Dołącz do nas

Piłka nożna

Mgnienie katowickich koszmarów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

To, co widzieliśmy wczoraj przy Bukowej przypominało najgorsze czasy pierwszo- i przez chwilę drugoligowej otchłani. Ktoś powie, że wcale to, co zaraz napiszę nie było najgorsze. No bo przecież, czy nie jest najbardziej dotkliwym spadek albo przynajmniej pożegnanie się z marzeniami o awansie już w środku sezonu?

Nie, to jakoś zawsze przyjmowałem łagodniej. Ot, GieKSa grała sobie w środku tabeli, czasami w dolnej połówce, gdzieś tam musiała pilnować z odległości dolnej kreski, ale zespół był bezpieczny – natomiast co do walki o wyższe cele – wiadomo było, że to trzeba odłożyć na kolejny sezon. Zwłaszcza, gdy nie było jeszcze baraży, dających iluzję, że jeszcze coś można osiągnąć. Tak się nasz GKS taplał w środku pierwszoligowej tabeli i jakoś się żyło.

Najgorsze były te momenty, w których zespół „walczył” o awans i miał na przykład szansę na wskoczenie na pozycję lidera. W sezonie 2016/17 jeśli dobrze pamiętam, od pewnego momenty mieliśmy SZEŚĆ takich okazji, wystarczyło wygrać mecz. I WSZYSTKIE z tych spotkań nie zakończyły się zwycięstwami. Można było się sfrustrować. Delikatnie mówiąc.

Podobnie w przypadkach, w których można było sobie zapewnić jakąś dobrą pozycję mentalną tak w ogóle. Sytuacja wydawała się idealna – na Bukową przyjeżdżał jakiś słaby rywal, najlepiej jeszcze z niekorzystną serią. GKS miał optyczną przewagę, niby stwarzał sytuacje, przeciwnik nie grał nic, ale jakimś trafem strzelał gola albo dwa i wygrywał. Tudzież przypadki takie, jak ze wspomnianego sezonu pod egidą Jerzego Brzęczka, kiedy to do Katowic przyjechały Miedź i Podbeskidzie i scenariusze tych spotkań były bardzo podobne – do 70. minuty GKS jest (niby) zespołem lepszym, tamci się kopią po czołach. Ale jest 0:0, goście stwierdzają – przyatakujemy sobie. I strzelają dwie bramki i wygrywają mecze.

Korona Kielce była najbardziej toporną drużyną, która przyjechała w tym sezonie na Bukową. Piłkarze Jacka Zielińskiego, który sam sugestywnie zarówno werbalnie, jak i mową ciała stwierdził, że oczy czasami krwawiły, pokazali dość konkretny antyfutbol, w drugiej połowie opierający się na grze na czas już od pierwszego gwizdka czy na wykopywaniu piłek na uwolnienie. Goście wyglądali, jakby wznosili modły, by ten mecz zakończył się szczęśliwym dla nich remisem.

W obliczu takich rywali, których Krzysztof Markowski nazwałby „gamoniami”, niczym piłkarzy Pogoni Świebodzin, stwierdzenie, że GieKSa zagrała dobry mecz jest dość kontrowersyjne. Nie wiem w takim razie, jaki to byłby słaby mecz w opinii osób głoszących to zdanie – chyba piłkarze zamiast do bramki musieli by celować w ławki rezerwowych.

Powtórzę – Korona grała w drugiej połowie na czas i modliła się o remis. To był jej szczyt marzeń. Przegrać taki mecz jest jednak trochę cringowe.

Oczywiście, że GieKSa miała przewagę w tym spotkaniu, z wyżej wymienionych powodów. Z takim przeciwnikiem trudno nie mieć przewagi, nie zbliżać się pod pole karne i nie próbować zagrywać w szesnastkę. Czasem nawet stworzyć sobie jakąś sytuację. Ale czy to wystarczy? Według Canal Plus xG po tym meczu było na poziomie 1,06. GieKSa miała kilka celnych strzałów. Jednak było ich zdecydowanie za mało, żeby być pewnym, że coś jeszcze do siatki Dziekońskiego wpadnie.

Padają też mityczne zdania o „kontrolowaniu meczu”. Jest to jedno z najbardziej wyświechtanych i absurdalnych stwierdzeń. Bo jeśli kontrolowałeś, a przeciwnikowi wyszła jedna akcja i strzelił gola, to znaczy, że… nie kontrolowałeś. Zakazałbym używania tego słowa piłkarzom, trenerom i dziennikarzom, bo jest po prostu kuriozalne.

Na ocenę jakości gry składa się więcej rzeczy niż tylko ogólny obraz. Czy można o meczu powiedzieć, że był dobry, jeśli przeciwnik nic nie gra, a strzela dwa gole po kuriozalnych błędach? Czy można powiedzieć, że mecz jest dobry, jeśli większość zagrywanych podań w pole karne nie dochodzi do adresata i nie ma wykończenia w postaci choćby celnego strzału?

Stracone dwie bramki nie miały prawa się przydarzyć, choć to też oczywiście slogan. Bo wiemy, że takie rzeczy w piłce się zdarzają. Najpierw Dziekoński wybija piłkę praktycznie ze swojej piątki i do pewnego momentu Lukas Klemenz pasywnie przygląda się sytuacji, pewnie licząc, że przetnie ją Jędrych. Tylko piłka leci kilka metrów nad kapitanem, więc gdy Klemenz rusza za rywalem jest za późno i próbujący ratować sytuację Alan Czerwiński lekko, ale jednak popycha przeciwnika. Czy w polu karnym? Zależy, jak na to patrzeć. Mimo wszystko wydaje się, że początek „pchnięcia” jest minimalnie przed szesnastką.

Drugi gol to… lepiej tego nie oglądajcie na powtórkach. GieKSa wychodzi z naprawdę świetnie zapowiadającą się kontrą, ale fatalne podanie zalicza Sebastian Milewski. Potem mamy wywrotkę dwóch naszych zawodników w polu karnym (konkretnie wślizgiem wybija Arkadiusz Jędrych, blokować próbował Bartosz Jaroszek). Pozostają oni „na glebie” zdecydowanie za długo, Czerwiński za późno się orientuje, że znów musi gasić pożar – kolejne dośrodkowanie i… piękna asysta Jaroszka na nogę Błanika. Koroniarze w euforii.

W piłce liczą się bramki – zdobyte i stracone. Sposób utraty tych goli musi wpływać na ocenę meczu.

Mówię o tym też dlatego, bo przypomniały mi się podobne narracje po podobnych meczach w przeszłości. Do niczego nas to samozadowolenie z „dobrego meczu” nie prowadziło. Wręcz przeciwnie, dawało złudzenie, że faktycznie jest dobrze, a porażka jest kwestią braku szczęścia. No nie – grając tak jak wczoraj, nie wygralibyśmy z większością drużyn z ekstraklasy. Mamy bowiem tendencję do rażących błędów w obronie niemal w każdym meczu. Czasem przeciwnik je wykorzystuje, czasem nie. A wspomniane xG jest po prostu zbyt niskie.

GieKSa najwidoczniej nie zasłużyła na zwycięstwo, skoro nawet nie potrafiła zremisować z tak słabą drużyną. No ale bądźmy sprawiedliwi, Korona absolutnie nie była lepsza, ale miała masę szczęścia i jednak – co by nie mówić – wykorzystała błędy.

Zawodnicy (i kibice) muszą sobie zdać sprawę, że awans nie został dany raz na zawsze. Piłkarze i sztab szkoleniowy muszą cały czas pracować nad rozwojem zespołu, bo może przecież dochodzić aspekt „przeczytania” naszego teamu przez rywali w całej lidze. Wywalczyli promocję w sposób spektakularny, ale na tym nie skończyła się piłka nożna. Są nowe wyzwania i nowe wymagania. Trzeba iść do przodu.

Niektórzy kibice twierdzą, że piłkarze GieKSy zagrali bez ambicji i nie walczyli wystarczająco. O ile gryzienia trawy na wyższym poziomie być może zabrakło w Skierniewicach, tak z Koroną te kwestie były na odpowiednim poziomie. Była walka, były sprinty, była chęć zwycięstwa. Nie widziałem natomiast takiego przekonania i wiary w sukces danej akcji, jak w kilku meczach w tym sezonie. To co szwankuje u niektórych piłkarzy, to że jak im nie idzie, zaczynają po prostu podejmować niezbyt zrozumiałe decyzje albo po prostu grać asekuracyjnie. Przykładem jest Oskar Repka, którego niestety ostatnio nie poznajemy. Zawodnik, który przyzwyczaił nas do rozdzielania piłek niczym profesor, ostatnio gra asekurancko, jakby bał się grać do przodu – najczęściej widzimy go odgrywającego do boku, do tyłu lub zwalniającego akcję, wręcz do całkowitego jej zatrzymania. Gdzie jest ten Oskar?

To co też wpisuje się w ten koszmar czasów minionych to euforia na stadionie, po której zaraz jest jedno wielkie rozczarowanie. To przerobiliśmy w tym meczu dwukrotnie, najpierw jak Dawid Kudła obronił karnego, ale sędzia zarządził powtórkę, a potem przy golu Adama Zrelaka, który jednak był na spalonym. Na domiar złego, po chwili trafiła Korona i nastroje obróciły się o 180 stopni.

Nie ma trener Rafał Górak szczęścia, jeśli chodzi o zdrowie zawodników. Robi nam się powoli szpital w drużynie. Już nie było w składzie Marteena Kuska, którego zastąpił Borja Galan. A podczas meczu z urazami opuścili boisko Mateusz Kowalczyk, Bartosz Nowak i Lukas Klemenz. Bardzo źle to wygląda, bo tak jak pisałem ostatnio – nie ma wartościowych zmienników. Jaroszek w tym spotkaniu pokazał, dlaczego szanse dostaje od wielkiego dzwona, Mateusz Mak natomiast dostał całą połowę i w zasadzie widzieliśmy go tylko, gdy na boisku się pojawił. Potem piłkarza po prostu nie było.

Oddajmy wspomnianemu Galanowi, co hiszpańskie. Jak go krytykowaliśmy w poprzednich spotkaniach, tak tym razem zaprezentował się z dobrej strony. Piłkarz na razie łata dziury, ale jego udział w tym meczu, zwłaszcza w drugiej połowie, na lewej stronie – mógł się podobać. Oby to była zapowiedź jego dobrych występów, a może… to będzie ta pozycja?

Bartosz Nowak znów miał moment błysku, zaliczając asystę do Klemenza, który strzelił swoją pierwszą bramkę po powrocie do GKS, a trzecią w historii dla naszego klubu.

Tak jak byliśmy zachwyceni postawą drużyny w niektórych meczach tego sezonu, tak teraz mamy trudniejszy czas. Nie ma co popadać w skrajności. Po prostu nie jesteśmy tak dobrą drużyną, żeby zwycięstwa nad Jagiellonią czy Pogonią były dla nas chlebem powszednim, ale nie jesteśmy tak słabą, by przegrywać ze słabiutką Koroną. Chodzi o to, by nie zakłamywać rzeczywistości. Wiadomo, że i my wpadamy w euforię, jak były te świetne mecze. Natomiast tutaj skupiam się na mocnej krytyce gry i narracji o „dobrym meczu”, ale nie mam absolutnie zamiaru czegokolwiek wyrokować.

Doświadczenie z poprzedniego sezonu pokazało, że można znaleźć się w totalnej d… i z niej w spektakularny sposób wyjść. Obecne rozgrywki też pokazały, że potencjał w tej drużynie jest naprawdę duży. Kwestią tylko jest, czy ekipa Rafała Góraka będzie grała tę swoją grę, którą naprawdę pokochaliśmy, czy nie. Ostatnio jej nie pokazuje i musi z całych sił pracować, by wrócić do swojego stylu. Agresywnego, pewnego, niezłomnego. Na razie mamy pewien dołek. Natomiast nikt nie powiedział, że GieKSa nie jest w stanie wygrać kolejnego meczu ligowego. Jest. Choć będzie bardzo trudno.

Na koniec dodam, że te koszmary mi mignęły we wczorajszym spotkaniu. Mam nadzieję, że to tylko mgliste mgnienie przeszłości. Ale i tak jestem szczęśliwy, że mogę je przeżywać w ekstraklasie po meczu z Koroną Kielce, a nie w pierwszej lidze po… Pogoni Siedlce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga