Felietony Piłka nożna
Retro Szpil: Sermak Show w Cardiff
W kolejnej części wspomnień z pucharowych wojaży GieKSy po Europie dalej pozostajemy na Wyspach Brytyjskich. Ze Szkocji przenosimy się bardziej na południe, a dokładniej do największego miasta Walii położonego nad rzeką Taff, czyli Cardiff.
Zaledwie trzy dni po rozegranym na stadionie Rose Bowl w Pasadenie finale Mistrzostw Świata ‘94 pomiędzy Brazylią i Włochami, rozlosowano w szwajcarskiej Genewie pary rundy kwalifikacyjnej Pucharu UEFA. Ze względu na nowy format w Lidze Mistrzów, aż 22 najniżej sklasyfikowanych w rankingu klubów UEFA krajowych mistrzów zmuszonych było do rywalizacji tylko o Puchar UEFA. W konsekwencji tej reformy pierwszy raz w historii rozgrywek rozegrano rundę kwalifikacyjną, a liczba biorących udział zespołów wzrosła z 64 do 91.
GieKSa swój udział w tamtej edycji Pucharu UEFA zapewniła sobie dzięki wywalczeniu wicemistrzostwa kraju w sezonie 93/94. Niestety ze względu na pozycję w rankingu klubów UEFA, nasz zespół zmuszony był do startu właśnie od rundy wstępnej. Drużynie prowadzonej przez Piotra Piekarczyka los przydzielił reprezentanta ligi walijskiej – Inter Cardiff. Losowanie można było uznać za naprawdę dobre. Rywal wydawał się spokojnie do przejścia, a także uniknięto dalekich wyjazdów do Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, czy Izraela.
Była to druga rywalizacja polsko-walijska w historii europejskich pucharów. Wcześniej w sezonie 1975/76 w 1/8 finału Pucharu Zdobywców Pucharów Stal Rzeszów zmierzyła się z Wrexham. Rzeszowianie okazali się wtedy gorsi od zespołu z Walii, ulegając 1:3 (0:2, 1:1) w dwumeczu.
Sezon 94/95 był dość wyjątkowy dla ligi walijskiej. Walia po raz pierwszy w historii mogła wystawić aż trzy zespoły w europejskich pucharach. Poza standardowymi miejscami dla mistrza kraju i zdobywcy pucharu przepustkę do gry otrzymał również wicemistrz. Z nowych wytycznych kwalifikacji skorzystał Inter Cardiff, który uplasował się na drugim miejscu w tabeli w sezonie 93/94.
.W brytyjskich dziennikach dzień po losowaniu, które odbyło się w Genewie, można było przeczytać kilka krótkich wzmianek na temat rywalizacji Interu z GKS-em.
Dziennik „The Independent” zwrócił uwagę na to, że po raz pierwszy w historii Walia wystawi trzech reprezentantów w pucharach, a los Interu Cardiff ocenił jako trudne zadanie.
.Z kolei w raporcie z losowania w „London Times” możemy jedynie przeczytać wzmiankę, że debiutujący w pucharach półamatorski Inter Cardiff, podobnie jak irlandzki Shamrock Rovers (trafił na Górnika Zabrze), wylosował polskiego rywala.
.Walijski klub poza tym, że był absolutnym debiutantem w europejskich pucharach, to posiadał bardzo krótką historię. Został uformowany niespełna 4 lata wcześniej z wyniku połączenia klubów A.F.C. Cardiff i Sully FC. W tym krótkim okresie zespół zdołał jednak wywalczyć dwa wicemistrzostwa kraju. Po raz pierwszy udała im się ta sztuka w sezonie 92/93. Popularne „Mewy” wyścig o mistrzowski tytuł przegrały tylko o cztery punkty z Cwmbran Town, chociaż na miesiąc przed końcem rozgrywek ich strata wynosiła tylko dwa oczka, a także mieli jeden mecz mniej rozegrany od lidera. W kolejnym sezonie udało im się ten wynik powtórzyć i wywalczyć pierwszy raz przepustkę do pucharów.
W sezonie 94/95 Inter Cardiff rozgrywał swoje domowe mecze na stadionie Penydarren Park mogącym pomieścić 4500 widzów. Obiekt był wówczas wynajmowany na mocy dwuletniej umowy z klubem Merthyr Town F.C. występującym na co dzień w angielskich strukturach.
,Kadra Interu Cardiff składała się głównie z zawodników pochodzenia walijskiego, w których CV mogliśmy znaleźć jedynie kluby z rodzimej ligi. Wyjątkiem od tej reguły było kilku doświadczonych zawodników z przeszłością na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Anglii, a nawet reprezentacyjną. Do najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w zespole Lyna Jonesa należeli weterani: bramkarz George Wood, skrzydłowy Mickey Thomas oraz obrońca Dudley Lewis.
