Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu GieKSa-Jagiellonia: Mistrz Polski na deskach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Jagiellonia Białystok 3:1 (1:1).

dziennikzachodni.pl – Beniaminek rozbił mistrza Polski! GKS Katowice w świetnym stylu pokonał Jagiellonię Białystok 3:1

Piłkarze GKS Katowice odnieśli pierwsze domowe zwycięstwo w tym sezonie. Zespół Rafała Góraka pokonał Jagiellonię Białystok i wprawił swoich kibiców w euforię.

Czwarty domowy mecz GKS Katowice był konfrontacją z mistrzami Polski z Białegostoku. Ekipa Rafała Góraka, która na Bukowej nie wygrała żadnego z trzech poprzednich spotkań, wierzyła, że podmęczona fizycznie i nieco rozbita psychicznie porażką z Ajaxem Jagiellonia, padnie ich pierwszą ofiarą.

I gospodarze objęli prowadzenie już po 71 sekundach! Jetmir Haliti koszmarnie zachował się w swoim polu karnym i podał do… Bartosza Nowaka, który walcząc z rywalem oddał piłkę Adrianowi Błądowi, a ten kopnął ją do siatki. Jak się póżniej okazało goście popełniali w niedzielę sporo prostych błędów, ale w pierwszej połowie żaden nie został już przez katowiczan wykorzystany.

Za to Jagiellonia potrafiła wyrównać. Jesus Imaz podał do Jarosława Kubickiego, który skiksował, ułatwiając przypadkowo wpisanie się na listę strzelców Afimico Pululu. Spory wkład w to trafienie mieli też pogubieni obrońcy GKS-u, a Alan Czerwiński zamieszanie przypłacił kontuzją i zmianą. Mistrzowie Polski poszli za ciosem. Na pierwszoplanową postać wyrósł Dawid Kudła, utrzymujący kolegów w grze. W 42 minucie to GKS znów doczekał się swojej okazji, zmarnowanej przez Grzegorza Rogalę.

– Mamy swój fajny plan na ten mecz i dalej będziemy go realizować – zapowiedział schodząc do szatni Adrian Błąd.

Trener Rafał Górak najwyraźniej trafił w przerwie do piłkarzy, bo po powrocie na murawę katowiczanie zepchnęli Jagiellonię do obrony. Sławomir Abramowicz fruwał jednak między słupkami i z trybun płynął tylko jęk zawodu. Trwało to aż do 71 minuty, wtedy wreszcie rozległ się wybuch radości. Z dystansu uderzył Borja Galan, piłka zmieniła kierunek po odbiciu od Mateusza Kowalczyka i było 2:1!

Jagiellonia była bezradna i już do końca nie była w stanie odpowiedzieć na ten cios. Katowiczanie grali mądrze i konsekwentnie, za co zebrali najcenniejszą nagrodę dobijając mistrzów Polski w ostatniej siódmej minucie doliczonego czasu gry. Gola strzelił Oskar Repka, przy kapitalnej asyście Adama Zrelaka, ośmieszającej obronę rywali.

– Cieszę się z gola i zwycięstwa, ale moja przygoda w Ekstraklasie dopiero się rozpoczyna… Celem były trzy punkty i go osiągnęliśmy – stwierdził Oskar Repka.

GKS wygrał pierwszy ekstraklasowy mecz na swoim stadionie od 12 czerwca 2005, gdy pomimo zwycięstwa 1:0 nad Górnikiem Zabrze żegnał się z elitą.

katowickisport.pl – GKS Katowice wygrał z mistrzem Polski!

GKS Katowice sprawił nie lada niespodziankę, pokonując na własnym stadionie aktualnego Mistrza Polski, Jagiellonię Białystok, 3:1.

[…] Przed meczem uczczono setny występ Dawida Kudły w barwach GKS-u, a klub złożył oficjalne gratulacje Jagiellonii za zdobycie Mistrzostwa Polski.

To zwycięstwo jest ogromnym sukcesem dla drużyny trenera Rafała Góraka i może być kluczowe w kontekście dalszej części sezonu dla GKS-u Katowice.

sportowefakty.wp.pl – Mistrz Polski na deskach. Gigantyczna sensacja w Ekstraklasie

W spotkaniu 6. kolejki PKO Ekstraklasy 2024/2025 mistrz Polski, Jagiellonia Białystok, sensacyjnie przegrał na wyjeździe z beniaminkiem, GKS-em Katowice (1:3).

W ostatnim czasie zarówno GKS, jak i Jagiellonia nie zachwycały i w niedzielę za wszelką cenę chciały w końcu zwyciężyć. Faworytem starcia była drużyna z Białegostoku, ale katowiczanie zamierzali postawić jej trudne warunki gry.

Gospodarze rozpoczęli rywalizację z wysokiego „c”, gdyż już w 2. minucie wyszli na prowadzenie. Wówczas Jetmir Haliti we własnym polu karnym popełnił fatalny błąd, podając piłkę wprost pod nogi Bartosza Nowaka, który zgrał futbolówkę do Adriana Błąda, a ten huknął przy dalszym słupku.

Taki obrót spraw podrażnił podopiecznych Adriana Siemieńca, który w 18. minucie doprowadzili do remisu. Wtedy to Jesus Imaz zagrywał wzdłuż bramki piłkę do Jarosława Kubickiego, który nie trafił czysto w futbolówkę, ale ta dotarła do Afimico Pululu i ten z bliska wpakował ją głową do siatki.

Później przewagę optyczną mieli białostoczanie, a celnie i groźnie strzelali Jesus Imaz oraz Darko Churlinov, ale Dawid Kudła nie dał się zaskoczyć i przed przerwą wynik na tablicy świetlnej już nie uległ zmianie.

Od startu drugiej odsłony batalii Jagiellonia Białystok prezentowała się bardzo słabo, co w 73. minucie wykorzystał GKS Katowice. Borja Galan zdecydował się na uderzenie sprzed pola karnego, piłka po drodze odbiła się od Mateusza Kowalczyka i wpadła do bramki.

Białostocki zespół wyglądał na bezradny, zaś w doliczonym czasie gry stracił jeszcze trzeciego gola. W ostatnich sekundach potyczki Adam Zrelak po dośrodkowaniu z prawego skrzydła zgrał piłkę głową do tytułu, zaś akcję z bliska sfinalizował Oskar Repka.

bialystokonline.pl – Kolejny „babol” w defensywie i znów porażka. Jaga jest w kryzysie

Jagiellonia Białystok doznała w niedzielę (25.08) piątej porażki z rzędu. Tym razem Żółto-Czerwoni polegli na wyjeździe z GKS-em Katowice, który zwyciężył w pełni zasłużenie. Mistrz Polski w starciu z beniaminkiem był bowiem bezradny.

[…] Żółto-Czerwoni po czterech porażkach z rzędu z mnóstwem straconych goli chcieli w niedzielę powrócić na zwycięską ścieżkę, ale już w 2. minucie przekonaliśmy się o tym, że defensywa mistrza Polski wciąż jest w rozsypce. Wtedy to karygodnie we własnej szesnastce zachował się Jetmir Haliti, który rozegrał piłkę tak, że ta znalazła się na 12. metrze pod nogami Bartosza Nowaka. Ten podał następnie futbolówkę do Adriana Błąda i nieszczęście było gotowe. Zawodnik GKS-u huknął po dalszym słupku, Sławomir Abramowicz nie miał żadnych szans, dlatego Jaga po zaledwie kilkudziesięciu sekundach gry przegrywała przy Bukowej 0:1.

Szybko stracony gol nie obudził jednak zawodników Dumy Podlasia. Białostoczanie nadal byli ospali, natomiast gospodarze szukali swoich szans do podwyższenia prowadzenia. W 12. minucie niecelnie z dystansu uderzył Grzegorz Rogala, później beniaminek zaprezentował strzał, który został zablokowany, po czym do przodu ruszyła w końcu Jaga, lecz szarżę Churlinova rywale zastopowali.

Zryw ten wyraźnie zachęcił białostoczan do ataku, którzy w 18. minucie ponownie zawitali w polu karnym gospodarzy i wypad ten zakończył się golem. Jesus Imaz dograł futbolówkę do Kubickiego, ten oddał strzał, z którym Dawid Kudła sobie poradził, ale piłka spadła następnie na 2. metr do wbiegającego Afimico Pululu, a ten strzałem z najbliższej odległości doprowadził do remisu 1:1.

W odpowiedzi zza szesnastki potężną bombę posłał Adrian Błąd, jednak autora bramki na 1:0 zawiodła tym razem precyzja, a potem to Żółto-Czerwoni omal nie znaleźli się na prowadzeniu. Najpierw z próbą Churlinova uporał się Kudła, później dobitka Pululu z woleja została zablokowana, a w następnej akcji dogodną okazję miał jeszcze Jesus Imaz, ale Hiszpan z ostrego kąta nie był w stanie pokonać golkipera GieKSy.

Atak mistrza Polski z minuty na minutę funkcjonował coraz lepiej, lecz defensywa wciąż wyglądała na dziurawą. Po dwóch kwadransach gry bliski wyjścia sam na sam z Abramowiczem był Błąd, który ostatecznie nie zabrał się dobrze z piłką i podał ją do boku do Marcina Wasielewskiego. Ten doszedł do uderzenia, ale na posterunku był młody golkiper Żółto-Czerwonych. Po dobrej interwencji Abramowiczowi kilkadziesiąt sekund później przydarzyła się jednak przy wyjściu poza pole karne fatalna wpadka (piłka prześlizgnęła się po głowie 20-latka i minęła białostockiego bramkarza), ale na szczęście Adam Zrelak z prezentu nie skorzystał, a na dodatek sędziowie dopatrzyli się pozycji spalonej.

W końcowej fazie pierwszej połowy z kilku metrów pomylił się Rogala, a następnie, przy okazji rzutu wolnego, jeden z zawodników gospodarzy obił mur i to by było na tyle. Na przerwę oba zespoły zeszły przy wyniku 1:1.

Po zmianie stron początkowo z murawy wiało nudą, lecz w 54. minucie emocji już nie brakowało. Do uderzenia z okolicy 11. metra doszedł bowiem Adam Zrelak, ale gol nie padł, bo świetnie na linii spisał się Sławomir Abramowicz. Od czego wzięła się akcja gospodarzy? Od straty Jetmira Halitiego w bocznej strefie boiska.

Wydawało się, że w drugiej połowie, po wskazówkach Adriana Siemieńca, Żółto-Czerwoni poprawią swoją grę i to oni będą dominować, ale tak nie było. Groźniej atakował GKS, o czym świadczy m.in. sytuacja z 64. minuty. Wtedy to z woleja piłkę kopnął Borja Galan, jednak golkiper Jagi błędu nie popełnił.

Niestety po zmianie stron Duma Podlasia kompletnie zawodziła, czym sama prosiła się o kłopoty. No i te w 73. minucie nadeszły. Borja Galan zdecydował się na strzał z dystansu, futbolówka po drodze odbiła się od Mateusza Kowalczyka, co zmyliło Abramowicza i Jaga po raz drugi w niedzielne popołudnie przegrywała.

Końcówka meczu to już totalny antyfutbol. Gospodarze starali się utrzymać korzystny dla siebie rezultat, a piłkarze Jagiellonii kopali się po czołach. Zawodnicy z Białegostoku w drugiej połowie ani razu nie zagrozili bramce rywala, dlatego przegrali w pełni zasłużenie. Na dodatek nie 1:2, a 1:3, bo w doliczonym czasie spotkania gościł dobił jeszcze Oskar Repka.

Starcie z GieKSą miało przywrócić mistrzom Polski wiarę we własne możliwości, a tymczasem i tak trudną sytuację jeszcze pogorszyło. Jagiellonia po raz pierwszy za kadencji Adriana Siemieńca jest w kryzysie. I to poważnym.

poranny.pl – Jagiellonia upokorzona przez beniaminka. Kolejna porażka mistrza kraju

Dobra wiadomość jest taka, że Jagiellonia wreszcie nie straciła czterech goli w jednym meczu, co ostatnio było normą. Zła, że i tak poniosła piątą porażkę z rzędu (wliczając europejskie puchary), przegrywając w meczu 6. kolejki PKO Ekstraklasy na wyjeździe z GKS-em Katowice 1:3. Trzeba dodać, że beniaminek ze stolicy Górnego Śląska wygrał jak najbardziej zasłużenie, a rozmiary wpadki Podlasian mogły być znacznie wyższe.

[…] Po dwóch poważnych błędach w spotkaniu z Ajaksem miejsce w podstawowym składzie stracił Adrian Dieguez, którego na środku obrony zastąpił Jetmir Haliti. Stoper Dumy Podlasia zaczął fatalnie, bo już w 2. minucie podał we własnym polu karnym do Bartosza Nowaka. Zawodnik z Katowic zauważył, że dobrze ustawiony jest Adrian Błąd, a ten płaskim strzałem w długi róg pokonał Sławomira Abramowicza.

Podlasianie nie załamali się fatalnym wejściem mecz, przejęli inicjatywę i szybko wyrównali. Rui Nene wypuścił na prawym skrzydle Jesusa Imaza, a po jego centrze uderzył Jarosław Kubicki. Dawid Kudła odbił futbolówkę ale był bezradny przy dobitce Afimico Pululu. Jaga poszła za ciosem i wkrótce miała kolejne okazje. Golkiper gospodarzy obronił jednak uderzenia Darko Churlinova i Imaza. To był dobry, niestety krótki okres w grze Podlasian.

Druga odsłona rozpoczęła się od kolejnej nieporadności białostoczan przy wyprowadzaniu piłki, po której przed szansą stanął Adam Zrelak, ale jego kąśliwy strzał obronił Abramowicz. Po tej akcji trener Siemieniec ściągnął z boiska Pululu i Nene, a na ich miejsce weszli Lamine Diaby-Fadiga i debiutujący w Jagiellonii Marcin Listkowski.

Nie na wiele to się zdało, bo nadal przewagę mieli katowiczanie, a na dodatek Diaby-Fadiga błyskawicznie zarobił żółtą kartkę, a wkrótce niewiele brakowało, by został usunięty z boiska za kolejny faul. Gospodarze spychali mistrzów Polski do coraz głębszej defensywy i wydawało się, że bramka dla nich to tylko kwestia czasu.

Tak też się stało, a beznadziejna gra Jagi została ukarana w 73. minucie. Zza pola karnego uderzał Borja Galan, futbolówka odbiła się jeszcze od Mateusza Kowalczyka, co kompletnie zmyliło golkipera przyjezdnych i GKS objął jak najbardziej zasłużone prowadzenie, a mistrzowie Polski chyba tak źle, jak w drugiej odsłonie spotkania w Katowicach, jeszcze chyba w tym sezonie nie grali.

Czasu ma wyrównanie było jeszcze dużo, ale słabo dysponowani Żółto-Czerwoni na dobrą sprawę nie stworzyli sobie żadnej sytuacji, by móc wywalczyć na stadionie beniaminka przynajmniej punkt. Przeciwnie, grali z minuty na minutę coraz gorzej, co tuż przed końcem wykorzystał Oskar Repka, pieczętując triumf katowiczan.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga