Prasówka
Tygodniowy przegląd mediów: Poznaliśmy grupy Pucharu Kontynentalnego
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Wszystkie pierwsze drużyny seniorskie poszczególnych sekcji zakończył grę w swoich ligach. Działacze naszego klubu zaczęli podpisywać pierwsze kontrakty z zawodniczkami i zawodnikami poszczególnych sekcji. Poznaliśmy szczegółowy „rozkład jazdy” Fortuna I Ligi (rozpiska dla GieKSy do sprawdzenia na naszej stronie: TUTAJ). Hokeiści poznali rywali w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Poważna kontuzja napastniczki GKS-u Katowice!
Podczas spotkania towarzyskiego reprezentacji Polski do lat 23 z Wietnamem kontuzji doznała Klaudia Maciążka.
22-letnia pomocniczka, która ma za sobą trzy występy w reprezentacji Polski przeszła szczegółowe badania, które wykazały zerwanie więzadła krzyżowego w lewym kolanie, które wymaga interwencji chirurgicznej.
W minionym sezonie Orlen Ekstraligi napastniczka wystąpiła w 22 ligowych spotkaniach, w których zdobyła 8 goli.
GKS Katowice zakontraktował dwie zawodniczki
Klaudia Słowińska i Julia Włodarczyk, które występowały dotychczas w AP Orlen Gdańsk podpisały kontrakty z GKS-em Katowice.
23-letnia Słowińska, która w zespole z Gdańska występowała od 2018 roku w zakończonym sezonie Orlen Ekstraligi rozegrała 18 spotkań, w których zdobyła 4 gole.
22-letnia Włodarczyk jest wychowanką AP Orlenu, a w minionym sezonie rozegrała na poziomie Orlen Ekstraligi 21 spotkań w których zdobyła 4 bramki.
sportdziennik.com – W lato z Mrózkiem
Były trener Rekordu Bielsko-Biała dołącza do sztabu szkoleniowego GieKSy. Dariusz Mrózek zostanie prawą ręką Rafała Góraka i wypełni lukę po Tomaszu Włodarku, który odszedł do Rakowa Częstochowa.
W Podhalu Nowy Targ do ostatniej kolejki sezonu toczył zacięty bój o II ligę ze Stalą Rzeszów. W minionych rozgrywkach prowadząc Rekord Bielsko-Biała napsuł mnóstwo krwi Polonii Bytom. Rozegrał też szereg sparingów z GieKSą, które cenił sobie trener Rafał Górak. Teraz znajdzie się z nim po tej samej stronie barykady. Dariusz Mrózek będzie nową twarzą w sztabie szkoleniowym katowickiego I-ligowca.
To dla GKS-u duże wzmocnienie. Na Bukową trafia trener z licencją UEFA Pro, którego rękę zawsze było widać w prowadzonych przez niego zespołach. Uzupełnia wakat powstały po odejściu Tomasza Włodarka do Rakowa Częstochowa. Włodarek, który podczas ligowych meczów często był widoczny przy linii bocznej, gdy akurat GKS wykonywał albo bronił się przed stałym fragmentem gry, był kuszony przez mistrza Polski już w zimowej przerwie. Częstochowianie oferowali nawet pieniądze za jego wykup, ale GieKSa, licząca wtedy po cichu na awans do ekstraklasy, jeszcze zatrzymała młodego asystenta.
„Dziękuję wszystkim. Życzę gry o najwyższe cele” – napisał na Twitterze na odchodne Włodarek, który łącznie przy Bukowej spędził dwa lata. Wcześniej prawą ręką Rafała Góraka był Dawid Szwarga, czyli nowy trener Rakowa. Zarówno Szwarga, jak i Włodarek, to podobna myśl szkoleniowa, współpracują zresztą ze sobą ściśle od lat w grupie Deductor.
Teraz w sztabie nie będzie ani jednego, ani drugiego. Z niego ubył też analityk Łukasz Tomczyk. Pozyskanie Mrózka powinno merytorycznie zrekompensować tę stratę. Kto wie, czy 48-latek z Bielska-Białej nie okaże się wkrótce naturalnym następcą Góraka. Kibice wiosną domagali się jego odejścia, ostatecznie został, mając jeszcze przez rok ważny kontrakt i przed nim piąty z rzędu sezon w GKS-ie. Wiceprezes Krzysztof Nowak, który wkrótce w pełni przejmie stery w spółce z rąk Marka Szczerbowskiego, postawił przed nim za cel znalezienie się w barażach o ekstraklasę.
Kurczy się grupa zawodników, którzy byli w zespole 4 lata temu, gdy Górak wracał do GKS-u, kiedy ten był odbudowywany po spadku z I ligi. Wczoraj klub poinformował o rozstaniu z dwoma graczami pamiętającymi doskonale tamten II-ligowy czas: Zbigniewem Wojciechowskim i Marcinem Urynowiczem. Ich kontrakty wygasają 30 czerwca i nie zostaną przedłużone. Podobne decyzje zapadły w kontekście Marko Roginicia, Dominika Kościelniaka, Michała Kołodziejskiego i Daniela Tanżyny. Z kolei Daniel Dudziński wraca do Zagłębia Lubin po okresie rocznego wypożyczenia. Trudno tu mówić o jakichkolwiek zaskoczeniach. Wojciechowski do pewnego momentu, jako młodzieżowiec pozyskany z Goczałkowic i rekomendowany przez Łukasza Piszczka, rozwijał się obiecująco, ale w I lidze nie odegrał już znaczącej roli. Urynowicz też ostatnio miał status zmiennika.
Kibice pamiętać mu będą sezon zakończony awansem, gdy był najlepszym strzelcem zespołu i wybrano go najlepszym piłkarzem roku w GKS-ie, za co nagrodzono go „złotym bukiem”. Roginić był przez trenera Góraka określany jednym z najlepszych napastników I ligi, ale Chorwat na boisku nie nawiązał do tych słów. Kościelniak będzie miło wspominany dzięki bramce na wagę wygranej w derbach z Ruchem. Kołodziejski wywalczył w Katowicach awans, ale szczebel wyżej sprokurował kilka rzutów karnych, zaś Tanżyna przegrał ze zdrowiem, a wiosną po słabym początku nie podniósł się z ławki. Dudziński jako wypożyczony z ekstraklasy młodzieżowiec nie nawiązał choćby do poziomu prezentowanego sezon wcześniej przez Filipa Szymczaka.
Wiceprezes Nowak zapowiada, że GKS dokona 5-6 transferów. Na Bukową trafia Aleksander Komor, 28-latek dotąd występujący w Resovii, z ekstraklasowym doświadczeniem z Łęcznej i Podbeskidzia. Sprowadzenie środkowego obrońcy w obliczu rozstań z Tanżyną i Kołodziejskim było potrzebą chwili. Skoro mowa o tej pozycji, nadal pod znakiem zapytania stoi przyszłość Grzegorza Janiszewskiego. Jego kontrakt też wygasa 30 czerwca, negocjacje są w toku. Przedłużona zostaje natomiast umowa Adriana Błąda. Doświadczony pomocnik, zawodnik o najdłuższym stażu w zespole, ma grać w GKS-ie przez kolejne dwa sezony.
Maczek wraca na Śląsk
Zdjęcie samochodowej nawigacji z wytyczonym kierunkiem „Bukowa” opublikował wczoraj przed południem Mateusz Mak.
31-letni pomocnik pochodzący z Suchej Beskidzkiej to kolejny po Aleksandrze Komorze nabytek GieKSy w tym okienku transferowym mogący uchodzić za zawodnika bardzo doświadczonego i z ekstraklasową przeszłością. Na najwyższym szczeblu rozegrał ponad 160 spotkań, zdobył 27 bramek. Ostatni sezon, w Stali Mielec, zakończył z bilansem 25/2. Jego wygasający 30 czerwca kontrakt w klubie z Podkarpacia nie został przedłużony.
„Maczek” trafia na… przeciwną stronę chorzowskiego parku. Jako junior wraz z bratem bliźniakiem (obecnie Wieczysta Kraków) szkolił się w Stadionie Śląskim. Stamtąd kilkanaście lat temu trafił do Ruchu Radzionków, prowadzonego przez Rafała Góraka. Szkoleniowiec GieKSy wprowadzał go wtedy do seniorskiej piłki, a chciał sprowadzić Maka na Bukową już spory czas temu. Teraz ta sztuka się powiodła.
Katowiczanie zyskują zawodnika ogranego. Jako kolejny przedstawiciel rocznika 1991 wraz z Adrianem Błądem i Rafałem Figielem należeć będzie do starszyzny szatni. Choć nie omijały go problemy zdrowotne, w Mielcu i tak grał regularnie. Przez trzy ekstraklasowe sezony zanotował 70 występów i strzelając 13 goli.
Mak przywiązywał się do miejsc – w Stali spędził cztery sezony. Z kolei w Radzionkowie – 2, a w Bełchatowie – 3,5. Dobrze też czuł się na Śląsku. To tu w 2019 roku, wieńcząc 4-letni pobyt w Gliwicach, osiągnął swój największy sukces zostając mistrzem Polski z Piastem. Przyczynił się do niego 20 występami i 1 trafieniem. Można stwierdzić, że drugiego utytułowanego zawodnika w GieKSie dziś nie ma.
Coś oddać Katowicom…
Być może podejmuję ostatnie wyzwanie zawodowe w życiu. Mam nadzieję, że zrobimy w piłce nożnej coś dobrego – mówi Krzysztof Nowak, który wkrótce oficjalnie rozpocznie prezesurę w GKS-ie Katowice.
Nie chciałbym, byśmy za mojej prezesury walczyli o dziesiąte, jedenaste czy dwunaste miejsce. Słowo-wytrych to dla mnie Puszcza Niepołomice. Kiedy ktoś mówi, że się nie da, to go używam – mówi Krzysztof Nowak, wiceprezes (jeszcze) GieKSy, który od lipca ma już formalnie przejąć stery z rąk Marka Szczerbowskiego i rozpocząć rządy przy Bukowej.
Podczas swojej pierwszej konferencji prasowej przy Bukowej wiceprezes Nowak powtórzył to, co powiedział wcześniej radnym na posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu – że GKS powinien mierzyć co najmniej w czołową szóstkę I ligi i udział w barażach o ekstraklasę.
– Jesteśmy poza nią już prawie 20 lat. W przyszłym roku będziemy obchodzić 60-lecie klubu. Trzeba stawiać sobie cele, być może w dwóch taktach. Bo czy będzie wielkim pogrzebem, jeśli zajmiemy 7. miejsce ze stratą 1-2 punktów do baraży? Jeśli to stanie się po walce w wyrównanej lidze? Moim zdaniem nie, dlatego taki cel powinien być. Spróbujmy powalczyć, w innym wypadku to się nie może udać – podkreśla Krzysztof Nowak.
Ten cel – co nie podoba się części kibiców – ma być realizowany pod wodzą Rafała Góraka. Szkoleniowiec rozpoczyna właśnie okres przygotowawczy do piątego z rzędu sezonu w Katowicach.
– Opinia piłkarska w Polsce była przygotowana na rozwiązanie kontraktu z Rafałem Górakiem – przyznaje wiceprezes GieKSy. – Przeanalizowałem za i przeciw, to moja decyzja i biorę za nią pełną odpowiedzialność. Trener Górak dotąd realizował wszystkie cele stawiane przez zarząd, właścicieli i ma kontrakt ważny jeszcze przez rok. Drużyna absolutnie go popiera, akceptuje, chce grać pod jego skrzydłami. W długiej rozmowie powiedział: „Prezesie, skoro w aktualnych realiach budżetowych przymierzamy się do walki o baraże, to ja taką walkę podejmuję”.
– To słowa trenera, cytuję je. Będzie to trudne, bo wiemy, jakie zespoły – Termalica, Wisła – nie awansowały, jakie awansowały, czyli Motor Lublin i Polonia Warszawa, a także jakie spadły z ekstraklasy. Pierwsza liga stanie się o wiele bardziej wyrównana i dużo silniejsza niż w poprzednim sezonie, co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Ale ja się nie boję wyzwań i tak powiedziałem drużynie w szatni. Może to być odbierane różnie. Być może niektórzy powiedzą, że facet przyszedł z innego sportu, nie zna realiów, albo że pozjadał rozumy i wszystko wie. Ale cele w sporcie przecież trzeba sobie stawiać. Tak zostałem nauczony, tak działałem i tak motywowałem zawsze ludzi, by mieć je jak najwyższe – tłumaczy Nowak.
Przyszły sternik GieKSy szacuje, że rozwiązanie kontraktu z Rafałem Górakiem oraz zatrudnieniem nowego sztabu wiązałoby się z kosztami na poziomie 400-500 tysięcy złotych, co było dodatkowym argumentem za tym, by nie dokonywać zmiany trenera.
– Podobno jestem nielubiany, że na komisji sportu powiedziałem, iż to nie Rafał Górak nie strzelał, nie wykorzystał w rundzie wiosennej trzech rzutów karnych. No nie strzelał! A gdyby wpadły te karne, to może bylibyśmy w tym roku w okolicach strefy barażowej. Ta drużyna zagrała znakomity mecz z Ruchem, wygrała z Łęczną, w kilku innych była zdecydowanie lepsza, a piłka nie wpadała do siatki. Nie poukładało się. Teraz musimy dokonać wzmocnień na pozycjach, które wymagały dublerów. Łącznie szykujemy 5-6 transferów.
– Trener Górak ma kontrakt ważny przez rok i nic do stracenia. Może robić wszystko, eksperymentować, zmieniać ustawienie, skład, może grać odważniej. Wie, że jeśli zrobi wynik, na który czekają kibice, właściciel, zarząd, to przedłuży mu się umowa. Nie zdradzam jej warunków, to tajemnica, ale warto, by powalczył. Wiele klubów dokonywało chaotycznych ruchów, ulegało presji, wymieniało sztaby, a potem i tak nie osiągało swoich celów. Uważam, że stabilizacja jest potrzebna. Biorę za to odpowiedzialność. Z trenerem Górakiem pracuje nowy dyrektor sportowy Dawid Dubas, zna doskonale GKS, to młody człowiek o dużym stażu i niewiarygodnej wiedzy o piłce nożnej; bardzo uczciwy, poukładany i zaangażowany. To kolejna moja decyzja, której będę bronił, dopóki będę prezesem – mocno akcentuje Krzysztof Nowak.
Sekcja piłkarska GKS-u na 2023 rok uzyskała dotację z miasta w wysokości 7 mln zł. Kształtowanie ambitniejszego celu niż dotąd (utrzymanie) nie wpłynie póki co na jej zwiększenie. – Mówienie o budżecie, jaki mamy, jest czasami populistyczne – zaznacza wiceprezes.
– Prowadzimy rozmowy dotyczące pozyskania nowych zawodników. Widzę, jakie kwoty padają z naszej strony oraz to, że za chwilę niektórzy idą do innego klubu, bo ktoś oferuje im tam 5-7 tysięcy więcej. Przepraszam, ale takie są realia. W opinii publicznej funkcjonuje przekonanie, że GKS dostaje niewiarygodnie wielkie pieniądze. Poproszę dyrektorów sportowych naszych sekcji, by wykonali zestawienia, jak wyglądają budżety GKS-u w porównaniu do innych klubów. Jeden z najniższych w siatkówce, nie mamy najwyższego ani w piłce nożnej kobiet, ani w hokeju – dodaje Nowak.
– Jeżeli chodzi o piłkę nożną mężczyzn też nie jest nie wiadomo jak wysoki. Mówienie, że mamy tyle pieniędzy, to populizm. Jednym z zadań wyznaczonych mi przez prezydentów jest pilnowanie budżetu. Nie chcę używać nazw klubów, które zainwestowały bardzo dużo choćby teraz, w rundę wiosenną, z założeniem awansu do ekstraklasy, przez co powiększyły dziurę budżetową. Ja nie będę tylko i wyłącznie chodził do Urzędu Miasta.
– Spróbujemy pozyskiwać środki z zewnątrz. Może przekonamy kogoś tym ambitnym zadaniem, chęci powalczenia o baraże i dzięki temu zwiększymy budżet. Prezydenci mówią, że mamy w klubie narzędzia do pozyskiwania dodatkowych środków. Na tym chcę się skupić – wyjaśnia Krzysztof Nowak.
Jednym ze składników budujących stronę przychodową może być naturalnie dzień meczowy i frekwencja, a ta w Katowicach kuleje od lat. – Chciałoby się zbudować publiczność taką, by na mecze przychodziło po 4 tysiące osób. Klucz jest prosty – trzeba dobrze grać. Gdy będzie ambicja, dobra gra, kibice też będą. To tak jak z kinem. Na film oskarowy się przychodzi, a na gniota nie. Chcę o tę frekwencję powalczyć, choćby w kontekście oddania nowego stadionu. Jeśli będzie świecił pustkami, to będzie to ponury widok – nie kryje wiceprezes GKS-u.
Piłkarska GieKSa wymaga dziś wzmocnień nie tylko w samej kadrze zespołu. Odejście dyrektora Roberta Góralczyka i nominacja Dawida Dubasa sprawiły, że klubowi póki co ubyła jedna osoba. Ale pion sportowy ma zostać uzupełniony. – Czekam na rekomendację dyrektora Dubasa. W swojej działalności mam zasadę delegowania obowiązków. Skoro mu zaufałem, to on ma sobie dobrać współpracownika. Ja nikogo nie narzucam. Póki co, dyrektor Dubas wraz z trenerem Górakiem muszą skompletować skład na nadchodzący sezon – mówi Krzysztof Nowak. Przy okazji chciałby, by po odejściu Marka Szczerbowskiego zarząd został uzupełniony i nadal 2-osobowy.
– Nie wyobrażam sobie działania w pojedynkę. Gdy dojdzie do tego, że będę prezesem, muszę dobrać sobie kogoś do współpracy. Nie wyobrażam też sobie – bez względu na strukturę właścicielską – żeby ktoś narzucił mi mojego wiceprezesa. To ma być ktoś znający się na funkcjonowaniu klubu wielosekcyjnego – podkreśla wiceprezes GieKSy. On – jako wieloletni dyrektor AZS AWF Katowice – ma w tej materii bogate doświadczenie.
– Decyzja o przyjęciu propozycji prezydentów Krupy i Bojaruna w sprawie dołączenia do GieKSy była bardzo trudna i głęboko przemyślana. W AZS AWF zbudowaliśmy potęgę, 25-sekcyjny klub, zdobywający medale olimpijskie, uniwersjad. Zapytałem sam siebie, co jeszcze możemy tam zrobić. Już chyba nic. Teraz mam nadzieję, że zrobimy coś dobrego w GKS-ie, w piłce nożnej. Ale gwarancji nie ma, nie jestem zbawicielem. Tamte medale to przeszłość, być może podejmuję ostatnie wyzwanie zawodowe w życiu, choć powtórzyć wyniki prezesa Szczerbowskiego będzie bardzo trudno. Gdy włączyłem się w działalność GKS-u, rozgrywany był hokejowy play off. Kiedy zobaczyłem, jakie budzi emocje, że ludzie potrzebują zwycięstw GKS-u jak tlenu, nie umiałem też ukryć swoich emocji. Uznałem, że po tym, jak pojawiłem się tu w 1987 roku, spróbuję coś Katowicom oddać – kończy Krzysztof Nowak.
SIATKÓWKA
siatka.org – Łukasz Kozub wraca do Plusligi, zagra w GKS-ie Katowice
Po sezonie spędzonym na francuskich parkietach Łukasz Kozub zdecydował się na powrót do Polski. Wychowanek AKS Resovii w kolejnych rozgrywkach zasili szeregi GKS-u Katowice. Jest to pierwszy nowy zawodnik pozyskany przez katowicki zespół w międzysezonowej przerwie.
Dotychczas GKS Katowice informował o przedłużeniach umów z zawodnikami. Nadal w jego barwach występowali będą: Jakub Jarosz i Damian Domagała (atakujący), Bartosz Mariański i Dawid Ogórek (libero), Sebastian Adamczyk (środkowy) oraz Wiktor Mielczarek (przyjmujący). Przyszedł czas na pierwszy transfer. W międzysezonowej przerwie do drużyny prowadzonej przez Grzegorza Słabego dołączy grający na pozycji rozgrywającego Łukasz Kozub.
Nowy zawodnik GieKSy dał się poznać siatkarskiej Polsce jako podstawowy zawodnik młodzieżowej kadry Polski, która w latach 2015-2017 sięgała po mistrzostwo świata i Europy w kategorii kadetów i juniorów. Kozub występował w biało-czerwonej drużynie m.in. z Jakubem Szymańskim i Damianem Domagałą. Nowy siatkarz górnośląskiego zespołu jako zawodnik SMS-u PZPS Spała w 2016 roku rywalizował z GKS-em Katowice w finałach I ligi, zakończonych zwycięstwem naszego Klubu. W PlusLidze Łukasz Kozub reprezentował do tej pory barwy MKS-u Będzin, Asseco Resovii Rzeszów oraz Trefla Gdańsk. W 2022 roku Kozub doczekał się pierwszego powołania do seniorskiej reprezentacji Polski oraz występów w Lidze Narodów. Ostatni sezon spędził we Francji, gdzie reprezentował Stade Poitevin Poitiers, z którym uplasował się na dziesiątej pozycji.
– Łukasza nikomu przedstawiać nie trzeba. Dał się zapamiętać kibicom GieKSy jeszcze podczas pobytu naszej drużyny w I lidze, gdzie kierował grą SMS-u PZPS Spała, z którym nasz zespół rywalizował w finale. Od tego czasu stale podnosił swoje umiejętności, grając w klubach z Będzina, Rzeszowa i Gdańska, a ostatni sezon spędzony we Francji był dla niego kolejnym udanym sprawdzianem. Nie będę ukrywał, że bardzo na niego liczymy i wierzymy, że skutecznie poprowadzi grę naszej drużyny – powiedział Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
GKS ma nowego środkowego
GKS Katowice zaprezentował nowego zawodnika, który w przyszłym sezonie zasili szeregi tego zespołu. Jest nim Łukasz Usowicz, który poprzedni sezon spędził w MKS-ie Będzin.
24-letni środkowy Łukasz Usowicz nieprzerwanie od 2013 roku występował w Norwidzie Częstochowa. Po pięciu latach opuścił seniorską drużynę spod Jasnej Góry i zagrał sezon w Będzinie. Teraz będzie miał okazję zaprezentować się w PlusLidze. Będzie to jego pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej.
– Decyzja zapadła bardzo szybko, a przekonało mnie to, że po tylu latach spędzonych na pierwszoligowych parkietach chciałem w końcu spróbować swoich sił w PlusLidze, a GKS Katowice jest do tego idealnym miejscem. Mam nadzieję, że dostanę swoje szanse. Sezon jest długi i każdy będzie miał okazje pograć – skomentował swój transfer Łukasz Usowicz.
– Obserwowaliśmy Łukasza już od kilku sezonów i w końcu udało nam się nawiązać współpracę. W minionym sezonie pokazał ponad wszelką wątpliwość, że ma wszystko, by występować na poziomie PlusLigi. Cieszymy się, że nasze drogi w końcu się skrzyżowały i zobaczymy go w naszych barwach – powiedział Jakub Bochenek, dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice.
Doświadczony przyjmujący dołączył do GKS-u
Do składu GKS-u Katowice na sezon 2023/2024 dołączył Marcin Waliński, 32-letni przyjmujący pochodzący z Trzcianki. Popularny „Kipek” rozegrał już 14 sezonów i ponad 300 spotkań na poziomie PlusLigi.
Marcin Waliński przygodę z siatkówką rozpoczynał w 2002 roku w MKS-ie MDK Trzcianka, skąd w 2006 roku przeniósł się do EKS-u Skry Bełchatów. Spędził tam trzy lata. Seniorską karierę rozpoczął w 2009 roku, gdy trafił do Delecty Bydgoszcz, w której zadebiutował w PlusLidze.
Po sześciu sezonach spędzonych w Bydgoszczy na rok przeniósł się do Indykpolu AZS Olsztyn, a następnie wybrał się na południe Polski, do MKS-u Będzin. W 2018 roku trafił do Zawiercia, a po dwóch latach wrócił na północ kraju, do Ślepska Malow Suwałki. W kolejnym sezonie grał w Cuprum Lubin, a później przeniósł się znów do Warty Zawiercie.
– To była szybka akcja transferowa, bo dogadaliśmy się w trzy, cztery dni. W ogóle była to ciekawa historia, bo miałem już podpisany kontrakt w Będzinie, ale tylko na występy w PlusLidze. MKS do PlusLigi nie awansował, więc byłem wolnym zawodnikiem. Cieszę się, że tu jestem, bo gdyby nie oferta z Katowic, to byłoby ze mną ciężko. Na GKS zawsze miło się patrzyło, bo to zespół, który walczy do końca. Był stworzony z walczaków i będzie tak samo. Cieszę się, że mogę być częścią tej drużyny i z optymizmem patrzymy w przyszłość. Moim celem jest walczyć w każdym meczu, zdobywać punkty, wygrywać i przegrywać, ale zawsze jako drużyna – skomentował swój transfer Marcin Waliński.
– Temat zatrudnienia Marcina Walińskiego w GKS-ie pojawiał się już wcześniej, ale tym razem w końcu udało się doprowadzić wszystko do szczęśliwego końca. Wieloletnie doświadczenie i umiejętności Marcina doskonale uzupełniają się z młodzieńczą fantazją naszych zawodników. Wierzymy, że dzięki pozyskaniu Marcina linia przyjęcia będzie jedną z najlepszych, jaką GKS Katowice dysponował podczas kilkuletniego pobytu w PlusLidze – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.
HOKEJ
hokej.net – Poznaliśmy grupy Pucharu Kontynentalnego. Z kim zagra GKS Katowice?
Hokeiści GKS-u Katowice poznali rywali, z którymi zmierzą się w grupie F Pucharu Kontynentalnego. Mistrzowie Polski będą rywalizować we Włoszech, a konkretnie w narciarskim kurorcie – Cortina d’Ampezzo.
Podopieczni Jacka Płachty rozpoczną zmagania od fazy półfinałowej. Wiemy już, że zostali przydzieleni do grupy F, która będzie rywalizować w urokliwej miejscowości Cortina d’Ampezzo, słynącej z licznych tras narciarskich i organizacji wydarzeń sportowych. Turniej odbędzie się w dniach17-19 listopada.
Rywalami mistrzów Polski będą gospodarze: SGC Hafro Cortina, czyli urzędujący mistrz Włoch i wicemistrz Ligi Alpejskiej, a także wicemistrz Danii Herning Blue Fox oraz zespół, który awansuje z poprzedniej rundy (grupy D). Będzie to najprawdopodobniej ukraiński Sokił Kijów lub węgierski Ferencvárosi TC.
Turniej finałowy odbędzie się w dniach 12-14 stycznia 2024. Awansują do niego po dwie najlepsze drużyny z grupy E (Cardiff Devils, Nomad Astana, Les Brûleurs de Loups de Grenoble oraz zwycięzca grupy C) i wspomnianej wyżej grupy F.
Przypomnijmy, że GKS Katowice po raz ostatni brał udział w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego w sezonie 2018/2019 i zajął w nich trzecie miejsce. Trenerem GieKSy był wówczas Tom Coolen.
Jacek Płachta wyróżniony przez prezydenta Katowic
W tym tygodniu odbyła się uroczysta gala wręczenia Nagród Prezydenta Miasta Katowice w dziedzinie sportu za rok 2022. Jedno z wyróżnień otrzymał Jacek Płachta, trener hokejowej sekcji GKS-u Katowice.
Katowicki trener został wyróżniony w kategorii „najlepszy działacz/trener sportowy”. Z pewnością ma to związek z faktem, iż GieKSa pokonała wówczas w wielkim finale play-off Re-Plast Unię Oświęcim 4:0 i sięgnęła po tytuł Mistrza Polski.
Również w tym samym roku zdobyli kolejne trofeum, którym jest Superpuchar Polski. Sięgnęli oni po niego w październiku ubiegłego roku, pokonując Comarch Cracovię 7:1 na własnej tafli.
– Hokeiści odnoszą sukcesy od dwóch lat i to naprawdę wielkie. Prezesowi Markowi Szczerbowskiemu udało się zbudować znakomity zespół. Nagrody są absolutnie zasłużone, a za rok na pewno prezydent wyróżni tę drużynę, dlatego że dwukrotny Mistrz Polski nie zdarza się zbyt często, no i Jacek Płachta to znakomity trener – Krzysztof Nowak, wiceprezes zarządu GKS Katowice.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Kibice Piłka nożna
Górnik Zabrze kibicowsko
Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.
Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.
Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała.
Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.
Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.
W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.
Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.
Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.
Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.
Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.
Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.
W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.
Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.
Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.
Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.
Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.
Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.
Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.
Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.
W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.
Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.
Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.
Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.
W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.
Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.
W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.
Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.
Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.
W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.
W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.
Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.
Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.
Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.
W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.
W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.
Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.
W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.
Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.
Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.
W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.
We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.
W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.
Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.
W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.
W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.
W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.
Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.
Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.
Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.
Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.
W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.
W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.
Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.
W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.
Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.
Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.
W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.
W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.
Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.
Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.
W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.
Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0, a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.
Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.
W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.
Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.
Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.
19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…
W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.
W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.
We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).
We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.
We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.
Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.
1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.
Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.
W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.
Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.
W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.
Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.
Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.
W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.
Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.
W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.
W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.
Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.
We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.
Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi.
W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała.
Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.
W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).
Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.
Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.
W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.
Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.






















































































































































































































































Najnowsze komentarze