Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Raków znalazł sposób na GKS Katowice
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Raków Częstochowa – GKS Katowice 1:0 (0:0).
weszlo.com – Ławka ławce nierówna. Raków wygrał, pomogli rezerwowi
Całkiem uczciwie przyznam – był w pierwszej połowie taki trudny moment, kiedy oko mi się przymykało i miałem dość. Tak mi się jednak nieszczęśliwie wylosowało, że akurat ten przenudny mecz musiałem śledzić naprawdę uważnie. Jakoś się więc pozbierałem, koszt był wielki. I wynagrodzili mi go jedynie częściowo rezerwowi Rakowa.
[…] Dwa razy bramkę próbował bombardować Jędrych, który wykorzystał swoje dobre ustawienie i równie dobrą „czutkę” po dośrodkowaniach Nowaka. Piłka spadała mu pod nogi, ale nie uderzał celnie. Efektownie tak, celnie nie. Zobaczyłem też całkiem wyraźnie, jak Adam Zrelak koncertowo knoci najlepszą akcję meczu, kiedy katowiczanie wychodzili trzech na jednego i… i nic, właśnie nic. Zrelak podał prosto do wracającego kolejnego rywala i tyle tę dobrą akcję widzieli.
Kolejne minuty upłynęły mi na przyspieszonym mruganiu i dalszej walce z sennością.
[…] Zaraz po zmianie stron zobaczyłem, jak świeżo wprowadzony do gry Diaby-Fadiga fajnie napędził akcję Rakowa, tylko po to, żeby dobiegając do szesnastego metra, posłać beznadziejne podanie za linię końcową boiska. Oho, doskonały zwiastun na kolejne wyborne minuty z tym porywającym widowiskiem. Liczyłem, że GieKSa może wykreuje coś odrobinę ciekawszego.
No, może warto dodać cudzysłów – „ciekawszego”. Coś tam wrzucił w pole karne Galan, nawet popatrzyłem na ekran z rzadką nadzieją. Coś tam wystawił Jędrych, tyle że… Bulatowi, który z jakiegoś trzynastego metra postanowił przyfasolić wysoko ponad bramką Strączka.
Ciężko, ciężko. Mało pozytywów.
Warto odnotować, że Marek Papszun, nawet on, też musiał mieć dosyć beznadziei pierwszej połowy, skoro na drugą wpuścił do gry Ameyawa i Diaby-Fadigę. Panowie trochę zaczęli mieszać, może nie od razu, ale po kwadransie to oni dali chyba sygnał do poruszenia. Jeden zaliczył dobre dośrodkowanie, na głowę drugiego, padł strzał. Niecelny, ale zawsze coś, nie?
Potem już sam Diaby-Fadiga uderzył mocno wzdłuż bramki, przez chwilę nawet wydawało się, że w jej światło, bo piłkę odbijał Strączek. Ale to by było dla nas za dobre.
Najbliżej celnego strzału był więc zachęcony przez aktywność dwóch kolegów Makuch, który strzałem głową sprawdził, czy poprzeczka jest na swoim miejscu. No i była, faktycznie.
Aż nastąpiła najpiękniejsza w tym całym niepięknym spotkaniu 67. minuta.
Mogli ją przeprowadzić, strzelić tego gola i nie zawracać gitary przez resztę czasu. Galan niby szedł na bezpańską piłkę, ale bez przekonania. Przekonany był natomiast Diaby-Fadiga, który samymi chęciami przejął futbolówkę. Rywal dalej nie chciał mu za bardzo przeszkadzać, więc piłkarz Rakowa dorzucił w kocioł, tam nabiegł na dośrodkowanie Brunes i mieliśmy bramkę.
To był w sumie szesnasty strzał w tym spotkaniu i pierwszy, który zapisaliśmy w statystykach jako celny. Jeden z trzech celnych i o jeden więcej, niż zanotowali goście z Katowic.
A mieli ku temu swoją doskonałą okazję, kiedy Marković uderzał z siódmego metra, mając przed sobą tylko Zycha i trafił w poprzeczkę. Doskonała wizytówka dla jego kuriozalnej zmiany, z której da się ulepić efektowną składankę zagrań kompletnie nieudanych.