Wood zasłynął występami dla Evertonu, Arsenalu Londyn i Crystal Palace. Łączna kwota wydana przez kluby na szkockiego bramkarza podczas jego kariery wyniosła niemal 400 tysięcy funtów. Suma robi wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, za jakie kwoty piłkarze zmieniali kluby w latach 70. i 80. oraz jego pozycję na boisku. Czterokrotnie reprezentował barwy swojego kraju. Powołany na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii, które rozegrano w 1982 roku.
Mickey Thomas był wielokrotnym reprezentant Walii (51 meczów, 4 bramki). Reprezentował barwy Manchesteru United, Chelsea czy Wrexham. Skuszony przez ówczesnego managera Interu Lyna Jonesa możliwością występów w europejskich pucharach, miał pomóc uzyskać jak najlepszy rezultat przeciwko GKS-owi Katowice. Jego zatrudnienie przez Inter nie umknęło brytyjskiej prasie, gdzie można było przeczytać o okolicznościach transferu.
Z kolei ostatni z liderów zespołu z Cardiff – Dudley Lewis zapisał się na stałe w historii Swansea City, notując 300 występów w koszulce popularnych „Łabędzi”. Był członkiem zespołu, który w sezonie 80/81 uzyskał pierwszy w historii awans Swansea do pierwszej ligi angielskiej. Wystąpił w jednym meczu reprezentacji Walii.
Były to naprawdę duże nazwiska jak na amatorską ligę walijską. Jak bardzo to była amatorska liga, niech zobrazuje Wam fakt, że piłkarze Interu Cardiff w tamtym okresie mieli zaledwie dwie jednostki treningowe w tygodniu (!). Piłka nożna była tam jedynie dodatkiem do codziennych obowiązków w zakładach pracy. Porównując to do warunków, które panowały wtedy w Katowicach, to zapowiadała się nam rywalizacja Dawida z Goliatem…
Przed meczem
W pełni świadomym przepaści pomiędzy poziomem zespołów był naturalnie trener gospodarzy Lyn Jones, który w następujących słowach skomentował zbliżającą się rywalizację z GKS-em:
„Będąc realistami, nie wygramy tych rozgrywek i prawdopodobnie nie wygramy dziś wieczorem, ale jeśli udałoby się nam uzyskać remis 0:0 i utrzymać szansę w tej rywalizacji, to byłbym naprawdę zadowolony”
W Katowicach nikt nie zamierzał podchodzić lekceważąco do meczów z Walijczykami. Tydzień przed pierwszym spotkaniem obu zespołów, do Cardiff wybrał się dyrektor GieKSy – Jerzy Marusa w celu podpatrzenia rywali. GieKSa w podróż do stolicy Walii wybrała się dzień po zremisowanym meczu wyjazdowym z Rakowem Częstochowa (1:1). Niedzielnym porankiem na lotnisku Okęcie w Warszawie, piłkarze wsiedli w samolot linii lotniczych LOT do Manchesteru, a po wylądowaniu czekało ich jeszcze do pokonania 300 km autobusem do Cardiff. Na miejscu zamieszkali w hotelu „Friendly”.
Program meczowy
Walijski klub z okazji zbliżającego się historycznego dla nich meczu w europejskich pucharach wypuścił pamiątkowy program meczowy. Na pierwszej stronie umieszczono krótką wiadomość od prezesa klubu Briana Rigby i miłe powitanie w języku polskim.
“Gdy miałem 6 lat i oglądałem mecze Sully w Barry and District League, nie marzyłem nawet o tym, że ten zespół ewoluuje do gry w europejskich pucharach.
Z wielką pomocą Johna Reddy jesteśmy szczęśliwi, że mamy możliwość gry na Penydarren Park, dzięki czemu możemy zapamiętać wasze wielkie wsparcie oddane swojej drużynie.
Mamy nadzieję, że w trakcie sezonu będziecie podążać za nami z takim samym entuzjazmem.
Chciałbym bardzo serdecznie powitać naszych gości z UEFA, a także naszych rywali Katowice z Polski i mam nadzieję, że będziecie cieszyć się walijską gościnnością”.
Na kolejnych stronach zamieszczono między innymi zdjęcia zawodników naszej drużyny, a także całej kadry na sezon 1994/95.
Nie obyło się oczywiście bez przekręconych polskich nazwisk. W gazetce możemy natknąć się na takie kwiatki jak: Henryk Gornick, czy Marion Dziurosicz.
Idąc dalej mamy opisaną historię klubu oraz podaną ówczesną kadrę GieKSy.
”GKS Katowice został utworzony 5 listopada 1964 jako związek wielu klubów sportowych: Górnik 20 Katowice, Rapid Wełnowiec, KS Koszutka, Katowicki Klub Łyżwiarski, Katowicki klub Saneczkarski, Katowicki Klub Żeglarski i Dąb Katowice. W trakcie 30 letniego istnienia klubu było uprawianych wiele dyscyplin sportowych w GKS-ie. Zapaśnicy osiągali wiele sukcesów włącznie z medalami Mistrzostw Świata, drużyna hokeja na lodzie trzykrotnie była Mistrzem Polski, a Barbara Piecha została Mistrzynią Świata w saneczkarstwie.
Dziś GKS to klub wyłącznie piłkarski z nowym stadionem, halą sportową i kompleksem hotelowym. Od 1982 roku drużyna gra w Polskiej Pierwszej Lidze, a w 1986 pokonali Górnik Zabrze w finale Pucharu Polski.
Ich pierwsza przygoda w europejskich pucharach miała miejsce w 1970, kiedy przegrali 4:2 w dwumeczu w Pucharze Miast Targowych z hiszpańskimi gigantami FC Barceloną. Następnie musieli czekać kolejne 16 lat, aby znów posmakować europejskich pucharów. W sezonie 87/88 pierwszy raz grali w Pucharze UEFA, odpadając po przegranej 3:2 w dwumeczu ze Sportulem Studentesc Bukareszt z Rumunii, a w następnym roku zostali pokonani 5:2 w dwumeczu przez Glasgow Rangers. Ponownie zakwalifikowali się do pucharów w sezonie 89/90 przegrywając z fińskim Rovaniemi Palloseura 2:1 w dwumeczu, a sezon później po raz pierwszy awansowali do drugiej rundy Pucharu UEFA po zwycięstwie z Turun Palloseura (Finlandia), jednakże w drugiej rundzie przegrali wysoko 6:1 z topową niemiecką drużyną – Bayerem Leverkusen. Ich ostatni występ w Pucharze UEFA miał miejsce w sezonie 92/93, kiedy odpadli z Galatasaray Stambuł po przegranej 2:1 w dwumeczu.
GKS w ostatnich latach brał udział także trzykrotnie w rozgrywkach Pucharu Zdobywców Pucharów. W sezonie 1986/87 doszli do drugiej rundy dzięki wygranej 4:0 w dwumeczu nad Framem Reykjavik, ostatecznie odpadając ze szwajcarskim FC Sion po przegranej 5:2 w dwumeczu. W sezonie 91/92 szkocki Motherwell został pokonany przez nich dzięki zasadzie bramek zdobytych na wyjeździe, zanim zostali wyeliminowani w drugiej rundzie przez belgijski Club Brugge, przegrywając 4:0 w dwumeczu.
W ostatnim sezonie GKS rywalizował po raz trzeci w Pucharze Zdobywców Pucharów i przegrał tylko 2:1 w dwumeczu z Benficą Lizbona, a dzisiejszy mecz będzie dla klubu 9 rokiem z kolei w Europejskich Pucharach. W trakcie tego okresu stali się najregularniej grającym polskim klubem w Europie, rozgrywając 24 spotkania we wszystkich europejskich rozgrywkach, w których odnieśli 5 zwycięstw, 4 remisy i 15 porażek, bilans bramek 22:36”.
Sermak Show
Spotkanie na Penydarren Park w Merthyr rozpoczęło się o 19.30 czasu miejscowego, a zespoły wystąpiły w następujących składach:
Inter Cardiff: Wood; Lewis; Knight, Batchelor, O’Brien, John; L Jones, Beattie, Thomas; Paul Evans (Williams,69), Taylor (Burrows,61).
GKS Katowice: Jojko; Świerczewski; Maciejewski, Węgrzyn; Strojek, Widuch, Sermak, Borawski; Wolny, Janoszka (Walczak,44), Kucz (Nikodem,86).
Od pierwszego gwizdka hiszpańskiego arbitra Juana Ansuátegui Rocy zarysowała się przewaga drużyny Piotra Piekarczyka. Już w 8. minucie spotkania bardzo aktywny tego dnia Andrzej Sermak przetestował groźnym strzałem z ok. 18 metrów umiejętności bramkarskie Wooda. Jednak po całkiem dobrym początku, kibice nie oglądali zbyt wielu ciekawych sytuacji w pierwszej części meczu. Warte odnotowania było jeszcze tylko minimalnie niecelne uderzenie Sermaka przed samym zejściem piłkarzy na przerwę.
Ten sam zawodnik kolejną swoją szansę na bramkę miał kilka chwil po wznowieniu gry w drugiej połowie. Niestety Andrzej Sermak w dogodnej sytuacji trafił tylko w boczną siatkę bramki strzeżonej przez byłego reprezentanta Szkocji. Wynik remisowy w dalszym ciągu się utrzymywał, a swoją szansę wypracowali sobie także gospodarze. W 70. minucie meczu po niskim dośrodkowaniu prawego obrońcy Rossa Knighta niewiele pomylił się Willie Batchelor i piłka po jego uderzeniu minęła bramkę Janusza Jojki. W ostatnich 10 minutach spotkania GieKSa zaprezentowała się jednak niczym wytrawny bokser, zadając dwa zabójcze ciosy, odzierając tym samym z jakichkolwiek nadziei walijskich amatorów.
W roli głównej wystąpił oczywiście nie kto inny jak świetnie dysponowany tamtego wieczora Andrzej Sermak. Najpierw na 7 minut przed końcem meczu otworzył wynik mocnym uderzeniem lewą nogą z ponad 20 metrów, a następnie ze stoickim spokojem sfinalizował dobre podanie Strojka z prawej strony boiska. GieKSa pomimo ambitnej postawy amatorów zdołała wywieźć zadowalający rezultat z Walii i mogła ze spokojem przygotowywać się do rewanżu na Bukowej.
Bramki Andrzeja Sermaka można zobaczyć na tym krótkim filmiku:
Czy wiesz, że..
Jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w kadrze Interu – Mickey Thomas w momencie dołączenia do zespołu Lyna Jonesa, był na zwolnieniu warunkowym z więzienia po odbyciu 9 z 18 miesięcy wyroku , na które został skazany za obrót fałszywymi banknotami i pranie brudnych pieniędzy. Thomas wystąpił w pierwszym meczu z GieKSą w Cardiff, ale kurator sądowy zabronił mu jechać na rewanż do Polski. Obawiano się, że pomocnik Interu zdecyduje się „nawiać” zaraz po przylocie do Katowic.
Bramkarz walijskiej drużyny George Wood w książce “Looking for the Toffees: In Search of the Heroes of Everton” wspomina o sytuacji, która miała miejsce podczas przerwy w rewanżowym meczu na Bukowej. Był to moment, który ogromnie wpłynął na jego późniejszą decyzję o tym aby zostać trenerem.
„Pamiętam graliśmy z polskim zespołem, Katowice w Polsce (…) Przegrywaliśmy 3:0 do przerwy, a manager drużyny podszedł do mnie i powiedział: Dalej Woody, jesteś najbardziej doświadczonym zawodnikiem, co według Ciebie powinienem teraz zrobić ? (…) Powiedziałem: Mówiąc szczerze szefie, to ty tutaj jesteś szefem. Wtedy jednak podjąłem decyzję o tym, ze chcę zostać trenerem. Pomyślałem, że jeśli on to potrafi robić to ja też.”
Grzegorz Borawski w takich słowach wypowiedział się przed rewanżem z Walijczykami:
„Jakbyśmy mieli nie awansować, to bym chyba przestał grać w piłkę”
Teraz wyobraźmy sobie jakby w dzisiejszych czasach przed każdym meczem ze słabym zespołem w europejskich pucharach zawodnicy w polskich klubach wypowiadali podobne słowa, to przykładowo w takiej Legii Warszawa wszyscy zmuszeni byliby co sezon kończyć kariery… 🙂
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.

.










Kolo
11 kwietnia 2020 at 12:49
Byłem na tym meczu. Stacjonowałem wtedy w wakacje w jakiejś szkole językowej w Oxfordzie, wypożyczyłem auto za ostatnie pieniądze i pojechałem. Koledzy się dziwili, że mi się chce, ale oni nie wiedzieli co to jest serce kibica. Atmosfera na szpilu była piknikowa, było naszych może z 10 osób,głównie mieszkających na co dzień w GB, ale warto było. Mam gdzieś nawet jakieś fotki z tego wyjazdu. Fajnie Roberts, że to przypomniałeś. Pozdro.
kosa
11 kwietnia 2020 at 18:44
@Kolo jak znajdziesz fotki i je zeskanujesz, to bardzo chętnie wrzucimy na stronę. Podaję maila redakcji: gieksainfo[at]gmail.com
Suporterwnc
23 kwietnia 2020 at 19:40
Niesamowity artykul. Cos pieknego. Wspaniala robota. Gratuluje!
Czacha
24 kwietnia 2020 at 21:10
Artykul zloto!