Felietony Piłka nożna
Retro Szpil: Sermak Show w Cardiff
W kolejnej części wspomnień z pucharowych wojaży GieKSy po Europie dalej pozostajemy na Wyspach Brytyjskich. Ze Szkocji przenosimy się bardziej na południe, a dokładniej do największego miasta Walii położonego nad rzeką Taff, czyli Cardiff.
Zaledwie trzy dni po rozegranym na stadionie Rose Bowl w Pasadenie finale Mistrzostw Świata ‘94 pomiędzy Brazylią i Włochami, rozlosowano w szwajcarskiej Genewie pary rundy kwalifikacyjnej Pucharu UEFA. Ze względu na nowy format w Lidze Mistrzów, aż 22 najniżej sklasyfikowanych w rankingu klubów UEFA krajowych mistrzów zmuszonych było do rywalizacji tylko o Puchar UEFA. W konsekwencji tej reformy pierwszy raz w historii rozgrywek rozegrano rundę kwalifikacyjną, a liczba biorących udział zespołów wzrosła z 64 do 91.
GieKSa swój udział w tamtej edycji Pucharu UEFA zapewniła sobie dzięki wywalczeniu wicemistrzostwa kraju w sezonie 93/94. Niestety ze względu na pozycję w rankingu klubów UEFA, nasz zespół zmuszony był do startu właśnie od rundy wstępnej. Drużynie prowadzonej przez Piotra Piekarczyka los przydzielił reprezentanta ligi walijskiej – Inter Cardiff. Losowanie można było uznać za naprawdę dobre. Rywal wydawał się spokojnie do przejścia, a także uniknięto dalekich wyjazdów do Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, czy Izraela.
Była to druga rywalizacja polsko-walijska w historii europejskich pucharów. Wcześniej w sezonie 1975/76 w 1/8 finału Pucharu Zdobywców Pucharów Stal Rzeszów zmierzyła się z Wrexham. Rzeszowianie okazali się wtedy gorsi od zespołu z Walii, ulegając 1:3 (0:2, 1:1) w dwumeczu.
Sezon 94/95 był dość wyjątkowy dla ligi walijskiej. Walia po raz pierwszy w historii mogła wystawić aż trzy zespoły w europejskich pucharach. Poza standardowymi miejscami dla mistrza kraju i zdobywcy pucharu przepustkę do gry otrzymał również wicemistrz. Z nowych wytycznych kwalifikacji skorzystał Inter Cardiff, który uplasował się na drugim miejscu w tabeli w sezonie 93/94.
.W brytyjskich dziennikach dzień po losowaniu, które odbyło się w Genewie, można było przeczytać kilka krótkich wzmianek na temat rywalizacji Interu z GKS-em.
Dziennik „The Independent” zwrócił uwagę na to, że po raz pierwszy w historii Walia wystawi trzech reprezentantów w pucharach, a los Interu Cardiff ocenił jako trudne zadanie.
.Z kolei w raporcie z losowania w „London Times” możemy jedynie przeczytać wzmiankę, że debiutujący w pucharach półamatorski Inter Cardiff, podobnie jak irlandzki Shamrock Rovers (trafił na Górnika Zabrze), wylosował polskiego rywala.
.Walijski klub poza tym, że był absolutnym debiutantem w europejskich pucharach, to posiadał bardzo krótką historię. Został uformowany niespełna 4 lata wcześniej z wyniku połączenia klubów A.F.C. Cardiff i Sully FC. W tym krótkim okresie zespół zdołał jednak wywalczyć dwa wicemistrzostwa kraju. Po raz pierwszy udała im się ta sztuka w sezonie 92/93. Popularne „Mewy” wyścig o mistrzowski tytuł przegrały tylko o cztery punkty z Cwmbran Town, chociaż na miesiąc przed końcem rozgrywek ich strata wynosiła tylko dwa oczka, a także mieli jeden mecz mniej rozegrany od lidera. W kolejnym sezonie udało im się ten wynik powtórzyć i wywalczyć pierwszy raz przepustkę do pucharów.
W sezonie 94/95 Inter Cardiff rozgrywał swoje domowe mecze na stadionie Penydarren Park mogącym pomieścić 4500 widzów. Obiekt był wówczas wynajmowany na mocy dwuletniej umowy z klubem Merthyr Town F.C. występującym na co dzień w angielskich strukturach.
,Kadra Interu Cardiff składała się głównie z zawodników pochodzenia walijskiego, w których CV mogliśmy znaleźć jedynie kluby z rodzimej ligi. Wyjątkiem od tej reguły było kilku doświadczonych zawodników z przeszłością na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Anglii, a nawet reprezentacyjną. Do najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w zespole Lyna Jonesa należeli weterani: bramkarz George Wood, skrzydłowy Mickey Thomas oraz obrońca Dudley Lewis.
Wood zasłynął występami dla Evertonu, Arsenalu Londyn i Crystal Palace. Łączna kwota wydana przez kluby na szkockiego bramkarza podczas jego kariery wyniosła niemal 400 tysięcy funtów. Suma robi wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, za jakie kwoty piłkarze zmieniali kluby w latach 70. i 80. oraz jego pozycję na boisku. Czterokrotnie reprezentował barwy swojego kraju. Powołany na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii, które rozegrano w 1982 roku.
Mickey Thomas był wielokrotnym reprezentant Walii (51 meczów, 4 bramki). Reprezentował barwy Manchesteru United, Chelsea czy Wrexham. Skuszony przez ówczesnego managera Interu Lyna Jonesa możliwością występów w europejskich pucharach, miał pomóc uzyskać jak najlepszy rezultat przeciwko GKS-owi Katowice. Jego zatrudnienie przez Inter nie umknęło brytyjskiej prasie, gdzie można było przeczytać o okolicznościach transferu.
Z kolei ostatni z liderów zespołu z Cardiff – Dudley Lewis zapisał się na stałe w historii Swansea City, notując 300 występów w koszulce popularnych „Łabędzi”. Był członkiem zespołu, który w sezonie 80/81 uzyskał pierwszy w historii awans Swansea do pierwszej ligi angielskiej. Wystąpił w jednym meczu reprezentacji Walii.
Były to naprawdę duże nazwiska jak na amatorską ligę walijską. Jak bardzo to była amatorska liga, niech zobrazuje Wam fakt, że piłkarze Interu Cardiff w tamtym okresie mieli zaledwie dwie jednostki treningowe w tygodniu (!). Piłka nożna była tam jedynie dodatkiem do codziennych obowiązków w zakładach pracy. Porównując to do warunków, które panowały wtedy w Katowicach, to zapowiadała się nam rywalizacja Dawida z Goliatem…
Przed meczem
W pełni świadomym przepaści pomiędzy poziomem zespołów był naturalnie trener gospodarzy Lyn Jones, który w następujących słowach skomentował zbliżającą się rywalizację z GKS-em:
„Będąc realistami, nie wygramy tych rozgrywek i prawdopodobnie nie wygramy dziś wieczorem, ale jeśli udałoby się nam uzyskać remis 0:0 i utrzymać szansę w tej rywalizacji, to byłbym naprawdę zadowolony”
W Katowicach nikt nie zamierzał podchodzić lekceważąco do meczów z Walijczykami. Tydzień przed pierwszym spotkaniem obu zespołów, do Cardiff wybrał się dyrektor GieKSy – Jerzy Marusa w celu podpatrzenia rywali. GieKSa w podróż do stolicy Walii wybrała się dzień po zremisowanym meczu wyjazdowym z Rakowem Częstochowa (1:1). Niedzielnym porankiem na lotnisku Okęcie w Warszawie, piłkarze wsiedli w samolot linii lotniczych LOT do Manchesteru, a po wylądowaniu czekało ich jeszcze do pokonania 300 km autobusem do Cardiff. Na miejscu zamieszkali w hotelu „Friendly”.
Program meczowy
Walijski klub z okazji zbliżającego się historycznego dla nich meczu w europejskich pucharach wypuścił pamiątkowy program meczowy. Na pierwszej stronie umieszczono krótką wiadomość od prezesa klubu Briana Rigby i miłe powitanie w języku polskim.
“Gdy miałem 6 lat i oglądałem mecze Sully w Barry and District League, nie marzyłem nawet o tym, że ten zespół ewoluuje do gry w europejskich pucharach.
Z wielką pomocą Johna Reddy jesteśmy szczęśliwi, że mamy możliwość gry na Penydarren Park, dzięki czemu możemy zapamiętać wasze wielkie wsparcie oddane swojej drużynie.
Mamy nadzieję, że w trakcie sezonu będziecie podążać za nami z takim samym entuzjazmem.
Chciałbym bardzo serdecznie powitać naszych gości z UEFA, a także naszych rywali Katowice z Polski i mam nadzieję, że będziecie cieszyć się walijską gościnnością”.
Na kolejnych stronach zamieszczono między innymi zdjęcia zawodników naszej drużyny, a także całej kadry na sezon 1994/95.
Nie obyło się oczywiście bez przekręconych polskich nazwisk. W gazetce możemy natknąć się na takie kwiatki jak: Henryk Gornick, czy Marion Dziurosicz.
Idąc dalej mamy opisaną historię klubu oraz podaną ówczesną kadrę GieKSy.
”GKS Katowice został utworzony 5 listopada 1964 jako związek wielu klubów sportowych: Górnik 20 Katowice, Rapid Wełnowiec, KS Koszutka, Katowicki Klub Łyżwiarski, Katowicki klub Saneczkarski, Katowicki Klub Żeglarski i Dąb Katowice. W trakcie 30 letniego istnienia klubu było uprawianych wiele dyscyplin sportowych w GKS-ie. Zapaśnicy osiągali wiele sukcesów włącznie z medalami Mistrzostw Świata, drużyna hokeja na lodzie trzykrotnie była Mistrzem Polski, a Barbara Piecha została Mistrzynią Świata w saneczkarstwie.
Dziś GKS to klub wyłącznie piłkarski z nowym stadionem, halą sportową i kompleksem hotelowym. Od 1982 roku drużyna gra w Polskiej Pierwszej Lidze, a w 1986 pokonali Górnik Zabrze w finale Pucharu Polski.
Ich pierwsza przygoda w europejskich pucharach miała miejsce w 1970, kiedy przegrali 4:2 w dwumeczu w Pucharze Miast Targowych z hiszpańskimi gigantami FC Barceloną. Następnie musieli czekać kolejne 16 lat, aby znów posmakować europejskich pucharów. W sezonie 87/88 pierwszy raz grali w Pucharze UEFA, odpadając po przegranej 3:2 w dwumeczu ze Sportulem Studentesc Bukareszt z Rumunii, a w następnym roku zostali pokonani 5:2 w dwumeczu przez Glasgow Rangers. Ponownie zakwalifikowali się do pucharów w sezonie 89/90 przegrywając z fińskim Rovaniemi Palloseura 2:1 w dwumeczu, a sezon później po raz pierwszy awansowali do drugiej rundy Pucharu UEFA po zwycięstwie z Turun Palloseura (Finlandia), jednakże w drugiej rundzie przegrali wysoko 6:1 z topową niemiecką drużyną – Bayerem Leverkusen. Ich ostatni występ w Pucharze UEFA miał miejsce w sezonie 92/93, kiedy odpadli z Galatasaray Stambuł po przegranej 2:1 w dwumeczu.
GKS w ostatnich latach brał udział także trzykrotnie w rozgrywkach Pucharu Zdobywców Pucharów. W sezonie 1986/87 doszli do drugiej rundy dzięki wygranej 4:0 w dwumeczu nad Framem Reykjavik, ostatecznie odpadając ze szwajcarskim FC Sion po przegranej 5:2 w dwumeczu. W sezonie 91/92 szkocki Motherwell został pokonany przez nich dzięki zasadzie bramek zdobytych na wyjeździe, zanim zostali wyeliminowani w drugiej rundzie przez belgijski Club Brugge, przegrywając 4:0 w dwumeczu.
W ostatnim sezonie GKS rywalizował po raz trzeci w Pucharze Zdobywców Pucharów i przegrał tylko 2:1 w dwumeczu z Benficą Lizbona, a dzisiejszy mecz będzie dla klubu 9 rokiem z kolei w Europejskich Pucharach. W trakcie tego okresu stali się najregularniej grającym polskim klubem w Europie, rozgrywając 24 spotkania we wszystkich europejskich rozgrywkach, w których odnieśli 5 zwycięstw, 4 remisy i 15 porażek, bilans bramek 22:36”.
Sermak Show
Spotkanie na Penydarren Park w Merthyr rozpoczęło się o 19.30 czasu miejscowego, a zespoły wystąpiły w następujących składach:
Inter Cardiff: Wood; Lewis; Knight, Batchelor, O’Brien, John; L Jones, Beattie, Thomas; Paul Evans (Williams,69), Taylor (Burrows,61).
GKS Katowice: Jojko; Świerczewski; Maciejewski, Węgrzyn; Strojek, Widuch, Sermak, Borawski; Wolny, Janoszka (Walczak,44), Kucz (Nikodem,86).
Od pierwszego gwizdka hiszpańskiego arbitra Juana Ansuátegui Rocy zarysowała się przewaga drużyny Piotra Piekarczyka. Już w 8. minucie spotkania bardzo aktywny tego dnia Andrzej Sermak przetestował groźnym strzałem z ok. 18 metrów umiejętności bramkarskie Wooda. Jednak po całkiem dobrym początku, kibice nie oglądali zbyt wielu ciekawych sytuacji w pierwszej części meczu. Warte odnotowania było jeszcze tylko minimalnie niecelne uderzenie Sermaka przed samym zejściem piłkarzy na przerwę.
Ten sam zawodnik kolejną swoją szansę na bramkę miał kilka chwil po wznowieniu gry w drugiej połowie. Niestety Andrzej Sermak w dogodnej sytuacji trafił tylko w boczną siatkę bramki strzeżonej przez byłego reprezentanta Szkocji. Wynik remisowy w dalszym ciągu się utrzymywał, a swoją szansę wypracowali sobie także gospodarze. W 70. minucie meczu po niskim dośrodkowaniu prawego obrońcy Rossa Knighta niewiele pomylił się Willie Batchelor i piłka po jego uderzeniu minęła bramkę Janusza Jojki. W ostatnich 10 minutach spotkania GieKSa zaprezentowała się jednak niczym wytrawny bokser, zadając dwa zabójcze ciosy, odzierając tym samym z jakichkolwiek nadziei walijskich amatorów.
W roli głównej wystąpił oczywiście nie kto inny jak świetnie dysponowany tamtego wieczora Andrzej Sermak. Najpierw na 7 minut przed końcem meczu otworzył wynik mocnym uderzeniem lewą nogą z ponad 20 metrów, a następnie ze stoickim spokojem sfinalizował dobre podanie Strojka z prawej strony boiska. GieKSa pomimo ambitnej postawy amatorów zdołała wywieźć zadowalający rezultat z Walii i mogła ze spokojem przygotowywać się do rewanżu na Bukowej.
Bramki Andrzeja Sermaka można zobaczyć na tym krótkim filmiku:
Czy wiesz, że..
Jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w kadrze Interu – Mickey Thomas w momencie dołączenia do zespołu Lyna Jonesa, był na zwolnieniu warunkowym z więzienia po odbyciu 9 z 18 miesięcy wyroku , na które został skazany za obrót fałszywymi banknotami i pranie brudnych pieniędzy. Thomas wystąpił w pierwszym meczu z GieKSą w Cardiff, ale kurator sądowy zabronił mu jechać na rewanż do Polski. Obawiano się, że pomocnik Interu zdecyduje się „nawiać” zaraz po przylocie do Katowic.
Bramkarz walijskiej drużyny George Wood w książce “Looking for the Toffees: In Search of the Heroes of Everton” wspomina o sytuacji, która miała miejsce podczas przerwy w rewanżowym meczu na Bukowej. Był to moment, który ogromnie wpłynął na jego późniejszą decyzję o tym aby zostać trenerem.
„Pamiętam graliśmy z polskim zespołem, Katowice w Polsce (…) Przegrywaliśmy 3:0 do przerwy, a manager drużyny podszedł do mnie i powiedział: Dalej Woody, jesteś najbardziej doświadczonym zawodnikiem, co według Ciebie powinienem teraz zrobić ? (…) Powiedziałem: Mówiąc szczerze szefie, to ty tutaj jesteś szefem. Wtedy jednak podjąłem decyzję o tym, ze chcę zostać trenerem. Pomyślałem, że jeśli on to potrafi robić to ja też.”
Grzegorz Borawski w takich słowach wypowiedział się przed rewanżem z Walijczykami:
„Jakbyśmy mieli nie awansować, to bym chyba przestał grać w piłkę”
Teraz wyobraźmy sobie jakby w dzisiejszych czasach przed każdym meczem ze słabym zespołem w europejskich pucharach zawodnicy w polskich klubach wypowiadali podobne słowa, to przykładowo w takiej Legii Warszawa wszyscy zmuszeni byliby co sezon kończyć kariery… 🙂
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.

.













































































Kolo
11 kwietnia 2020 at 12:49
Byłem na tym meczu. Stacjonowałem wtedy w wakacje w jakiejś szkole językowej w Oxfordzie, wypożyczyłem auto za ostatnie pieniądze i pojechałem. Koledzy się dziwili, że mi się chce, ale oni nie wiedzieli co to jest serce kibica. Atmosfera na szpilu była piknikowa, było naszych może z 10 osób,głównie mieszkających na co dzień w GB, ale warto było. Mam gdzieś nawet jakieś fotki z tego wyjazdu. Fajnie Roberts, że to przypomniałeś. Pozdro.
kosa
11 kwietnia 2020 at 18:44
@Kolo jak znajdziesz fotki i je zeskanujesz, to bardzo chętnie wrzucimy na stronę. Podaję maila redakcji: gieksainfo[at]gmail.com
Suporterwnc
23 kwietnia 2020 at 19:40
Niesamowity artykul. Cos pieknego. Wspaniala robota. Gratuluje!
Czacha
24 kwietnia 2020 at 21:10
Artykul zloto!