Wprowadzeni w przerwie Diaby-Fadiga i Ameyaw, jak już napisałem wcześniej, dali radę. Dobrą zmianę zaliczył w sumie Repka. W końcówce pojawili się Amorim i Rondić, też dało się ich jakoś zapamiętać. Zmiany generalnie były dla Medalików wartością dodaną, uratowały ten beznadziejny bez nich mecz.
Zupełnie inaczej na występ swoich rezerwowych spojrzy na pewno Rafał Górak, który jeszcze przy stanie 0:0 wpuścił na boisko Markovicia i Rogalę. O pierwszym już trochę było, obraz nędzy i rozpaczy. Drugi niespecjalnie się przyłożył do gry w obronie i to przed jego nosem do główki wyskoczył strzelający gola Brunes.
Wprowadzanych później Szkuryna i Błąda nawet nie ma co oceniać, bo jak tu poważnie podchodzić do meczu, w którym ofensywni piłkarze ekipy z Katowic nie oddali nawet celnego strzału? Żal, po prostu żal było patrzeć.
sport.tvp.pl – Raków Częstochowa pokonał GKS Katowice. Punkt straty do lidera PKO BP Ekstraklasy
Słowa Marka Papszuna o odejściu z Rakowa do Legii mobilizująco podziałały na piłkarzy Medalików. Częstochowianie odnieśli czwarte zwycięstwo z rzędu, jeśli chodzi o wszystkie rozgrywki, pokonując GKS Katowice 1:0 (0:0).
[…] Pierwsza połowa należała do katowiczan. Podopieczni Rafała Góraka powinni prowadzić dwiema bramkami. Arkadiusz Jędrych minimalnie przestrzelił, a Adam Zrelak nie wykorzystał sytuacji sam na sam. Czujność w bramce Rakowa zachowywał Oliwier Zych, który popisywał się dobrymi interwencjami. Blisko trafienia dla gospodarzy był Jonatan Braut Brunes, ale uderzył nad poprzeczką.
Do przerwy nie obejrzeliśmy żadnego celnego strzału. Wówczas Marek Papszun wziął sprawy w swoje ręce i wpuścił na murawę etatowego dżokera, Lamine Diaby Fadigę i Michaela Ameyawa. Zmiany poskutkowały ożywieniem ofensywy Rakowa.
O ile akcje Marko Bulata i Patryka Makucha nie zakończyły się powodzeniem, tak Brunes znalazł drogę do siatki. W 67. minucie po asyście Diaby-Fadigi, Norweg otworzył wynik spotkania. Jak się okazało, był to jedyny gol, który padł tego dnia w Częstochowie.
dziennikzachodni.pl – Brunes znów trafił i „Medaliki” nie zwalniają tempa. W nowych koszulkach pokonały katowiczan
W meczu 18. kolejki PKO Ekstraklasy rozegranym 7 grudnia Raków Częstochowa pokonał GKS Katowice 1:0. Jedynego gola strzelił najlepszy strzelec częstochowian Jonatan Braut Brunes. Podopieczni trenera Marka Papszuna po raz drugi w tym sezonie ograli katowiczan, a w pojedynku 1, kolejki o ich wygranej także zadecydowała bramka Norwega.
[…] Obydwie drużyny miały w nogach rozgrywane w środku tygodnia mecze STS Pucharu Polski i pojedynek pod Jasną Górą nie był wielkim widowiskiem. Dość powiedzieć, że do przerwy kibice w Częstochowie nie obejrzeli ani jednego celnego strzału. Na szczęście więcej emocji było na boisku po zmianie stron.
Pierwsza połowa należała do katowiczan. Sygnał do natarcia dał Arkadiusz Jędrych. Kapitan GKS uderzył z woleja potężnie, ale tuż nad poprzeczką. Potem Oliwiera Zycha próbował zaskoczyć Marcel Wędrychowski, ale najlepsze okazje miał Adam Zrelak. Słowak najpierw nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem dając sobie w ostatniej chwili zabrać piłkę Apostolosowi Konstantopoulosowi, a później gdy na jednego obrońcę Rakowa biegło aż trzech gracz GieKSy Zrelak źle podał do Bartosza Nowaka i wracający Bogdan Racovitan zdołał wybić piłkę. Częstochowianie jedyną okazję mieli po strzale Jonatana Brauta Brunesa, ale Norweg z 16 m przymierzył nad bramką.
Niezadowolony z postawy swojej drużyny trener Marek Papszun już w przerwie dokonał dwóch zmian wpuszczając na boisko Michaela Ameyawa i Lamnie Diaby-Fadigę. Francuz zaraz po wejściu na murawę mógł zostać bohaterem częstochowian, ale źle podał piłkę w pole karne do Brunesa. Raków przejął inicjatywę i zaczął zagrażać bramce katowiczan. Groźnie strzelał Marko Bulat, potem z bliska spudłował Diaby-Fadiga, a Patryk Makuch główkował w poprzeczkę.
Gospodarze dalej atakowali i w końcu po dośrodkowaniu Diaby-Fadigi z bliska głową do siatki trafił Brunes. To była dziewiąta ligowa bramka Norwega w tym sezonie i szósty z rzędu mecz z golem. Raków dominował w drugiej połowie, ale GKS mógł wyrównać na kwadrans przed końcem. Rezerwowy Eman Marković będąc sam przed bramką trafił w poprzeczkę. Jak widać nie każdy Norweg jest tak skuteczny jak Brunes, choć obaj dobrze znają Erlinga Haalanda. W końcówce bliski zdobycia gola dla częstochowian był Oskar Repka, ale główkę byłego zawodnika katowiczan obronił Rafał Strączek.
sportowefakty.wp.pl – Zmiennicy dali impuls. Raków znalazł sposób na GKS Katowice
Męczył się Raków Częstochowa, ale podkręcił tempo w drugiej połowie i ostatecznie wygrał z GKS-em Katowice 1:0 w ostatnim niedzielnym meczu 18. kolejki PKO Ekstraklasy. Jedynego gola strzelił Jonatan Braut Brunes.
Przez ok. 50 minut Raków Częstochowa był totalnie nijaki. Gra się nie kleiła, sytuacji nie było.
GKS Katowice powinien prowadzić do przerwy przynajmniej 1:0, ale ewidentnie swojego dnia nie miał Adam Zrelak.
W przerwie trener Marek Papszun zdjął z boiska najsłabsze ogniwa, a szansę otrzymali m.in. Lamine Diaby-Fadiga oraz Michael Ameyaw. I – co tu dużo mówić – różnica widoczna była gołym okiem.
Gospodarze rozkręcali się, a w pewnym momencie zdecydowanie przejęli inicjatywę. Zaczęły pojawiać się sytuacje, m.in. w poprzeczkę strzelił Patryk Makuch. W końcu nadeszła jednak 67. minuta. Diaby-Fadiga powalczył o piłkę w polu karnym, zagrał na głowę Jonatana Brauta Brunesa, a ten z kilku metrów pokonał Rafała Strączka.
Goście mogli wyrównać na kwadrans przed końcem, lecz w doskonałej sytuacji pomylił się Eman Markovic i z bliska strzelił w poprzeczkę. Ale to tyle.
[…] W tej sytuacji podobać się mógł zespół GKS-u Katowice, choć… też nie prezentował niczego szczególnego, ale przynajmniej dochodził do sytuacji. Dwukrotnie pozostawiony bez opieki w polu karnym był Arkadiusz Jędrych, jednak w obu przypadkach strzelał nad bramką. Dwa razy fatalnie zachował się zaś wspomniany Zrelak – najpierw dał się dogonić rywalowi, gdy biegł w kierunku bramki od połowy boiska, a dosłownie po chwili zachował się fatalnie, gdy katowiczanie mieli akcję trzech na jednego.
Jednak po przerwie obraz gry zmienił się o 180 stopni. Raków przejął inicjatywę i długimi fragmentami nie wypuszczał rywala z własnej połowy.
Dopiero po bramce katowiczanie nieco się ożywili (wspomniane uderzenie w poprzeczkę), natomiast nie byli w stanie odwrócić losów rywalizacji.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Felietony Piłka nożna
Trudność w podejściu do średniawki
Aaaa qrwa jego mać…
To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.
Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.
Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.
O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.
Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.
Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.
Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.
Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.
Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.
Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.
Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.
Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.
Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.
Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.
Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.


Najnowsze komentarze