Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: siedzieć cicho i spokojnie budować
Rundę jesienną zamykamy pojedynkiem z Pogonią Szczecin, która mimo odważnych zapowiedzi dosyć niespodziewanie walczy o wydostanie się z dolnych rejonów tabeli. O przyczyny takiego stanu rzeczy zapytaliśmy Dawida Zielińskiego z podkastu „Skazani na Pogoń”.
Kiedy przed sezonem życzyłem sobie, żeby na półmetku mieć podobną liczbę punktów co Legia, niekryjący mocarstwowych planów Widzew czy właśnie Pogoń, to nie do końca chodziło mi o to, co obecnie widzimy w tabeli. Wy też chyba inaczej wyobrażaliście sobie te rozgrywki.
Gdybyś przed sezonem zapytał fana Pogoni, jakiego miejsca w tabeli oczekuje, to chyba każdy odpowiedziałby, że walczymy o puchary. Ambicją zarówno kibiców, jak i właściciela jest powrót do europejskich rozgrywek, a sam Alex Haditaghi deklarował nawet, że zadowoli go tylko miejsce na podium. Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię, moim zdaniem także przez to, że za dużo było nas w mediach. Nauczeni przeszłością, a przede wszystkim faktem, że nasza gablota wciąż świeci pustkami, wolelibyśmy siedzieć cicho i spokojnie budować, zamiast chodzić po piłkarskich salonach i obiecywać złote góry. Tymczasem w Szczecinie ostatnio dzieje się wiele – sami żartujemy, że czasem aż strach iść spać, bo można się obudzić w zupełnie innych realiach.
Kibice wolą ciszę, ale z pewnością nie lubi jej właściel i prezes – Alex Haditaghi. Mówi i pisze dużo, szczególnie w social mediach, gdzie albo toczy wojenki, albo snuje sny o potędze.
Niestety, Ekstraklasa szybko zweryfikowała słowa prezesa. Początek sezonu był słaby, za co posadą zapłacił trener Kolendowicz. Zdaniem kibiców nie dostał on odpowiedniego wsparcia ze strony klubu w walce o najwyższe cele. Owszem, przeprowadzono transfery, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Na dziś jednego czy dwóch zawodników można zweryfikować pozytywnie, natomiast pozostali mają więcej minusów niż plusów. Stąd słaba postawa drużyny i gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, to na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić.
Jak więc ocenić styl zarządzania Pogonią w wykonaniu Haditaghiego?
Trudno oceniać go zero-jedynkowo. Nie można mu zarzucić, że nie dokłada pieniędzy do klubowej kasy, bo sukcesywnie spłaca długi. Z drugiej strony, jak mówi powiedzenie, krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Myślę, że prezes uczy się, że warto czasami trzy razy pomyśleć, zanim powie się coś w wywiadzie lub napisze w social mediach. Kibice Pogoni są bardzo wyczuleni na to, co się im obiecuje, a jaki produkt ostatecznie dostają. Przed sezonem Alex Haditaghi opowiadał w mediach, że buduje potęgę – dziś się z tego śmiejemy, bo rzeczywistość okazała się inna. Zwracaliśmy uwagę, że drużyna potrzebuje wzmocnień, bo z jednej strony konkurencja się zbroi, a z drugiej w Szczecinie pożegnano kilkunastu piłkarzy. Tymczasem nie udało się ani poszerzyć, ani nawet uzupełnić kadry na odpowiednim poziomie, w porównaniu z ubiegłym sezonem.
Medialny obraz potężnej Pogoni budowanej przez Haditaghiego opierał się na transferach wielkich nazwisk, takich jak doświadczony w Premier League Sam Greenwood czy francuski mistrz świata Benjamin Mendy. Z dużej chmury mały deszcz?
Na ten moment tak to wygląda. Sam Greenwood zaczyna się budzić, co daje nadzieję na przyszłość, ale jeśli dziś zapytałbyś kibica Pogoni o największy transferowy flop, to większość wskazałaby właśnie jego. Jego problemem może być fakt, że nowy sztab zmienił system gry na 4-4-2, w którym nie ma pozycji, do której Greenwood pasowałby w stu procentach. To typowa dziesiątka, choć w meczu z Zagłębiem zagrał na prawym skrzydle i zdobył gola. Mam nadzieję, że to go odblokuje. Jeśli natomiast chodzi o Mendy’ego, to w debiucie zagrał pięć minut z Jagiellonią, a tydzień później wcale nie wyszedł na boisko. Nie wiemy, w jakiej jest formie i czy w ogóle jest w stanie pomóc drużynie, gdy wypadnie np. Koútris. Bardziej niż na boiskach Ekstraklasy pokazuje się na razie na Instagramie. Podkreślano, że jest to zawodnik do odbudowy, natomiast wciąż czekamy na efekty sportowe tego transferu.
Czy Rajmund Molnár jest w stanie zastąpić Efthymiosa Koulourisa?
Mocno krytykowałem Molnára, bo odnosiłem wrażenie, że jest napastnikiem tylko z nazwy. Ciężko mu było odnaleźć się w parze z Kamilem Grosickim – częściej wchodzili sobie w paradę niż współpracowali na boisku. Po meczu z Zagłębiem sam Rajmund przyznał, że ostatnie tygodnie w jego wykonaniu były po prostu słabe i dopiero uczy się Ekstraklasy, która jest dużo lepsza niż liga węgierska, a wiele rzeczy jest dla niego nowych. Poznaje drużynę, system gry i schematy, więc jego zdaniem z każdym tygodniem będzie wyglądał coraz lepiej. Z Zagłębiem zdobył dwa gole i mam nadzieję, że ostatecznie przełamał strzelecką niemoc. Natomiast moim zdaniem nie sposób zastąpić takiego napastnika jak Koulouris, bo był to zawodnik, który przerastał Ekstraklasę i cały Szczecin za nim tęskni, mimo że jego rozstanie z Pogonią nie przebiegało harmonijnie.
Spośród piłkarzy, którzy latem opuścili Szczecin, dwóch obrało kierunek na Katowice. Jakie odczucia towarzyszyły kibicom Pogoni w związku z pożegnaniem Marcela Wędrychowskiego i Kacpra Łukasiaka?
W Szczecinie da się wyczuć przywiązanie do wychowanków, tym bardziej, że ostatnio nie było ich w kadrze zbyt wielu. Kacper wrócił do nas z wypożyczenia do Łęcznej i szybko wywalczył sobie podstawowy skład. W ubiegłym sezonie spisywał się bardzo dobrze i był ważnym elementem drużyny. Rozmawiałem z nim po jednym z meczów i wszystko wskazywało na to, że nie będzie przeszkód w przedłużeniu kontraktu. Zarówno on, jak i Marcel, mieli przygotowane oferty nowych umów, natomiast po zmianie władz klubu zostały one wycofane, ponieważ ich zdaniem były za wysokie. Nie było sentymentu do wychowanków, dlatego nie dziwię się, że obaj zawodnicy nie chcieli zostać w Szczecinie. Uważam, że wybrali bardzo dobre miejsce do dalszego rozwoju, a jedyne, czego dziś się obawiam, to klątwa, która w przypadku Pogoni często daje o sobie znać – nasi wychowankowie w barwach innych klubów zwykle strzelają nam bramki. Osobiście żałuję, że musieliśmy ich pożegnać, bo bardzo ich lubiłem, dlatego życzę im wszystkiego, co najlepsze – no, może oprócz sobotniego meczu.
Mówi się, że suma szczęścia w futbolu zawsze wychodzi na zero. Jesteście tego doskonałym przykładem, patrząc na wasze ostatnie mecze z Jagiellonią i Zagłębiem.
Trzeba pochwalić drużynę, że wzięła sobie do serca wydarzenia z meczu z Jagiellonią. Było widać, że zawodnicy są przybici, bo powinni byli zapakować Jadze wór bramek i odesłać do Białegostoku. Tymczasem w ostatniej minucie to goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z kolei zwycięstwo 5:1 z Zagłębiem w żaden sposób nie odzwierciedla przebiegu tego pojedynku. Uważam, że było to jedno z gorszych spotkań Pogoni w tym sezonie. Los oddał jednak sprawiedliwość nie tylko za Jagiellonię, ale także za mecz pierwszej kolejki z Radomiakiem, kiedy obijaliśmy słupki i poprzeczki, a gospodarze trafiali do siatki i skończyło się 5:1 dla nich. W poniedziałek, mimo że to Zagłębie przejęło inicjatywę, to nasi zawodnicy z chirurgiczną precyzją wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję. Gra, szczególnie w pierwszej połowie, powinna być dużo lepsza, natomiast ostatnie pół godziny przebiegało już pod nasze dyktando. Taką Pogoń chcemy oglądać – utrzymującą się przy piłce i agresywnie atakującą bramkę rywala.
W przeszłości nasze drogi kilkukrotnie krzyżowały się poza Ekstraklasą. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tamtych pojedynków?
Kiedy my graliśmy w pierwszej lidze, nie była ona tak dostępna i opakowana jak dzisiaj, kiedy każdy mecz można zobaczyć w telewizji. Z tego powodu jednen z naszych pojedynków z GieKSą zapamiętałem szczególnie, bo w czasie bierzmowiania razem z kuzynem słuchaliśmy relacji w kościele w ostatniej ławce. Wiadomo, że bierzmowanie jest ważne, ale mecz ukochanej drużyny również.
Za to w Katowicach często wspominamy mecz z 2010 roku, który udało nam się wygrać w dramatycznych okolicznościach.
Tego spotkania wolałbym nie pamiętać. Nie byłem wtedy na stadionie, ale śledząc je w internecie, przez ostatnie pięć minut ilość wypowiedzianych przeze mnie niecenzuralnych słów z pewnością była rekordowa. Nie do wiary, że udało się przegrać taki mecz, tracąc trzy gole w samej końcówce. Z drugiej strony za to kochamy piłkę nożną, bo dostarcza nam emocji – czasem pozytywnych, a czasem negatywnych.
Spotkaliśmy się także w Pucharze Polski w sezonie 2018/2019 – dla nas pamiętnym, bo zakończonym spektakularnym spadkiem do 2. ligi. Sam mecz z Pogonią był jednak okazją do zetknięcia się z Ekstraklasą – wykorzystaną, bo w tym spotkaniu to my byliśmy górą.
Bardzo się wtedy irytowałem, bo mieliśmy mnóstwo sytuacji, które powinniśmy byli zamienić na bramki i spokojnie awansować. Doszło jednak do karnych, które przegraliśmy. Swoją drogą mam same negatywne wspomnienia związane z rzutami karnymi w Pucharze, bo jeszcze za czasów Macieja Skorży graliśmy z Bytovią i tam również przegraliśmy po karnych. A to, co działo się po meczu, włącznie z kibicami, którzy próbowali przedostać się na boisko i wyjaśniać coś piłkarzom Pogoni – nie są to miłe wspomnienia.
Generalnie zestawienie „Pogoń” i „Puchar Polski” może jeżyć włos na głowie szczecińskich kibiców. Czy ostatnim zwycięstwem z Legią udało się na dobre odegnać pucharowe demony?
Nie. Jeśli zapytasz kibica Pogoni, którego stadionu nie cierpi najbardziej, to każdy powie to samo: PGE Narodowy. Mówiąc jednak poważnie, to ścieżka pucharowa jest dla nas bardzo ważna, by po pierwsze wygrać wreszcie trofeum, a po drugie załapać się na europejskie puchary. W lidze bywa różnie, bo forma raz idzie w górę, a raz w dół. W ubiegłym sezonie graliśmy dwa finały: ten na Narodowym oraz bezpośredni mecz ligowy z Jagiellonią o miejsce w pierwszej trójce. Oba przegraliśmy i było to dużym rozczarowaniem. Przegrany finał z Legią przyjęliśmy i tak na chłodno, ze względu na rangę przeciwnika, natomiast pamiętny mecz z Wisłą będzie się nam śnił do końca życia. Tej traumy prędko nie wyleczymy. Dziś, po wyeliminowaniu Legii, niektórzy kibice z optymizmem spoglądają w stronę Narodowego, natomiast sam przestrzegam przed hurraoptymizmem, bo akurat nas piłkarscy bogowie nie oszczędzają. Przed nami mecz z Widzewem, który ma swoje problemy, ale z drugiej strony pracują tam ludzie, którzy nie tak dawno byli w Szczecinie, a więc były dyrektor sportowy Dariusz Adamczuk czy Mariusz Fornalczyk, który będzie się chciał przypomnieć szczecińskim kibicom.
W kontekście Widzewa mówiło się niedawno o możliwym transferze Kamila Grosickiego. Ile w tym prawdy?
Trochę na pewno, między innymi właśnie z powodu Dariusza Adamczuka, który sprowadzał Kamila do Szczecina po jego przygodzie w Anglii. Wiem, że rozmowy były i propozycja dla Kamila została przedstawiona. Mówimy o transferze latem jako wolny zawodnik, po wypełnieniu kontraktu w Pogoni. Grosik dostał również ofertę przedłużenia kontraktu i sprawa jest otwarta. Sam zawodnik deklaruje chęć pozostania w Szczecinie i ma nadzieję na pozytywny finał negocjacji co do nowej umowy. Kamil jest niekwestionowaną legendą naszego klubu i wydaje mi się, że duma nie pozwoliłaby mu odejść z Pogoni bez wygrania choćby jednego trofeum. Z takim zamiarem wracał przecież do Szczecina – zakończyć temat „pustej gabloty” i zerwać z Pogoni łatkę wiecznych przegranych. Nieraz sam ciągnął tę drużynę do kolejnych zwycięstw, szczególnie gdy w klubie nie działo się najlepiej. Trudno sobie dziś wyobrazić Pogoń bez niego, dlatego wszyscy tutaj mamy nadzieję, że wkrótce w prezencie pod choinką znajdziemy informację o nowym kontrakcie dla Kamila.
W ubiegłym sezonie w naszych pojedynkach zgodnie wygrywali gospodarze.
Mocno nas bolała porażka w Katowicach, bo mieliśmy duże ambicje, które pozostały niespełnione. Z jakiegoś powodu nie radzimy sobie dobrze z beniaminkami – tak było w poprzednim sezonie i tak jest obecnie. Po naszym meczu mocno po głowie dostała cała linia obrony, a słowo „pozorant” było najłagodniejszym określeniem kierowanym w stronę defensorów. Trener Kolendowicz stwierdził po meczu, że nie poznawał swojej drużyny, bo zupełnie nie realizowała przedmeczowych założeń. Z kolei w rewanżu oglądaliśmy taką Pogoń, jaką dobrze znaliśmy ze spotkań domowych – grającą ofensywnie, z polotem, nie zatrzymującą się po pierwszym golu. Za ten mecz drużyna zebrała same pochwały.
Wasz wyjazdowy dorobek pozostawia w tym sezonie wiele do życzenia. W Katowicach może być inaczej?
Nie po raz pierwszy wyjazdy są naszą bolączką, bo w poprzednim sezonie było podobnie. Mimo wszystko oczekiwania wobec drużyny są duże, a na kolejne pojedynki patrzymy przede wszystkim przez pryzmat naszych możliwości. Mam nadzieję, że trener Thomasberg skutecznie odwróci ten trend słabych spotkań wyjazdowych i w Katowicach zapunktujemy. Kibice bardzo licznie stawią się w sektorze gości – stowarzyszenie poinformowało, że wykorzystano wszystkie bilety przeznaczone dla nas już na etapie przedsprzedaży. Ciśnienie jest spore, także z powodu nowego stadionu, na którym jeszcze nie byliśmy. Sam wybieram się na ten mecz i jestem ciekawy, co się wydarzy. Termin jest idealny, podróż samochodem ze Szczecina zajmie nie więcej niż pięć godzin, więc w sobotę zobaczymy się w Katowicach.
Z powodu nadmiaru żółtych kartek w składzie Pogoni zabraknie Danijela Lončara. Czy to duże osłabienie?
Lončar od ponad miesiąca gra najgorszy futbol jaki w życiu widziałem i jest krytykowany ze wszystkich stron. Wiemy na co go stać, bo potrafił być najlepszym defensorem Pogoni, jednak ostatnio popełnia masę błędów, podając piłkę rywalowi na tacy. Dlatego jego brak to zła wiadomość, ale dla was, bo obecnie jest naszym najsłabszym punktem, ponadto nie radzi sobie w grze pod pressingiem. Widzę dwa warianty na sobotę: albo wróci Marian Huja i zagra w parze z Dimítrisem Keramítsisem, który jest liderem naszej defensywy, albo to miejsce zajmie Linus Wahlqvist.
Jaki wynik przewidujesz na sobotę?
Liczę na ciekawe spotkanie i dużo emocji dla kibiców. Obstawiam 2:1 dla Pogoni.
A bramkę dla GieKSy zdobędzie…
Kacper Łukasiak.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze