Dołącz do nas

Piłka nożna

Mgnienie katowickich koszmarów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

To, co widzieliśmy wczoraj przy Bukowej przypominało najgorsze czasy pierwszo- i przez chwilę drugoligowej otchłani. Ktoś powie, że wcale to, co zaraz napiszę nie było najgorsze. No bo przecież, czy nie jest najbardziej dotkliwym spadek albo przynajmniej pożegnanie się z marzeniami o awansie już w środku sezonu?

Nie, to jakoś zawsze przyjmowałem łagodniej. Ot, GieKSa grała sobie w środku tabeli, czasami w dolnej połówce, gdzieś tam musiała pilnować z odległości dolnej kreski, ale zespół był bezpieczny – natomiast co do walki o wyższe cele – wiadomo było, że to trzeba odłożyć na kolejny sezon. Zwłaszcza, gdy nie było jeszcze baraży, dających iluzję, że jeszcze coś można osiągnąć. Tak się nasz GKS taplał w środku pierwszoligowej tabeli i jakoś się żyło.

Najgorsze były te momenty, w których zespół „walczył” o awans i miał na przykład szansę na wskoczenie na pozycję lidera. W sezonie 2016/17 jeśli dobrze pamiętam, od pewnego momenty mieliśmy SZEŚĆ takich okazji, wystarczyło wygrać mecz. I WSZYSTKIE z tych spotkań nie zakończyły się zwycięstwami. Można było się sfrustrować. Delikatnie mówiąc.

Podobnie w przypadkach, w których można było sobie zapewnić jakąś dobrą pozycję mentalną tak w ogóle. Sytuacja wydawała się idealna – na Bukową przyjeżdżał jakiś słaby rywal, najlepiej jeszcze z niekorzystną serią. GKS miał optyczną przewagę, niby stwarzał sytuacje, przeciwnik nie grał nic, ale jakimś trafem strzelał gola albo dwa i wygrywał. Tudzież przypadki takie, jak ze wspomnianego sezonu pod egidą Jerzego Brzęczka, kiedy to do Katowic przyjechały Miedź i Podbeskidzie i scenariusze tych spotkań były bardzo podobne – do 70. minuty GKS jest (niby) zespołem lepszym, tamci się kopią po czołach. Ale jest 0:0, goście stwierdzają – przyatakujemy sobie. I strzelają dwie bramki i wygrywają mecze.

Korona Kielce była najbardziej toporną drużyną, która przyjechała w tym sezonie na Bukową. Piłkarze Jacka Zielińskiego, który sam sugestywnie zarówno werbalnie, jak i mową ciała stwierdził, że oczy czasami krwawiły, pokazali dość konkretny antyfutbol, w drugiej połowie opierający się na grze na czas już od pierwszego gwizdka czy na wykopywaniu piłek na uwolnienie. Goście wyglądali, jakby wznosili modły, by ten mecz zakończył się szczęśliwym dla nich remisem.

W obliczu takich rywali, których Krzysztof Markowski nazwałby „gamoniami”, niczym piłkarzy Pogoni Świebodzin, stwierdzenie, że GieKSa zagrała dobry mecz jest dość kontrowersyjne. Nie wiem w takim razie, jaki to byłby słaby mecz w opinii osób głoszących to zdanie – chyba piłkarze zamiast do bramki musieli by celować w ławki rezerwowych.

Powtórzę – Korona grała w drugiej połowie na czas i modliła się o remis. To był jej szczyt marzeń. Przegrać taki mecz jest jednak trochę cringowe.

Oczywiście, że GieKSa miała przewagę w tym spotkaniu, z wyżej wymienionych powodów. Z takim przeciwnikiem trudno nie mieć przewagi, nie zbliżać się pod pole karne i nie próbować zagrywać w szesnastkę. Czasem nawet stworzyć sobie jakąś sytuację. Ale czy to wystarczy? Według Canal Plus xG po tym meczu było na poziomie 1,06. GieKSa miała kilka celnych strzałów. Jednak było ich zdecydowanie za mało, żeby być pewnym, że coś jeszcze do siatki Dziekońskiego wpadnie.

Padają też mityczne zdania o „kontrolowaniu meczu”. Jest to jedno z najbardziej wyświechtanych i absurdalnych stwierdzeń. Bo jeśli kontrolowałeś, a przeciwnikowi wyszła jedna akcja i strzelił gola, to znaczy, że… nie kontrolowałeś. Zakazałbym używania tego słowa piłkarzom, trenerom i dziennikarzom, bo jest po prostu kuriozalne.

Na ocenę jakości gry składa się więcej rzeczy niż tylko ogólny obraz. Czy można o meczu powiedzieć, że był dobry, jeśli przeciwnik nic nie gra, a strzela dwa gole po kuriozalnych błędach? Czy można powiedzieć, że mecz jest dobry, jeśli większość zagrywanych podań w pole karne nie dochodzi do adresata i nie ma wykończenia w postaci choćby celnego strzału?

Stracone dwie bramki nie miały prawa się przydarzyć, choć to też oczywiście slogan. Bo wiemy, że takie rzeczy w piłce się zdarzają. Najpierw Dziekoński wybija piłkę praktycznie ze swojej piątki i do pewnego momentu Lukas Klemenz pasywnie przygląda się sytuacji, pewnie licząc, że przetnie ją Jędrych. Tylko piłka leci kilka metrów nad kapitanem, więc gdy Klemenz rusza za rywalem jest za późno i próbujący ratować sytuację Alan Czerwiński lekko, ale jednak popycha przeciwnika. Czy w polu karnym? Zależy, jak na to patrzeć. Mimo wszystko wydaje się, że początek „pchnięcia” jest minimalnie przed szesnastką.

Drugi gol to… lepiej tego nie oglądajcie na powtórkach. GieKSa wychodzi z naprawdę świetnie zapowiadającą się kontrą, ale fatalne podanie zalicza Sebastian Milewski. Potem mamy wywrotkę dwóch naszych zawodników w polu karnym (konkretnie wślizgiem wybija Arkadiusz Jędrych, blokować próbował Bartosz Jaroszek). Pozostają oni „na glebie” zdecydowanie za długo, Czerwiński za późno się orientuje, że znów musi gasić pożar – kolejne dośrodkowanie i… piękna asysta Jaroszka na nogę Błanika. Koroniarze w euforii.

W piłce liczą się bramki – zdobyte i stracone. Sposób utraty tych goli musi wpływać na ocenę meczu.

Mówię o tym też dlatego, bo przypomniały mi się podobne narracje po podobnych meczach w przeszłości. Do niczego nas to samozadowolenie z „dobrego meczu” nie prowadziło. Wręcz przeciwnie, dawało złudzenie, że faktycznie jest dobrze, a porażka jest kwestią braku szczęścia. No nie – grając tak jak wczoraj, nie wygralibyśmy z większością drużyn z ekstraklasy. Mamy bowiem tendencję do rażących błędów w obronie niemal w każdym meczu. Czasem przeciwnik je wykorzystuje, czasem nie. A wspomniane xG jest po prostu zbyt niskie.

GieKSa najwidoczniej nie zasłużyła na zwycięstwo, skoro nawet nie potrafiła zremisować z tak słabą drużyną. No ale bądźmy sprawiedliwi, Korona absolutnie nie była lepsza, ale miała masę szczęścia i jednak – co by nie mówić – wykorzystała błędy.

Zawodnicy (i kibice) muszą sobie zdać sprawę, że awans nie został dany raz na zawsze. Piłkarze i sztab szkoleniowy muszą cały czas pracować nad rozwojem zespołu, bo może przecież dochodzić aspekt „przeczytania” naszego teamu przez rywali w całej lidze. Wywalczyli promocję w sposób spektakularny, ale na tym nie skończyła się piłka nożna. Są nowe wyzwania i nowe wymagania. Trzeba iść do przodu.

Niektórzy kibice twierdzą, że piłkarze GieKSy zagrali bez ambicji i nie walczyli wystarczająco. O ile gryzienia trawy na wyższym poziomie być może zabrakło w Skierniewicach, tak z Koroną te kwestie były na odpowiednim poziomie. Była walka, były sprinty, była chęć zwycięstwa. Nie widziałem natomiast takiego przekonania i wiary w sukces danej akcji, jak w kilku meczach w tym sezonie. To co szwankuje u niektórych piłkarzy, to że jak im nie idzie, zaczynają po prostu podejmować niezbyt zrozumiałe decyzje albo po prostu grać asekuracyjnie. Przykładem jest Oskar Repka, którego niestety ostatnio nie poznajemy. Zawodnik, który przyzwyczaił nas do rozdzielania piłek niczym profesor, ostatnio gra asekurancko, jakby bał się grać do przodu – najczęściej widzimy go odgrywającego do boku, do tyłu lub zwalniającego akcję, wręcz do całkowitego jej zatrzymania. Gdzie jest ten Oskar?

To co też wpisuje się w ten koszmar czasów minionych to euforia na stadionie, po której zaraz jest jedno wielkie rozczarowanie. To przerobiliśmy w tym meczu dwukrotnie, najpierw jak Dawid Kudła obronił karnego, ale sędzia zarządził powtórkę, a potem przy golu Adama Zrelaka, który jednak był na spalonym. Na domiar złego, po chwili trafiła Korona i nastroje obróciły się o 180 stopni.

Nie ma trener Rafał Górak szczęścia, jeśli chodzi o zdrowie zawodników. Robi nam się powoli szpital w drużynie. Już nie było w składzie Marteena Kuska, którego zastąpił Borja Galan. A podczas meczu z urazami opuścili boisko Mateusz Kowalczyk, Bartosz Nowak i Lukas Klemenz. Bardzo źle to wygląda, bo tak jak pisałem ostatnio – nie ma wartościowych zmienników. Jaroszek w tym spotkaniu pokazał, dlaczego szanse dostaje od wielkiego dzwona, Mateusz Mak natomiast dostał całą połowę i w zasadzie widzieliśmy go tylko, gdy na boisku się pojawił. Potem piłkarza po prostu nie było.

Oddajmy wspomnianemu Galanowi, co hiszpańskie. Jak go krytykowaliśmy w poprzednich spotkaniach, tak tym razem zaprezentował się z dobrej strony. Piłkarz na razie łata dziury, ale jego udział w tym meczu, zwłaszcza w drugiej połowie, na lewej stronie – mógł się podobać. Oby to była zapowiedź jego dobrych występów, a może… to będzie ta pozycja?

Bartosz Nowak znów miał moment błysku, zaliczając asystę do Klemenza, który strzelił swoją pierwszą bramkę po powrocie do GKS, a trzecią w historii dla naszego klubu.

Tak jak byliśmy zachwyceni postawą drużyny w niektórych meczach tego sezonu, tak teraz mamy trudniejszy czas. Nie ma co popadać w skrajności. Po prostu nie jesteśmy tak dobrą drużyną, żeby zwycięstwa nad Jagiellonią czy Pogonią były dla nas chlebem powszednim, ale nie jesteśmy tak słabą, by przegrywać ze słabiutką Koroną. Chodzi o to, by nie zakłamywać rzeczywistości. Wiadomo, że i my wpadamy w euforię, jak były te świetne mecze. Natomiast tutaj skupiam się na mocnej krytyce gry i narracji o „dobrym meczu”, ale nie mam absolutnie zamiaru czegokolwiek wyrokować.

Doświadczenie z poprzedniego sezonu pokazało, że można znaleźć się w totalnej d… i z niej w spektakularny sposób wyjść. Obecne rozgrywki też pokazały, że potencjał w tej drużynie jest naprawdę duży. Kwestią tylko jest, czy ekipa Rafała Góraka będzie grała tę swoją grę, którą naprawdę pokochaliśmy, czy nie. Ostatnio jej nie pokazuje i musi z całych sił pracować, by wrócić do swojego stylu. Agresywnego, pewnego, niezłomnego. Na razie mamy pewien dołek. Natomiast nikt nie powiedział, że GieKSa nie jest w stanie wygrać kolejnego meczu ligowego. Jest. Choć będzie bardzo trudno.

Na koniec dodam, że te koszmary mi mignęły we wczorajszym spotkaniu. Mam nadzieję, że to tylko mgliste mgnienie przeszłości. Ale i tak jestem szczęśliwy, że mogę je przeżywać w ekstraklasie po meczu z Koroną Kielce, a nie w pierwszej lidze po… Pogoni Siedlce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Kibice podziękowali hokeistom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga