Dołącz do nas

Hokej Kibice Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd doniesień mass mediów: GieKSa uczci pamięć poległych

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

W ostatnią środę piłkarki GieKSy rozegrały wyjazdowe spotkanie w ramach rozgrywek Pucharu Polski z Rekordem Bielsko-Biała. W regulaminowym czasie gry wynik brzmiał 2:2 (0:0), którego nie zmieniła również dogrywka. W rzutach karnych lepsze okazały się gospodynie i one awansowały do 1/16 finału rozgrywek. Piłkarze mieli przerwę od ligowego grania, ze względu na odwołany mecz z Resovią (zakażenia SARS-CoV-2 w Resovii). Z tego powodu, w sobotę, rozegrali spotkanie sparingowe z czwartoligowym Ruchem Radzionków, które wygrali 6:0 (2:0).

Siatkarze w ósmej kolejce PlusLigi wygrali na wyjeździe, ze Stalą Nysa 3:2. Kolejne spotkanie siatkarze zagrają w hali w Szopienicach, z mistrzem Polski z ubiegłego sezonu, zespołem Jastrzębskiego Węgla. Spotkanie rozpocznie się w najbliższą sobotę (27.11.2021 roku) o godzinie 17:30.

Hokeiści, po przerwie reprezentacyjnej wrócili do rozgrywek ligowych. GieKSa rozegrała dwa spotkania: w piątek w Katowicach, wygrała z Zagłębiem Sosnowiec 3:2, w niedzielę drużyna wygrała z JKH GKS-em Jastrzębie 7:4. Przed meczem z Zagłębiem do drużyny dołączył Kalle Valtola, 25-letni fiński obrońca.

 

PIŁKA NOŻNA

bts.rekord.com.pl – Rekord B-B – GKS Katowice 2:2 (2:2, 0:0) K. 4:2

Epicki, pucharowy bój w Cygańskim Lesie dla Rekordu!

[…] Po przebytych chorobach, kontuzjach, po serii ligowych porażek i wobec nieustannych kłopotów kadrowych, można było mieć uzasadnione obawy o występ bielszczanek, o jego wynik w starciu ze znacznie wyżej notowanymi katowiczankami. Wśród biało-zielonych nadal wykluczone z gry są m.in. Klaudia Adamek i Wiktoria Pietrzyk, a absencja Martyny Cygan wymuszona została szkolnymi obowiązkami. Przebywającego na zwolnieniu lekarskim Marcina Trzebuniaka na ławce trenerskiej zastąpił Emil Kosiec. Ale i GKS nie był wolny od problemów kadrowych, choć nie tej skali, jak w przypadku gospodyń spotkania. Z kontuzją zeszła z przedmeczowej rozgrzewki Amelia Bińkowska, którą zastąpiła Nikola Brzęczek.

Przebieg, obraz pierwszej części w pełni uzasadniał troskę sympatyków Rekordu. To były trzy kwadranse optycznej przewagi, momentami wręcz dominacji, podopiecznych Witolda Zająca. Popełniły jednak przyjezdne kilka kardynalnych błędów w swojej ofensywie. W wielu sytuacjach ataki piłkarek GKS-u były zbyt schematyczne i przewidywalne dla dobrze usposobionej defensyw Rekordu. W kilku innych przyjezdne w banalny sposób dawała się łapać na ofsajdzie. A przy tym jeszcze miały bielszczanki bardzo dobrze usposobioną w bramce Wiktorię  Berdys oraz coś niezbędnego w odniesieniu sukcesu, a mianowicie łut szczęścia. Dwukrotnie (w w 4. i 15. minucie) bliska trafienia była Klaudia Maciążka, w 41. nieznacznie chybiła celu Emilia Zdunek.

Ku zaskoczeniu zespołu gości „okopany” dotąd na własnej połowie Rekord śmielej ruszył do przodu na wstępie drugiej części meczu. Określenie prób ofensywnych w wykonaniu gospodyń atakiem zapewne byłoby nadużyciem. To były raczej próby kąsania, podgryzania obrony „Gieksy”. I pewnie nikt nie zakładał, nie przypuszczał, że Katarzyna Moskała (na zdjęciu) indywidualną akcją zdoła w pojedynkę zdemontować obronę rywalek. Wszędobylska skrzydłowa, choć tu w innej roli, odprowadziła piłkę do linii końcowej, skąd optymalną asystą obsłużyła nadbiegającą Magdalenę Skolarz. Radość z prowadzenia trwała dziesięć minut, po kornerze, w ogromnym zamieszaniu do wyrównania doprowadziła K. Maciążka. Utracie kolejnych goli zapobiegły desperackimi wślizgami Izabela Tracz i Magdalena Knysak, ale wobec kontry „dwie na jedną” i strzału N. Brzęczek bielszczanki były bezradne. 120 sekund później drużyna gości zmarnowała idealną szansę na dwubramkowe prowadzenie. W. Berdys zdołała sparować piłkę po strzale Kateriny Vojtkovej, dobijając „do pustaka” K. Maciążka obiła poprzeczkę. Mówi się – niewykorzystane okazje… Szczerze przyznajmy, niewielu – o ile ktokolwiek na trybunach – wierzył jeszcze, że bielszczanki odwrócą losy meczu. Wierzyły jednak „rekordzistki”. Ostatni, niemal rozpaczliwy atak znów wyprowadziła K. Moskała. Defensorski GKS-u nie dość, że nie potrafiły zneutralizować solowej akcji, to jeszcze dały się zwieść podążającej w sukurs koleżance – Zofii Śmietanie.

Mimo ewidentnego upływu sił biało-zielone wykrzesały z siebie więcej niż maksimum energii na dystansie 30-stu dodatkowych minut. Z kolei niekorzystny, zaskakujący rezultat remisowy wymusił na przyjezdnych zdwojenie aktywności na połowie Rekordu. Na stworzenie realnego zagrożenia pod bramką rywalek w inny sposób, niż stałe fragmenty gry, naszym zawodniczkom po prostu brakowało już „fizyki”. Katowiczanki z kolei wypracowały w końcówce drugiej część dogrywki dwie klarowne sytuacje. W 114. minucie Anita Turkiewicz z 7-8 metrów trafiła w poprzeczkę. Pięć minut później ta sama zawodniczka stanęła przed niemal identyczną szansą, ale W. Berdys stanęła na wysokości zadania.

To, że „rekordzistki” lepiej wytrzymały stres związany z konkursem ”jedenastek” to jedno. A drugi klucz do sukcesu, to sposób egzekwowania rzutów karnych – majstersztyk. Zaczęło się od pudła Marleny Hajduk, na co uderzeniem w „okienko” odpowiedziała Patrycja Rżany. Na gola K. Maciążki, choć piłka „przelała się” po ręce bramkarki, uderzeniem od słupka ripostowała Martyna Gąsiorek. W trzeciej serii K. Vojtkova zakłóciła „spokój pająka” w narożniku bramki, ale M. Knysak ripostowała równie chytrym strzałem. Czwartą, jak się okazało finałową serię, uderzeniem w słupek otworzyła Joanna Olszewska, a zamknęła „z przytupem”, od poprzeczki do bramki – Wiktoria Nowak.

 

sportowefakty.wp.pl – Już wszystko jasne. Oto komplet par 1/16 finału Pucharu Polski

Mocnym akcentem zakończyła się seria meczów pierwszej rundy piłkarskiego Pucharu Polski kobiet. Niespodziewanie, po rzutach karnych, z rozgrywkami pożegnały się zawodniczki GKS-u Katowice.

[…] Do niespodzianki doszło w ostatnim spotkaniu pierwszej rundy rozgrywanym w Bielsku-Białej. Beniaminek Ekstraligi Rekord, pokonał u siebie po serii rzutów karnych doskonale radzący sobie w tym sezonie GKS Katowice. Po dogrywce na tablicy widniał remis 2:2, a w jedenastkach bielszczanki wygrały 4:2.

