Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Koncert GKS Katowice
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Motor Lublin – GKS Katowice 2:5 (2:2).
dziennikwschodni.pl – Co by było, gdyby? Motor rozbity u siebie przez GKS Katowice
Co by było, gdyby? Pewnie dzisiaj będzie się nad tym zastanawiać większość kibiców Motoru. Ich pupile przegrywali z GKS Katowice 0:2, zdołali wyrównać, ale w końcówce pierwszej połowy czerwoną kartkę obejrzał Jakub Łabojko. Efekt? Po przerwie przyjezdni wykorzystali grę w przewadze i ostatecznie rozbili żółto-biało-niebieskich 5:2. A ciekawe, co by było, gdyby drużyny grały do końca w pełnych składach?
rzeba jednak przyznać, że w Lublinie znowu można było obejrzeć szalony mecz. Po 21 minutach kibice mogli tylko łapać się za głowy. „Gieksa” kontrolowała sytuację na boisku i prowadziła już 2:0.
Najpierw, w dziewiątej minucie Alan Czerwiński miał mnóstwo miejsca, aby popatrzyć i dokładnie dośrodkować na dalszy słupek, gdzie znalazł się Borja Galan. Hiszpan ze spokojem przyłożył głowę do piłki i otworzył wynik spotkania. Zanim minął kwadrans fatalne podanie zaliczył Jakub Łabojko, który zagrał pod nogi rywali. Pomocnik musiał ratować sytuację faulem tuż przed szesnastką. Obejrzał za to przewinienie „żółtko”. Na szczęście Bartosz Nowak huknął prosto w mur.
W 21 minucie kiepsko futbolówkę do przodu wybił Krystian Palacz. Szybki przechwyt, dwa podania i piłkę w polu karnym miał już niepilnowany Adam Zrelak, który uniknął spalonego. W końcu dopadł do niego Arkadiusz Najemski. Obrońca próbował wślizgiem zażegnać niebezpieczeństwo, a pechowo zagrał… ręką do własnej bramki.
W kolejnych fragmentach w końcu wrócił stary, dobry Motor, co zapowiadał trener Mateusz Stolarski. Żółto-biało-niebiescy mimo bardzo trudnego momentu przejęli inicjatywę. Nareszcie pojawiły się też klarowne okazje. W 26 minucie pokazał się Michał Król, który złamał akcję z prawej flanki do środka i huknął lewą nogą tuż obok słupka.
Miejscowi się rozkręcali z każdą kolejną minutą. Tuż po drugim kwadransie Mathieu Scalet dośrodkował, a nieźle głową strzelił Karol Czubak. Tym razem górą był jednak Rafał Strączek, który popisał się efektowną paradą. Za chwilę po próbie Króla lublinianie wywalczyli kolejny korner. Z narożnika świetnie dośrodkował Bartosz Wolski i niewykluczone, że zdobył gola. W przerwie Czubak tłumaczył na antenie Canal+, że nie jest pewny czy trącił futbolówkę głową i że to chyba jednak będzie gol „Wola”.
Tak czy siak żółto-biało-niebiescy złapali wiatr w żagle. W 38 minucie mieliśmy na to najlepszy dowód. Pojedynek na prawym skrzydle wygrał Król, świetnie dośrodkował pod bramkę, a tam już na pewno Czubak trafił na 2:2. W 41 minucie mogło nawet być 3:2. W polu karnym przyjezdnych porządnie się „zakotłowało”, ale ostatecznie wszystko skończyło się faulem w ataku.
Kiedy wydawało się, że drużyna trenera Stolarskiego opanowała sytuację, w mgnieniu oka wszystko zmieniło się o 180 stopni. Łabojko ostrym wślizgiem wyciął rywala równo z trawą, przez co drugi raz trafił do notesu sędziego. A to oznaczało, że Motor całą drugą połowę będzie musiał grać w osłabieniu.
Pewnie w przerwie gospodarze rozmawiali, że przede wszystkim nie mogą stracić gola. Tymczasem w 47 minucie po krótko rozegranym rzucie rożnym podanie tuż za piątką dostał Zrelak. Napastnik GKS z zimną krwią wykończył znakomitą szansę strzałem z powietrza. W efekcie Motor znowu musiał gonić, grając przecież w dziesiątkę.
Błyskawicznie było blisko wyrównania, ale ani Marek Bartos, ani van Hoeven ostatecznie nie wpakowali piłki do siatki. Gospodarze kilka razy postraszyli rywali, zwłaszcza kiedy stosowali wysoki pressing. Niestety, nie zdołali już wrócić do gry. W kolejnych fragmentach „Gieksa” mogła przećwiczyć grę z kontry, bo wyprowadziła mnóstwo szybkich ataków. Dwa z nich wykończył rezerwowy Ilia Shkurin i ostatecznie kolejny, szalony mecz na Arenie zakończył się wygraną przyjezdnych 5:2.
dziennikzachodni.pl – Siedem goli i GieKSa z pierwszą wygraną na wyjeździe
W piątek 17 października 2025 roku w meczu 12. kolejki PKO Ekstraklasy Motor Lublin z GKS-em Katowice 2:5 (2:2). Gospodarze całą drugą połowę grali w dziesiątkę, bo czerwoną kartkę dostał Jakub Łabojko. Motor przegrał pierwszy raz u siebie, a GieKSa pierwszy raz wygrała na wyjeździe.
[…] Ligowcy wrócili do gry po przerwie na mecze reprezentacji. Na pierwszy ogień poszły Motor Lublin i GKS Katowice, czyli zespoły bardzo potrzebujące punktów, w kontekście niskich miejsc w tabeli. Jedni i drudzy przed piątkowym mecze w Lublinie mieli po cztery ligowe spotkania z rzędu bez wygranej.
Do kadry meczowej GieKSy wrócił po kontuzji Dawid Kudła, ale trener Rafał Górak pozostawił między słupkami Rafała Strączka.
Goście wysoko wyszli na lublinian, stosowali mocny pressing przy rozgrywaniu piłki przez Motor, a już w 9. minucie cieszyli się z gola. Alan Czerwiński z prawej strony dośrodkował w pole karne. Tam niepilnowany Borja Galan precyzyjnym uderzeniem głową umieścił piłkę w siatce.
Katowiczanie chcieli wykorzystać zamroczenie gospodarzy po tym ciosie i dalej atakowali. W 21. minucie mieli na koncie już dwa gole. Bartosz Nowak prostopadłym podaniem znalazł Adama Zrelaka, który w polu karnym zakręcił Arkadiuszem Najemskim i piłka znalazła drogę do bramki. Okazało się, że piłka jeszcze odbiła się od ręki próbującego blokować Najemskiego i dzięki temu zmieściła się przy słupku.
Motor potrzebował pół godziny, aby wreszcie odpalić. GKS za bardzo się cofnąć i zaczęło się kotłować w polu karnym. Strączek najpierw świetnie obronił główkę Czubaka, ale w 35. minucie było już 1:2. Bartosz Wolski podawał z rzutu rożnego. Strączek walczył o piłkę z Czubakiem w polu bramkowym, nie zdołał jej wybić. Prześliznęła się po rękawicach i znalazła się w siatce. Gol został przypisany Wolskiemu, bo piłka leciała w „światło” bramki.
Lublinianie natarli z jeszcze większą pasją i Czubak uderzeniem głową dał wyrównanie, gdy piłka po ręce Strączka znów znalazła się w bramce.
Przed przerwą GKS stracił kontuzjowanego Czerwińskiego, a Motor… Jakuba Łabojkę, który dostał czerwoną kartkę za drugą żółtą.
GieKSa bardzo szybko po wznowieniu gry wróciła na prowadzenie. Goście krótko rozegrali rzut rożny. Nowak dośrodkował na drugą stronę pola karnego – pozostawiony bez opieki Adam Zrelak strzelił z woleja i piłka po koźle wpadła do bramki.
Osłabieni gospodarze próbowali znów wrócić do meczu, ale tym razem było to już o wiele trudniejsze niż w pierwszej połowie. GieKSa grała kontrowała mecz, który „zamknęła” w 72. minucie. Nowak popisał się prostopadłym podaniem, a Ilja Szkurin na wślizgu, czubkiem buta, kopnął piłkę obok bramkarza.
To była pierwsza bramka Szkurina w GKS-ie w PKO Ekstraklasie, ale szybko dołożył drugą. Tym razem podawał Sebastian Milewski i Białorusin znów pokonał Ivana Brkicia.
Szkurin mógł potem ustrzelić hat tricka, ale mając przed sobą tylko bramkarza strzelił obok słupka.
Sędzia zakończył mecz bez doliczania czasu, chyba nawet przed 90. minutą.
gol24.pl – Koncert GKS Katowice w 12. kolejce PKO Ekstraklasy. Motor Lublin rozbity w drobny mak
GKS Katowice na inauguracje 12. kolejki PKO Ekstraklasy rozbił w meczu wyjazdowym Motor Lublin aż 5:2. Ogromny wpływ na losy spotkania miała czerwona kartka Jakuba Łobojko pod koniec pierwszej połowy meczu. Po przerwie grająca w przewadze GieKSa zdominowała rywala i pewnie wygrała spotkanie.
Spotkanie w Lublinie od samego początku było niezwykle emocjonujące. Już w 9. minucie wynik spotkania na korzyść GKS Katowice otworzył Borja Galan. Hiszpan świetnie wyskoczył do dośrodkowania Alana Czerwińskiego i precyzyjnym uderzeniem głową – umieścił piłkę w siatce.
Kwadrans później popularna GieKSa zadała drugi cios. Tym razem Adam Zrelak świetnie przyjął piłkę przed polem karnym gospodarzy, chciał ograć Arkadiusza Najemskiego, ale trafił piłką w jego rękę, a ta zmyliła bramkarza i wturlała się do bramki.
Motor Lublin wziął się do odrabiania strat po upływie pół godziny gry. Najpierw w 34. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego gola kontaktowego strzelił Karol Czubak. Natomiast chwilę później ten sam napastnik świetnym uderzeniem głową doprowadził do wyrównania.
Będący na fali gospodarze sami skomplikowali sobie sprawę tuż przed przerwą. Drugą żółtą kartkę otrzymał Jakub Łobojko i pomocnik Motoru Lublin ujrzał kartonik koloru czerwonego.
– Nie weszliśmy dobrze w ten mecz, ale im dalej, tym – myślę – mieliśmy więcej kontroli. co udokumentowaliśmy dwiema bramkami. Niestety dostaliśmy czerwoną kartę kartkę i teraz musimy w drugiej połowie pokazać, że Motor jest niezniszczalny – powiedział w przerwie Karol Czubak w rozmowie z reporterem Canal+ Sport.
Grę w przewadze piłkarze GKS Katowice wykorzystali tuż po zmianie stron. W 47. minucie po kombinacyjnie rozegranym rzucie wolnym, najlepiej w „szesnastce” gospodarzy odnalazł się Adam Zrelak, który precyzyjnym uderzeniem ponownie dał prowadzenie katowiczanom.
Zdeterminowana GieKSa nieco ponad kwadrans przed końcem zadała czwarty cios. W 73. minucie wprowadzony po przerwie Ilja Szkurin sytuacyjnym prowadzeniem podwyższył prowadzenie swojej drużyny na 4:2.
Białorusin w piątkowy wieczór dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Ponownie bramkarza gospodarzy pokonał w 82. minucie, w podobny sposób – płaskim uderzeniem.
Do końca spotkania sytuacje na boisku kontrolowali przyjezdni i zasłużenie sięgnęli po efektowne zwycięstwo w Lublinie. dla GKS Katowice było to pierwsze ligowe zwycięstwo od końcówki sierpnia.
weszlo.com – Klęska Motoru. To raczej ostatni mecz Mateusza Stolarskiego
[…] Czasami jest tak, że gdy piłkarze wiedzą, co może oznaczać porażka dla ich szkoleniowca, wspinają się na swoje wyżyny i grają znacząco lepiej. Dzisiaj w Lublinie tak nie było, przynajmniej na początku. Motor wszedł w to spotkanie fatalnie, a zwłaszcza jego dwaj obrońcy – Arkadiusz Najemski i Krystian Palacz. Pierwszy gol dla gości? Zaczął się od błędu rozgrywającego 100. spotkanie dla Motoru Najemskiego, a później Bradly van Hoeven nie nadążył za Borją Galanem, który trafił do siatki.
Bramka na 0:2? Palacz już wcześniej niedokładnie podawał do przodu. Tutaj zrobił to samo, a po chwili jeszcze złamał linię spalonego. Podanie trafiło do Adama Zrelaka, który świetnie przyjął piłkę, a później, kiedy chciał zwodem ograć Najemskiego, piłka odbiła się od obrońcy Motoru i wpadła do siatki.
Kamera pokazała w tym momencie właściciela Motoru, milionera Zbigniewa Jakubasa. Mówiąc łagodnie, nie wyglądał na specjalnie zadowolonego. Trudno się dziwić: po 1:0 z Arką w pierwszej kolejce jego zespół wygrał tylko jedno z dziewięciu ligowych spotkań. A tutaj było już 0:2.
Od 30. minuty gospodarze przejęli inicjatywę, a GKS cofnął się i miał problemy z wyjściem ze swojej połowy. Rafał Strączek dobrze interweniował po strzale Karola Czubaka, ale kilka minut później bramkarz gości już się nie popisał.
Strączek nie jest przesadnie wysoki jak na golkipera – ma 187 cm. Czubak – 193 cm. Widać było, że to był opracowany schemat wykonania rzutu rożnego przez Motor – napastnik stawał na drugim słupku i w momencie wrzutki biegł w kierunku Strączka, by skakać z nim do piłki. W 34. minucie Czubak wyskoczył nieco wyżej, wykorzystując przewagę wzrostu nad bramkarzem, i piłka po dośrodkowaniu Bartosza Wolskiego i muśnięciu piłki przez napastnika wpadła do siatki.
Kontrowersja? Wydaje nam się, że bramkarz GKS-u nie był faulowany. Gospodarze po prostu sprytnie wykorzystali różnicę parametrów fizycznych. Przed przerwą mogli w identyczny sposób znów trafić do siatki – w polu bramkowym gości doszło do zamieszania, ale tym razem sędzia Tomasz Kwiatkowski odgwizdał faul. Do przerwy było jednak 2:2, bo Czubak wykorzystał jeszcze dośrodkowanie z prawej strony i zdobył bramkę głową. Strączek nie zatrzymał tego strzału, ale na jego obronę powiemy, że był mocny, został oddany z bliska i bramkarz miał wyjątkowo mało czasu na reakcję.
Całą drugą połowę gospodarze grali jednak w dziesiątkę, bo pod koniec pierwszej części gry za dwie żółte kartki z boiska (słusznie) wyleciał Jakub Łabojko. I na boisku było to widać.
Dawid Szulczek często powtarza, że gdyby miał do dyspozycji zdrowego Zrelaka, jego Warta na pewno nie spadłaby z Ekstraklasy w sezonie 2023/2024. Nie dziwią nas te słowa, bo Słowak to naprawdę przyzwoity napastnik w realiach Ekstraklasy. Dziś pokazywał to od początku spotkania, a w 47. minucie świetnie zachował się po krótkim rozegraniu rzutu rożnego, trafiając precyzyjnym strzałem do siatki.
W kolejnych minutach Motor próbował, ale brak jednego zawodnika był widoczny. Musiał być. GKS kontrolował spotkanie, utrzymywał się przy piłce i próbował strzelić czwartego gola, co udało się w końcu w 73. minucie za sprawą rezerwowego Ilji Szkurina. Białorusin dołożył później jeszcze jedno trafienie, na 5:2, a mógł nawet trzecie, ale fatalnie spudłował w sytuacji sam na sam. A już mieliśmy go wybrać najlepszym zawodnikiem spotkania…
Motor mógł się dziś podobać tylko przez końcowy kwadrans pierwszej połowy. Później próbował coś zrobić, ale w dziesiątkę było mu ciężko.
Sędzia miał dość. Mecz Motor – GKS został zakończony… przed czasem
W przedziwny sposób zakończył się mecz Motoru Lublin z GKS Katowice (2:5). Sędzia Tomasz Kwiatkowski zagwizdał po raz ostatni zanim na stadionowym zegarze wybiła 90. minuta spotkania.
Arbiter zamknął rywalizację dokładnie w 89. minucie i 34. sekundzie gry.
Oczywiście prowadząca trzema bramkami GieKSa wywalczyłaby dzisiaj trzy punkty nawet wtedy, gdyby Kwiatkowski dołożył do podstawowego czasu gry dodatkowy kwadrans, ale niecierpliwość arbitra i tak jest trudna do wytłumaczenia.
No ludzie kochani, grajmy do końca.
Chyba że sędzia chciał po prostu w ten sposób okazać litość grającemu w osłabieniu i wysoko przegrywającemu Motorowi. W takich okolicznościach się niekiedy zdarza, by arbitrzy odpuszczali sobie doliczanie czasu. Ale żeby nie doczekać nawet do 90. minuty i już chwycić za gwizdek?
Absurd.
ekstraklasa.org – Motor 2:5 GKS: Mecz dubletów
GKS Katowice pierwszy raz w tym sezonie wygrywa na wyjeździe! Pomogli mu w tym między innymi Ilja Szkurin i Bartosz Nowak, którzy rozegrali znakomite spotkanie.
W pierwszej połowie rywalizacji beniaminków z sezonu 2024/2025 zobaczyliśmy aż 4 gole. 2 z nich ustrzelił Karol Czubak. Osłabiony czerwoną kartką, którą otrzymał Jakub Łabojko, Motor nie miał jednak wiele do powiedzenia po przerwie – goście całkowicie zdominowali resztę spotkania. Swój premierowy dublet w barwach ekipy z Katowic zdobył Ilja Szkurin, zaś 2 asystami mógł pochwalić się Bartosz Nowak. Zespół trenera Rafała Góraka wywalczył pierwszy komplet punktów na wyjeździe w rozgrywkach 2025/2026 PKO Bank Polski Ekstraklasy.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze