Felietony
Mandrysz i krypto-Dudkowie
W poprzednich sezonach z niecierpliwością oczekiwaliśmy na spotkania z Zagłębiem Sosnowiec – spotkania o dużym nasileniu emocjonalnym, dodatkowo bardzo ważne z czysto piłkarskiego punktu widzenia, na czele z wiosennym – prawdopodobnie kluczowym w kontekście ukształtowania pseudoekipy Jerzego Brzęczka na całą wiosnę.
Przebieg tych spotkań, to cios w serce każdego kibica, który widział dwie klęski w meczach, których GKS nie miał prawa przegrać. Mecz w marcu br. był zapowiedzią frajerstwa tego zespołu, był tak tragicznie zepsuty, tak skandalicznie rozegrany w drugiej połowie, że na dobrą sprawę już za to trzeba było większość tamtej bandy zesłać do rezerw. Niestety, po meczu (i przez wiele następnych kolejek) żyliśmy złudzeniem, że nie można nic zmieniać, bo ciągle są szanse – choć te szanse wynikały wyłącznie z masowych strat punktów przez inne zespoły.
Pisaliśmy wtedy zaraz po meczu, że „psychoterapeuta tego zespołu potrzebny od zaraz”. My, kibice ostrzegaliśmy, nie posłuchał tego ani trener, ani prezes, tylko dalej bawili się w gadkę „ciągle są szanse”. Efekt widzieliśmy, opłakany na koniec sezonu, a degrengolada klubu teraz jest przykrą konsekwencją braku awansu, a jako składowej – fatalnej porażki na Ludowym.
Teraz sytuacja jest inna. Nikogo z kibiców GKS mecz w Sosnowcu nie elektryzuje. Oczywiście w dużej mierze z powodu braku wyjazdu związanego z kolejną decyzją wybitnie antykibicowskiego wojewody. Jednak ten mecz nie elektryzuje kibiców w ogóle typowo piłkarsko. Nie ma prawa elektryzować, bo ekipa klozetowa spowodowała, że sympatycy GKS nie oczekują na spotkania swojego zespołu z radością, tylko z kompletną obojętnością.
Natomiast interesujące wydaje się, jak do tego spotkania podejdzie Piotr Mandrysz, trener, który jest doświadczony przez klub z Sosnowca bardzo dotkliwie. Przypomnijmy – Piotr Mandrysz prowadził Zagłębie niecałe dwa miesiące w rundzie jesiennej poprzedniego sezonu. Tak naprawdę to jakiegoś wielkiego pożaru nie musiał gasić, bo owszem – zespół w dwóch poprzedzających jego przyjście meczach przegrał z Olimpią i zremisował z Wisłą Puławy, ale wcześniej – z Jackiem Magierą – osiągał bardzo dobre wyniki. Trzeba było więc dobrego trenera zastąpić innym dobrym – bo pojawienie się w klubie Jarosława Araszkiewicza zaraz po Magierze było pomyłką.
Mandrysz w debiucie zremisował z Bytovią, a potem wygrał z Miedzią i Wigrami. Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu, jednak potem przyszły porażki ze Stalą, Chrobrym, remis z Chojniczanką i klęska 0:3 w Tychach. Kryzys zespołu był aż nadto widoczny i nie zmieniło tego nawet zwycięstwo w ostatnim jesiennym meczu w Siedlcach. Wręcz – przeciwnie. Rozpętała się burza, na którą i tak się zanosiło już wcześniej. Po spotkaniu przed kamerami Polsatu wypowiedział się posadzony na ławę Sebastian Dudek, który stwierdził:
Przykre to jest… Praktycznie przez dwa i pół roku jestem tutaj i grałem w 98 proc. spotkań w pierwszym składzie, jeszcze pełnię rolę kapitana, i tak się nie robi – że sadza się na ławce rezerwowych bez żadnego słowa.
Dostało się trenerowi Mandryszowi.
