Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Widzewem
Mecz z Widzewem był pierwszym wyjazdem w tym sezonie, a jednocześnie drugą delegacją w Sercu Łodzi w tym roku. Każde spotkanie ma swoją unikalną, osobną historię, więc zaczynamy cykl „Post scriptum” dotyczący wyjazdów w nowym sezonie. I myślimy już tylko o niedzielnym meczu przy Łazienkowskiej.
1. Oj mieliśmy problemy kadrowe na ten mecz. Nie mógł jechać Misiek, więc w ramach redakcji pojechaliśmy we dwójkę – ja i Magda. Z tego powodu nasze działanie na stronie było ograniczone – nie było relacji LIVE, gdyż zająłem się pisaniem relacji pomeczowej.
2. Magda zazwyczaj robi fotogalerię na stronę, ale…
3. No właśnie. Ale, oboje byliśmy kulawi. GieKSa.pl wystawiła dwuosobowy skład na ten mecz i obie osoby były kontuzjowane. I z urazami, na „blokadzie” opracowywaliśmy ten mecz.
4. Ja dwa tygodnie temu podczas wyprawy na Orlą Perć (z sukcesem) skręciłem staw skokowy. Jeszcze 10 dni temu nie wiedziałem, czy będę w stanie się wybrać nawet na domowy mecz z Zagłębiem Lubin. Opuchnięta straszliwie kostka i krwiak, jakiego w życiu nie widziałem. Orteza, kule i ortopeda.
5. Na szczęście gorzej to wyglądało, niż jest, więc na wyjazd się wybrałem – z asekuracją krykami – więc na stadionie poruszałem się bez problemu. Zawsze też to ciekawe doświadczenie, kiedy wszyscy ci ustępują i są mili.
6. Ja mogłem mimo swojej kontuzji robić swoje. Magda miała trochę gorzej, bo ma kontuzjowaną rękę, mocno obandażowaną, więc robienie zdjęć aparatem było wykluczone. Robiła jednak co mogła i kilka fotek telefonem się pojawiło i przede wszystkim do tego „Post scriptum” mam dzięki niej kilka fajnych zdjęć.
7. Na wyjazd pojechaliśmy z Mariuszem, z którym co jakiś czas jeździmy na wyjazdy. Był też „tajemniczy fotograf” i jeszcze jedna osoba, więc jechaliśmy w piątkę.
8. Wyjazd był o 10:30, czyli z potężnym zapasem. Wszystko dlatego, że Mariusz chciał w Łodzi zahaczyć o jeden sklep plus miał spotkanie z kolekcjonerem odznak piłkarskich i sportowych. Dlatego na luzie, na spokojnie, wiele godzin przed meczem udaliśmy się w ten niedaleki wyjazd.
9. Droga przebiegła spokojnie i sprawnie. Zahaczyliśmy o Centrum Handlowe Ptak w Rzgowie i przypomniały się dawne czasy, charyzmatyczny prezes ŁKS Antoni Ptak i łysa banda grająca przeciw Manchesterowi United. Jeśli młodsi nie pamiętają, to ówczesny mistrz Polski – ŁKS Łódź – zremisował u siebie z Czerwonymi Diabłami 0:0 w sezonie, w którym piłkarze sir Alexa Fergusona wygrali Ligę Mistrzów po legendarnym zwycięstwie z Bayernem Monachium.
10. Pomyliliśmy najpierw halę, więc ja z tymi kulami zrobiłem małą, niepotrzebną wycieczkę. Gdy dojechaliśmy do „poprawnej”, stwierdziłem, że nie będę już wysiadał z samochodu, a nogi zostawię na nową ekipę Widzewa. W końcu trzeba mieć siły, by dogonić Fornalczyka.
11. Dojechaliśmy do Łodzi i udaliśmy się na Piotrkowską, gdzie Mariusz miał wspomniane spotkanie. Zasiedliśmy w knajpie i pozamawialiśmy jedzenie – przepysznego burgera z fasolką w boczku oraz fish and chips. Było smakowicie.
12. Magda i pan X udali się na spacer po Łodzi, a Magda sfotografowała kilka ładnych, malowniczych miejsc, a te parasole, choć są dość popularnym motywem w ostatnich latach – są naprawdę ładne i estetyczne.
13. Spotkali się kolekcjonerzy i wymieniali się swoimi imponującymi kolekcjami. Nie zabrakło też odznak GKS Katowice, a także starego Skarbu Kibica z sylwetkami Piotra Piekarczyka i Janusza Jojki. Lubię, jak ludzie mają takie zajawki. Są one generalnie nikomu niepotrzebne (tak jak nasza pasja do piłki), ale są pozytywnym zakręceniem.
14. Z dużym zapasem udaliśmy się na stadion, oddalony o kilka minut drogi od miejsca, w którym byliśmy. Kibice Widzewa już się powoli zbierali na mecz, a gdy my dotarliśmy na obiekt, słyszeliśmy już, że sympatycy GieKSy zbierają się do wejścia.
15. Tym razem prasa mogła wejść chyba szybciej niż ostatnio (albo mi się wydawało). Odebranie akredytacji przebiegło szybko i sprawnie, wszystkie były dla nas przygotowane.
16. Magda oczywiście musi mieć smyczki z wszystkich stadionów, na których jeździ, a że pani wydająca akredytacje nie miała ich (znaczy były takie smyczki nie-klubowe), a Magda bardzo, bardzo chciała – to pani dała jej swoją, jakąś kolekcjonerską – z okazji 115 lat Widzewa Łódź. Bardzo miły i sympatyczny gest, podobnie zresztą jak sama pani…
17. Na chwilę udałem się do pokoju pracy mediów, czyli Media Roomu. Na szybką herbatkę, tam też przygotowałem sobie wstęp do relacji pomeczowej. Dziennikarze już sposobili się do tego pasjonującego spotkania.
18. Na szczęście szlaki na stadionie pamiętałem z marca, bo czasem jak się jest na danym obiekcie po dłuższym czasie, to trochę lub całkowicie zaciera się, jak się poruszać.
19. Szybko więc do windy i na górę. Wychodzi się na wprost takiej wielkiej szyby w narożniku boiska, z której widać prawie cały stadion, większość trybun, całe boisko, sektor gości. Piękny widok, szczerze mówiąc. Trochę mi się to kojarzy z podobnym miejscem na stadionie GKS Tychy.
20. Przeszedłszy obok salek Artura Wichniarka i Franza Smudy, doszedłem do wejścia na sektor prasowy. No i co tu się powtarzać, jest trochę ciasno, ale blaty są spore, gniazdka dostępne (choć do niektórych nie da się włożyć wtyczki), no i widoczność kapitalna. Nic tylko opracowywać mecz.
21. Po chwili poszedłem dojeść na catering dla mediów. Ziemniczaki i grillowane warzywa, takie leczo bezmięsne (chyba?) dało radę i nasyciło na cały mecz. Ogólnie sympatyczna sprawa, wiele to nie kosztuje, jest jeden kociołek, a ile radości i motywacji do pracy.
22. Mecz był w TVP, dlatego były dwie stacje transmitujące. W publicznej komentowali Mateusz Borek i Michał Zachodny, w C+ Krzysztof Marciniak i Wojciech Jagoda. Mocne medialne składy – GKS miał okazję się pokazać przed mainstreamowymi polskimi dziennikarzami…
23. Jeszcze przed meczem kibice dali o sobie znać. Ale była to sinusoida. Najpierw była minuta ciszy dla Ismata Koussana, byłego współwłaściciela Widzewa Łódź. Potem zaczęli się pozdrawiać, kibice GKS śpiewali piosenki o Widzewie i Ruchu, a sympatycy RTS wznosili okrzyki ku chwale GKS.
24. Ale za chwilę wszyscy odśpiewali hymn Polski, skandowali „Cześć i chwała Bohaterom” i oddali hołd Powstańcom minutą ciszy.
25. Może ta naparzanka na przemian z solidarnością jest czymś z pozoru zabawnym, ale idealnie oddaje klimat kibicowski w naszym kraju. To znaczy na co dzień są antagonizmy, bo po prostu są i jest wzajemna „jazda z k…”, ale w wyższych sprawach, jak patriotyzm, hołd dla bohaterów czy ostatnio kwestia imigrantów, to kibice są jedyną grupą społeczną, która potrafi wznieść nawet ponad najbardziej dzielące podziały.
26. Oczywiście ten moment, gdzieś pomiędzy jedną i drugą minutą ciszy i hymnem nie był odpowiedni na wzajemne pozdrowienia, ale cóż – to impuls.
27. Wkrótce rozpoczął się mecz przy fenomenalnej atmosferze. Gospodarze jak zwykle zapełnili stadion na czerwono, co robi wielkie wrażenie. I żółta armia kibiców GieKSy wypełniająca sektor gości. Wszyscy cały mecz dopingują – po prostu ligowe święto piłki. I taka jest dzisiejsza ekstraklasa, dlatego z całych sił trzeba grać tak, by się utrzymać. W Siedlcach byśmy tego nie zaznali.
28. Wydawało się, że GKS może coś w tym meczu podziałać, bo przez pierwszy kwadrans mieliśmy przewagę. Niestety jedna akcja Widzewa zadecydowała, że gospodarze objęli prowadzenie, wprawiając w euforię miejscową publiczność.
29. Gola zdobył Sebastian Bergier i trzeba tu powiedzieć, że nasi byli piłkarze już w pierwszych trzech kolejkach zrobili różnicę. Oskar Repka swoją grą przyczynił się do wygranej Rakowa, a teraz Sebastian.
30. Swoją drogą po meczu trener Widzewa powiedział, że szacun dla Seby, że grał z kontuzją itd. Szkoda, że Sebastian nie był tak ambitny w końcówce poprzedniego sezonu, mając zagadkową, bardzo zagadkową kontuzję…
31. GKS bił głową w mur, Widzew co jakiś czas wyprowadzał groźne ataki. Jakość piłkarska była po stronie gospodarzy, ale do przerwy było tylko 0:1.
32. Odetchnęliśmy w ulgą, gdy sędzia nie uznał po VAR-ze gola Shehu. Choć już patrząc na powtórkę w Canal+, widzieliśmy, że sędzia się pomylił i gol powinien zostać uznany. Tego zdania byli też wszyscy komentatorzy, nawet wiecznie broniący sędziów Adam Lyczmański to potwierdził, więc pomyłka musiała być gruba.
33. Łudziliśmy się, że GKS wyrówna, ale nie było ku temu większych przesłanek. W końcówce Widzew przycisnął i strzelił kolejne dwa gole i gospodarze wysoko wygrali.
34. Po meczu i nagrywce udaliśmy się na konferencję pomeczową. Oczywiście rzecznik prasowy witał Nestora, a potem wypowiadali się trenerzy i Fran Alvarez.
35. Tak jak nieraz pisałem, miejscowi dzienniakarze na różnych stadionach to jest osobne uniwersum. Często jest taka grupa głośnych, nadmiernie pewnych siebie, samców alfa, którzy mądrzą się bardziej niż radio, śmieszkują i generalnie ego tam wybija w kosmos.
36. Bo jak tłumaczyć to, że Widzew wygrywa wysoko, w świetnej atmosferze, rozjeżdża GieKSę, a głównym tematem jest psioczenie, że sędzia nie uznał wspomnianej bramki Shehu. Niektórym w głowach się poprzewracało. Jak to trafnie ujął Mariusz w drodze powrotnej, to jest taki vibe ludzi, którzy przez 2-3 lata zagnieździli się w ekstraklasie, zrobili kilka transferów i już im się wydaje, że są Mistrzem Polski. Pokory i lodu na głowę…
37. Ale to nie tylko Widzew, bo to jest przypadłość na wielu stadionach. I zastanawiam się, czy nasza skromniutka, cicha redakcja jest pełna kompleksów?
38. Czy może po prostu my się skupiamy na robocie, na merytoryce, a narcystyczne zapędy chowamy po prostu do plecaka…
39. Trudno to uznać za mankament, raczej mówię o pewnej obserwacji.
40. Wkrótce wypowiadali się trenerzy, sportowo zły Rafał Górak, którego ostatnio trochę męczę i będę męczyć pytaniami oraz ten surowy i groźny, a jednocześnie żartujący Żelijko Sopić. Trenerzy zwycięscy lubią sobie podyskutować z dziennikarzami.
41. Po konferencji udaliśmy się powoli do samochodu i jeszcze za jasna wyjechaliśmy.
42. Niestety nasze wizyty na nowym stadionie Widzewa to zaledwie jeden remis i trzy porażki. Nie są gościnni Widzewiacy, ale my też wiele w tych spotkaniach nie robimy, by zgarniać punkty.
43. Dla mnie to był chyba siódmy mecz na Widzewie (wliczając stary stadion) i niestety bilans to 0-2-5. Dodatkowo ten drugi remis był na pożegnalnym starym stadionie, kiedy sportowo Widzewa łoili wszyscy, a my nie potrafiliśmy zgarnąć kompletu punktów. Więc było to jak porażka.
44. Ostatecznie jednak bardzo lubię jeździć na stadion Widzewa, bo warunki do pracy i atmosfera na meczach zawsze jest świetna. Animozje kibicowskie animozjami, ale trzeba docenić takie mecze.
45. Powrotna droga przebiegła w burzliwej atmosferze. Dosłownie! Takich błysków dawno nie widziałem, a my zmierzaliśmy do oka cyklonu. Wpadliśmy w ulewę, ale na szczęście burzę ominęliśmy. Przed północą byliśmy w domu.
46. Dzięki ekipa za wyjazd i do zobaczenia.
47. Tylko trzy punkty w Warszawie!
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.













































































































Marek Marecki
9 sierpnia 2025 at 13:08
Fantastycznie czyta się wasze relacje.
Wątek kulinarny i turystyczny tez zawsze cieszy.
Pozdrawiam serdecznie!