 

sportdziennik.com – GieKSa uczci pamięć poległych

Klub z Bukowej dbając o swą małą ojczyznę włącza się w obchody 40. rocznicy pacyfikacji Kopalni Wujek. Drużyny GKS-u grać będą w specjalnych strojach, a niespodzianki szykują też kibice.

Za dokładnie miesiąc minie 40 lat od krwawej pacyfikacji Kopalni Wujek, podczas której zginęło 9 górników. O godne upamiętnienie wydarzeń z 16 grudnia 1981 roku jak zwykle zadba Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, przygotowując nową muzealną wystawę, a do pomocy aktywnie włączy się też GKS Katowice.

– 40 lat temu, po wprowadzeniu stanu wojennego, górnicy dali opór komunistycznej władzy – mówi Robert Ciupa, dyrektor ŚCWiS.

– Walczyli, by zniesiono stan wojenny. To był strajk godnościowy, walka o godność człowieka, wtedy przegrana. 23 górników zostało rannych, 9 zabitych. Najważniejsze, że pamięć przetrwała, a krzyż ustawiony już 16 grudnia przez górników, pod który od lat przyjeżdżają delegacje z całej Polski, stał się symbolem nadziei, że wolność kiedyś nadejdzie. Górnicy pokazali, że są ideały, za które warto nawet oddać życie. Pamięć o tamtych wydarzeniach jest przekazywana przez nas i instytucje współpracujące. Miło, że dołącza do nich GKS, klub z Katowic, dzięki któremu rozszerzymy i mocniej wypromujemy naszą akcję.

Mecze piłkarzy GieKSy z Miedzią Legnica, siatkarzy z Projektem Warszawa oraz hokeistów z Ciarko KH Sanok zostaną poprzedzone minutą ciszy. Siatkarze i piłkarze grać będą z opaskami „Wujek 81 – pamiętamy”, podobny napis pojawi się podczas telewizyjnych transmisji ich meczów na bandach ledowych, a całe stroje dedykowane na tę okoliczność założą hokeiści podczas turnieju finałowego Pucharu Polski, rozgrywanego w końcówce grudnia w Bytomiu.

– Byłem wtedy 10-latkiem, ale wcale nie jak przez mgłę przypominam sobie tamte wydarzenia, czas i atmosferę – mówi Marek Szczerbowski, prezes GieKSy.

– Z rodzinnej Koszutki widzę Spodek i Rondo, pamiętam tamtą zimę, tamte czołgi na ulicach. Cieszę się, że mamy możliwość uczestniczenia w rocznicy tamtych wydarzeń, potępienia agresji człowieka. GKS jest klubem miejskim, wielosekcyjnym i zamierza bardzo szeroko włączyć się w te działania. Fachowcy ze Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności przygotują kampanię informacyjną, a my działania promocyjne. Chcemy upamiętnić te bardzo istotne dla losów nie tylko naszego regionu, ale i kraju wydarzenia, a w przyszłości kontynuować współpracę ze ŚCWiS. Dziękuję kibicom GieKSy, którzy zainspirowali nas do głębszego zaangażowania się w tę 40. rocznicę.

Fanatycy GKS-u już od ponad 10 lat rokrocznie dbają o godne obchody pacyfikacji Wujka, a teraz wesprze ich w tym klub.

– Dla nas to bardzo ważne – mówi Marcin Gruszczyński, jeden z kibiców najmocniej zaangażowanych w tę inicjatywę.

– Klub ochoczo i od razu przystał na naszą prośbę, nasz pomysł. To coś oczywistego, że kluby sportowe powinny w swoich miastach, swoich małych ojczyznach, włączać się w takie wydarzenia rocznicowe. GKS ma dużą rolę do odegrania, bo ma po prostu dużą bazę kibiców i jest dobrą platformą do przekazywania pewnych wieści. Specjaliści przygotują materiały, klub zadba o promocję, a kibice… też przygotowali trochę niespodzianek. O szczegółach jeszcze nie będziemy mówić, ale jeśli wszystko wyjdzie tak, jak chcemy, to za 2-3 tygodnie spotkamy się na jeszcze jednej konferencji prasowej.

Z naszej strony spuentujmy, że w tych zglobalizowanych czasach, gdy potrafi się żyć tym, co dzieje się za dwoma oceanami, a nie pamięta o tym, co za rogiem, inicjatywa kibiców GieKSy i podchwycenie jej przez klub jest godne pochwały. Misją klubu są nie tylko wyniki sportowe, ale też takie działania, dbanie o tożsamość i lokalną społeczność.

 

ruchradzionkow.com – Ruch zagrał z „GieKSą”. Lekcja od I-ligowca

Ruch Radzionków przegrał sparing z GKS-em w Katowicach. I-ligowcy ograli „Cidry” 6:0, do przerwy prowadząc różnicą dwóch goli.

– To była dla nas jedna z cenniejszych lekcji, jakie mogliśmy w ostatnim okresie zdobyć. Dotknęliśmy innego poziomu piłki nożnej. Zrobimy wszystko, by wyciągnąć z tego spotkania naukę – skomentował trener Marcin Dziewulski.

Katowiczanie pierwotnie mieli w sobotę zagrać ligowy mecz z Resovią Rzeszów, ale spotkanie ze względu na przypadki zakażenia koronawirusem wśród graczy z Podkarpacia zostało przełożone. – We wtorek zadzwonił trener Rafał Górak z propozycją sparingu. Zmodyfikowaliśmy nieco swoje plany, ale każdy z zawodników się do tego dostosował. Chcieliśmy wypaść dobrze i mimo słabszego wyniku chcę widzieć również pozytywy. Mieliśmy swoje momenty, a uwypuklone mankamenty będzie można poprawiać w trakcie przygotowań do rundy wiosennej – komentuje trener Dziewulski.

Jeszcze przed przerwą Mateusza Szukałę pokonywali Bartosz Jaroszek i Danian Pavlas. Po zmianie stron w bramce „Cidrów” stanął Rafał Strzelczyk, który po piłkę sięgał do siatki po uderzeniach Szymona Kiebzaka, dwóch trafieniach Patryka Szwedzika i niefortunnej interwencji Tomasza Harmaty. Gospodarze byli stroną przeważającą, ale radzionkowianie też mieli swoje okazje. Pod bramką Dawida Kudły brakowało im jednak skuteczności. – Kilka bramek straciliśmy w kuriozalny sposób. Momenty, w których biega się za piłką są frustrujące, ale mieliśmy też swoje sytuacje. Zebraliśmy cenne doświadczenie, nie mam obaw o morale zespołu. To był mecz towarzyski, potrafimy sobie radzić z porażkami i szczerze o nich rozmawiać, a na najbliższe tygodnie mamy swoje plany. Chcę, by udali się na urlopy z dobrym nastawieniem – zapowiada trener Dziewulski.

 

SIATKÓWKA

sport.interia.pl – Stal Nysa pogrąża się w kryzysie. Fatalna seria trwa

Stal Nysa wciąż bez zwycięstwa w siatkarskiej PlusLidze. Zespół prowadzony przez Daniela Plińskiego we własnej hali przegrał 2:3 z GKS-em Katowice. To już dziewiąta porażka Stali w tym sezonie.

Pliński objął drużynę z Nysy kilkanaście dni temu. Stal pod jego wodzą potrafiła postawić się Projektowi Warszawa, ale punktów od tego nie przybywało. W piątek wreszcie dopisała przynajmniej jeden do swojego konta, ale w decydujących momentach tie-breaka lepsi byli goście. To czwarte zwycięstwo GKS-u w tym sezonie.

W pierwszym secie minimalną, dwupunktową przewagę szybko wypracowała sobie Stal. Zawdzięczała to m.in. zagrywce Mitchella Stahla, z którą nie poradził sobie Tomas Rousseaux. Gospodarze dobrze wyglądali w przyjęciu, dzięki czemu rozgrywający Marcin Komenda mógł korzystać w ataku z wielu zawodników. Przy stanie 14:11 dla Stali trener gości Grzegorz Słaby poprosił o czas.

I choć siatkarze z Nysy do skutecznej gry dołożyli szczelny blok, w ich grze coś się zacięło. Po kilku błędach ich przewaga spadła do zaledwie punktu. W końcówce seta po obu stronach było sporo pomyłek, ale świetne serwisy Jakuba Szymańskiego dały przewagę gościom – GKS wygrał 25:22.

Drużyny z Katowic w tym sezonie nie omijają problemy. Cierpiała przez kontuzje, kilku zawodników trafiło też na kwarantannę z powodu COVID-19. Przy tej okazji przytrafiła jej się seria czterech porażek. Przed tygodniem przerwali jednak złą passę – pokonali 3:1 Cerrad Enea Czarnych Radom.

W drugim secie piątkowego spotkania katowiczanie radzili sobie równie dobrze, co w pierwszej partii. Szybko odskoczyli rywalom na cztery punkty. Skutecznie grał Jakub Jarosz. 34-letni atakujący do udanych ataków dołożył także punkt zagrywką.

Pliński próbował szukać nowych rozwiązań, wprowadzał na boisko rezerwowych. Stal popełniała jednak więcej błędów niż rywale. Łącznie w ten sposób w pierwszych dwóch setach oddała przyjezdnym 10 punktów, sama zyskała zaś tylko cztery. W drugiej partii GKS nie dał się dogonić – wygraną 25:21 przypieczętował atak Jarosza.

Trzecią partię lepiej rozpoczęli gospodarze. Z rytmu nie wybiła ich nawet długa przerwa na początku seta, gdy sędziowie rozpatrywali jedną z sytuacji przy siatce. Ostatecznie przyznali punkt katowiczanom, ale Stal wkrótce odskoczyła na pięć oczek. Przy stanie 13:8 dla gospodarzy GKS odrobił trzy punkty, nie zdołał jednak utrzymać kontaktu z rywalami. Goście stracili skuteczność, kilka razy niedokładnie piłkę rozegrał Micah Ma’a. Stal wygrała 25:20.

Rozpędzony zespół z Nysy nie zatrzymał się również w kolejnej partii. Co prawda na początku seta wynik oscylował wokół remisu, ale z czasem przewaga gospodarzy rosła. Cały czas mogli polegać na atakującym Wassimie Ben Tarze. Tunezyjczyk dobrze radził sobie na prawym skrzydle, nieźle prezentował się też Nikołaj Penczew. W czwartym secie w końcu dołączył do nich Kamil Kwasowski. Po efektownym ataku byłego zawodnika GKS-u Stal prowadziła 16:12. Takiej różnicy goście nie byli w stanie odrobić i musieli szykować się do tie-breaka.

W nim siatkarze GKS-u wrócili jednak do gry. Seta świetnie rozpoczął Gonzalo Quiroga, który pozostał na boisku po niezłej postawie w końcówce poprzedniej partii. Argentyńczyk znakomicie serwował, a rywale nie potrafili przebić się na katowicką stronę siatki. Na blok nadział się nawet Ben Tara i GKS prowadził już 6:0. Gospodarze w końcu zaczęli zdobywać punkty, ale ich straty były zbyt duże. Katowiczanie nie wypuścili z rąk zwycięstwa i wygrali 15:10.

GKS po czwartym zwycięstwie w sezonie umocnił się na ósmym miejscu w tabeli PlusLigi. Stal z dwoma punktami wciąż ma sporą stratę do reszty stawki, mimo że rozegrała o mecz więcej niż większość rywali.

Stal Nysa – GKS Katowice 2:3 (22:25, 21:25, 25:20, 25:17, 10:15)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Nowe twarze

Kalle Valtola, 25-letni fiński obrońca (182 cm/84 kg) występujący ostatnio w Dukli Michalovce, podpisał kontrakt z GKS-em Katowice i jest wielce prawdopodobne, że dzisiaj wystąpi w derbowym spotkaniu z Zagłębiem Sosnowiec.

 

„Satelita” odleciał

Kibice GKS-u długo fetowali komplet punktów, choć ich nerwy były wystawione na trudne chwile.

Katowiczanie, liderzy ekstraligi, w meczu z Zagłębiem mieli olbrzymią przewagę, ale po 2 tercjach przegrywali 0:2. Jednak ostatnia odsłona była dla nich szczęśliwa, a „złotego” gola zdobył Anthon Eriksson. Teraz katowiczanie zawitają do Jastrzębia-Zdroju.

Gospodarze wystąpili już z fińskim obrońcą Kalle Valtolą, ale mówi się, że niebawem zespół GKS-u zasilą dwaj napastnicy. Katowiczanie nie ukrywają wysokich aspiracji i już teraz kadra prezentuje się stabilnie. Gospodarze od pierwszych minut przystąpili do frontalnego ataku i Michał Czernik między słupkami zwijał się jak w ukropie. Interweniował z dużym szczęściem i do końca 1. tercji utrzymał zerowe konto.

W 9 min Grzegorz Pasiut trafił w słupek, na kilkanaście sekund przed końcem Patryk Krężołek uderzył w poprzeczkę. Inicjatywa należała do gospodarzy, z gola cieszyli się goście. Jewgienij Nikiforow otrzymał krążek zza bramki i z bliskiej odległości umieścił go pod poprzeczką. John Murray w tej sytuacji był bezradny. Hokeiści Zagłębia grali rozważnie, ale gdy nadarzała się okazja, starali się wyprowadzić składną akcję. Nim Nikiforow zdobył gola, Wasiljew był w sytuacji sam na sam, ale nie zdołał oszukać bramkarza GKS-u.

Dantejskie sceny działy się w tercji gości, bo gospodarze za wszelką cenę chcieli zdobyć gola. Lista niefortunnych strzelców jest długa i Czernika nie potrafili pokonać nawet wyborni snajperzy GKS-u. Czas płynął, a goście coraz dzielniej sobie poczynali i wyprowadzali kontry, nieliczne, ale groźne. Po jednej z nich dał o sobie znać Jarosław Rzeszutko, który płaskim strzałem zaskoczył Murraya. 2:0 dla Zagłębia i zapachniało sensacją oraz powtórką z poprzedniego meczu w „Satelicie”. Wówczas był taki sam rezultat, ale w bramce grał Marcel Kotuła.

W przerwie po 2. tercji w szatni GKS-u musiało być gorąco, bo nikt nie lubi przegrywać, a zwłaszcza trener Jacek Płachta. Zaczęło się od strzałów w słupek Wasiljewa oraz Mateusza Rompkowskiego. W końcu kibice doczekali się goli dla GKS-u. Kontaktowy był dziełem Wronki, zaś wyrównał Pasiut. A potem rozpoczęła się twarda batalia o zwycięskiego gola.

Na niespełna 3 min przed końcem boks Zagłębia zakipiał ze złości. Nikiforow był blisko zdobycia bramki, ale – zdaniem gości – był faulowany. Sędziowie nie zareagowali. Gospodarze wściekle atakowali i na 35 sek. przed końcem Eriksson zdobył zwycięskiego gola w przedziwnych okolicznościach. Krążek ledwie co wtoczył się do bramki.

 

hokej.net – Sosnowiczanie czują się oszukani. „Napiszemy protest”

Zagłębie Sosnowiec przegrało na wyjeździe z GKS-em Katowice 2:3, a po tym spotkaniu sporo mówiło się o postawie sędziów.

Sosnowiczanie po czterdziestu minutach prowadzili 2:0 po golach Aleksandra Wasiljewa i Jarosława Rzeszutki, więc w „Satelicie” pachniało niespodzianką.

Katowiczanie w trzeciej tercji włączyli wyższy bieg i w 43. minucie kontaktowego gola zdobył Patryk Wronka, a 135 sekund później wyrównał Grzegorz Pasiut. Do końcowej syreny trwała prawdziwa wymiana ciosów.

Na dwie minuty przed końcem sosnowiczanie ruszyli z kontrą. Mateusz Bepierszcz zablokował, a następnie przewrócił Aleksandra Wasiljewa, który próbował dobić krążek uderzony wcześniej przez Jewgienija Nikiforowa. Sędziowie nie dopatrzyli się w tej sytuacji faulu.

– Kontrowersje wynikają z tego, że przy naszym kontrataku w końcówce nasz zawodnik, który mógł oddać strzał na bramkę, ale został sfaulowany. Sędzia w tym momencie nie podniósł ręki, ani jeden ani drugi. Nie wiem dlaczego gdyż był to ewidentny faul. Będziemy pisać na pewno z tego tytułu protest – irytował się Grzegorz Klich, trener Zagłębia.

– Oczywiście GKS był w tym meczu drużyną lepszą i gratuluję im zwycięzca, jednak nie może być tak, że sędziowie podejmują błędne decyzje w kluczowym momencie gry. Tak naprawdę my w każdym meczu walczymy o życie i chcemy gromadzić te punkty. Czujemy się oszukani i na takie coś się nie zgadzamy. Faul jest faulem i musi być odgwizdany – dodał Klich.

Na 35 sekund przed końcem decydujący cios zadał Anthon Eriksson i pełna pula trafiła na konto katowiczan.

 

sportdziennik.com – Mistrz zagubiony

JKH GKS rozegrał najsłabsze spotkanie na przestrzeni kilku miesięcy. Obrońcy tytułu mistrzowskiego zaprezentowali się mizernie i trudno się dziwić, że stracili aż 7 goli. Na lodzie przez długi czas sprawiali wrażenie bezradnych. Zespół GKS-u Katowice grał swobodnie i, co najważniejsze, skutecznie. GKS już po raz trzeci w tym sezonie wygrał z Jastrzębiem i jest zdecydowanym liderem. Dla JKH to druga porażka z rzędu.

[…] Oba zespoły przystąpiły do meczu z mocnym postanowieniem gry do przodu. Stąd też w 1. tercji wiele się działo pod bramkami i zobaczyliśmy aż 5 goli. To niecodzienne wydarzenie w potyczkach między drużynami ze szczytu tabeli. Na bramki gospodarzy katowiczanie w miarę szybko odpowiadali. W 4 min rzadkiej urody golem popisał Grzegorz Pasiut, który z ostrego kąta potrafił umieścić krążek w „okienku”. Gdy w 18:16 min na ławkę powędrował Martin Kasperlik, wiedzieliśmy, że obrońcy tytułu mistrzowskiego będą w opałach. Na 5 sek. przed końcową syreną Maciej Kruczek zdołał pokonać Patrika Nechvatala.

W przerwie trenerzy JKH GKS-u uznali, że Czech nie prezentuje wysokiej formy i jego miejsce zajął Michał Kieler, który niewiele pomógł drużynie. Przy 2 straconych golach mógł się lepiej zachować. Inna sprawa, że gospodarze w grze obronnej prezentowali radosną twórczość. Strata gola w przewadze (na ławie kar Krężołek) nie wystawia jastrzębianom najlepszego świadectwa. Pasiutowi pozostawili sporo miejsca i ten spokojnie podał do nadjeżdżającego przed bramkę Jakuba Wanackiego.

Obrońca GKS-u natychmiast uderzył i Kieler był bez szans. Po 23 sek. gospodarze zdobyli kontaktowego gola i odżyły nadzieje kibiców. Nic z tego, bo goście mocno odpowiedzieli trafieniami Bartosza Fraszki i Carla Hudsona. Możemy sobie wyobrazić co się działo w szatni gospodarzy i jak się pieklił trener Robert Kalaber, który nie toleruje niechlujstwa na lodzie. W ostatniej odsłonie goście już nie forsowali tempa i tercja zakończyła się remisem.

– Raz na sezon uda się strzelić gola – śmiał się obrońca GKS-u, Jakub Wanacki. – Graliśmy przez cały mecz niezwykle solidnie i zdobyliśmy cenne punkty. Trochę tych bramek było i więcej uwagi musimy poświęcić grze obronnej. Otwarty hokej jest atrakcyjny dla widzów.

– Od początku staraliśmy się grać agresywnie i ofensywnie – dodał trener GKS-u, Jacek Płachta. – Może zabrakło trochę komunikacji w obronie, ale wszystko było od początku do końca pod naszą kontrolą.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Gra o finał to wielka duma

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać.  Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga