Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Przegląd mediów: GieKSa inkasuje punkty po jednostronnym widowisku

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Ekstraliga kobiet wznowiła rozgrywki po przerwie na mecze reprezentacyjne. Nasza drużyna, w siódmej kolejce spotkań wygrała z Hydrotruck Sportową Czwórką Radom 4:1, prowadząc do przerwy 3:0. Kolejne spotkanie zespół rozegra 22 października o godz. 12:00, na wyjeździe z Pogonią Tczew. Piłkarze w ramach czternastej kolejki spotkań zremisowali w Niepołomicach z Puszczą 1:1. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejne spotkanie męski zespół rozegra w ramach 1/16 Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. Mecz zostanie rozegrany w najbliższy czwartek, na Bukowej, o godzinie 20:30. Trener Rafał Górak prowadził podczas meczu z Chrobrym drużynę GieKSy po raz dwusetny.

Drużyna siatkarzy w czwartej kolejce rozgrywek PlusLigi wygrała z ukraińską drużyną VC Barkom Każany Lwów 3:2. W nadchodzącym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania: pierwsze z nich u siebie z Cerrad ENEA Czarnymi Radom, w środę o godzinie 17:30. Drugie spotkanie siatkarze zagrają w sobotę na wyjeździe, 22 października (sobota), z LUK Lublin, o godzinie 20:30.

W środę hokeiści zakończyli meczem wyjazdowym rozgrywki w CHL. Niestety zespół przegrał z Fehérvár AV19 0:1. W Polskiej Hokej Lidze drużyna zdążyła rozegrać jeszcze dwa spotkania: jedno w piątek, wygrane z JKH GKS Jastrzębie 3:2 oraz w niedzielę z GKS-em Tychy, przegrane 1:2. W rozpoczętym tygodniu hokeiści rozegrają trzy spotkania, dwa z Cracovią: w środę w ramach Superpucharu, w piątek w ramach PHL oraz w  niedzielę z KH Energą Toruń. Mecze zostaną rozegrane w Katowicach odpowiednio o godzinach 20:00, 18:30 i 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GieKSa inkasuje 3. punkty po jednostronnym widowisku

GKS Katowice dziś wręcz wygrać musiał. Druga ofensywa ligi podejmowała beniaminka, który nie strzeliła nawet gola w tej kampanii ligowej. Dobry mecz, pięć goli i efektowna wygrana katowiczanek, to wszystko dziś zobaczyli zgromadzeni na Bukowej kibice.

Mecz ostro zaczęły piłkarki GieKSy. Już w 2. minucie mogło być 1-0, ale w ostrzale bramki górą była Oliwia Macała. To, co nie udało się na początku, przyszło na przestrzeni kilku minut w 23. oraz 26. minucie.

Najpierw Katerina Vojtkova wykorzystała idealne prostopadłe podanie Kasandry Rybaczuk i silnym strzałem pod poprzeczkę umieściła piłkę w bramce. Chwilę później gola dołożyła Amelia Bińkowska i piłkarki ze stolicy województwa Śląskiego prowadziły już 2-0.

Jeszcze przed przerwą ponownie Bińkowska umieściła piłkę w siatce. Młoda piłkarka GKS-u Katowice popędziła prawą stroną, wpadając w pole karne, oddała strzał w długi róg i bezradnie interweniująca Macała, chwilę później musiał piłę ponownie wyciągnąć z siatki.

Po przerwie odważniej na bramkę zaczęły atakować podopieczne Wojciecha Pawłowskiego. Dużo dało pojawienie się na placu gry Federici Dall’ary, która sprytnie zachowała się w polu karnym, odegrała do Oliwii Malesy, a ta z najbliższej odległości pokonała Kingę Seweryn. Była to premierowa bramka w dla HydroTruck Radom w sezonie 2022/2023.

W końcówce spotkania ponownie dobre zagranie po stronie byłej piłkarki Banika Ostrawa. Vojtkova idealnie na piąty metr zagrywa do Nikoli Brzęczek, ta bez zastanowienia “szczupakiem” ładuje piłkę obok Macały. Czwarta bramka GKS-u Katowice była ostatnią tego popołudnia na Bukowej.

Choć przed meczem w ciemno można było taki wynik postawić, to przyjezdne tanio skóry nie sprzedały. GKS Katowice pozostaje na pozyci REWELACYJNEJ do walki o najwyższe cele w tym sezonie, z mistrzostwem włącznie.

 

cozadzien.pl – Jest gol, ale wciąż brakuje punktów. Piłkarki HydroTrucku Radom przegrały w Katowicach

[…] Przed meczem faworytkami były katowiczanki, które w sześciu spotkaniach zgromadziły aż 15 punktów. Ponadto atak GKS-u ustępował w lidze jedynie mistrzowi Polski – SMS-owi Łódź. Za to dość nieoczekiwanie na ławce dla zawodniczek rezerwowych mecz rozpoczęła Federica Dall’ara. Pierwsza połowa pokazała, że beniaminkowi będzie niezwykle ciężko nawiązać rywalizację z rywalkami. Już w 23 minucie futbolówkę z siatki wyciągnęła Oliwia Macała, a pokonała ją Katerina Vojtkova. Nie upłynęło 180 sekund, a GKS-ianki wygrywały 2:0. Tym razem na listę strzelczyń wpisała się Amelia Bińkowska. Ta sama zawodniczka w 35 minucie ustaliła wynik 1. połowy.

W 60 minucie gry trener Wojciech Pawłowski postawił wszystko na jedną kartę i dokonał aż trzech zmian. Zaledwie trzy minuty później aktualna mistrzyni Polski juniorek – Oliwia Malesa dokonała historycznej sztuki w trwającym sezonie, bo zdobyła premierowego gola dla radomianek! Młoda pomocniczka wykorzystała podanie od wprowadzonej kilka chwil wcześniej Dall’ary. Ostatnie słowo należało jednak do katowiczanek, bo w 87 minucie wynik gry ustaliła Nikola Brzęczek.

 

sportdziennik.com – Dwieście meczów Góraka

Szkoleniowiec GieKSy przy okazji ostatniego spotkania z Chrobrym Głogów miał swój jubileusz. W kronikach coraz bliżej mu do Piotra Piekarczyka.

Jaki piękny jubileusz! W sobotę Rafał Górak poprowadził GKS Katowice w meczu o stawkę już po raz dwusetny! Uczcił ten fakt zwycięstwem z Chrobrym Głogów – swoim 85. w roli szkoleniowca GieKSy, 80. ligowym (190 spotkań zaliczył w lidze, 10 – w Pucharze Polski) i 59. podczas drugiej kadencji przy Bukowej. Ta pierwsza przypadała na lata 2011-13, ta obecna trwa od połowy 2019 roku. 49-latek z Bytomia goni Piotra Piekarczyka, który na trenerskiej ławce katowickiej drużyny zasiadał 225-krotnie i pod tym względem do dziś nie ma sobie równych.

– 200. mecz Rafała Góraka… Jak duże to wydarzenie? Wystarczy popatrzeć, co działo się, nim trafił do GieKSy po raz drugi, na okres od jego zwolnienia do ponownego zatrudnienia. To był jakiś szał, trenerów zwalniano jak w wariatkowie, tylko Jerzy Brzęczek wytrwał prawie dwa lata. Jasne, że trener Górak nie ma takich osiągnięć, jak legendarni Władysław Żmuda czy Alojzy Łysko, ale już pracuje od nich dłużej – mówi Tomasz Pikul, autor wielotomowej monografii sekcji piłkarskiej GKS-u.

Podczas swojej drugiej kadencji w klasyfikacji trenerów z największą liczbą meczów w GieKSie Rafał Górak wyprzedził nie tylko Żmudę (115) czy Łyskę (143), ale też Jerzego Nikiela (126). Z tym ostatnim, patrząc przez pryzmat statystyk, rywalizuje też na innych polach. W 58-letniej historii klubu Nikiel był dotąd tym, który pracował najdłużej nieprzerwanie – od 1964 do 1967 roku, a więc niecałe 3 lata. Górak już przebił go, bo obecny sezon jest czwartym z rzędu, w którym odpowiada za wyniki zespołu z Bukowej. Z drugiej strony, gdyby cofnąć się do czasów „przedGKS-owych”, wełnowieckiego Rapidu, to Jerzy Nikiel do dziś pozostaje jedynym szkoleniowcem, który wywalczył z GieKSą i jej poprzednikami więcej niż jeden awans, pokonując drogę ze „starej” trzeciej do pierwszej ligi. Rafał Górak też ma już w CV jedną promocję – tę ubiegłoroczną, z drugiej ligi na zaplecze ekstraklasy. Wyrównanie osiągnięcia Nikiela z lat 60. – to dopiero byłoby coś.

Już pierwsza kadencja Rafała Góraka (trafił do klubu w miejsce Wojciecha Stawowego) jak na realia GieKSy była bardzo długa, a skończyła się… nawet bardziej niż po GieKSiarsku. Pierwszy sezon w pierwszej lidze ukończył na 13. miejscu, drugi – na 10. Trzeci zaczął od zdobycia 4 punktów w 4 meczach i przebrnięciu dwóch przeszkód w Pucharze Polski, w tym ekstraklasowego wówczas Podbeskidzia Bielsko-Biała. Ale po porażce 0:5 w Bełchatowie prezes Wojciech Cygan nie wytrzymał.

– Dziwny to był czas. Pierwszy sezon trenera Góraka rozgrywany był jeszcze za rządów Ireneusza Króla. Od jesieni 2012 trwała walka, by klub przejęło miasto. Gdy sytuacja w miarę ustabilizowała się, to po czterech kolejkach szkoleniowiec został zwolniony. Poczuł to katowickie wariactwo na własnej skórze. Był wtedy już co prawda w klubie dwa lata, ale zmiana trenera w czwartej kolejce… To chyba jakiś rekord – zastanawia się Tomasz Pikul.

W sierpniu 2013 miejsce Góraka zajął Kazimierz Moskal, no i się zaczęło. Moskal, Artur Skowronek, Piotr Piekarczyk, Janusz Jojko, raz jeszcze Piekarczyk, Jerzy Brzęczek, raz jeszcze Jojko, Piotr Mandrysz, Jacek Paszulewicz, Jakub Dziółka, Dariusz Dudek. Nazwiska tych szkoleniowców w latach 2013-19 wpisywane były do protokołów meczowych GKS-u. Zamiast upragnionego awansu do ekstraklasy skończyło się spadkiem z jej zaplecza i rewolucją.

Górak, wykupiony z Elany Toruń, po blisko 6 latach wrócił na Bukową – jak w przeszłości czynili też Łysko, Żmuda, Żurek czy Piekarczyk – a wraz z nim dyrektor Robert Góralczyk czy II trener Dariusz Okoń. Prezes Marek Szczerbowski pojawił się w Katowicach dopiero dwa miesiące później, zaufania do sztabu i dyrektora nie stracił mimo trudnych chwil. Jak przegrany baraż ze Stalą Rzeszów i brak awansu w pierwszym II-ligowym sezonie; jak złe wejście w jesień 2020, jak pandemiczny kryzys wiosną 2021, wreszcie jak fatalne wyniki w roli beniaminka na starcie pobytu w pierwszej lidze.

– Cechy osobiste Rafała Góraka zapewne nie pomogłyby mu, gdyby był inny prezes. Pewnie wyleciałby już po przegranym barażu ze Stalą; przy innych prezesach, jak wcześniejsi, nie zachowałby stanowiska. Akurat trafił pod tym względem na dobry czas. Trafił na kogoś, kto nie wariuje, daje pracować. Marek Szczerbowski sam mówił, że podpowiedzi ludzi doradzających zmianę trenera było sporo – zwraca uwagę autor monografii GieKSy.

Górak oczywiście pomógł też sam sobie. Jego stołek najgorętszy stał się na przełomie września i października ub. roku. Po porażce 2:4 z Odrą Opole drużyna spadła na dno tabeli, traciła multum bramek, nie wygrywała, w perspektywie miała mecz „o 6 punktów” ze Stomilem Olsztyn. Szkoleniowiec zmienił ustawienie, przeszedł na trójkę środkowych obrońców, za przetarcie posłużył jeszcze pucharowy wyjazd do IV-ligowej Olimpii Zambrów (1:0). Ze Stomilem wygrał 2:1 po bramce Bartosza Jaroszka z doliczonego czasu. To był moment zwrotny. GKS wywalczył utrzymanie, dzięki dobrej końcówce finiszował na 8. pozycji, a w tym sezonie, mimo że fajerwerków w jego grze nie uświadczymy, jest skuteczny, ciuła punkty, dzięki dwóm ostatnim wygranym (po 1:0 ze Skrą i Chrobrym) wdrapał się na podium.

Warto wrócić jeszcze do tego przełomowego meczu w Opolu, o którym po czasie Górak opowiadał, że „zdał sobie sprawę, że prowadzi zespół na rzeź”. Gdyby ułożyć tabelę za okres liczony już po tamtej porażce, GKS spośród aktualnych pierwszoligowców punktuje gorzej jedynie od Arki Gdynia (61 pkt w 37 meczach, przy 66 pkt Arki). Stracił też przez ten nieco ponad rok najmniej goli spośród uczestników rywalizacji na zapleczu (35).

A to wystawia jego sztabowi, asystentom Tomaszowi Włodarkowi czy Dawidowi Szwardze (wypromował się do Rakowa Częstochowa) jak najlepsze świadectwo i dowodzi, że stabilizacja popłaca. Tak jak konsekwencja, by wspomnieć o polityce kadrowej. GKS długo nie miał w kadrze obcokrajowca (wyjątkiem Chorwat Marko Roginić), czy zawodnika urodzonego w latach 80. Odstępstwo od tej reguły zostało wykonane latem, gdy ściągnięto Daniela Tanżynę (r. 1989), który z przyczyn zdrowotnych jeszcze nawet… nie zadebiutował.

Nie można zapomnieć o okolicznościach drugiej kadencji Góraka. Pamiętamy, jak po pierwszym meczu rozegranym po pandemicznym lockdownie (2:1 z Górnikiem Łęczna, czerwiec 2020) przyznał patrząc na puste trybuny, że „w niektórych momentach brakowało mi Blaszoka”. Tego „Blaszoka” brakuje przez ostatnie 2,5 sezonu często. Pandemia. Zamknięcie stadionu po zadymie z Widzewem. Bojkot – to wszystko powoduje, że atmosfera na meczach GieKSy jest daleka od ideału.

Swoją drogą, kibice nieraz próbowali dopytać szkoleniowca, co myśli o bojkocie, jaki prowadzą przeciw rządom prezesa Szczerbowskiego. Można odnieść wrażenie, że po jego słowach „miejsce kibica jest na stadionie” delikatnie mówiąc nie poprawił sobie notowań, ale o te dbać musi przede wszystkim dzięki tabeli, a nie mikrofonom.

Kontrakt Góraka z GieKSą, podpisany na początku tego roku, obowiązuje do 30 czerwca 2024. Czy go wypełni? Nie wiemy, ale odpowiedzmy historią: w całym trenerskim życiu został zwolniony tylko raz. Właśnie z Katowic, niemal 10 lat temu. Z Radzionkowa, Tychów, BKS-u czy Elany odchodził na swoich warunkach. Trzy miesiące pauzy między GKS-em a BKS-em w 2013 roku to było jego ostatnie wolne. Od grudnia 2013 pracuje nieprzerwanie.

To chyba rekord, mówiąc o poziomach od makroregionalnego w górę. Patrząc zaś na szczebel centralny, kurczy się też grono szkoleniowców pracujących dłużej i nieprzerwanie w jednym klubie. Są to już tylko Marek Papszun (od kwietnia 2016 w Rakowie), Waldemar Fornalik (od września 2017 w Piaście) i Tomasz Tułacz (od sierpnia 2015 w Niepołomicach).

Właśnie w starciu z tym ostatnim trenerem i jego Puszczą, w meczu na szczycie I-ligowej tabeli, Rafał Górak zacznie w sobotnie popołudnie w GieKSie swoją trzecią setkę. 25 spotkań brakuje mu do Piotra Piekarczyka. No to może tak: 21 w sezonie zasadniczym. 2 baraże. 2 wyjazdy w ekstraklasie – i osiągnięcie „Orzecha” wyrównane. A przebite w pierwszym po 17 latach ekstraklasowym meczu przy Bukowej, już bez bojkotu. Marzenie? Tak, ale nie totalna fikcja.

Tomasz Pikul: – Pewnie, że wolelibyśmy, aby Rafał Górak bił rekordy dzięki sukcesom w ekstraklasie, a nie grze w pierwszej czy drugiej lidze. Życzę mu, by dostał się z GKS-em do ekstraklasy i tam śrubował swój wynik.

Najczęściej prowadzili GieKSę

225 meczów – Piotr Piekarczyk (1993-95, 1996-98, 2006-08, 2015)

200 meczów – Rafał Górak (2011-13, 2019 – nadal).

143 mecze – Alojzy Łysko (1985-87, 1991-92)

126 meczów – Jerzy Nikiel (1964-67)

115 meczów – Władysław Żmuda (1980-81, 1987-89)

124 SPOTKANIA GieKSy o stawkę poprowadził Rafał Górak, odkąd w połowie 2019 roku wrócił na Bukową (59 wygrał, 29 zremisował, 36 przegrał, uzyskując awans do I ligi).

274 BRAMKI pod wodzą Góraka zdobyła GieKSa w latach 2011-22 (przy 231 straconych).

3237 DNI nieprzerwanie Rafał Górak prowadzi seniorską drużynę. W latach 2013-17 pracował w III-ligowym BKS-ie Stal Bielsko-Biała, od 2017 do 2019 roku odpowiadał za wyniki Elany Toruń, z której nieco ponad 3 lata temu wykupili go katowiczanie.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – W Katowicach tie-break dla GKS-u

Siatkarze GKS-u Katowice prowadzili już z Barkom-Każany Lwów 2:0, ale lwowianie nie złożyli broni. Podjęli rękawice i doprowadzili do tie-breaka zdobywając tym samym swój drugi punkt w Pluslidze.  W decydującej partii do głosu znów doszli jednak gospodarze i to oni mimo pogoni rywali okazali się lepsi inkasując dwa oczka do tabeli. MVP został wybrany Jakub Jarosz, ale w pięknym geście oddał potem statuetkę Damianowi Domagale. Warto też odnotować kolejny uraz środkowego GKS-u, tym razem Jakuba Lewandowskiego, za którego wszedł właśnie Domagała.

W początkowym okresie gry GKS oraz Barkom grały punkt za punkt (2:2, 4:4). Goście za sprawą Wasyla Tupczyja i jego trudnych zagrywek odrzucili od siatki miejscową ekipę. Punkty w ataku zdobył Jonas Kvalen, katowiczanie mieli problemy z przyjęciem, nie kończyli ataków z pierwszego uderzenia, przegrywali 6:10. Sygnał do odrabiania strat dał Gonzalo Quiroga, dzięki niemu GKS zniwelował straty do jednego punktu (10:11). Do remisu doszło po tym jak w kontrataku punkt zdobył Jakub Jarosz (12:12). Od tego momentu ponownie obie ekipy grały punkt za punkt do stanu po 21. Dwa błędy w ataku ukraińskiej drużyny dały katowiczanom przewagę (23:21). Seta atakiem zakończył Jakub Jarosz.

Początek drugiej partii spotkania należał do katowiczan, po ataku Damiana Domagały prowadzili 5:3. Przy serii zagrywek Jakuba Jarosza GKS powiększył przewagę do czterech punktów, Barkom miał problemy z przyjęciem (10:6). Więcej do powiedzenia na boisku mieli podopieczni trenera Grzegorza Słabego, skuteczniej zagrali w obronie i na siatce. Po ataku Gonzalo Quirogi drużyna z Katowic w dalszym ciągu miała cztery punkty więcej niż Barkom (16:12). Podopieczni Ugisa Krastinsa zerwali się do odrabiania strat, zbliżyli się do gospodarzy na jeden punkt, przegrywali  19:20. Seria błędów własnych zadecydowała o porażce w tej części gry lwowian.

Otwarcie trzeciego seta należało do katowiczan.  Po ataku Jakuba Jarosza prowadzili 4:1. Barkom popełnił wiele prostych błędów, był w odwrocie, przegrywał 10:14. Gospodarzom także przytrafił się przestój. Przy serii zagrywek Wasyla Tupczyja goście doprowadzili do remisu 16:16. Był to przełomowy moment tego seta, miejscowi siatkarze popełnili błędy w ataku, nadziewali się na blok swoich rywali w efekcie czego przegrywali 19:21. Przyjezdni wykorzystali słabszy okres gry GKS-u, czujnie zagrali na siatce, po ataku ze środka wygrali seta w stosunku 25:22.

Podbudowani zwycięstwem w trzecim secie goście  poszli za ciosem i po ataku Szewczenki prowadzili 4:1. Katowiczanie byli w  odwrocie,  nie kończyli ataków z pierwszego uderzenia,  nadziewali się na blok Barkomu, przegrywali 4:8. W szeregach gospodarzy szwankowało przyjęcie, co przełożyło się na słabą skuteczność w ataku. Zespół z Lwowa punktował w polu zagrywki, asami serwisowymi popisał Ilja Dowhy oraz Wasyl Tupczyj, było 17:12 dla Bakomu. Pojedyncze ataki Jakuba Jarosza, czy Tomasa Rousseaux na niewiele się zdały.  Po tym jak punkt w ataku zdobył Wasyl Tupczyj tablica wyników wskazała prowadzenie Barkomu 22:17. W polu zagrywki w zespole z Katowic pojawił się Jakub Szymański, dzięki niemu miejscowa ekipa zbliżyła się do przyjezdnych na dwa punkty (20:22). Na więcej nie było jej już stać w tym secie, błąd Rousseaux zakończył tego seta i o wszystkim miał zadecydować tie-break.

W nim żadnej z drużyn nie udało się zbudować przewagi. Wynik oscylował wokół remisu (3:3). Autowym atak Tupczyja oraz blok na tym zawodniku sprawił, że trener Krastins przywołał swoich zawodników do siebie, było 6:3 dla GKS-u. Na zmianie stron boisk gospodarze powiększyli przewagę do czterech punktów, atakował Jakub Jarosz (8:4). Podopiecznym trenera Grzegorza Słabego nie przytrafiły się przestoje jak miało to miejsce we wcześniejszych setach. Czujna gra w obronie oraz w ataku dały gospodarzom serię piłek meczowych.  Ostatni punkt w tym meczu zdobył Jakub Jarosz.  Jarosz przekazał po meczu swoją statuetkę MVP Damianowi Domagale, który musiał pomóc zespołowi w obliczu kontuzji kolegów na środku siatki.

MVP: Jakub Jarosz

GKS Katowice – Barkom-Każany Lwów 3:2 (25:23, 25:20, 22:25, 21:25, 15:12)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Jeden błąd

GKS Katowice nie sprostał rywalom i zajął ostatnie miejsce w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale wstydu nie przyniósł. Debiut katowiczan w Lidze Mistrzów należy uznać za udany, choć o odległej lokacie w grupie zadecydował przegrany dwumecz z węgierskim zespołem Fehervar AV19. W rewanżu GieKSa przegrała, bo popełniła zaledwie jeden błąd. Cóż, tak bywa…

Jacek Płachta, trener GKS-u, lubi od czasu do czasu zaskakiwać roszadami w składzie. Któż mógłby się spodziewać, że między słupkami stanie 21-letni Maciej Miarka, który ma znikome doświadczenie ligowe, zaś pucharowe żadne. Nie wiadomo czym kierował się szkoleniowiec, ale wychowanek ŁKH Łódź i absolwent SMS-u PZHL Katowice stanął przed trudnym zadaniem. Starał się jak mógł, ale słowa uznania należą się również jego kolegom, którzy mu pomagali.

Od początku rozgorzała twarda walka. Jedni i drudzy nie zamierzali się oszczędzać, prowadzili akcje w szybkim tempie. Pod obiema bramkami wiele się działo i było kilka okazji, by rezultat się zmienił. Katowiczanie oddali 9 celnych strzałów, zaś gospodarze zrewanżowali się dwoma mniej. W decydujących momentach zabrakło jednak spokoju, by posłać krążek do siatki. 1. tercja rewanżowego meczu była zupełnie odmienna od tej na „Jantorze”. Wówczas gospodarze narzucili swój styl gry i dyktowali warunki na tafli. Teraz było zgoła inaczej.

Niewiele się zmieniło w kolejnej odsłonie, bo jedni i drudzy szukali szans. Jednak większą inicjatywę wykazywali katowiczanie i nękali Oliviera Roya, ale nic z tego nie wychodziło. Gdy po raz drugi do boksu kar powędrował Andrew O’Brien (36 min) wówczas najskuteczniejszy strzelec GKS-u, Bartosz Fraszko, miał dwie okazje, by zmienić rezultat. Nic z tego! Zabrakło niewiele, a Royowi dopisało szczęście. W 39 min igraszki Joona Monty na niebieskiej linii rywala sprawił, że stracił krążek i samotnie na bramkę popędził Aleksander Petan. Kanadyjczyk z włoskim paszportem nie dał Miarce mu najmniejszych szans. To jedno potknięcie sprawiło, że GKS przegrywał po 40 min 0:1, choć wcale na to nie zasłużył.

Podopieczni trenera Płachty nie zamierzali rezygnować z uzyskania korzystnego wyniku. Atakowali z pasją, ale krążek ciągle mijał światło bramki. Wszystkie formację grały na maksymalnych obrotach i w rezultacie gorących spięć nie brakowało. Jednak cóż z tego, skoro krążek jak zaczarowano nie chciał wpaść do siatki węgierskiego zespołu. GKS atakował z pasją, ale przegrał tyme jednym trafieniem. Szkoda, bo nie był wcale słabszym zespołem, tylko nie potrafił strzelić gola.

 

Gwarancja mistrzów z Katowic

To było dobre spotkanie w wykonaniu GKS-u Katowice i JKH GKS-u Jastrzębie. Obie zespoły zademonstrowały wiele ciekawych akcji i stworzyły wiele okazji do strzelenia goli.

Jednak ostatecznie jednym trafieniem lepsi okazali się obrońcy tytułu mistrzowskiego. Jastrzębianie zanotowali 100% skutecznością podczas gry w przewadze. To niebywałe, ale prawdziwe!

Hokeiści GKS-u Katowice pożegnali europejską przygodę w wyjazdowym, przegranym meczu na Węgrzech. I mieli pewny prawo, by przełożyć ten mecz. Jednak trenerzy uznali, że nie można stosować żadnej taryfy ulgowej i przystąpić do meczu o ligowe punkty z Jastrzębie niemal z marszu. Widać, że podróże zespół katowicki… kształcą, bo w 1. tercji oglądaliśmy potyczkę z prawdziwego zdarzenia. Jedni i drudzy grali szybko, pomysłowo i, co najważniejsze, nie stronili od strzałów. Skończyło zaledwie na jednym golu zdobytym w przewadze przez gospodarzy. To jednak była „wina” obi golkiperów: Johna Murraya oraz Węgra Bence Balizsa (po 11. skutecznych interwencji). Tylko z małym wyjątkiem ten drugi skapitulował po silnym uderzeniu Macieja Kruczka. Defensor popisał silnym uderzeniem i po nim krążek wpadł do siatki. Po stracie gola winić madziarskiego bramkarza, który miał ograniczone pole widzenia, ale również strzał Kruczka był odpowiedniej jakości. To była dobra odsłona w wykonaniu obu zespołów i na dodatek okraszona wieloma akcjami pod bramkowymi.

Spodziewaliśmy się kolejnej dobrej odsłony, ale nie przepuszczaliśmy, że narzekania w przewadze Jastrzębia pójdą w zapomnienie. Do meczu z „GieKSą” hokeiści z Jastrzębia na 36 przewag wykorzystali zaledwie jedną! A tymczasem w „Satelticie” tryskali energią i wykorzystali 2 razy przewagę. Najpierw Murraya pokonał Markus Kaleinikowas, a potem tę sytuacje Josef Mikyska, wykorzystując przewagę. zawodnika. To jednak nie załamało gospodarzy i w końcu Marcin Koluszy precyzyjnym uderzeniem wyrównał stan meczu.

W ostatniej tercji przez 1:14 min katowiczanie grali w podwójnej przewadze (w boksie kary Maciej Urbanowicz i Górny), ale ta doskonała sytuacja nie została wykorzystana. A potem rozpoczął się w twardy bój o wygraną. Ostatecznie Hampus Olsson, rosły Szwed, zdołał trafić do siatki gości. Nikłe zwycięstwo gospodarzy, ale jakże ważne w kontekście kolejnych rozstrzygnięć. Jastrzębie swoją grą na pewno zasłużyło na punkt, ale liczy się to, co w siatce.

 

hokej.net –Derby Śląska dla GKS-u Tychy!

GKS Tychy pokonał w „Satelicie” GKS Katowice w ramach 13. kolejki Polskiej Hokej Ligi. Zwycięstwo tyszanom zapewnił Roman Szturc, który zdobył decydujące trafienie tuż przed zakończeniem spotkania.

Zdecydowanie lepiej w mecz weszli hokeiści GKS-u Tychy, którzy od początku dyktowali warunki i tempo gry. Goście długo jednak nie potrafili przypieczętować swojej przewagi zdobytym golem, bo bardzo dobrze w bramce GKS-u Katowice spisywał się John Murray. W 14. minucie na ławkę kar powędrował Jakub Bukowski, a chwilę później Szymon Marzec wykorzystał błąd gospodarzy i w liczebnym osłabieniu wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gol zdobyty przez gracza gości został poddany wideoweryfikacji, ponieważ podczas uderzenia została poruszona bramka. Po sprawdzeniu zapisu wideo sędziowie nie mieli jednak wątpliwości, by wskazać na środek lodowiska. Katowiczanie obudzili się przed końcem pierwszej tercji, ale nie zdołali wyrównać i na pierwszą przerwę z jednobramkowym prowadzeniem zjeżdżali tyszanie.

Druga tercja stała na zdecydowanie niższym poziomie. W poczynaniach obu ekip było widać dużo niedokładności i ostatecznie w drugich dwudziestu minutach nie oglądaliśmy bramek.

W ostatnich dwudziestu minutach tyszanie stanęli przed znakomitą okazją do podwyższenia prowadzenia. W 44. minucie Maciej Kruczek został ukarany czterema minutami kary, ale goście zmarnowali tak długi okres gry w przewadze. Niewykorzystana sytuacja zemściła się na gościach w 55. minucie, w której Bartosz Fraszko zdobył trafienie w przewadze pewnym strzałem po dalszym słupku. Wydawało się, że nie unikniemy w tym starciu dogrywki, jednak w 59. minucie Filip Komorski zagrał zza bramki do Romana Szturca, a ten wyprowadził GKS Tychy na ponowne prowadzenie, którego już nie wypuścili.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga