlekać z rezerwacją wejściówek.
Przy okazji wydarzenia kibice będą mogli odwiedzić także stoisko GIEKSA FANSTORE. W sprzedaży pojawią się klubowe gadżety i specjalne fankarty przygotowane z myślą o zbieraniu autografów. Dodatkową atrakcją będzie pierwsza możliwość zakupu koszulek „match worn” piłkarzy GKS-u Katowice – czyli meczowych trykotów używanych przez zawodników podczas spotkań. Na wybranych koszulkach będzie można od razu zdobyć podpis ulubionego gracza.
sport.tvp.pl – Eman Marković chce doprowadzić GKS Katowice do europejskich pucharów. „Po niektórych meczach Erling Haaland mi gratulował”
Eman Marković jest objawieniem ostatnich tygodni w PKO BP Ekstraklasie. Ofensywny zawodnik GKS Katowice w pięciu poprzednich spotkaniach strzelił siedem goli i zanotował dwie asysty. Norweg znajduje się w życiowej formie i chce wywalczyć medal MP. – Chcemy pozostać niepokonani do końca sezonu. Wtedy zajmiemy miejsce na podium Ekstraklasy i awansujemy do europejskich pucharów – mówił w rozmowie dla TVPSPORT.PL.
Jakub Kłyszejko, TVPSPORT.PL: Eman, w ostatnim czasie jesteś w bardzo dobrej formie. Co miało na to największy wpływ: przygotowanie fizyczne, pewność siebie, taktyka zespołu czy może coś innego?
Eman Marković, piłkarz GKS Katowice: – Myślę, że bardzo ważna jest pewność siebie. Kiedy drużyna dobrze funkcjonuje, gra solidnie w defensywie i osiąga dobre wyniki, każdemu zawodnikowi jest łatwiej. To daje spokój i pomaga również w ofensywie. Mamy za sobą świetny czas, ale sezon jeszcze się nie skończył. Robota jest jeszcze do zrobienia i musimy kontynuować dobrą passę.
– W ostatnich meczach regularnie zdobywasz bramki. To najlepszy moment w twojej karierze?
– Pod względem strzeleckim na pewno jest to jeden z najlepszych okresów w mojej karierze. Ogólnie, jeśli chodzi o grę ofensywną, czuję się bardzo dobrze. Cieszę się, że wysoka forma przyszła właśnie w kluczowym momencie sezonu. Bardzo chciałem pomóc zespołowi w odnoszeniu zwycięstw.
– Ostatnio jesteś wymieniany jako jeden z najlepszych zawodników ligi. Jak reagujesz na takie opinie?
– To miłe, ale nie myślę o tym zbyt dużo. Staram się każdego dnia pracować tak samo i skupiać na kolejnych meczach. Najważniejsze jest to, żeby pomagać drużynie.
– Dobry czas w Polsce zmienia twoje ambicje na najbliższe lata?
– Na pewno mocno pomaga. Kiedy czujesz się dobrze, grasz regularnie i masz pewność siebie, zaczynasz patrzeć w przyszłość z większym optymizmem. Chcę dalej się rozwijać. Trafiłem do bardzo dobrego miejsca. Mamy mocną drużynę, świetny sztab i jesteśmy w stanie osiągnąć coś wielkiego, na co w Katowicach wszyscy długo czekają. Nie chcemy zmarnować tej szansy.
– Trener Rafał Górak mówił, że potrzebowałeś czasu, aby zrozumieć jego pomysł na grę, szczególnie w defensywie, i że teraz widać efekty tej pracy. Zgadzasz się z tą oceną?
– Tak. Kiedy przychodzisz do nowego kraju, do nowej ligi i nowej drużyny, wszystko wymaga czasu. Trzeba poznać taktykę, zawodników, wymagania trenera i sposób gry zespołu. To normalne, że adaptacja trwa.
– Co było najtrudniejsze w dostosowaniu się do wymagań trenera Góraka?
– Na początku najtrudniejsze było przyzwyczajenie się do innej pozycji, innego ustawienia i innych zadań taktycznych. Było dużo nowych informacji, ale dzięki pracy z trenerem i drużyną udało mi się lepiej to zrozumieć. Efekty przyszły bardzo szybko, z czego jestem niezwykle zadowolony. Ostatnie tygodnie są dla mnie znakomite.
– Dziś czujesz, że jesteś bardziej kompletnym piłkarzem niż wtedy, gdy trafiłeś do GKS-u Katowice?
– Tak, zdecydowanie. Dzięki trenerom, kolegom z drużyny i codziennej pracy rozwinąłem się jako zawodnik. Lepiej rozumiem grę i czuję, że zrobiłem krok do przodu. Nieco inaczej patrzę na grę w defensywie i staram się pomagać drużynie w każdym aspekcie.
– GKS Katowice walczy o europejskie puchary i medal mistrzostw Polski. Jak podchodzicie do tego w szatni?
– Skupiamy się na każdym kolejnym meczu. Oczywiście wiemy, o co gramy, ale najważniejsze jest to, żeby wykonywać swoją pracę, wygrywać spotkania i zdobywać trzy punkty. Nie chcemy wybiegać zbyt daleko w przyszłość. Mamy przed sobą jeszcze trzy finały. Chcemy pozostać niepokonani do końca sezonu. Wtedy zajmiemy miejsce na podium Ekstraklasy i awansujemy do europejskich pucharów.
– Co jest największą siłą waszego zespołu?
– Drużyna. Jesteśmy zgrani, walczymy jeden za drugiego i ciężko pracujemy każdego dnia. Mamy wielu dobrych zawodników, ale najważniejsze jest to, że działamy razem. Tutaj nikt nie patrzy na drugiego. Każdy daje z siebie wszystko i wie, co ten zespół może osiągnąć. Nie widzimy swojego limitu.
SIATKÓWKA
siatka.org – Wielkie emocje w Katowicach. Walka o złoto przedłużona!
Rywalizacja o złoto I ligi trwa w najlepsze. GKS Katowice przed dzisiejszym spotkaniem był już o krok od wielkiego sukcesu i trzeciej wygranej, jednak siatkarze BBTSu Bielsko-Biała postawili mocną kontrę i zatrzymali dobrą passę rywali. Walka o złoty medal i awans do PlusLigi nadal trwa.
Dla BBTS-u Bielsko-Biała wtorkowe spotkanie było ostatnią szansą na zaczepienie się w finałowej rywalizacji. Toczy się ona do trzech zwycięstw, a GKS Katowice ma już na swoim koncie dwa – kolejno 3:1 i 3:2. Kolejne spotkanie o awans do PlusLigi znów toczyło się w Arenie Katowice przy ulicy Nowej Bukowej.
Kilka udanych kontr pozwoliło siatkarzom z Bielska-Białej odskoczyć na 3:1 na starcie spotkania. Ta kilkupunktowa przewaga utrzymywała się bardzo długo. Katowiczanom zdecydowanie brakowało skuteczności w ataku. Po drugiej stronie siatki z kolei na zmianę wyróżniali się Szymon Romać i Kamil Dębski. Na półmetku było 15:11 dla BBTS-u. Dopóki Bielszczanie cierpliwie grali przy długich wymianach, wszystko układało się po ich myśli. Po błędzie serwisowym Wojciecha Włodarczyka dystans zwiększył się nawet do sześciu „oczek”. I nagle, przy stanie 14:22 coś ruszyło. Świetny serwis Ferensa i nieocenione wsparcie Michała Superlaka w ataku pozwoliło Katowiczanom zbudować pokaźną serię punktową. Momentalnie zrobiło się 23:24. BBTS jednak wciąż miał wszystko w swoich rękach. Nie musiał za wiele robić – błąd serwisowy gospodarzy zamknął rywalizację.
Punkt za punkt od początku toczył się set numer dwa. Jakob Thelle sporo grał środkiem, natomiast po stronie GKS-u dużo robił Włodarczyk. Wymiana ciosów trwała przez dłuższą chwilę (4:4, 9:9). Wówczas znów do akcji wkroczył ofensywny duet, Dębski i Romać. Gdy ten drugi posłał jeszcze asa serwisowego, zrobiło się 13:10 dla BBTS-u. Katowiczanie nie zamierzali odpuszczać. Czuwali na siatce i kilkukrotnie udało im się zatrzymać rywali – 16:17. Tym razem, można było się w pełni spodziewać wyrównanej, emocjonującej końcówki. Remis pojawił się wtedy, gdy pomylił się Romać. Doszło do rywalizacji na przewagi. Decydujący był blok Bielszczan na Wojciechu Ferensie.
Bielszczanie byli bardzo zmotywowani. Cierpliwie grali w ataku, cały czas pilnowali też rywali na siatce. Początek trzeciej odsłony był słabszy w wykonaniu Włodarczyka. BBTS szukał natomiast regularności w polu serwisowym – 6:6. Wynik był na styku, po ataku Bartłomieja Krulickiego to GKS przejął pałeczkę. Zaraz jednak wszystko odwróciło się przy dobrym serwisie Kajetana Tokajuka (9:11). Gospodarze trzymali się blisko, ale wciąż minimalnie z przodu był zespół z Bielska-Białej, który częściej punktował w długich akcjach. Przysłowiowym gwoździem do trumny Katowiczan, okazał się blok na Ferensie – 19:22. Przyjmujący próbował poprawić sytuację asem serwisowym, ale to było zbyt mało. Pomyłka Gonzalo Quirogi na dziewiątym metrze zakończyła to starcie.
GKS Katowice – BBTS Bielsko-Biała 0:3 (23:25, 24:26)
Znamy beniaminka PlusLigi! Krótko ich nie było
GKS Katowice i BBTS Bielsko-Biała zafundowały naprawdę emocjonujące widowisko w finale I ligi mężczyzn. Nic dziwnego, bo stawką był przede wszystkim awans do PlusLigi. W czwartym meczu Katowiczanie nie mieli litości dla rywali. Zamknęli wszystko w trzech setach, dzięki czemu po roku przerwy wracają do najwyższej klasy rozgrywkowej. Na wysokości zadania stanęli przede wszystkim Wojciech Włodarczyk i Michał Superlak.
Podrażnieni przedłużeniem rywalizacji do czwartego meczu siatkarze GKS-u Katowice pewnie weszli w mecz. Bardzo dobrze od początku spisywał się Bartłomiej Krulicki, a po ataku z przechodzącej Wojciecha Włodarczyka było już 6:2 dla gości. BBTS Bielsko-Biała nie istniał, zaś trzema asami serwisowymi z rzędu postraszył gospodarzy Grzegorz Pająk – 10:3. Z pewnego poziomu nie schodził też Michał Superlak. Osamotniony na placu boju Szymon Romać niewiele mógł natomiast robić, a przewaga po stronie GieKSy była porażająca – 17:7. Dopiero w końcówce Bielszczanie zdołali odrobić parę oczek. Spektakularną kiwką popisał się też Jakob Thelle, ale za moment było już 1:0 dla Katowiczan – 25:18.
Zupełnie inaczej wyglądała druga partia, gdzie oba zespoły szły łeb w łeb. Niewiele było przestrzeni na błędy, a Romacia czynnie wspierał Kamil Dębski. Asa na samym początku dołożył też Bartosz Pietruczuk. Na posterunku był jednak Damian Hudzik, nie mówiąc nic o nie zwalniającym ręki w ataku Superlaku – 8:8. Niespodziewanie lokalnym udało się wyjść na prowadzenie – 13:9. Uśpiło to nieco czujność BBTS-u, zwłaszcza, że zespół trzymał się na przodzie przez parę minut – 16:13. Z czasem różnica zaczęła maleć, a po aucie Romacia i Pietruczuka było już 17:17. Prowadzenie asem gościom dał Michał Superlak i to gracze GKS-u dyktowali w samej końcówce tempo. Powalczyć chciał jeszcze Kajetan Tokajuk, ale 2:0 było kwestią paru wymian – 25:23.
Trzecia odsłona okazała się tą ostatnią, a pozbawieni szans gospodarze nie zdołali przełamać. Chęci drużynie nie można jednak odmówić, bowiem początek należał do wyrównanych – 8:8. Cenne oczka dokładał Mariusz Zawalski, a szansę na dłuższą grę otrzymał też Bartłomiej Zawalski. Wciąż liderem pozostawał Romać, ale było tak do czasu, gdy w polu serwisowym znów zameldował się Grzegorz Pająk. Po kolejnym asie rozgrywającego było już 13:10. Jako kolejny asa dołożył Hudzik – 20:12, a ekipa lokalnych zdała sobie sprawę z uciekających marzeń. Błędom nie było końca. Egzekucja trwała zaś dalej, a decydujący cios Bielszczanom zadał właśnie Szymon Romać, psują zagrywkę – 17:25 (0:3).
MVP: Grzegorz Pająk
BBTS Bielsko-Biała – GKS Katowice 0:3 (18:25, 23:25, 17:25)
HOKEJ
hokej.net.pl – GKS Katowice pożegnał swojego wojownika. Trenuje już w innym klubie
Mateusz Bepierszcz po pięciu sezonach opuścił GKS Katowice. Doświadczony skrzydłowy rozpoczął przygotowania do sezonu z Polonią Bytom.
Wicemistrzowie Polski poinformowali o zakończeniu współpracy z Mateuszem Bepierszczem. Umowa doświadczonego napastnika wygasła, a zawodnik po pięciu sezonach pożegnał się z katowickim klubem.
Przypomnijmy, że Bepierszcz wrócił do GieKSy przed sezonem 2021/22, wcześniej reprezentując klub również w latach 2012-2014. W trakcie ostatniego etapu swojej przygody z katowickim zespołem sięgnął po dwa mistrzostwa Polski i trzy srebrne medale mistrzostw kraju. Był także częścią drużyny, która zdobyła brązowy medal Pucharu Kontynentalnego w sezonie 2024/25.
Łącznie w barwach GKS-u rozegrał 354 spotkania, a w samych rozgrywkach ligowych wystąpił 258 razy, notując 38 bramek i 54 asysty.
– Mateusza zawsze charakteryzowała ogromna wola walki oraz serce zostawione na lodzie. Nie odpuszczał żadnego krążka i zawsze był gotów do wielkich poświęceń dla swoich kolegów z zespołu – czytamy w oficjalnym komunikacie GieKSy.
Nie jest tajemnicą, że skrzydłowy rozpoczął już treningi z Polonią Bytom. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam będzie kontynuował karierę.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!
Piłka nożna kobiet
Kolejne podium!
Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!
Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.
Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.
Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!
GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki: Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).
Felietony Piłka nożna
Przez ból i radość – podsumowanie sezonu
Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!
Ciężkie początki
To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.
W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.
Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.
Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.
Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.
Przeplatanka z optymizmem
Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.
W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.
Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.
Słabizna z promykami
Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.
Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.
Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.
Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.
Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.
Jesienne odrodzenie
Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.
GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.
Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.
Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.
Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.
Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.
Zwycięstwa bez piłki
W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.
Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.
Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!
Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.
Odbijamy się od dna
Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.
Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.
Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.
W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.
GieKSa rośnie w siłę
Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.
Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.
Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.
Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.
Zadyszka z króliczkiem na koniec
GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.
Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.
Rozpęd maszyny
Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.
W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.
Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.
Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.
Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.
Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.
Wytrzymany finisz
Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.
Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.
I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.
Football bloody hell
Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.







































Najnowsze komentarze