Osoba, która nas prowadzi, praktycznie z nami nie rozmawia. Nie ma też między nami chemii, co widać i tego na dobrą sprawę nie ukryjemy. Te kilka kolejek było męczarnią… Nie zgodzę się na takie traktowanie przez osoby, które nas prowadzą. Sam chcę być trenerem i na takie rzeczy nigdy sobie nie pozwolę.
Przytoczmy, jak do całej sytuacji odniósł się trener Mandrysz w wywiadzie dla GieKSa.pl w lipcu:
Bez względu na to,co mnie spotkało w Zagłębiu uważam, że niedopuszczalne jest zachowanie, by podopieczny stawał w przeciwwadze do przełożonego. To jest zachowanie skandaliczne. Ja w swojej karierze zawodniczej współpracowałem z wieloma trenerami, na temat każdego z nich miałem swoje zdanie, ale na boisku i w szatni starałem zawsze być profi i spełniać te obowiązki, które nakreślił przełożony. Wiem, że tego typu rzeczy się zdarzają i mnie to dotknęło osobiście, wszyscy wiemy też jaki był tego epilog w Sosnowcu.
A epilog był taki, że w Sosnowcu pożegnano się z zawodnikiem, ale dopiero po kilku miesiącach. Na tamten gorący moment to piłkarz wygrał tę „wojenkę” i z klubu odszedł trener.
Minęło 10 miesięcy i tak jak napisaliśmy – pojawia się pytanie, jak podejdzie do tego spotkania szkoleniowiec. Jeszcze kilka tygodni temu powiedzielibyśmy, że ten mecz będzie wyjątkowo prestiżowy dla niego, że będzie chciał po prostu solidnie się odegrać i utrzeć nosa klubowi, który wziął stronę piłkarza w tym konflikcie. Sytuacja się jednak trochę zmieniła i wydaje się, że na chwilę obecną szkoleniowiec ma tysiąc innych zmartwień niż jakieś tam odgrywanie się.
Jeśli GieKSa by punktowała, wygrywała i grała dobrze, to trener miałby podstawy do tego, by myśleć w dużej mierze o rewanżu. A teraz?
Teraz, trener próbuje – z bardzo mizernym skutkiem – ogarnąć bandę nieudaczników. Być może pod kątem wyników na własnym boisku notuje najgorszy moment w trenerskiej karierze. Kto nie przyjeżdża na Bukową – dostajemy w tytę. Z bardzo słabą grą, z brakiem atutów nawet w starciu ze słabymi przeciwnikami.
Trener się w tym wszystkim gubi, zniknęła charyzma, z której jest znany. Podejmuje dziwne decyzje kadrowe, stawia na zawodników bez formy lub bez chęci gry w piłkę, dziwnie przypasowuje ich do pozycji na boisku. Nie wiemy, czy to jest wiara trenera w powodzenie danego manewru czy akty desperacji. Można jedynie podejrzewać, że myśli sobie „po co mi to było…”.
Tak naprawdę teraz nie ma co myśleć o rewanżu osobistym, tylko o jakimkolwiek poukładaniu rozpieprzonej drużyny. Przecież nawet dwie wygrane nie pomogły temu zespołowi, nawet dwa tygodnie przerwy nie spowodowały poprawy (a jest jeszcze gorzej). Zespół jest słaby, niepoukładany, bez ambicji i do tego jeszcze sam sobie strzela kuriozalne bramki. Gdzie tu myśleć o odgrywaniu się?
Do tego to nie trener gra w piłkę. To już nie ten moment, gdy widząc nieporadność podopiecznych sam się wprowadza na boisko, tak jak to zrobił kiedyś w Radomsku w barażu o ekstraklasę. Wielu kibicom wydaje się, że szkoleniowiec tak niesamowicie na tej jeden mecz zmotywuje zawodników, że ci będą dla niego gryźć trawę, jak nigdy wcześniej.
To naiwne myślenie.
Najprawdopodobniej będą to mieli w dupie. Zagrają jedynie wtedy, kiedy im się zachce. Tak jak robili to za Moskala, za Brzęczka i tak jak to robią teraz.
To piłkarze decydują, jak będzie przebiegał mecz. Kiedy grają z trenerem, kiedy przeciw niemu, kiedy tak, żeby się wypromować, a kiedy tak, żeby odbębnić 90 minut i jechać na dyskotekę lansować się swoim prestiżowym zawodem.
Sprawa nie jest więc tak oczywista. Są co najmniej dwa powody, dlaczego przewidywania sprzed kilku tygodni mogą wziąć w łeb, czyli dwa wspomniane:
– trener w obliczu beznadziejnej sytuacji drużyny i krytyki, która na niego spadła musi się jakoś ratować
– piłkarze mogą mieć gdzieś jego prywatne porachunki.
Oczywiście to wszystko nie oznacza, że mecz będzie wyglądał tak, jak ostatnie kolejki. Może się zdarzyć tak, że właśnie piłkarzom się zachce walczyć, zachce im się grać i wygrają. To nie jest niemożliwe, tym bardziej patrząc na formę Zagłębia. Przecież z mocną Chojniczanką zawodnikom się na chwilę zachciało i zamydlili wielu osobom oczy, że jednak może coś z tego będzie.
To, że oni grają, kiedy im się chce angażować jest nawet gorsze niż gdyby olewali grę cały czas. Zresztą to samo mieliśmy na wiosnę – wygrana w Pruszkowie, wygrana w Puławach, a potem odstawienie żenady u siebie. Wygrana z Tychami, wygrana w Siedlcach, przerżnięcie trzech najważniejszych meczów i utrata marzeń.
Nie ma co liczyć na mądrość tej zgrai. I niestety nie może liczyć na to też trener. W Sosnowcu miał Dudka, tutaj ma kilkunastu takich krypto-Dudków, sabotujących działania zespołu.
I nie zapominajmy, że Zagłębie wygrało z Pogonią czy Puszczą, z którą my przegraliśmy. GieKSa od kilku sezonów jest tą drużyną, na której przełamują się załamani i zrezygnowani przeciwnicy. To dwukrotnie zrobili piłkarze Zagłębia Sosnowiec i to niewykluczony scenariusz na środę.
Nie będziemy więc wam tu ściemniać, że wierzymy. Wierzylibyśmy, gdybyśmy mieli poważną i godną zaufania drużynę. Teraz to, czy GieKSa wygra, przegra czy zremisuje jest w pierwszej kolejności uzależnione od widzimisię zawodników. Dopiero na drugim miejscu jest czysta sportowa rywalizacja, która będzie miała miejsce jedynie wtedy, kiedy akurat włączą oni opcję „chcenia”.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


stefano
12 września 2017 at 11:10
Marzenia o stadionie już sa , teraz będą marzenia o zmianie prezesa.
Tylu trenerów i piłkarzy już przewinęło się przez ten klub za kadencji Cygana , ze nie wierzę ze to tylko ich wina.
On jest idealnym prezesem dla Krupy i miasta , a kto wie czego się jeszcze dowiemy o wspólnych relacjach miedzy nimi.
mag
12 września 2017 at 16:02
Na remis najwyższy kurs 3,25.
WIERNY
12 września 2017 at 18:17
Do czego to doszło, żebyśmy mieli nadzieję, że słaba ekipa która ponoć walczy o awans zagrała lepiej z sosnowcem. Już chyba wszystkim zaćmiło rozum, czy ktoś pojmie że z tej mąki chleba nie bedzie? Winowajca jest tylko jeden – Cygan, to jest partacz pierwszorzędny, za jego kadencji mielismy już byc kilka razy w ekstraklasie, mieliśmy mase trenerów, transferów. Niestety ciamajda nie potrafi ściągnąc nawet poważnego sponsora i z roku na rok tracimy fanów.