Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: defensywa potrzebowała wzmocnień
Po reprezentacyjnej przerwie wracamy do ligowego grania. Przed nami daleki wyjazd do Gdańska, gdzie czeka na nas Lechia, która nie próżnowała w ostatnich godzinach okienka transferowego. O ocenę kadrowych wzmocnień, zawirowania z karami zasądzanymi przez PZPN i szanse na ich uchylenie, a także nastawienie przed piątkowym meczem z GieKSą zapytaliśmy Szymona Wleklaka z redakcji serwisu Lechia.net.
W ubiegłym sezonie, za każdym razem gdy mierzyliśmy się na boisku, Lechia mierzyła się również z zawirowaniami organizacyjnymi – jesienią po zwolnieniu trenera Grabowskiego, a wiosną po ogłoszeniu zakazu transferów i kary ujemnych punktów. Czy tym razem jest spokojniej i najgroźniejsze sztormy już za wami?
Wydaje się, że tak. W tabeli w końcu wyszliśmy na zero, po zwycięstwie w derbowym meczu z Arką. Decyzje Komisji Licencyjnej mocno dały nam się we znaki, na szczęście zakaz transferowy został zdjęty i można było zarejestrować nowych graczy. Wzmocnienia wydają się solidne – mam tu na myśli przede wszystkim Mateja Rodina, Bartłomieja Kłudkę czy Aleksandara Ćirkovicia. Jest to sygnał, że Lechia nie chce do końca drżeć o utrzymanie, tylko spokojnie osiągnąć ten cel. Wszyscy w Gdańsku chcemy, aby wróciły lepsze czasy i wierzę, że w tym sezonie uda się zbudować dobrą drużynę.
Po wymagających przygotowaniach do sezonu mówi się o piłkarzach, że mają ciężkie nogi. W Lechii jest jeszcze trudniej, bo prawdziwą kulą u nogi mogą być zasądzone ujemne punkty. Mocno ciąży ten dodatkowy balast?
W wielu rozmowach piłkarze podkreślają, że nie zwracają na to uwagi i chcą zapracować na punkty na boisku, niezależnie od wymierzonej kary. Jesteśmy do tyłu z punktami, ale jak wspomniałem, udało się wyjść na zero i wierzę, że teraz będziemy piąć się do góry.
Kilka dni temu zebrał się Trybunał Arbitrażowy przy PKOl, natomiast żadne decyzje co do punktów nie zapadły i na 17 września zaplanowano kolejne posiedzenie. To dla was dobry czy zły omen w kontekście możliwości zawieszenia tej kary?
Moim zdaniem kara nie zostanie cofnięta i ujemne punkty zostaną utrzymane do końca sezonu. Chciałbym się jednak pozytywnie zaskoczyć.
W tym roku Lechia świętuje swoje 80-lecie. GieKSa swój jubileusz 60-lecia uczciła niedawno awansem do Ekstraklasy. Co będzie najlepszym prezentem dla kibiców Biało-Zielonych?
Wystarczającym prezentem było utrzymanie, wywalczone w ubiegłym sezonie w dość spokojnym stylu. Nie musieliśmy się o nie martwić do ostatniej kolejki, mimo że na początku rundy nikt się tego nie spodziewał. Przed obecnym sezonem, który rozpoczęliśmy z ujemnymi punktami, cel nie może być inny niż utrzymanie.
Jak wspominasz nasze poprzednie starcia?
Pamiętam nasz mecz z kwietnia ubiegłego roku, jeszcze w 1. Lidze, kiedy wygraliście w Katowicach 1:0 po bramce w ostatniej minucie. Byliśmy na tym spotkaniu i w rozmowach z dziennikarzami z Katowic wzajemnie życzyliśmy sobie awansu do Ekstraklasy. Czas pokazał, że te życzenia się spełniły. Był to przełomowy moment zarówno dla GKS-u, jak i rozstrzygnięć w całym sezonie. Dzięki temu zwycięstwu mieliście szansę dogonić Arkę, którą ostatecznie wyprzedziliście w wyścigu o awans. Zupełnie inaczej wyglądał nasz jesienny mecz, który GKS przegrał aż 1:5. Rzadko się zdarza, aby jedna drużyna otrzymała dwie czerwone kartki, co przełożyło się na wysoką, stosunkowo łatwą wygraną Lechii. Kto by wtedy pomyślał, że w kolejnym sezonie spotkamy się w Ekstraklasie…
Wiele musiało się wydarzyć, aby ten scenariusz mógł się zrealizować.
Kilka kolejek może diametralnie odwrócić sytuację. Dobrym przykładem jest wasz trener, Rafał Górak, który był wtedy o krok od dymisji, a dziś nikt w Katowicach nie myśli o jego zwolnieniu.
Skoro już mowa o trenerach, to jak silna jest pozycja Johna Carvera, który jak wiemy nie miał zbyt łatwego startu w Gdańsku?
Początki nie były łatwe, bo trener zmagał się ze problemami kadrowymi. Zaczął co prawda od wygranej ze Śląskiem, natomiast w zimowym okienku transferowym nie mogliśmy się wzmocnić z powodu zakazu. Wiele wskazywało wtedy na nasz spadek, ale z czasem praca trenera Carvera zaczęła przynosić owoce. Przyszły wygrane zarówno z ówczesnym, jak i przyszłym mistrzem Polski, czyli z Jagiellonią i Lechem. Pomimo braku istotnych wzmocnień kadrowych z meczu na mecz wyglądaliśmy coraz lepiej. Carver potrafił wycisnąć maksimum z tych zawodników, których miał do dyspozycji, a runda wiosenna w naszym wykonaniu była bardzo dobra. Ciekawostką może być fakt, że w trakcie tego sezonu pojawiały się pogłoski o zwolnieniu Carvera, natomiast wydaje się, że zwycięstwo w derbach Trójmiasta ucięło temat.
Zimą trener Carver nie dostał odpowiednich wzmocnień, mimo to utrzymał Ekstraklasę w Gdańsku. Teraz powinno być łatwiej, bo Lechia była aktywna w tym okienku, a szczególnie na jego finiszu, mimo że długo nie było pewności, że uda się zarejestrować nowych zawodników.
Sytuacja była niecodzienna, na szczęście udało się przeprowadzić transfery i uprawnić nowych zawodników do gry. Patrząc na nazwiska graczy sprowadzonych do Lechii można oczekiwać, że będą wzmocnieniem kadry. Formacją, którą w pierwszej kolejności należało wzmocnić, jest niewątpliwie obrona. Na tym etapie sezonu straciliśmy już 19 goli, dlatego mam nadzieję, że z pomocą nowych zawodników uda się uszczelnić defensywę. Pomóc ma Matej Rodin, który niedawno występował w Rakowie, a jeszcze wcześniej grał w Ekstraklasie w barwach Cracovii. Kolejnym ciekawym wzmocnieniem jest sprowadzony z Zagłębia Bartłomiej Kłudka, który w barwach Miedziowych zdążył strzelić nam gola w przegranym aż 2:6 meczu. Wiele obiecujemy sobie po Aleksandarze Ćirkoviciu, który był wyróżniającym się graczem TSC Bačka Topola, a w barwach Ferencvárosu zapisał na swoim koncie mistrzostwo Węgier. Zebrał sporo doświadczenia także w Austrii, Hiszpanii czy Rosji. Jeśli dobrze wkomponuje się w zespół, powinien być sporym wzmocnieniem, ponadto wzrośnie rywalizacja na lewym skrzydle, co może wpłynąć na formę pozostałych graczy.
Czy tego typu zawodnicy są w stanie z miejsca wskoczyć do pierwszego składu i zobaczymy ich na boisku już w piątek?
Wydaje mi się, że takie było założenie, aby sprowadzać graczy gotowych do gry od pierwszego meczu. Myślę, że niektórzy pojawią się w podstawowym składzie przeciwko GKS, dlatego nie zdziwi mnie sporo roszad, szczególnie w obronie.
Z jednej strony skład został wzmocniony, a z drugiej nieprzesadnie osłabiony, bo udało się utrzymać w kadrze takich zawodników jak Bobček, Mena czy Wjunnyk, a tylko Chłań nie zdecydował się zostać w Gdańsku. Czym udało się ich przekonać?
Każdy zawodnik pracuje na swoje nazwisko, a Lechia jest dobrym miejscem, aby się wypromować. Dużo się mówiło o zainteresowaniu Bobčekiem ze strony zagranicznych klubów, m.in. Slavii Praga. Z kolei w ubiegłym sezonie po Camilo Menę zgłosił się klub z Argentyny. Dobra gra dla Lechii może się więc przełożyć na lepszy kontrakt w innym klubie i zawodnicy zdają się to dostrzegać. Kadra się rozrosła, rywalizacja rośnie, a piłkarze będą się wzajemnie napędzać w walce o pierwszy skład. Trudno dziś wyrokować, na jaką lokatę w tabeli się to przełoży, ale moim zdaniem wystarczy to do spokojnego utrzymania.
Wspomniany Słowak Tomáš Bobček, podobnie jak Alvis Jaunzems z Łotwy, ostatnie dni spędzili na zgrupowaniach swoich reprezentacji. Mnie jednak bardziej intryguje trzeci z reprezentantów, czyli niedawno sprowadzony do Lechii Mohamed Awadalla – występujący w ekipie Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Powiedz coś więcej o tym zawodniku.
Rzeczywiście, Bliski Wschód to dość nieoczywisty kierunek na poszukiwanie wzmocnień. Awadalla sprawia na razie dobre wrażenie – dał dobrą zmianę w meczu z Motorem i był dosyć aktywny. Z kolei w meczu z Zagłębiem wszedł z ławki i zdobył bramkę. W meczu z Jagiellonią był niewidoczny, ale wtedy słabo zagrała cała drużyna. Awadalla ma za sobą występy w azjatyckiej Lidze Mistrzów w barwach Al-Ain, był w kadrze zespołu podczas Klubowych Mistrzostw Świata, niestety nie zagrał ani minuty. W ubiegłym tygodniu zadebiutował w kadrze Emiratów w meczu z Bahrajnem i mam nadzieję, że doda mu to pewności siebie, która przełoży się na dobrą grę w Lechii. ZEA rozpoczynają walkę o awans do Mistrzostw Świata, a jeśli Awadalla zaznaczy swoją obecność w kolejnych meczach, to na pewno podniesie swoją wartość.
Nasze drogi skrzyżowały się w ostatniej kolejce ubiegłego sezonu, kiedy obie drużyny były już pewne swego. Jak wspominasz tamto spotkanie?
Piłkarze Lechii zapewniali, że chcą dobrze zakończyć sezon w meczu u siebie, jednak nie znalazło to potwierdzenia na początku spotkania, bo już w 10. minucie stracili bramkę. Na szczęście jeszcze przed przerwą udało się odrobić straty za sprawą Kacpra Sezonienki, który bardzo dobrze prezentował się w tamtym okresie. Gdy w drugiej połowie na prowadzenie wyprowadził nas Maksym Chłań, wydawało się, że przechylimy szalę na swoją stronę, niestety nasze prowadzenie trwało zaledwie 10 minut, ponadto w samej końcówce do własnej bramki trafił Miłosz Kałahur. Najważniejszy był jednak cel w postaci utrzymania, który został zrealizowany, więc porażka z GKS-em nie popsuła nam humorów. Myślę, że wy również nie mieliście powodów do narzekania, bo prezentowaliście się jeszcze lepiej i zakończyliście sezon na ósmym miejscu.
Przed piątkowym meczem większą presję może czuć Lechia, która musi wygrywać, aby wygrzebać się z dna tabeli. Jednak my też nie rozpoczęliśmy sezonu tak, jak byśmy chcieli. Jaki scenariusz przewidujesz w naszym pojedynku?
Nasze ostatnie mecze pokazały, że GKS lubi grać z Lechią. Tym razem chciałbym, aby to gospodarze rozdawali karty, ale spodziewam się wyrównanego meczu, bo obie drużyny mają coś do udowodnienia. Ponadto wiele się mówi o syndromie drugiego sezonu w przypadku beniaminków, że w kolejnym sezonie gra się jeszcze trudniej. Jeśli miałbym typować wynik, to postawiłbym na zwycięstwo gospodarzy. Mam nadzieję, że atut własnego boiska zadecyduje, a być może znów posypią się czerwone kartki jak przed dwoma laty.
Oba zespoły nie imponują w defensywie. Czy przełoży się to na grad goli?
Nie spodziewam się tego. Skłaniam się do 1:0 lub 2:1 dla Lechii.
Wspominaliśmy już o karze ujemnych punktów, natomiast niektórzy kibice Lechii na wieść o awansie sąsiadów z Gdyni z góry zaksięgowali już obowiązkowe sześć „oczek” zdobytych na lokalnym rywalu. Z czego wynika wasz patent na Arkę, z którą nigdy nie przegraliście w Ekstraklasie?
Trzeba przyznać, że coś w tym jest – nieważne, co by się działo, to Lechia zawsze jest górą w Ekstraklasie. I choć podobnie było w ostatnim meczu w Gdańsku, to trzeba przyznać, że spotkanie stało na słabym poziomie piłkarskim. Pierwszy kwadrans był jeszcze w miarę ciekawy, a potem nic już się nie działo. Trzydzieści siedem i pół tysiąca kibiców miało prawo czuć się rozczarowanymi. Na szczęście na pięć minut przed końcem zwycięskiego gola zdobył Dawid Kurminowski. W samej końcówce działo się więcej niż w całym meczu, bo szansę na wyrównanie miała jeszcze Arka, ale świetnie w bramce zachował się Szymon Weirauch, który akurat tego dnia nie miał zbyt wiele do roboty. Tym bardziej należy docenić kluczową interwencję w samej końcówce. Dobrze się złożyło, że po wysokiej porażce z Zagłębiem od razu przyszedł mecz z Arką, który znów udało się wygrać.
Okazuje się, że trybuny gdańskiej Lechii mogą być trampoliną do kariery – zwłaszcza politycznej. Nie każdy może stanąć na trybunach w jednym rzędzie z Prezydentem.
Karol Nawrocki, już jako prezydent, pojawił się w sierpniu na meczu Lechii z Motorem. Został bardzo ciepło przyjęty przez kibiców, bo mimo piastowanego stanowiska nie kryje swojego przywiązania do Lechii. Warto to docenić.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Felietony Piłka nożna
Oczko po oczku utkana sieć
Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!
Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.
No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…
Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.
Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.
Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.
Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.
Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.
No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.
Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.
Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.
Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.
Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.
Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.
Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.
I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.
Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.


Najnowsze komentarze