Piłka nożna
Górak: Nie gniewaj się, że tu nie gramy…
Po meczu GKS Katowice – Górnik Zabrze wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Jan Urban.
Jan Urban (trener Górnika Zabrze):
Wydaje mi się, że dobrze weszliśmy w mecz, pierwsze dwadzieścia minut był dość dobre. Potem było kilka niepotrzebnych strat, niecelnych podań i to spowodowało, że GKS się napędził i w drugiej części pierwszej połowy spotkanie się wyrównało. Bramka przypadkowa, bo strzelił Olkowski. W drugiej połowie podobnie jak na początku, weszliśmy grając piłką, grając na połowie przeciwnika, stwarzając sytuacje, strzelając bramkę. W ostatniej minucie tracimy bramkę. Poukładało się to super gospodarzom, bo za 2-3 lata nikt nie będzie pamiętał, jak kto grał, tylko że GKS wygrał na inaugurację. My byliśmy niezadowoleni z jednego punktu, a okazało się, że nie mamy nawet jednego. Czasem piłka taka jest, że nie mamy nawet jednego punktu, a niewykorzystane sytuacje się mszczą, bo gdybyśmy strzelili na 2:1, to mecz mógłby inaczej wyglądać. GKS musiałby się bardziej otworzyć i nam by było łatwiej. Gratuluję gospodarzom.
Nie zmieniamy zawodników, bo ktoś popełnił błąd. Wiedzieliśmy, że mamy Sowa i chcieliśmy go wykorzystać, bo ma drybling i szybkość. Wniósł dużo ożywienia po swojej stronie, miał swoją sytuację, którą powinien wykorzystać. Mamy zawodników równorzędnych, wiesz, że zmiennik tego pierwszego też będzie dobrze grał.
Nie było Ismaheela, dlatego to jest nieraz szczęście zawodników, którzy dzięki absencji innego mają szansę, żeby zagrać. Tak trafiło na Pawła, bo Ismaheel miał kartki. Paweł Olkowski dobrze się prezentował, ale też wiedzieliśmy, że gdy zagra słabiej, to możemy go zmienić.
Dominik grał cztery mecze w dziesięć dni. Sarapata jedzie natomiast sobie z kumplami pograć w Hiszpanii, kiedy gra w ekstraklasie ten młody chłopak. Trochę więcej bym chciał wyrozumiałości, bo gra u nas 90 minut, potem jedzie na turniej, też gra 90 minut, gdy wiadomo, że znów zagra w lidze. Można to rozwiązać lepiej, ale każdy pilnuje swojego interesu. Te straty też mogły wynikać z tego.
Zbyt łatwe byłoby zmienić tylko mentalność. Trzeba ją mieć, mental zwycięzcy, przeczytaliśmy dużo książek motywacyjnych. Mental wiąże się z charakterem, natomiast w tym meczu tego nie zabrakło. Zabrakło wykorzystania sytuacji, które mieliśmy. To są umiejętności, gdzie masz chłodną głowę i wiesz, że dobrze wykończysz sytuację.
Wiele rzeczy się na to składa, wiesz, że drużyna jest silna i mocna. Czy my jesteśmy dziś na tyle silni, żeby grać o najwyższe cele? Nie. I na to mam przykłady. W tamtym sezonie gramy o puchary, dostajemy pięć na Cracovii, remisujemy u siebie z Puszczą i Stalą. Dobrze gramy, ale zabrakło umiejętności i chłodnej głowy. W tym sezonie z Cracovią mogliśmy wskoczyć dużo wyżej – przegraliśmy. Dziś też taki mecz był i znów tego nie zrobiliśmy. Nie graliśmy źle, ale zabrakło nam w wielu momentach szczęścia i umiejętności, dlatego przegrywamy mecz, który powinniśmy wygrać. Taka jest piłka – na dłuższą metę każdy ma to, na co zasługuje.
Przed Legią nie trzeba przemawiać, Legia motywuje każdą drużynę. To jest rzecz oczywista. Ja wolę przegrywać tak jak dzisiaj, bo wiem, że jestem blisko wygranej. Mnie jako trenera martwi to, gdy grasz słabo, nie masz pół sytuacji – wiesz ile roboty przed tobą? I z drużyną, żeby najpierw zaczęła dobrze grać? My zagraliśmy słabą pierwszą i bardzo dobrą drugą połowę w Gdańsku. Z Motorem zagraliśmy bardzo dobrze. Dzisiaj też. Nie ma co motywować na Legię – dawno bilety wyprzedane i będzie uczta piłkarska. Wiadomo, jak się w Zabrzu gra, gdy jest komplet. Tak samo jak tutaj, atmosfera była znakomita i taka sama będzie w Zabrzu.
Nie było złości, był smutek, okej, w szatni było wkurzenie, wiesz, że dobrze grasz, zasłużyłeś na premię, a jej nie masz. Ważne, że zespół gra dobrze i powinno to napawać optymizmem na końcówkę sezonu. Takie mecze w każdej kolejce się zdarzają. Oczywiście, że boli przegrać w takich okolicznościach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Z racji tego, co ten mecz niósł – oprócz tego co standardowe, bo graliśmy o trzy punkty, co bardzo ważne – natomiast wszystkie te rzeczy, które wokół tego meczu były, czego państwo są świadkami, proszę mi wybaczyć, że nie będę się silił na jakieś podsumowanie taktyczne tego spotkania. Bo emocji jest dużo, czułem je w sobie i zespole. Choć z racji wieku staram się już być mniej emocjonalny niż kiedyś. Naprawdę trochę w tym brzuchu się wszystko wywracało do góry nogami, kiedy wychodziliśmy na rozgrzewkę, kiedy wychodziliśmy z tunelu na początek meczu, widzieliśmy pełny, piękny stadion w Katowicach. Dziś ten stadion nam pomógł. Dziękuję trenerowi Urbanowi za sportową rywalizację, w duchu fair play i darzę trenera ogromnym szacunkiem. Górnik jest bardzo dobry, momentami świetnie grał, ale łut szczęścia i umiejętności ogromne Filipa przyniosły nam bramkę na 2:1. Jestem bardzo szczęśliwy, że w dniu urodzin otrzymałem taki prezent od wszystkich. Nie jestem w stanie każdemu z osobna dziękować, ale tego wsparcia ostatnio otrzymaliśmy ogromną ilość.
To jest 26. kolejka, jeśli rozdrabniałbym wszystkie mecze, to wielokrotnie nie byłem zadowolony z remisu czy porażki, bo miałem niesmak, że powinniśmy zdobyć trzy punkty. Rozumiem trenera, natomiast dzisiaj wygrał zespół, który był skuteczniejszy. Górnik miał swoje sytuacje – świetnie bronił Kudła.
Niewątpliwie scenariusz na fajne zdarzenie filmowe był. Bardzo wspieram swoich zawodników, tych którzy siedzą na ławce czy na trybunach. Pojechałem rano zobaczyć ich na mecz rezerw, zobaczyć, czy będą mieli głowy smutne, wygrali 6:0 i każdy z nich się tam spisał doskonale. W tym jest też jakiś sens pracy, aby w tym projekcie być i mecze rozgrywać do ostatniej minuty. I choć czasem jest bardzo ciężko, to jest ekstraklasa i są to mecze o wielkiej randze jeśli chodzi o trudność – jeśli dzisiaj się tak wydarzyło, to co tu dużo powiedzieć, piękny moment. Zwycięstwo z Górnikiem na otwarcie nowego obiektu. Historia niezła.
My jesteśmy w tym sezonie i wy również, bo przecież jesteście z nami – wiecie jak jest, przez 19 lat nie byliśmy na poziomie ekstraklasy. Graliśmy ten pierwszy mecz z Radomiakiem, potem na Górniku przy komplecie, przyjechał Mistrz Polski do nas, mecz z pożegnaniem Jasia Furtoka, pożegnanie Bukowej. Dla drużyny, która po 19 latach weszła to ekstraklasy, to był mecze, które można było spartolić, bo można było ich nie unieść. A drużyna je lepiej lub gorzej, ale je unosiła. Natomiast takich emocji jak dzisiaj, jeszcze nie było – to był mecz o największym ciężarze gatunkowym i nawet ci, którzy mają trójkę z przodu – ta cisza przed meczem była wymowna – widziałem, że są bardzo mocno skoncentrowani.
Nie lubię elementu wyniosłości przed meczem, bo tu musimy wygrać, bo to, bo tamto. Mi zawsze chodzi o to, żeby metodycznie podchodzić. Drużyna ma wiedzieć, po co wychodzi na boisko i co ma zrobić, żeby wygrać. Jeśli tak jest, to jest dobrze. Ten mecz jest wyjątkowy i zostanie w naszych sercach do końca życia. Natomiast dobrze, że jest za nami, natomiast ja czekam już na kolejne mecze, bo będą do nas przyjeżdżać drużyny niebanalne.
Jesteśmy projektem, który ma się rozwijać i trwać. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy już myślimy nad nowym sezonem, to powiedziałbym „a wątpisz w to, że myślimy o nowym sezonie?”. Wyobrażamy sobie, co się będzie działo. Musimy bardzo poważnie podchodzić do tego, co tu się wydarzyło. Jest stadion wybudowany przez mieszkańców Katowic, bo przecież podatnicy go budowali przy wsparciu oczywiście Miasta, którzy tym zarządzali. Czujemy się odpowiedzialni za to, co się tutaj dzieje i chcemy się rozwijać. Myślimy o przyszłości, ale musimy twardo stąpać po ziemi i myśleć o tym, co dzisiaj, za tydzień będziemy przecież na kapitalnym meczu w Szczecinie.
Każdemu zawodnikowi z kadry życzę, by się rozwijał i jestem od tego, by im pomagać się rozwijać, czy to Szymczak, Bergier czy Zrelak. Filip to nasz młody, polski, świetny utalentowany napastnik, rywalizują z Sebastianem, obaj się dobrze spisują.
Filip do nas przyszedł trochę później, nie udało się wcześniej, choć bardzo chcieliśmy. Drużyna funkcjonowała i przyszedł tu i chce grać i się odbudować. Ma konkurenta w ataku. Jeśli Filip będzie cierpliwy i będzie miał głowę na karku, będziemy mieli z niego dużo pociechy. Natomiast taki moment, jaki ma teraz, musi szanować i rywalizować dalej.
Dyrektor Dubas jest dla mnie takim parasolem, który zajmuje się sprawami organizacyjnymi. Mówi „Filip u nas będzie, o resztę niech się trener nie martwi”. Na razie Filip strzelił w kadrze i dzisiaj. Nie próbuję sobie zaprzątać głowy, co dalej z Flipem i czy u nas zostanie.
Jestem fair w stosunku do starego stadionu. Z GKS pożegnaliśmy się ze starą Bukową godnie i na poziomie, pożegnaliśmy się ekstraklasą. Czuć będę sentyment, ale żeby się rozwijać musimy iść do innej rzeczywistości. Stara GieKSa, stara Bukowa i stary Blaszok na pewno to zrozumie. Są to trudne momenty, bo jak chodziłem o ósmej rano po Bukowej, to mówiłem „nie gniewaj się, że tutaj nie gramy, ale musimy iść w inne miejsce”. I mrugnęła do mnie i powiedziała, że rozumie.
Do zawodników już trochę dotarł ten nowy stadion. Dwa treningi dotychczas były. Będziemy się stopniowo przeprowadzać. Mam nadzieję, że wszystko będzie top. Chciałbym, żeby to się wydarzyło w nowym sezonie. Prace trwają pełną parą. Małymi krokami, ale do przodu.
Galan to nie jest zawodnik szkolony do tej pozycji, jest to pozycja zmieniona. Piłkarz ma potencjał i jest chłonny wiedzy. Ja wiem, że jest też w stanie zapanować nad swoim temperamentem i jeśli zagra słabiej, to potem potrafi kolejne 20 minut zagrać dużo lepiej. Wpływa na moich piłkarzy też swoimi umiejętnościami. Natomiast życzyłbym sobie, żeby Konrad Gruszkowski się rozwijał i żebyśmy mieli z niego pociechę. Liczę też na Grześka Rogalę, że będzie wracał. Końcówkę meczu na wahadła grał Mateusz Marzec, a przecież też Alan może grać na wahadle.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze