Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd doniesień mass mediów: Szaleństwo w Satelicie
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W czternastej kolejce rozgrywek Orlen Ekstraligi nasza kobieca drużyna pewnie pokonała na wyjeździe Górnika Łęczna 4:0 (0:0). W najbliższej rundzie, w hicie ligi nasza drużyna podejmie lidera Pogoń Szczecin. Spotkanie rozpocznie się w sobotę (dwudziestego trzeciego marca) o godzinie 12:15, na Bukowej. W ostatnią niedzielę piłkarze rozegrali zwycięskie spotkanie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:0 (3:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejne spotkanie zespół rozegra, po przerwie reprezentacyjnej, pierwszego kwietnia, na wyjeździe z Zagłębiem Sosnowiec.
W ubiegłym tygodniu siatkarze rozegrali jedno spotkanie, przegrane1:3 ze Skrą Bełchatów. Następne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe, z Czarnymi Radom, w poniedziałek dwudziestego piątego marca. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30.
Hokeiści rozegrali dwa pierwsze mecze półfinałowe THL z JKH GKS-em Jastrzębie. W spotkaniu numer zespół przegrał 1:3, a w spotkaniu numer dwa GieKSa wygrała 3:1. Na dwa kolejne spotkania rywalizacja przenosi się do Jastrzębia, mecze odbędą się w najbliższy czwartek i piątek (21 i 22 marca). Początek meczy o godzinie 18:00. Piąte spotkanie zostanie rozegrane w Satelicie, w niedzielę (24 marca) od godziny 17:00.
PIŁKA NOŻNA
dziennikwschodni.pl – Demolka w Łęcznej, piłkarki Górnika rozbite przez GKS Katowice
GKS Górnik Łęczna poniósł drugą porażkę z rzędu. Podopieczne Patryka Błaziaka zostały rozbite przez GKS Katowice.
[…] Po zakończeniu rywalizacji z GKS Katowice możemy być już pewni, że tamta [ze Śląskiem, 1:3 – przyp. red.] porażka nie była wypadkiem przy pracy, a Górnik jest po prostu w kryzysie. Katowice mogły wygrać w Łęcznej znacznie wyżej, a gospodynie fakt, że utraciły tylko cztery bramki mogą zawdzięczać szczęściu oraz fenomenalnie dysponowanej Sandrze Urbańczyk. Wszak relacja z pierwszej połowy mogłaby się zamknąć w opisie kolejnych fenomenalnych interwencji młodej golkiperki.
W 14 min zatrzymała w wielkim stylu piłkę po uderzeniu Nicoli Brzęczek. W 20 min Urbańczyk w sobie tylko znany sposób obroniła strzał Amelii Bińkowskiej oddany z metra. Ta sama zawodniczka chwilę później przegrała pojedynek jeden na jednego z bramkarką Górnika, a w kolejnej akcji popisała się fantastyczną interwencją po strzale Brzęczek.
W drugiej połowie jednak nawet kapitalna Urbańczyk nie była w stanie zatrzymać zawodniczek GKS Katowice. Młoda bramkarka może mieć pretensje do swoich koleżanek, bo w 60 min mierząca 171 cm Bińkowska zaskoczyła obronę Górnika i pokonała Urbańczyk strzałem głową. Później było już tylko gorzej. Na gola polowała wprowadzona w 70 min Julia Włodarczyk. 22-latka dwa razy trafiła w słupek, a w 77 min pięknie wyłożyła piłkę Klaudii Słowińskiej, która dała przyjezdnym drugą bramkę.
Ozdobą meczu był jednak strzał nożycami Aleksandry Nieciąg. Piękne uderzenie było jednak poprzedzone całą serią niefrasobliwych zagrań ze strony Górnika. Wynik w doliczonym czasie gry ustaliła Klaudia Maciążka.
kurierlubelski.pl – Górnicze derby dla piłkarek nożnych z Katowic. Łęcznianki uległy rywalkom aż 0:4
W hicie 14. kolejki Orlen Ekstraligi Kobiet, piłkarki nożne Górnika Łęczna przegrały przed własną publicznością z GKS-em Katowice aż 0:4. Zielono-czarne do ekipy z Górnego Śląska, która jest wiceliderem tabeli, tracą już 10 punktów.
[…] Łęcznianki w starciu z drużyną z Katowic chciały udowodnić, że ich ubiegłotygodniowa porażka ze Śląskiem we Wrocławiu 1:3 była tylko wypadkiem przy pracy. Chciały też zrewanżować się „Gieksie” za porażkę z rundy jesiennej 1:2. Tyle tylko, że ich rywalki przyjechały do Łęcznej po pełną pulę, ponieważ wciąż mają szansę obronić tytuł sprzed roku.
Górnicze derby w Łęcznej początkowo były wyrównane. Później lepsze sytuacje bramkowe miały przyjezdne. Między innymi niecelnie uderzała Nikola Brzęczek, a Amelia Bińkowska nie trafiła czysto w piłkę. W 20. min Katja Skupień wybiła natomiast piłkę z linii bramkowej po próbie Bińkowskiej. Pierwsza połowa zakończyła się bez goli.
Po zmianie stron znów przeważała ekipa gości, tworząc sobie niezłe okazje do zmiany wyniku potyczki. Po upływie kwadransa drugiej połowy zespół z Katowic objął prowadzenie. Bińkowskiej wystarczyło tylko dołożyć nogę po podaniu od Karoliny Bednarz, i skierowała piłkę do siatki.
Miejscowe próbowały odrobić stratę, ale nie było jakoś groźnie pod polem karnym drużyny z Górnego Śląska. Natomiast ostrzeżenie ze strony rywalek przyszło w 75. min, kiedy to poprzeczkę ostemplowała Julia Włodarczyk.
Później worek z golami się rozwiązał. Najpierw Sandrę Urbańczyk pokonała Klaudia Słowińska, a następnie Aleksandra Nieciąg. Dzieła zniszczenia w doliczonym czasie gry dopełniła Klaudia Maciążka. I ostatecznie gospodynie uległy aż 0:4.
SIATKÓWKA
siatka.org – Zasłużone zwycięstwo Skry Bełchatów
W 26. kolejce PGE GiEK Skra Bełchatów podjęła przed własną publicznością GKS Katowice. Bełchatowscy siatkarze od początku spotkania przejęli kontrole nad wydarzeniami na boisku. Podopieczni trenera Grzegorza Słabego dawali z siebie wszystko, ale stać ich było tylko na wygranie jednej partii. Ostatecznie mecz zakończył się wygraną Skry 3:1.
Po ustawieniu skutecznego bloku przez Bartłomieja Lipińskiego zrobiło się 5:2. Jednak po dwóch asach serwisowych Marcina Walińskiego goście szybko doprowadzili do wyrównania. Nie trwało to długo, gdyż dwa skuteczne ataki Mateusza Poręby oraz punktowa zagrywka Adriana Aciobăniței sprawiły, że bełchatowianie powrócili do trzypunktowej przewagi. Katowiczanie słabo spisywali się w systemie blok-obrona, a dodatkowo nie kończyli nadarzających się kontr. Kiedy Łukaszowi Usowiczowi przydarzyła się pomyłka w ataku było 11:15. U miejscowych natomiast funkcjonował blok i kiedy nie kończyli swoich ataków to bronili się tym elementem. Po szczęśliwym serwisie Poręby oraz zablokowaniu Lukasa Vasiny różnica wynosiła już sześć ,,oczek”, dlatego siatkarze PGE GiEK Skry mogli grać spokojnie. Końcówkę zagrali bardzo dobrze i najpierw powstrzymali Walińskiego, a przy piłce setowej trafił Bartłomiej Lemański w efekcie czego premierową odsłonę spotkania zakończyli zwycięstwem do 18.
Aż pięć punktowych bloków ustawili gospodarze w pierwszej partii. Drugi set rozpoczął się od naprzemiennego zdobywania punktów. Dopiero po asie serwisowym Davide Saitty to się zmieniło i na pierwsze dwupunktowe prowadzenie wyszli przyjezdni. Takim samym zagraniem odpowiedział BartłomiejLipiński i sytuacja powróciła do tej sprzed chwili. W ważnym momencie u miejscowych zafunkcjonował dawno niewidziany blok i prowadzący się zmienił (13:12). Dodatkowo z rękami blokujących nie poradził sobie Marcin Waliński (14:16) i od tego momentu bełchatowianie wyraźnie przyspieszyli. Najpierw ich przewaga wzrosła do trzech ,,oczek”, a po asie serwisowym Bartłomieja Lipińskiego do czterech. Końcówka ponownie należała do nich. Katowiczanie nadal nie blokowali i słabo bronili, więc nie mieli punktu zaczepienia. Po skończeniu kontry przez Dawida Konarskiego było 23:18, a ostatni punkt w tym secie zapisał na swoje konto Bartłomiej Lemański udanym blokiem.
Po dwóch setach podopieczni Grzegorza Słabego nie mieli na swoim koncie żadnego bloku. Inaczej wyglądała sytuacja po drugiej stronie siatki, gdyż u gospodarzy funkcjonował on jak należy. Miejscowi dwukrotnie próbowali uciec rywalowi na początku trzeciej partii, ale za każdym razem straty szybko były odrabiane. Dopiero po skończeniu kontry przez Bartłomieja Lemańskiego oraz przestrzelonym zagraniu Macieja Wóz bełchatowianom udało się wypracować trzypunktową przewagę. W kolejnej akcji trafił jeszcze z lewego skrzydła Adrian Aciobăniței i gdy wydawało się, że podopieczni Andrei Gardiniego kontrolują przebieg tej partii to niespodziewanie goście się do nich zbliżyli (13:15). Po przestrzelonym uderzeniu Dawida Konarskiego zrobiło się po 18 i po raz pierwszy w tym spotkaniu wszystko miało rozstrzygać się w końcówce seta. Po dotknięciu siatki przez Aciobăniței dwa punkty więcej mieli przyjezdni, ale ekipie PGE GiEK Skry udało się jeszcze doprowadzić do wyrównania. Ostatecznie losy tej partii rozstrzygały się w czasie gry na przewagi, a w niej decydujący cios zadał Marcin Waliński i jego drużyna przedłużyła losy rywalizacji przynajmniej o jednego seta.
W czwartym secie za sprawą Bartłomieja Lipińskiego oraz autowego zagrania Jakuba Jarosza miejscowi mieli trzy punkty przewagi (6:3). Katowiczanie coraz częściej pudłowali stawiając się przez to w coraz gorszej sytuacji. Dodatkowo nie przyjęli zagrywki Adriana Aciobăniței i na tablicy wyników było 11:6. Od tego momentu zaczęło się naprzemienne zdobywanie punktów, a obie drużyny często myliły się w tym fragmencie seta w polu serwisowym. Dopiero po dobrym serwisie Sebastiana Adamczyka zawodnicy GKS-u odrobili punkt, ale w dalszym ciągu ich strata była spora (14:17). Tym bardziej, że Wiktor Nowak świetnie spełnił swoją zadaniową zmianę i posłał chwilę potem asa. Dużo działo się w zagrywce, ale bełchatowianie skutecznie odpierali ataki. Kiedy Marcin Waliński nie trafił w boisko losy tej partii należało uznać za rozstrzygnięte (17:23). Ostatni punkt w tym spotkaniu zdobył Dawid Konarski. Zwycięstwo to sprawia, że gospodarze w dalszym ciągu liczą się w walce o play-offy.
