Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Siatkarze GKS Katowice konsekwentni do bólu czyli multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów na temat GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.

Piłkarze w minionym tygodniu rozegrali jedno spotkanie z drużyną Znicza Pruszków. GieKSa przegrała 1:2. Prasówkę o tym meczu znajdziecie tutaj.

W ekstralidze kobiet jedenasta kolejka rozgrywek zakończyła rundę jesienną. Drużyna GKS-u przegrała w Łodzi z UKS-em SMS-em 0:1 (0:1). Piłkarki rozegrają jesienią jeszcze spotkanie, 23 listopada o 12:00, z Pogonią Zduńska Wola w Pucharze Polski.

Siatkarze rozegrali w minionym tygodniu jedno spotkanie PlusLigi. GieKSa przegrała kolejny mecz po tie-breaku. Tym razem z Cuprum Lubin, w poszczególnych setach: (25:20, 22:25, 21:25, 25:23, 10:15). Siatkarze obecnie zajmują dziesiątą pozycję w tabeli – okazja do poprawy miejsca będzie już jutro, drużyna zagra wyjazdowy mecz z Cerrad Enea Czarnymi Radom.

W Polskiej Hokej Lidze, drużyny ligowe wróciły na taflę. GKS „błyskawicznie” rozegrał trzy spotkania: z KH Energa Toruń (na wyjeździe) wygrany 4:1 (0:0, 1:0, 3:1), następnie z Lotosem PKH Gdańsk (w satelicie) przegrany po karnych 0:1 (0:0, 0:0, 0:0, k. 1:2) oraz w niedzielę z RE-Plast Unią Oświęcim (na wyjeździe) wygrany 1:0 (0:0, 0:0, 1:0). Wieczorem w satelicie hokeiści zagrają kolejny spotkanie w PHL, z Zagłębiem Sosnowiec.

 

PIŁKA NOŻNA

tylkokobiecyfutbol.pl – SMS ograł GieKSę

Bez kontuzjowanych Joanny Olszewskiej i Klaudii Miłek GieKSa w Łodzi miała zdobyć cenny komplet punktów i przezimować nawet na pozycji wicelidera. Niestety dla katowickiej ekipy lepszy był SMS, który skromnie wygrał 1:0.

Wynik spotkania rozstrzygnęła jedna akacja. Po kontrze pięknym lobem Weronikę Klimek pokonała Paulina Filipczak, dając swojej ekipie decydującego gola.

Napór GieKSy nie dał nic, bo świetnie broniła Szperkowska. Na domiar złego już w 50. minucie przyjezdne grały w osłabieniu po czerwonej kartce dla Karoliny Koch.

Koniec ekstraligowego grania w tym roku. Ekipa z Łodzi zimę spędzi na piątym miejscu w tabeli, GieKSa tylko na szóstym. Teraz czas na Puchar Polski. Za tydzień SMS zagra w Kielcach z drugoligowym KSP, a drużyna z Katowic zagra z Pogonią Zduńska Wola.

 

dzienniklodzki.pl – TME Grot SMS wygrał ważny mecz i jest bliżej podium ekstraligi piłki nożnej kobiet

W bezpośrednim meczu z innym kandydatem do medali, GKS Katowice, podopieczne trenera Marka Chojnackiego wygrały 1:0. Łodzianki przybliżyły się do trzeciego miejsca, które teraz zajmuje AZS UJ Kraków, mający dwa punkty więcej.
Ścisk w górnej części tabeli jest ogromny. Poza Górnikiem Łęczna, który zdecydowanie dominuje, drużyny od miejsca drugiego do szóstego dzielą tylko trzy punkty. Każdy z tych zespołów, także TME Grot SMS Łódź ma szansę nawet na wicemistrzostwo Polski.

 

SIATKÓWKA

polsatsport.pl – Piąty mecz, piąty tie-break! Siatkarze GKS Katowice konsekwentni do bólu

W meczu 5. kolejki PlusLigi siatkarze GKS Katowice ulegli Cuprum Lubin 2:3. Podopieczni trenera Dariusza Daszkiewicza zagrali piąty mecz w obecnych rozgrywkach i po raz piąty skończył się on tie-breakiem. Niestety dla katowiczan, ponieśli oni już czwartą porażkę.

[…] Po wyrównanym początku, gospodarze uzyskali przewagę w środkowej części pierwszego seta (11:6, 16:13). Po asie serwisowym Jakuba Jarosza odskoczyli na pięć oczek (20:15). Rywale zerwali się jeszcze do walki (22:20), ale trzy ostatnie akcje padły łupem ekipy GKS. Po bloku na Bartłomieju Lipińskim mieli piłkę setową, a Kamil Kwasowski atakiem z przechodzącej piłki ustalił wynik na 25:20. Stabilne przyjęcie i dobra dyspozycja Jarosza (8 punktów, w tym 3 zagrywką), przesądziły o zwycięskim otwarciu GKS.

W drugiej partii inicjatywę przejęli siatkarze z Lubina, którzy poprawili przyjęcie i posyłali na stronę rywali dobre, różnorodne zagrywki. W efekcie szybko uzyskali przewagę (1:4, 4:8) i utrzymywali ją w dalszej części seta (10:14, 15:19). Katowiczanie złapali punktowy kontakt po dwóch asach serwisowych Jarosza (19:20), końcówka należała jednak do lubinian. Jakub Ziobrowski i Lipiński wywalczyli decydujące punkty (22:25).

Trzecia odsłona miała podobny scenariusz. Przewagę utrzymywali lubinianie, a gospodarze próbowali gonić wynik. Jeszcze w końcówce mieli punktowy kontakt z rywalami (21:22), cóż z tego skoro trzy ostatnie akcje wygrali siatkarze Cuprum. Najpierw skutecznym atakiem popisał się Lipiński, chwilę później Rafał Szymura z lewego skrzydła posłał piłkę po skosie w aut, a potem znów skutecznie zaatakował Lipiński (21:25).

Set numer cztery był bardziej wyrównany od poprzednich. Wynik długo oscylował wokół remisu i żadna ze stron długo nie była w stanie zbudować znaczącej przewagi. W pewnym momencie na dwa oczka odskoczyli katowiczanie (19:17), ale rywale odrobili straty (22:22). Tym razem jednak trzy ostatnie punkty wywalczyli siatkarze GKS. Dwa z nich w niecodziennych okolicznościach. Przy zagrywce Kamila Maruszczyka sędziowie dopatrzyli się błędu przekroczenia linii, ale weryfikacja pokazała, że błędu nie było.

Sędziowie utrzymali jednak swą decyzję, bo siatkarz Cuprum posłał piłkę w aut. Protesty lubinian skończyły się czerwoną kartką, czyli stratą punktu. Tak oto z 22:22 zrobiło się 24:22. Goście wygrali następną akcję, ale w kolejnej Jarosz zamknął seta skutecznym atakiem (25:23).

Niezrażeni tą sytuacją goście znakomicie rozpoczęli tie-breaka. Przy stanie 1:4 trener Daszkiewicz wziął pierwszy czas, przy 1:6 – drugi, ale jego reprymenda na niewiele się zdała. Gdy lubinianie zablokowali Jana Nowakowskiego, gospodarze przegrywali przy zmianie stron 1:8! Takiej straty nie byli już w stanie odrobić w drugiej części seta. Siatkarze Cuprum kontrolowali sytuację. Piłkę meczową wywalczył Lipiński (7:14), katowiczanie obronili się w trzech kolejnych akcjach, ale za czwartym podejściem, po skutecznym ataku Robinsona Dvoranena goście zakończyli mecz (10:15).

 

siatka.org – Piąty tie-break GKS-u, tym razem katowiczanie przegrali z Cuprum

Siatkarzy GKS-u Katowice śmiało można już nazwać pechowcami. W piątym swoim meczu w tym sezonie po raz piąty walczyli w tie-breaku i po raz czwarty ulegli rywalom. Tym razem katowiczanie przegrali 2:3 we włąsnej hali z Cuprum Lubin, ale trudno wygrać decydującą partię, gdy przy zmianie stron boiska przegrywa się 1:8. Dwa punkty pojechały więc do Lubina, ale siatkarze Cuprum nieco poprawili swoją sytuację w tabeli PlusLigi.

[…] Lubinianie świetnie otworzyli tie-breaka, za sprawą bloku i skutecznego ataku Bartłomieja Lipińskiego prowadzili trzema ,,oczkami”. Katowiczanie mieli ogromne problemy w ofensywie, które skrzętnie wykorzystywali goście (6:1). Cały czas w polu serwisowym pewnie prezentował się Robinson Dvoranen i zawodnicy zmieniali strony przy siedmiopunktowym prowadzeniu siatkarzy Cuprum. Podopieczni Marcelo Fronckowiaka nie dali sobie wydrzeć zwycięstwa w tym spotkaniu. Mecz zakończył atak brazylijskiego przyjmującego (15:10).

 

Dariusz Daszkiewicz: cały czas jesteśmy krok za przeciwnikiem

– Teoretycznie cały czas jesteśmy blisko, ale zawsze krok za przeciwnikiem. Bardzo chciałbym, aby to jak najszybciej się zmieniło, abyśmy jak najszybciej wygrali mecz – powiedział po porażce z Cuprum Lubin Dariusz Daszkiewicz, szkoleniowiec GKS-u Katowice.

[…] – Możemy grać tie-breaki do końca ligi, byle byśmy rozstrzygali je na swoją korzyść. Po tym meczu w ogóle nie jesteśmy zadowoleni, chociaż nawet ten jeden punkt mogliśmy stracić – ocenił Dariusz Daszkiewicz, według którego jego podopieczni nie zaprezentowali pełni swoich możliwości w pojedynku z miedziowymi. – Na pewno nie jesteśmy zadowoleni z naszej gry, bo zagraliśmy najsłabsze spotkanie w tym sezonie. Jednak do takiej gry zmusił nas zespół z Lubina, który zagrał bardzo dobre zawody. Przede wszystkim konsekwentnie prezentował się na zagrywce, przez co mieliśmy sporo problemów, oprócz pierwszego seta, którego zagraliśmy na niezłym poziomie w ataku. Od drugiej partii praktycznie do końca meczu mieliśmy spore problemy w tym elemencie – dodał szkoleniowiec górnośląskiej drużyny.

[…] – Myślę, że zawodnicy dobrze są przygotowani do sezonu. Zagraliśmy już piątego tie-breaka. Widać, że wytrzymaliśmy go fizycznie. Natomiast na pewno ważne jest to, abyśmy jak najszybciej rozstrzygnęli mecz na naszą korzyść, bo zwycięstwo dużo spokoju wprowadzi w głowach zawodników. Czekamy na tą wygraną. Teoretycznie cały czas jesteśmy blisko, ale zawsze krok za przeciwnikiem. Bardzo chciałbym, aby to jak najszybciej się zmieniło, abyśmy jak najszybciej wygrali mecz – zakończył Dariusz Daszkiewicz.

 

Rafał Szymura: jakbyśmy bali się wygrać

Siatkarze GKS-u Katowice mają za sobą kolejne pięciosetowe starcie. Tym razem podopieczni Dariusz Daszkiewicza musieli uznać wyższość Cuprum Lubin.

– Po raz kolejny się nie udało, co jest denerwujące i deprymujące, ale taki jest sport –  nie kryjąc rozczarowania z rezultatu, po sobotnim starciu mówił Rafał Szymura.

Sporo jest w was złości na siebie po czwartej porażce 2:3 z rzędu?

Rafał Szymura: – Emocje już trochę opadły, ale podczas meczu były one całkiem spore. I chyba nie do końca wykorzystaliśmy nasze nastawienie do spotkania, bo byliśmy przed nim niesamowicie nakręceni i zamierzaliśmy wygrać. Niestety, po raz kolejny się nie udało, co jest denerwujące i deprymujące, ale taki jest sport. Liga jest trudna, nie przystaje ani na chwilę i meczów będzie coraz więcej, dlatego musimy się skoncentrować i poprawić naszą grę w kolejnych tygodniach. Według mnie to był nasz najsłabszy mecz ze wszystkich, jakie do tej pory rozegraliśmy. Musimy trochę potrenować, chociaż czasu na zajęcia nie ma zbyt dużo, bo już w środę czeka nas kolejne starcie, a następne mecze są już w najbliższa sobotę i kolejną środę. Grafik jest napięty, ale czekamy na przełamanie i bardzo go chcemy. Te pięciosetowe mecze mogą nas wykończyć fizyczne, a jeśli będą przegrane, to i psychicznie.

[…] Czeka was trudny wyjazd do Radomia. We wcześniejszych meczach z faworytami GKS stać było na sporo odwagi i fantazji w grze…

-Możliwe, że tak będzie i tym razem. Jeżeli tylko gramy swoją siatkówkę, jest dobrze, ale oczywiście zdarzają się trudne momenty, kiedy nasza postawa nie jest najlepsza. Jedziemy do Radomia i tam damy z siebie jak najwięcej. Będziemy chcieli przede wszystkim poprawić nasze granie, bo od tego wszystko się zaczyna. Jeżeli spiszemy się dużo lepiej niż z Cuprum, stać nas na równą walkę w Radomiu.

 

HOKEJ NA LODZIE

hokej.net – Torunianie powalczyli ale trzy punkty jadą do Katowic

Czwartej porażki z rzędu doznali hokeiści KH Energi Toruń. Gospodarze do połowy meczu dzielni walczyli z mocniejszym rywalem z Katowic, ale ostatecznie to goście wygrali 4:1 i wywieźli z Tor-Toru trzy punkty.

[…] Pierwsza tercja toczyła się pod dyktando gości z Górnego Śląska. Widoczna była optyczna przewaga i to właśnie katowiczanie stwarzali sobie świetne okazje do strzelenia gola. Najgroźniejsze akcje przeprowadzili m.in. Filip Starzyński oraz Mateusz Michalski, lecz świetnie w bramce toruńskiej drużyny spisywał się Krzysztof Bojanowski, który zastąpił Patrika Spěšnego. Golkiper gospodarzy wielokrotnie uchronił swoją drużynę przed utratą gola. Najlepszą akcję w pierwszej odsłonie wtorkowego pojedynku KH Energa miała w jedenastej minucie meczu, kiedy to Bartosz Fraszko nie trafił do pustej bramki. Pierwsze dwadzieścia minut zakończyło się bezbramkowym remisem.

W drugiej tercji z każdą minutą napór gości narastał. Podopieczni Risto Dufvy oddawali więcej strzałów na bramkę gospodarzy. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu i przyjezdni musieli czekać do trzydziestej pierwszej minuty. Wówczas po wykluczeniu Jegora Szkodienki, katowiczanie wykorzystali przewagę jednego zawodnika. Krążek w siatce umieścił Fin Oula Uski, który wykorzystał podania Miiki Franssili i Jaakko Turtiainena. Gospodarze próbowali odpowiedzieć na trafienie Uski, jednak w akcjach zabrakło skuteczności. Goście próbowali podwyższyć, jednak świetnie w bramce bronił Bojanowski. Na przerwę goście z Katowic schodzili z jednobramkowym prowadzeniem.

Ostatnia odsłona to popis gry gości. W czterdziestej siódmej minucie wynik na 2:0 podwyższył Filip Starzyński, który po kilku dobitkach po błędzie obrońców skierował gumę do siatki. Dwie minuty później kontaktowego gola dla Stalowych Pierników zdobył Dienis Sierguszkin. Wydawało się, że wszystko jest możliwe i jeszcze wiele w tym spotkaniu może się wydarzyć. Nic takiego jednak nie miało miejsca, GKS Katowice częściej stwarzał sobie okazje. Torunianie jeszcze atakowali, jednak czasami gra nie była do końca zgodna z przepisami, co poskutkowało indywidualną karą dla Jegora Fieofanowa..

[…] Katowiczanie dążyli do podwyższenia wyniku, co przyniosło to wymierny efekt. Po pięćdziesięciu pięciu minutach za sprawą trafień Jakko Turtiainena i Patryka Krężołka przyjezdni prowadzili 4:1. Rezultat do końca nie uległ już zmianie i to goście ze Śląska mogli cieszyć się z trzech punktów.

 

Kontuzja kapitana

GKS Katowice w najbliższych meczach będzie musiał sobie poradzić bez Grzegorza Pasiuta. Doświadczony środkowy leczy uraz.

Kapitan GieKSy nie wystąpił we wtorkowym meczu z KH Energą Toruń, który katowiczanie wygrali 4:1.

– Zmagam się z kontuzją ręki, której nabawiłem się w starciu z JKH GKS-em Jastrzębie. Kiedy wrócę? Tego jeszcze dokładnie nie wiem – powiedział 32-letni napastnik.

Pasiut w tym sezonie rozegrał 15 spotkań, w których zdobył 12 punktów za 2 bramki i 10 asyst.

 

sportdziennik.pl – Rosyjska ruletka!

[…] To niecodzienna sytuacja, gdy 65 minut gry nie przynosi żadnego gola. W arcyważnej w kontekście finału Puchar Polski (wystąpi pierwsza czwórka PHL) potyczce goście okazali się lepsi w rzutach karnych 2-1, zaś gospodarzy pogrążyli Rosjanie Jegor Rożkow oraz Wladislaw Jełakow, zaś ze strony miejscowych trafił jedynie Marcin Kolusz.

[…] Tuż przed wyjściem na rozgrzewkę Marcin Kolusz, kapitan gospodarzy, pokrzykiwał do kolegów: Gramy o finał o Puchar Polski! i usłyszeliśmy wojowniczy pomruk. Wydawało się, że od pierwszej minuty rozgorzej bój i będzie iskrzyło. A tymczasem było więcej zachowawczej gry i przede wszystkim myślano o obronie. Owszem, gospodarze mieli przewagę i sporo strzelali, ale Tomas Fuczik bronił ze spokojem. W 12 min do boksu kar powędrował Jegor Rożkow, ale gospodarze nie wykorzystali tej przewagi. Pokazali wręcz jak nie należy się w tej sytuacji zachowywać na lodzie, wobec czego bezbramkowy wynik nikogo nie dziwi.

Scenariusz II odsłony był podobny, gospodarze posiadali przewagę, ale metoda tysiąca podań wokół bramki Fuczika nie mogła przynieść efektów. Nie było żadnego elementu zaskoczenia, indywidualnej akcji, która pomogłaby ograć gości. W 26 min w dobrej sytuacji znalazł się Mateusz Michalski, ale z bliskiej odległości nie potrafił umieścić krążek w siatce. Niby szybko, niby składnie, ale w gruncie rzeczy bezproduktywnie. Gościom wcale się nie dziwimy, że czyhali na kontrę, która mogłaby im przynieść „złotą” bramkę. Po 40 min już pachniało dogrywką…

I tak też się stało, choć gospodarze ciągle posiadali przewagę i nadzwyczaj dużo sytuacji podbramkowych, ale krążek jak zaczarowany nie chciał wpaść do siatki. Bezbramkowy remis po 60 min to na pewno spore osiągniecie gości, ale podział punktów nie urządzał ani jednych, ani drugich. W dogrywce „kolonia fińska” oraz tercet Kolusz – Da Costa – Starzyński stawali na głowie, by umieścić krążek w siatce. Turtiainen po soczystym uderzeniu podniósł ręce na znak radości, a tymczasem Fuczik jakimś cudem złapał krążek do „łapaczki”.

Karne były wykonywane nerwowo, a najwięcej opanowania wykazali wspomniani Rosjanie, ze strony gospodarze mocno rozczarowali Finowie, Turtiainen, Lahde, Franssila, oraz Sloweniec Cimżar.

 

Puchar pełen tajemnic

Zawodnicy GKS-u Katowice wygrali z Re-Plastem Unią Oświęcim zaledwie 1:0, ale tym samym przedłużyli swoje szanse awansu do turnieju finałowego Pucharu Polski. Jednak nie wszystko zależy od nich. Podczas meczu z Zagłębiem Sosnowiec będą nasłuchiwali wieści z Nowego Targu, gdzie Podhale podejmie ekipę z Oświęcimia i będą trzymali kciuki za wczorajszych rywali.

Risto Dufva, trener GKS-u Katowice, został wykreślony z protokołu meczowego, ale tajemnica został szybko wyjaśniona. Fin zachorował i nie mógł stanąć w boksie. Zastąpił go Piotr Sarnik, ale nie był to jego debiut w roli pierwszego szkoleniowca, bo poprzednim razem zastępował Toma Coolena.

[…] Jeszcze dobrze kibice nie zajęli miejsc, a już Luka Kalan miał okazję zmienić wynik meczu. W sytuacji sam na sam Słoweniec trafił krążkiem w bramkarskie parkany. Tym razem gospodarze posiadali przewagę i Andrej Themar (34 i 35 min) miał dwie wyśmienite sytuacje, ale krążek nie wpadł do siatki. Goście w 27 min przeżywali trudne chwile, bowiem przez 44 sek. musieli bronić się w 3 przeciwko 5 rywali. Jednak stanęli na wysokości zadania, ale nadal nie dysponowali taką siłą ognia, która mogłaby zaskoczyć gospodarzy. Pod koniec tercji Jakub Saur uderzał, ale krążek zatańczył tuż przed linią bramkową, a kilku graczy Unii podniosła ręce na znak radości. Sędziowie nie mieli żadnej wątpliwości.

A w ostatniej odsłonie rozgorzał bój. Kamil Paszek (43) trafił w słupek, a po uderzeniu Klemena Pretnara (46) krążek ześlizgnął się po poprzeczce. W końcu Nestori Lahde, po 111:19 min niemocy, po udanej akcji kolegów z ataku Jussi Makkonena oraz oraz Tuukkiego Rajamakiego, w końcu trafił do bramki. Tym samym o zwycięstwie zadecydowało jedno trafienie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Gra o finał to wielka duma

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać.  Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga