Felietony
Nasza wiara nie (jest) zachwiana
„Nasza, nasza wiara niezachwiana” – od lat śpiewamy na trybunach. Wielokrotnie wypominano mniej rozgarniętym kibicom błąd, który popełniali w tej przyśpiewce śpiewając „nasza wiara jest zachwiana”. Wiara… No właśnie – po siedmiu i pół sezonach spędzonych w pierwszej lidze warto się zastanowić, czym na dzień dzisiejszy jest dla nas pojęcie „wiara”.
Słownik języka polskiego podaje aż pięć definicji tego słowa. Definicje te mówią o wierze, jako religii (w sumie jak najbardziej pasuje do kibiców), jako wierności komuś lub czemuś (też pasuje), jako grupie mających wspólne zainteresowania i cele (wiara kibicowska), a także o przekonaniu, że coś się spełni (no właśnie…). Jest jeszcze punkt o istnieniu zjawisk nadprzyrodzonych i chyba w kontekście awansu do ekstraklasy, w tych kategoriach trzeba to też rozpatrywać…
Nas interesuje pojęcie wiary, jako przekonanie, że GieKSa wróci w końcu tam gdzie jej miejsce, wróci na salony, wróci właśnie do ekstraklasy. Siedem i pół roku przeciętności w zapyziałej pierwszej lidze, a tu nagle ekstraklasa? Na czym opierać swoją wiarę i jak dbać o to, żeby ona nie zgasła?
Początki sezonów w Katowicach to zawsze nowe nadzieje, tak było po awansie z trzeciej ligi, tak było przy pojawieniu się nowego (tfu!) właściciela (pamiętny mecz z Dolcanem i niesamowity „balon”) czy choćby w meczu z Niecieczą („Ekstraklasa albo śmierć”). Zawsze przy Bukowej na początku rozgrywek jest mniejszy lub większy „balon”, który z reguły pęka już w pierwszych kolejkach.
Powiem jak było z moimi odczuciami w ciągu ostatniego roku. Po bardzo dobrej zeszłorocznej jesieni miałem wielką nadzieję na fantastyczną wiosnę i w końcu upragniony awans. Starałem się nie przyjmować głosów dochodzących z okolic klubu, że zespół odpuści… Starałem się olać te „bzdury”. Katowiczanie mieli dobry jak na pierwszoligowe warunki zespół i trenera Moskala, który nie tylko wprowadził efektywność, ale także styl – przecież zeszłej jesieni na tę drużynę aż chciało się patrzeć. Z wielką nadzieją podszedłem więc do operacji „runda wiosenna”. Co dostałem? Chyba pasuje tylko jedno określenie. W mordę. Naprawdę nie przypominam sobie tak brutalnego i bezczelnego pozbawienia złudzeń i zniszczenia marzeń. Nadawałem jednak temu szersze znaczenie – nie tylko dotyczące GKS, ale sportu jako takiego w ogóle, w szczególności polskiej piłki nożnej i polskich pseudoprofesjonalnych zawodników. Przyznam, że naszła mnie chwila zwątpienia po zakończeniu poprzedniego sezonu.
Odpoczynek od ligi jednak robi swoje. Minęło trochę czasu i nadzieja powróciła. Dostałem nowe argumenty, które moją wiarę skutecznie znowu wzmocniły. Przede wszystkim pozbyto się kilku zawodników odpowiedzialnych za odpuszczenie rundy wiosennej. Ale pozyskano też graczy, co uznałem za najlepsze transfery w ciągu ostatnich lat. Do klubu przyszli przecież doświadczeni zawodnicy na pierwszoligowych boiskach, dobry bramkarz, dobry napastnik i kilku solidnych młodzianów. Sens tych wzmocnień aż sam się nasuwał, więc mogliśmy z niecierpliwością oczekiwać meczu z Widzewem. Euforyczne zwycięstwo w dramatycznych okolicznościach dodatkowo dawało wiarę, że drużyna się skonsoliduje i będzie punktować w następnych meczach. Niestety kolejne trzy spotkania były przegrane, w tym nastąpiła kolejna kompromitacja w Pucharze Polski. Potem GieKSa miała nawet kilka niezłych momentów, jak trzy wyjazdowe wygrane z rzędu, ale co z tego, skoro zaraz potem przyszły cztery porażki w delegacjach? Co z tego, skoro wygrywanie u siebie stało się wielkim problemem? Co z tego, skoro przegrywaliśmy lub remisowaliśmy ze średniakami lub outsiderami tej ligi?
Piszę o tym wszystkim w kontekście wiary dlatego, że co pół roku lub rok dostajemy coraz to nowe argumenty, by jednak naprawdę wierzyć, że lepsze piłkarskie czasy nastąpią, a potem by notorycznie przeżywać brutalne zderzenie z rzeczywistością i orientować się, że znów zostaliśmy nabici w butelce. Schemat jest ciągle takie sam – wielkie nadzieje, wielka klapa i gadka o budowaniu zespołu na przyszły sezon. Tak budujemy, budujemy i nic z tego nie wychodzi poza coraz to kolejnymi porażkami, klęskami i upokorzeniami. Jakby tego było mało, nasz „wspaniały” zespół potrafi nam 2-3 razy do roku zaserwować w promocji mega, extra śmierdzące zgniłe jajo w postaci tragikomicznych meczów ze absolutnymi słabeuszami – jak z Okocimskim, który wygrywa na Bukowej swoje jedyne spotkanie w ciągu 23 (!!!) kolejek (w których dodatkowo 15 razy przegrywa!) czy z Widzewem, który po serii dziewięciu porażek przełamuje się na naszym „teamie”.
Naprawdę trzeba mieć silny charakter, żeby wierzyć i trwać w tym marazmie, który mamy na Bukowej od kilku lat (mówimy tylko o stronie sportowej). Tak naprawdę na ten moment absolutnie nic nie przemawia za tym, aby przeciętny Kowalski miał chodzić z ochotą i przyjemnością na mecze GieKSy. Dla takiego Kowalskiego szkoda wydawać kasę na to, żeby w zimnie oglądać jak grupa „zawodowców” potyka się o własne nogi, dając wygrywać ambitnej młodzieży z innych klubów.
My jednak się nie poddajemy i ciągle jesteśmy i będziemy obecni na meczach. Nasza wiara to wierność, to oczywiste. Ale jak z tą wiarą w kontekście nadziei na lepsze jutro? Powoli wiara w tym kontekście staje się już typowym myśleniem magicznym, zabobonem, wspomnianą wiarą w rzeczy nadprzyrodzone. Że coś się odmieni, że nagle zdarzy się cud. Bo argumenty na ten moment naprawdę się wyczerpały, a ci zawodnicy, którzy obecnie są w kadrze pierwszego zespołu po prostu już w ogóle nie są godni zaufania. Oszukali nas już wielokrotnie i jeszcze perfidnie budowali nadzieję. Jak z Tychami, kiedy zagrali kapitalne, świetne, znakomite zawody, by za dwie kolejki w Łodzi zagrać bez ambicji i dodatkowo zapominając o choćby minimalnych dla przyzwoitości umiejętnościach piłkarskich. Ja sam po derbach znów uwierzyłem, że może być dobrze, choć niektórzy kibice tonowali hurraoptymistyczne nastroje – okazało się, że mieli rację.
Nie przeczę tutaj, że trener Artur Skowronek mając całą zimę do przepracowania, nie przepracuje jej solidnie i najlepiej jak tylko potrafi, że nawet podniesie poziom zespołu i będzie on grał lepiej niż w rundzie jesiennej. Aspiracje w Katowicach są jednak dużo wyższe niż „lepsza gra na wiosnę”. Czysto teoretycznie 11 punktów straty do miejsca premiowanego awansem to 4 kolejki, ale sezon nie wydaje się do uratowania i już na 95% został przegrany. GieKSa musiałaby wygrać większość meczów, by awansować, a to wydaje się niemożliwe.
Pozostaje mieć chyba nadzieję, że wiosna da nadzieję na dobrą jesień… Tak musimy się pocieszać, takimi półśrodkami. Tak naprawdę to nie zima jest do przepracowania, tylko całe pierwsze półrocze. Po to, żebyśmy za rok o tej porze nie musieli znowu mówić o przegranym sezonie.
Wiara? Ta wiara ciągle jest, niepoprawna, nieracjonalna, nielogiczna. Wiara w to, że kiedyś po prostu musi być lepiej, że minie może jeszcze rok, może pięć, a może dziesięć lat i w końcu osiągniemy upragniony sukces i w końcu wrócimy na salony. Będziemy mogli wtedy spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zawsze byliśmy z tym klubem i nie zrezygnowaliśmy, kiedy nic nie przemawiało za sukcesem. Musimy w to wierzyć, bo przecież nie mając wiary w ogóle nasze bycie przy GieKSie nie miałoby sensu.
Shellu
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.


Najnowsze komentarze