PGE GiEK Skra Bełchatów – GKS Katowice 3:1 (25:18, 25:19, 25:27, 25:18)
HOKEJ
hokej.net – Pierwsze rozdanie dla gości. JKH GKS Jastrzębie obejmuje prowadzenie w serii
Piąte z rzędu play-offowe zwycięstwo odnieśli podopieczni Róberta Kalábera. W pierwszym półfinałowym starciu JKH GKS Jastrzębie okazał się lepszy od GKS-u Katowice, pokonując urzędującego mistrza Polski 3:1. Bohaterem pierwszej bitwy o finał okazał się Maciej Urbanowicz, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.
Zespół prezentujący tak zwartą i konsekwentną grę w obronie jak JKH GKS Jastrzębie, nie mógł sobie wymarzyć lepszego wejścia w spotkanie, niż szybko zdobyta bramka. W 4. minucie spotkania gumę za bramką przejął Tuukka Rajamäki, następnie dostrzegając Urbanowicza, wykreował sytuację w której tak doświadczonemu zawodnikowi nie wypadało się pomylić. Chwilę później kapitan jastrzębian ponownie znalazł się w sędziowskim protokole, niestety tym razem za sprawą dwuminutowego wykluczenia. W przewadze najbliżej szczęścia był Monto, jednak jego strzał jedynie opieczętował słupek bramki Jakuba Lackoviča. W 16. minucie nadeszła odpowiedź GieKSy. Odbity przez Lackoviča krążek padł łupem Grzegorza Pasiuta, który otwierając sobie drogę do pustej bramki, po chwili umieścił w niej krążek.
W kolejnych minutach w większości spełniały się przedmeczowe przepowiednie. Żadna ze stron nie potrafiła zdominować rywala, gra błyskawicznie przenoszona była pomiędzy tercjami, zaś walka o krążek odbywała się w twardych pojedynkach, od których trzeszczały bandy. Z pewnością po zakończonym spotkaniu, wydarzenia drugiej tercji najdłużej rozpamiętywał Hampus Olsson, który stanął „twarzą w twarz” z Lackovičem, jednak górą z tego pojedynku wyszedł jastrzębski golkiper. W nomenklaturze piłkarskiej spotkanie określilibyśmy mianem „box to box”, bowiem niewykorzystana sytuacja po jednej stronie tafli wiązała się z błyskawiczną odpowiedzią rywala.
Najważniejsze dla przebiegu spotkania okazały się wydarzenia 50. minuty. Katowiczanie dobrze pograli krążkiem w tercji rywala, wypracowując pozycję strzelecką dla Hampusa Olssona jednak jego strzał zwieńczony został jedynie złamanym kijem. Wracający do swojego boksu Szwed dopuścił się jeszcze przewinienia, w związku z czym musiał obrać azymut na boks kar. W okresie gry w przewadze niezwykle aktywny pozostawał Emil Bagin. W 52. minucie Słowak oddał strzał spod niebieskiej linii. Dobrą pracę na bramkarzu wykonał Maciej Urbanowicz i to właśnie on stał się autorem drugiego trafienia. Katowiczanie robili co w ich mocy, aby doprowadzić do wyrównania, jednak okresów obecności w tercji rywala, nie potrafili zamienić na dogodne sytuacje bramkowe. Nie pomógł ani okres gry w przewadze, ani ryzykowny manewr wycofania z bramki Johna Murraya. Co więcej, podczas gry bez bramkarza gospodarze nie utrzymali krążka w swoim posiadaniu, a przejmujący gumę Tuukka Rajamäki przypieczętował zwycięstwo JKH GKS-u Jastrzębie strzałem do pustej bramki.
Mistrzowie odpowiadają! GKS Katowice doprowadza do wyrównania
Druga odsłona niezwykle twardej i wyrównanej rywalizacji półfinałowej pomiędzy GKS-em Katowice a JKH GKS-em Jastrzębie padła łupem katowiczan. Mistrzowie Polski przed odnieśli przed własną publicznością zwycięstwo 3:1, zadając decydujące ciosy w ostatnich pięciu minutach spotkania.
Podopieczni Róberta Kalábera rozpoczęli kolejny rozdział półfinałowej batalii usilnie starając się przedłużyć obraz wczorajszego spotkania. W 4. minucie w odpowiednim miejscu i czasie znalazł się Szymon Kiełbicki, który z najbliższej odległości miał szansę na zaskoczenie Johna Murraya, zabrakło jednak odrobinę wyrachowania w wykończeniu akcji. Po tak wyraźnym ostrzeżeniu mistrzowie Polski coraz śmielej brali sprawy w swoje ręce. Katowiczanie plan mieli prosty: mocne strzały zmuszające Lackoviča do sporego wysiłku i momentalna praca na słowackim bramkarzu. Szczególną aktywność wykazywali ci zawodnicy, którzy potrafią nadać krążek „poleconym”. Były próby Pasiuta, Varttinena, nie obyło się również bez pełnego zamachu ze strony Cooka. Chwaleni za swoją konsekwencję w obronie jastrzębianie nie wyrzekli się błędów, za które mogli zostać boleśnie skarceni. Niewymuszone straty krążka przerodziły się w dogodne sytuacje dla Fraszki i Olssona, wysoką dyspozycję podkreślił jednak dwukrotnie Lackovič.
Błyskawicznie napędziły się wydarzenia drugiej tercji i już po kilkunastu sekundach byliśmy świadkami pierwszej kotłowaniny pod jastrzębska bramką. W 24. minucie w walce pod bandą ucierpiał Bartosz Fraszko, dla którego atak na gumę zakończył się rozcięciem naskórka twarzy i krwawieniem. Sam poszkodowany opuścił taflę, a po chwili czekała nas przymusowa przerwa w grze, pozwalająca oczyścić taflę. W 27. minucie Marcin Kolusz podaniem przez bandę otworzył drogę do bramki Robertowi Arrakowi. Reprezentant Estonii oddał wydawać się mogło nie pierwszej kategorii strzał przy krótkim słupku. Krążek zdołał jednak przebić się pomiędzy parkanami Murraya i wpaść do bramki. Zdobyta przez gości bramka podniosła jeszcze bardziej temperaturę spotkania, a co za tym idzie po chwili otworzyły się boksy kar. W 30. minucie obopólnie dla Iisakki i Kameneu, a w 33. minucie byliśmy świadkami pierwszego osłabienia, gdy wykluczony został Jakub Ižacký. W okresie gry GieKSy w przewadze, wydarzenie potoczyły się ekspresowo. Zespół trenera Płachty wygrywa wznowienie, krążek zaczyna chodzić z kija na kij, nie pozwalając złapać jastrzębskiej defensywie ustawienia i po chwili Hitosato lokuje gumę w siatce. Chwilę później Ben Sokay mógł zabrać katowicką publiczność do nieba, jednak po jego strzale wybrzmiał tylko słupek.
Gdy katowiczanie zdobyli tercję rywala, nie zamierzali jej opuszczać bez przeprowadzenia szturmu na bramkę Lackoviča. Ten jednak miał opatrzność po swojej stronie i z kolejnych opresji wychodził obronną ręką. Goście nie pozostawali jednak dłużni, przejmując krążek momentalnie szukali wyjścia na pozycje i możliwości wyprowadzenia kontrataków. Upływający czas coraz mocniej wskazywał, że kolejne trafienie może być kluczowe dla losów spotkania. W 56. minucie GieKSa wygrywa bulik we własnej tercji i po podaniu Ryana Cooka wyprowadza dwójkowy atak. Hampus Olsson świetnie wyczekał moment dogrania krążka do Bena Sokaya, a ten precyzyjnym strzałem pokonał Lackoviča. Na półtorej minuty przed spotkania trener Kaláber podjął decyzję o rzuceniu wszystkich sił do ataku, ściągając do boksu Lackoviča. W tym okresie gry jastrzębianie nie zdołali utrzymać krążka i strzałem do pustej bramki wynik spotkania ustanowił Hampus Olsson.
dziennikzachodni.pl – Mistrz Polski wygrał derbowe starcie. Szaleństwo w Satelicie
W rozegranym 18 marca drugim półfinałowym meczu Tauron Hokej Ligi GKS Katowice pokonał JKH GKS Jastrzębie 3:1. Mistrzowie Polski wyrównali stan rywalizacji w play off w czym pomógł im gorący doping kibiców szczelnie wypełniającym trybuny lodowiska. Kolejny mecz tych drużyn w czwartek na Jastorze.
W Satelicie po raz drugi zmierzyli się w półfinale dwaj ostatni mistrzowie Polski. GKS Katowice broni tytułu, po który sięgał w dwóch ostatnich latach, natomiast JKH GKS Jastrzębie mistrzowską koronę po raz pierwszy i jak na razie jedyny wywalczył w 2021 roku.
Jak na derby przystało mecz był bardzo zacięty. Lodowisko w małej hali Spodka znów wypełniło się kompletem publiczności. Kibice gospodarzy stworzyli na trybunach gorącą atmosferę zagrzewając do walki podopiecznych Jacka Płachty.
Jastrzębianie wygrali pięć ostatnich spotkań play off i są w wyraźnym gazie. Trener Robert Kalaber trafił z formą swojej drużyny na najważniejszą część sezonu. To właśnie goście pierwsi strzelili gola. W II tercji po podaniu po bandzie Emila Bagina Robert Arrak przymierzył w krótki róg i krążek po uderzeniu Estończyka tuż przy słupku wpadł do siatki.
Katowiczanie wyrównali wykorzystując liczebną przewagę. Po wygranym wznowieniu Ben Sokay podał do Shigeki Hitosato i Japończyk pokonał Jakuba Lackovicia. Chwilę później Kanadyjczyk mógł wyprowadzić gospodarzy na prowadzenie, ale trafił w poprzeczkę bramki JKH.
Sokay poprawił celownik w III tercji. Na 4,5 minuty przed końcem spotkania wyprowadził szybką kontrę ze Hampusem Olssonem, którą zakończył celnym strzałem i doprowadził do ekstazy katowickich kibiców.
JKH starał się jeszcze odrobić straty atakując bramkę Johna Murraya i na półtorej minuty przed ostatnią syreną goście wycofali bramkarza. Katowiczanie przejęli jednak krążek i Szwed Olsson strzałem do pustej bramki przypieczętował ich zwycięstwo.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!
Piłka nożna kobiet
Kolejne podium!
Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!
Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.
Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.
Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!
GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki: Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).
Felietony Piłka nożna
Przez ból i radość – podsumowanie sezonu
Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!
Ciężkie początki
To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.
W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.
Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.
Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.
Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.
Przeplatanka z optymizmem
Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.
W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.
Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.
Słabizna z promykami
Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.
Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.
Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.
Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.
Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.
Jesienne odrodzenie
Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.
GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.
Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.
Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.
Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.
Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.
Zwycięstwa bez piłki
W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.
Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.
Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!
Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.
Odbijamy się od dna
Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.
Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.
Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.
W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.
GieKSa rośnie w siłę
Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.
Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.
Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.
Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.
Zadyszka z króliczkiem na koniec
GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.
Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.
Rozpęd maszyny
Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.
W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.
Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.
Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.
Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.
Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.
Wytrzymany finisz
Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.
Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.
I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.
Football bloody hell
Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.







































Najnowsze komentarze