Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: ze skrajności w skrajność
Po przerwie na kadrę wracamy do ligowych emocji. Nam oczekiwanie na mecz z Wisłą Płock dłuży się szczególnie, bo chcemy jak najszybciej przerwać serię porażek. Nasi rywale chcą z kolei podtrzymać passę wyjazdowych zwycięstw. Przed sobotnim meczem zapytałem Michała Sporczyka z serwisu nafciarski.pl o nastroje przy Łukasiewicza, nerwy wystawione na próbę kolejnymi porażkami ich ulubieńców, wspomnienia z jesiennego dwumeczu i pomysł na grę Wisły w Wielką Sobotę.
Zdradzając nieco kulis, musieliśmy przełożyć pierwotny termin naszej rozmowy, bo aż do siedmiu meczów przeciągnęła się hokejowa rywalizacja GieKSy z Unią Oświęcim. W Katowicach mocno żyjemy także tą sekcją, natomiast w Płocku obok piłki kopanej prym wiedzie ta ręczna. Na ile przyciąga ona do hali kibiców ze Stadionu im. Kazimierza Górskiego?
W Płocku zauważalna jest pewna różnica między grupą docelową fanów piłki nożnej i ręcznej. Jakiś czas temu obie sekcje tworzyły jeden klub, natomiast w momencie, gdy piłka nożna zaczęła podupadać, pojawiła się informacja, że Orlen, który był wtedy głównym sponsorem, chce się wycofać z finansowania Wisły. Z tego powodu pojawił się pomysł rozdzielenia sekcji, aby piłka ręczna mogła zachować sponsora i nadal walczyć o najwyższe cele. W związku z tym kibice piłki nożnej poczuli się odrzuceni przez środowisko skupione wokół szczypiorniaka, który pozostał przy Orlenie. Obecnie oba kluby znów mają swoje miejsce w portfolio Koncernu, natomiast duża część kibiców piłkarskich wciąż pamięta tamten konflikt. Nastawienie do szczypiorniaka powoli się jednak zmienia i jeśli dziś pójdziemy na Orlen Arenę, to spotkamy tam dużą część kibiców obecnych również na stadionie. Nie podlega jednak dyskusji, że piłka nożna cieszy się w Płocku znacznie większą popularnością.
Wracając do piłki, złapaliście już oddech po niedawnej zadyszce, kiedy to doznaliście pięciu porażek z rzędu? Dawne demony sprzed trzech sezonów zamajaczyły gdzieś na horyzoncie?
Myślę, że wielu kibicom te demony zaczęły zaglądać w oczy. Pojawiały się nawet głosy, że czeka nas „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami nie tylko dekady, ale stulecia i już zawsze będzie się nam to wypominać. W samym klubie zostało niewielu ludzi, którzy pamiętają tamten feralny sezon, a wśród samych zawodników jest to tylko Łukasz Sekulski. Pozostali nie doświadczyli tego na własnej skórze. My jednak zaczynaliśmy się zastanawiać, czy obecna seria porażek może być zwiastunem czegoś naprawdę złego. Mimo to wśród kibiców i lokalnych dziennikarzy wiara w trenera Misiurę jest duża i nikt nie odważył się postawić tezy o konieczności zmiany trenera. Jednocześnie mieliśmy świadomość, że trener jedzie do Krakowa z nożem na gardle i obawialiśmy się, że seria trzech spotkań wyjazdowych może być momentem decydującym o przyszłości szkoleniowca. Stawialiśmy sobie pytanie, czy zarząd klubu wytrzyma ciśnienie w przypadku niekorzystnych wyników.
A jakie ciśnienie utrzymywało się wśród kibiców?
Mam wrażenie, że środowisko kibicowskie w Płocku jest dość specyficzne, co potwierdzają moje rozmowy z wieloma piłkarzami. Znajduje tutaj odbicie popularne powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Po serii zwycięstw zaczęliśmy liczyć punkty, których brakuje do mistrzostwa, a po ostatniej serii porażek wielu myślało już o spadku. Obecnie, po dwóch wyjazdowych zwycięstwach znów pisze się na przeróżnych forach o apetycie na europejskie puchary. Mam wrażenie, że popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas w Płocku dość częste.
A co ty o tym myślisz? Bijecie się o puchary?
W 2006 roku Wisła zdobyła Puchar i Superpuchar Polski. W 2016 po wielu perturbacjach wróciliśmy do Ekstraklasy. Obecnie mamy rok 2026, więc gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że co dziesięć lat robimy w Płocku rzeczy wielkie. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby udało się dopisać kolejny sukces do tej listy. Mam jednak dużą dozę spokoju i chłodnej głowy, bo wychodzę z założenia, że górna połowa tabeli będzie dla nas sukcesem w sezonie beniaminka. Trzeba pamiętać, że po niechlubnym spadku w 2023 roku drużyna budowana była praktycznie od nowa, potrzebujemy więc czasu, aby okrzepnąć w Ekstraklasie. Kiedyś trener Michał Probierz nazwał europejskie puchary pocałunkiem śmierci dla polskich klubów. Obawiam się, że w tym sezonie awans Wisły do pucharów mógłby stać się dla nas takim właśnie pocałunkiem. Stabilizacja i rozwój są dla nas w tym momencie znacznie ważniejsze, aby za jakiś czas skutecznie zaatakować pierwszą piątkę i bez obaw podejść do walki w pucharach. I mimo że życzę nam gry w Europie, to boję się, że mogłoby się to obrócić przeciwko nam.
Analizując tabelę można zauważyć, że Wisła dysponuje najlepszą obroną w Ekstraklasie. W czym tkwi sekret szczelności waszej defensywy?
Trener Misiura bardzo często używa jednego określenia definiującego naszą obronę – jedność. Drużyna broni w jedenastu, podobnie zresztą atakuje, mimo że nie widać tego w statystyce zdobytych goli. Nie można więc zapisywać wszystkich zasług Marcinowi Kamińskiemu czy Andriasowi Edmundssonowi, który dziś gra w Veronie. Spójrzmy choćby na liczbę pojedynków w defensywie toczonych przez Łukasza Sekulskiego, który jest przecież napastnikiem. Daje to pełniejszy obraz drużyny, która broni się całym zespołem w sposób zaplanowany i przemyślany. Nie zakłócają tego nawet zmiany na poszczególnych pozycjach, np. w Białymstoku jednym ze stoperów był Quentin Lecoeuche, który jest nominalnym wahadłowym i nie bryluje warunkami fizycznymi. Tymczasem w meczu z Jagą odnalazł się tam świetnie, wspierany przez kolegów. Ważną rolę w tym systemie pełnią Dominik Kun i Wiktor Nowak, którzy mają za zadanie uprzykrzać życie rywalom i nie dopuszczać ich pod nasze pole karne. Rywale próbują więc dośrodkowań, co jest wodą na nasz młyn, bo mamy stoperów o bardzo dobrych warunkach fizycznych, którzy radzą sobie w takich pojedynkach. Do tego dochodzi bramkarz Rafał Leszczyński, który dużo widzi i doskonale przekazuje to kolegom z obrony.
Szczelną defensywą nie wygrywa się jednak meczów – trzeba dołożyć też coś z przodu. Tymczasem Wisła strzela na poziomie Arki Gdynia, czyli praktycznie najgorzej w lidze.
Na początku sezonu trener Misiura wielokrotnie powtarzał, że podstawą sukcesu w Ekstraklasie jest nietracenie goli, a strzelanie przyjdzie z czasem. Niestety, zimą z powodu kontuzji straciliśmy Jorge Jiméneza i Ibana Salvadora, a ciężar zdobywania bramek spadł na Łukasza Sekulskiego. Ten, jeśli ma dobry dzień – a dzięki Bogu w tym sezonie ma ich całkiem dużo – to potrafi strzelić gola z niczego. Zdarzają się jednak mecze, jak choćby z Piastem, kiedy Sekulski nie strzela, a my przegrywamy. Cieszy, że w ostatnim czasie pałeczkę od Łukasza przejmują inni, a ja zwróciłbym uwagę na Deniego Juricia, który ma wyjątkowego nosa do zdobywania bramek, a piłka często spada mu praktycznie pod nogi. W dalszej części sezonu to właśnie Jurić może być wiodącą postacią w naszej ofensywie.
Drugą kiepską statystyką, którą wprawdzie w ostatnich meczach udało się w końcu poprawić, jest postawa Wisły na wyjazdach. Nie licząc zwycięstw z Jagą i Cracovią, poprzedni komplet punktów wywieźliście z Częstochowy pod koniec lipca.
Pamiętam sezon, gdy trenerem Wisły był Maciej Bartoszek i prześladowała nas wtedy podobna klątwa wyjazdowa – u siebie wygrywaliśmy praktycznie wszystko, natomiast nie byliśmy w stanie wygrywać na wyjazdach. Nie byłem w stanie tego wytłumaczyć i podobnie jest dzisiaj. Mam wrażenie, że to wyłącznie zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Nie byliśmy zwykle dużo gorsi od gospodarzy, a czasami wręcz prosiło się, aby wygrać, jak choćby w Gliwicach czy Warszawie, gdzie na tle słabej mimo wszystko Legii wyglądaliśmy bardzo dobrze, ale zawodziła skuteczność, a jedna akcja rezerwowych przeważyła o zwycięstwie Wojskowych. Trudno znaleźć logiczne wyjaśnienie tej kwestii – chyba powinniśmy jeździć na wyjazdy z jakimś szamanem.
Pojedynek w Katowicach kończy wasz wyjazdowy mini-maraton, który jak dotąd wreszcie okazuje się dla was owocny, bo przywieźliście komplet punktów zarówno z Białegostoku, jak i Krakowa, a więc aren, na których my ostatnio polegliśmy. W końcu wszystko zagrało?
W moim odczuciu Mariusz Misiura przywrócił Wisłę do ustawień fabrycznych, tzn. odłożył na bok chęć prowadzenia gry, narzucił znany z jesieni rygor w defensywie i skupił się na szybkich kontratakach i fazach przejściowych. Efekt był natychmiastowy, bo w Krakowie przeprowadziliśmy w zasadzie dwie akcje ofensywne i obie zakończyły się bramkami. Ponadto mam wrażenie, że Jagiellonia nieco nas zlekceważyła, szczególnie w pierwszej połowie myśląc, że mecz z będącą w dołku Wisłą wygra się sam. Tymczasem my pokazaliśmy naszą najlepszą stronę, czyli żelazną defensywę, bo mimo że w drugiej połowie Jaga dominowała, to stworzyła sobie tylko jedną sytuację zakończoną strzałem w słupek. Znowu gramy to, co jesienią wychodziło nam najlepiej.
Wydaje się, że trener Misiura w samą porę wyprowadził Wisłę z kryzysu, bo zbierały się nad nim czarne chmury. Jak się okazuje, krótka jest droga od fachowca do wuefisty.
Jak wspominałem wcześniej, łaska płockiego kibica na pstrym koniu jeździ. Pojawiły się opinie, że Mariusz Misiura to wuefista, który za dużo chodzi po podkastach i wywiadach, zamiast zajmować się trenowaniem. Moim zdaniem trener pracując z tą grupą ludzi potrzebował czasu, aby piłkarze zrozumieli wszystkie schematy i wypracowali jedność, o której wcześniej mówiłem. Tutaj zasługa trenera jest olbrzymia, bo jeśli chodzi o umiejętności miękkie, to Misiura jest najlepszym fachowcem w kraju, który potrafi dotrzeć do poszczególnych piłkarzy, scalając ich w dobrze funkcjonujący mechanizm. Krytyka trenera wynikała głównie z frustracji, bo kibice zawsze domagają się zwycięstw albo przynajmniej remisów. Nam to ostatnio nie wychodziło. Do tego doszła presja kibiców innych drużyn, którzy zaczynali się z nas naśmiewać, że idziemy drogą sprzed trzech lat wprost do pierwszej ligi. Część płockich kibiców szukała więc ujścia tego ciśnienia w krytyce trenera. Bardzo łatwo dać dziś temu wyraz w mediach społecznościowych. Zdecydowana większość fanów Wisły ma jednak świadomość, że na rozwój potrzeba czasu i nadal wierzy w trenera Misiurę.
Nie zapominajmy przecież, że zimową przerwę Wisła spędziła w fotelu lidera. GKS w tym samym czasie okupował miejsce spadkowe, tymczasem w przypadku wygranej w sobotę zrównamy się z wami punktami. Brałeś pod uwagę taki scenariusz jeśli chodzi o formę GieKSy?
Patrząc dziś w tabelę jestem w stanie uwierzyć, że Arka Gdynia może się utrzymać, a nawet Termalica spróbuje jeszcze podłączyć się do tej walki. Co do samej GieKSy, to czapki z głów przed trenerem Górakiem, który robi świetną robotę. Jeśli będzie miał czas i komfortowe warunki, to jest w stanie zrobić wielkie rzeczy z tą drużyną. Mając w składzie Bartka Nowaka stać was na bardzo wiele. Nowak ma sezon konia i uważam, że w tym momencie nie ma w Ekstraklasie lepszego piłkarza, a trener Górak potrafi wycisnąć z niego maksa. Do tego dochodzą filary obrony w postaci Jędrycha i Klemenza. Skuteczna defensywa i piłkarz robiący różnicę z przodu to niewątpliwie atuty GKS-u.
Jesienią zagraliśmy pucharowo-ligowy dwumecz. Jak wspominasz najpierw starcie w Pucharze, które w mojej pamięci zapisało się jako starcie katowickiego Nowaka z płockim?
Staram się nie wspominać tego meczu wcale i robię wszystko, by wyprzeć go z pamięci, mimo że czasem ktoś próbuje mi go przypomnieć. Dla mnie był to traumatyczny wieczór, a patrząc na Wisłę nie poznawałem tego zespołu. Wynikało to w pewnym stopniu z rotacji kadrowych, choćby wystawienia w bramce Stanisława Pruszkowskiego, choć to nie Stasiu jest głównym winowajcą tamtej porażki. Daleki jestem od opinii, że odpuściliśmy ten mecz, bo można jednocześnie grać dobrze w lidze i w pucharze, tak jak teraz robicie to wy. Z całego serca życze wam dojścia do finału i zwycięstwa na Narodowym, bo uważam, że z całej czwórki to GieKSa zasługuje na to najbardziej. Tamtego dnia w Katowicach nie byliśmy sobą, wyglądaliśmy na pogubionych i w mojej opinii Mariusz Misiura przekombinował w tym meczu. Być może wyszedł z założenia, że nie może zagrać dwóch takich samych spotkań w odstępie kilku dni, więc postanowił bardziej zamieszać w Katowicach licząc, że trener Górak też mocno zamiesza. Okazało się, że w rywalizacji na zaskoczenia trener Górak jest zdecydowanie lepszy i to spotkanie skończyło się tak, a nie inaczej. Kilka dni później w Płocku oglądaliśmy Wisłę, do której przyzwyczailiśmy się w lidze, a o podziale punktów zadecydował błąd Rafała Leszczyńskiego – wybaczony mu dawno, bo odrobił go z nawiązką w kolejnych spotkaniach.
Bramkarz rzeczywiście popełni wtedy błąd, ale nie byłoby go bez ambitnej szarży Wasielewskiego. Mimo wszystko mieliście poczucie, że to wy bardziej zasługiwaliście tego wieczora na zwycięstwo?
Tak, uważam, że gdyby nie ta sytuacja, to trzy punkty zostałyby w Płocku. Jednak przygotowując się do tamtego meczu na nafciarski.pl zwracałem uwagę, że zawodnicy GieKSy, a wśród nich Wasielewski, zawsze idą do końca na stykowe piłki i drogo zapłaciliśmy za gapiostwo Rafała, który powinien wiedzieć, że w każdej chwili obok niego może pojawić się rywal. Jestem jednak przekonany, że Leszczyński wyciągnął odpowiednie wnioski i w sobotę podobnego błędu nie powtórzy.
Odczarowaliście ostatnio wyjazdowe boiska. Wiecie, co robić w Katowicach, by kontynuować zwycięską serię?
Myślę, że trener Misiura będzie bazował na ustawieniach fabrycznych zespołu – zamkniecie środka pola, zepchnięcie GieKSy do bocznych sektorów i kasowanie waszych dośrodkowań jeszcze przed lub w samym polu karnym. Mam też świadomość, że będziemy musieli się mocno bronić przed waszymi stałymi fragmentami gry, bo w wykonaniu GKS-u jest to broń zabójcza. Wasz duet stoperów potrafi zrobić krzywdę rywalom, więc trzeba będzie bardzo uważać. Jeżeli uda nam się złapać korzystny rezultat, to następnym krokiem będzie zabijanie meczu i próba dowiezienia prowadzenia do ostatniego gwizdka.
Jaki wynik typujesz?
Serce podpowiada mi, że wygramy 2:1, a rozsądek mówi, że powtórzymy wynik z jesieni z Płocka.
Rozmawiamy w przededniu finału baraży o udział w Mistrzostwach Świata. Czytelnicy znają już wynik, natomiast na tle dyskusji o powołaniu, a raczej jego braku dla Bartka Nowaka, dostrzegasz kogoś w Wiśle, który mógłby zasłużyć na powołanie? Być może właśnie piłkarz o tym samym nazwisku?
Wierzę, że jesteśmy w stanie wygrać ze Szwedami, choć mam duży niedosyt po meczu z Albanią, bo momentami wyglądaliśmy na jej tle naprawdę słabo. Co do Bartka, to uważam, że brak powołania dla niego to nie kontrowersyjna, ale wręcz skandaliczna decyzja selekcjonera. Rozumiem argumentację, że trener Urban nie chciał wprowadzać piłkarzy bez doświadczenia, ale z drugiej strony pojawił się Rózga, który też tym doświadczeniem w pierwszej reprezentacji nie grzeszy. Uważam, że Nowak ze swoją charakterystyką i sercem do gry, a przede wszystkim obecną formą, dałby reprezentacji zdecydowanie więcej niż choćby Rózga czy Grosicki, który dziś odpowiada chyba głównie za atmosferę w szatni. Rozumiem, dlaczego Grosik powołanie otrzymał, ale znalazłbym kilka nazwisk, które moim zdaniem nie musiały znaleźć się w kadrze, a jednak się znalazły. Jeśli natomiast chodzi o Wisłę, to być może będzie to kontrowersyjne, ale w tym momencie mógłby coś dać kadrze Marcin Kamiński, który ma umiejętności i doświadczenie, a choć nie błyszczy pod względem szybkości, to ma odpowiednie cechy wolicjonalne, które na co dzień pokazuje w Płocku. Z kolei najodpowiedniejszym miejscem dla Wiktora Nowaka jest w tej chwili kadra Jerzego Brzęczka – niech się tam rozwija i zdobywa doświadczenie.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Najnowsze komentarze