Piłka nożna Prasówka
Media o meczu GieKSa-Jagiellonia: Mistrz Polski na deskach
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 3:1 (1:1).
dziennikzachodni.pl – Beniaminek rozbił mistrza Polski! GKS Katowice w świetnym stylu pokonał Jagiellonię Białystok 3:1
Piłkarze GKS Katowice odnieśli pierwsze domowe zwycięstwo w tym sezonie. Zespół Rafała Góraka pokonał Jagiellonię Białystok i wprawił swoich kibiców w euforię.
Czwarty domowy mecz GKS Katowice był konfrontacją z mistrzami Polski z Białegostoku. Ekipa Rafała Góraka, która na Bukowej nie wygrała żadnego z trzech poprzednich spotkań, wierzyła, że podmęczona fizycznie i nieco rozbita psychicznie porażką z Ajaxem Jagiellonia, padnie ich pierwszą ofiarą.
I gospodarze objęli prowadzenie już po 71 sekundach! Jetmir Haliti koszmarnie zachował się w swoim polu karnym i podał do… Bartosza Nowaka, który walcząc z rywalem oddał piłkę Adrianowi Błądowi, a ten kopnął ją do siatki. Jak się póżniej okazało goście popełniali w niedzielę sporo prostych błędów, ale w pierwszej połowie żaden nie został już przez katowiczan wykorzystany.
Za to Jagiellonia potrafiła wyrównać. Jesus Imaz podał do Jarosława Kubickiego, który skiksował, ułatwiając przypadkowo wpisanie się na listę strzelców Afimico Pululu. Spory wkład w to trafienie mieli też pogubieni obrońcy GKS-u, a Alan Czerwiński zamieszanie przypłacił kontuzją i zmianą. Mistrzowie Polski poszli za ciosem. Na pierwszoplanową postać wyrósł Dawid Kudła, utrzymujący kolegów w grze. W 42 minucie to GKS znów doczekał się swojej okazji, zmarnowanej przez Grzegorza Rogalę.
– Mamy swój fajny plan na ten mecz i dalej będziemy go realizować – zapowiedział schodząc do szatni Adrian Błąd.
Trener Rafał Górak najwyraźniej trafił w przerwie do piłkarzy, bo po powrocie na murawę katowiczanie zepchnęli Jagiellonię do obrony. Sławomir Abramowicz fruwał jednak między słupkami i z trybun płynął tylko jęk zawodu. Trwało to aż do 71 minuty, wtedy wreszcie rozległ się wybuch radości. Z dystansu uderzył Borja Galan, piłka zmieniła kierunek po odbiciu od Mateusza Kowalczyka i było 2:1!
Jagiellonia była bezradna i już do końca nie była w stanie odpowiedzieć na ten cios. Katowiczanie grali mądrze i konsekwentnie, za co zebrali najcenniejszą nagrodę dobijając mistrzów Polski w ostatniej siódmej minucie doliczonego czasu gry. Gola strzelił Oskar Repka, przy kapitalnej asyście Adama Zrelaka, ośmieszającej obronę rywali.
– Cieszę się z gola i zwycięstwa, ale moja przygoda w Ekstraklasie dopiero się rozpoczyna… Celem były trzy punkty i go osiągnęliśmy – stwierdził Oskar Repka.
GKS wygrał pierwszy ekstraklasowy mecz na swoim stadionie od 12 czerwca 2005, gdy pomimo zwycięstwa 1:0 nad Górnikiem Zabrze żegnał się z elitą.
katowickisport.pl – GKS Katowice wygrał z mistrzem Polski!
GKS Katowice sprawił nie lada niespodziankę, pokonując na własnym stadionie aktualnego Mistrza Polski, Jagiellonię Białystok, 3:1.
[…] Przed meczem uczczono setny występ Dawida Kudły w barwach GKS-u, a klub złożył oficjalne gratulacje Jagiellonii za zdobycie Mistrzostwa Polski.
To zwycięstwo jest ogromnym sukcesem dla drużyny trenera Rafała Góraka i może być kluczowe w kontekście dalszej części sezonu dla GKS-u Katowice.
sportowefakty.wp.pl – Mistrz Polski na deskach. Gigantyczna sensacja w Ekstraklasie
W spotkaniu 6. kolejki PKO Ekstraklasy 2024/2025 mistrz Polski, Jagiellonia Białystok, sensacyjnie przegrał na wyjeździe z beniaminkiem, GKS-em Katowice (1:3).
W ostatnim czasie zarówno GKS, jak i Jagiellonia nie zachwycały i w niedzielę za wszelką cenę chciały w końcu zwyciężyć. Faworytem starcia była drużyna z Białegostoku, ale katowiczanie zamierzali postawić jej trudne warunki gry.
Gospodarze rozpoczęli rywalizację z wysokiego „c”, gdyż już w 2. minucie wyszli na prowadzenie. Wówczas Jetmir Haliti we własnym polu karnym popełnił fatalny błąd, podając piłkę wprost pod nogi Bartosza Nowaka, który zgrał futbolówkę do Adriana Błąda, a ten huknął przy dalszym słupku.
Taki obrót spraw podrażnił podopiecznych Adriana Siemieńca, który w 18. minucie doprowadzili do remisu. Wtedy to Jesus Imaz zagrywał wzdłuż bramki piłkę do Jarosława Kubickiego, który nie trafił czysto w futbolówkę, ale ta dotarła do Afimico Pululu i ten z bliska wpakował ją głową do siatki.
Później przewagę optyczną mieli białostoczanie, a celnie i groźnie strzelali Jesus Imaz oraz Darko Churlinov, ale Dawid Kudła nie dał się zaskoczyć i przed przerwą wynik na tablicy świetlnej już nie uległ zmianie.
Od startu drugiej odsłony batalii Jagiellonia Białystok prezentowała się bardzo słabo, co w 73. minucie wykorzystał GKS Katowice. Borja Galan zdecydował się na uderzenie sprzed pola karnego, piłka po drodze odbiła się od Mateusza Kowalczyka i wpadła do bramki.
Białostocki zespół wyglądał na bezradny, zaś w doliczonym czasie gry stracił jeszcze trzeciego gola. W ostatnich sekundach potyczki Adam Zrelak po dośrodkowaniu z prawego skrzydła zgrał piłkę głową do tytułu, zaś akcję z bliska sfinalizował Oskar Repka.
bialystokonline.pl – Kolejny „babol” w defensywie i znów porażka. Jaga jest w kryzysie
Jagiellonia Białystok doznała w niedzielę (25.08) piątej porażki z rzędu. Tym razem Żółto-Czerwoni polegli na wyjeździe z GKS-em Katowice, który zwyciężył w pełni zasłużenie. Mistrz Polski w starciu z beniaminkiem był bowiem bezradny.
[…] Żółto-Czerwoni po czterech porażkach z rzędu z mnóstwem straconych goli chcieli w niedzielę powrócić na zwycięską ścieżkę, ale już w 2. minucie przekonaliśmy się o tym, że defensywa mistrza Polski wciąż jest w rozsypce. Wtedy to karygodnie we własnej szesnastce zachował się Jetmir Haliti, który rozegrał piłkę tak, że ta znalazła się na 12. metrze pod nogami Bartosza Nowaka. Ten podał następnie futbolówkę do Adriana Błąda i nieszczęście było gotowe. Zawodnik GKS-u huknął po dalszym słupku, Sławomir Abramowicz nie miał żadnych szans, dlatego Jaga po zaledwie kilkudziesięciu sekundach gry przegrywała przy Bukowej 0:1.
Szybko stracony gol nie obudził jednak zawodników Dumy Podlasia. Białostoczanie nadal byli ospali, natomiast gospodarze szukali swoich szans do podwyższenia prowadzenia. W 12. minucie niecelnie z dystansu uderzył Grzegorz Rogala, później beniaminek zaprezentował strzał, który został zablokowany, po czym do przodu ruszyła w końcu Jaga, lecz szarżę Churlinova rywale zastopowali.
Zryw ten wyraźnie zachęcił białostoczan do ataku, którzy w 18. minucie ponownie zawitali w polu karnym gospodarzy i wypad ten zakończył się golem. Jesus Imaz dograł futbolówkę do Kubickiego, ten oddał strzał, z którym Dawid Kudła sobie poradził, ale piłka spadła następnie na 2. metr do wbiegającego Afimico Pululu, a ten strzałem z najbliższej odległości doprowadził do remisu 1:1.
W odpowiedzi zza szesnastki potężną bombę posłał Adrian Błąd, jednak autora bramki na 1:0 zawiodła tym razem precyzja, a potem to Żółto-Czerwoni omal nie znaleźli się na prowadzeniu. Najpierw z próbą Churlinova uporał się Kudła, później dobitka Pululu z woleja została zablokowana, a w następnej akcji dogodną okazję miał jeszcze Jesus Imaz, ale Hiszpan z ostrego kąta nie był w stanie pokonać golkipera GieKSy.
Atak mistrza Polski z minuty na minutę funkcjonował coraz lepiej, lecz defensywa wciąż wyglądała na dziurawą. Po dwóch kwadransach gry bliski wyjścia sam na sam z Abramowiczem był Błąd, który ostatecznie nie zabrał się dobrze z piłką i podał ją do boku do Marcina Wasielewskiego. Ten doszedł do uderzenia, ale na posterunku był młody golkiper Żółto-Czerwonych. Po dobrej interwencji Abramowiczowi kilkadziesiąt sekund później przydarzyła się jednak przy wyjściu poza pole karne fatalna wpadka (piłka prześlizgnęła się po głowie 20-latka i minęła białostockiego bramkarza), ale na szczęście Adam Zrelak z prezentu nie skorzystał, a na dodatek sędziowie dopatrzyli się pozycji spalonej.
W końcowej fazie pierwszej połowy z kilku metrów pomylił się Rogala, a następnie, przy okazji rzutu wolnego, jeden z zawodników gospodarzy obił mur i to by było na tyle. Na przerwę oba zespoły zeszły przy wyniku 1:1.
Po zmianie stron początkowo z murawy wiało nudą, lecz w 54. minucie emocji już nie brakowało. Do uderzenia z okolicy 11. metra doszedł bowiem Adam Zrelak, ale gol nie padł, bo świetnie na linii spisał się Sławomir Abramowicz. Od czego wzięła się akcja gospodarzy? Od straty Jetmira Halitiego w bocznej strefie boiska.
Wydawało się, że w drugiej połowie, po wskazówkach Adriana Siemieńca, Żółto-Czerwoni poprawią swoją grę i to oni będą dominować, ale tak nie było. Groźniej atakował GKS, o czym świadczy m.in. sytuacja z 64. minuty. Wtedy to z woleja piłkę kopnął Borja Galan, jednak golkiper Jagi błędu nie popełnił.
Niestety po zmianie stron Duma Podlasia kompletnie zawodziła, czym sama prosiła się o kłopoty. No i te w 73. minucie nadeszły. Borja Galan zdecydował się na strzał z dystansu, futbolówka po drodze odbiła się od Mateusza Kowalczyka, co zmyliło Abramowicza i Jaga po raz drugi w niedzielne popołudnie przegrywała.
Końcówka meczu to już totalny antyfutbol. Gospodarze starali się utrzymać korzystny dla siebie rezultat, a piłkarze Jagiellonii kopali się po czołach. Zawodnicy z Białegostoku w drugiej połowie ani razu nie zagrozili bramce rywala, dlatego przegrali w pełni zasłużenie. Na dodatek nie 1:2, a 1:3, bo w doliczonym czasie spotkania gościł dobił jeszcze Oskar Repka.
Starcie z GieKSą miało przywrócić mistrzom Polski wiarę we własne możliwości, a tymczasem i tak trudną sytuację jeszcze pogorszyło. Jagiellonia po raz pierwszy za kadencji Adriana Siemieńca jest w kryzysie. I to poważnym.
poranny.pl – Jagiellonia upokorzona przez beniaminka. Kolejna porażka mistrza kraju
Dobra wiadomość jest taka, że Jagiellonia wreszcie nie straciła czterech goli w jednym meczu, co ostatnio było normą. Zła, że i tak poniosła piątą porażkę z rzędu (wliczając europejskie puchary), przegrywając w meczu 6. kolejki PKO Ekstraklasy na wyjeździe z GKS-em Katowice 1:3. Trzeba dodać, że beniaminek ze stolicy Górnego Śląska wygrał jak najbardziej zasłużenie, a rozmiary wpadki Podlasian mogły być znacznie wyższe.
[…] Po dwóch poważnych błędach w spotkaniu z Ajaksem miejsce w podstawowym składzie stracił Adrian Dieguez, którego na środku obrony zastąpił Jetmir Haliti. Stoper Dumy Podlasia zaczął fatalnie, bo już w 2. minucie podał we własnym polu karnym do Bartosza Nowaka. Zawodnik z Katowic zauważył, że dobrze ustawiony jest Adrian Błąd, a ten płaskim strzałem w długi róg pokonał Sławomira Abramowicza.
Podlasianie nie załamali się fatalnym wejściem mecz, przejęli inicjatywę i szybko wyrównali. Rui Nene wypuścił na prawym skrzydle Jesusa Imaza, a po jego centrze uderzył Jarosław Kubicki. Dawid Kudła odbił futbolówkę ale był bezradny przy dobitce Afimico Pululu. Jaga poszła za ciosem i wkrótce miała kolejne okazje. Golkiper gospodarzy obronił jednak uderzenia Darko Churlinova i Imaza. To był dobry, niestety krótki okres w grze Podlasian.
Druga odsłona rozpoczęła się od kolejnej nieporadności białostoczan przy wyprowadzaniu piłki, po której przed szansą stanął Adam Zrelak, ale jego kąśliwy strzał obronił Abramowicz. Po tej akcji trener Siemieniec ściągnął z boiska Pululu i Nene, a na ich miejsce weszli Lamine Diaby-Fadiga i debiutujący w Jagiellonii Marcin Listkowski.
Nie na wiele to się zdało, bo nadal przewagę mieli katowiczanie, a na dodatek Diaby-Fadiga błyskawicznie zarobił żółtą kartkę, a wkrótce niewiele brakowało, by został usunięty z boiska za kolejny faul. Gospodarze spychali mistrzów Polski do coraz głębszej defensywy i wydawało się, że bramka dla nich to tylko kwestia czasu.
Tak też się stało, a beznadziejna gra Jagi została ukarana w 73. minucie. Zza pola karnego uderzał Borja Galan, futbolówka odbiła się jeszcze od Mateusza Kowalczyka, co kompletnie zmyliło golkipera przyjezdnych i GKS objął jak najbardziej zasłużone prowadzenie, a mistrzowie Polski chyba tak źle, jak w drugiej odsłonie spotkania w Katowicach, jeszcze chyba w tym sezonie nie grali.
Czasu ma wyrównanie było jeszcze dużo, ale słabo dysponowani Żółto-Czerwoni na dobrą sprawę nie stworzyli sobie żadnej sytuacji, by móc wywalczyć na stadionie beniaminka przynajmniej punkt. Przeciwnie, grali z minuty na minutę coraz gorzej, co tuż przed końcem wykorzystał Oskar Repka, pieczętując triumf katowiczan.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze