Dołącz do nas

Siatkówka

Zaczęło się obiecująco, a skończyło kolejną porażką!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Katowiczanie przystąpili do tego spotkania z dwoma zmianami w wyjściowym składzie. Miejsce Pawła Pietraszki na środku siatki zajął Tomasz Kalembka, a na przyjęciu Serhija Kapelusa zastąpił Rafał Sobański. Ponadto w kadrze meczowej zabrakło rezerwowego rozgrywającego Macieja Fijałka, który doznał kontuzji nadgarstka i nie mógł brać udziału w spotkaniu. Nasi rywale z Lubina przystąpili do tego meczu bez zmian w wyjściowej szóstce.

 

Mecz zaczął się od pewnego ataku po skosie Quirogi, na co odpowiedział Terzić uderzeniem z drugiej linii. Już w drugiej akcji spotkania pomylił się Sobański trafiając piłką po prostej w aut, wyrównał Butryn zbiciem po bloku w aut, potem Michalski był skuteczny ze środka i tym samym odpowiedział Kohut (3:3). Fragment z błędami po obu stronach siatki i tylko Hain trafia ze środka, a Quiroga mocno po bloku w aut (6:7). Na dwa kolejne ataki Argentyńczyka (po skosie i znów po bloku rywali), odpowiedział Kaczmarek również wykorzystując ręce przeciwników (8:8). Pierwszy nasz przestój w grze zaczął się od serwisu Quirogi w aut, a potem był blok Terzicia na Butrynie, as Puparta gdy piłki nie podbił nasz libero Mariański i kontra w wykonaniu Kaczmarka po bloku w aut (8:12). Po przerwie na żądanie trenera Gruszki, skuteczną akcją na środku popisał się Kalembka, po niej Terzić trafił piłką w aut, a kontrę uderzeniem po bloku wykorzystał Butryn (11:12). Goście odpowiadają atakiem Kaczmarka po naszym bloku, a my Kohuta ze środka oraz asem Butryna i już był remis po 13. Następna seria błędów obu ekip (na zagrywce i w ataku) została przedzielona tylko blokiem Haina na Butrynie oraz mocnym uderzeniem Karola po rękach rywali po dłuższej wymianie (16:17). Od tego momentu zaczął się nasz najlepszy okres gry w całym tym meczu. Wyrównał Quiroga lekkim, plasowanym atakiem po prostej, potem była dwa z rzędu bloki Kalembki, na Michalskim i Kaczmarku (19:17). Po czasie dla gości, Butryn uderzył mocno po skosie na kontrze, a Pupart pomylił się w ataku trafiając piłką w aut (21:17), co zmusiło trenera Duflosa do wzięcia drugiej przerwy na żądanie. Dłuższą wymianę skończył skutecznie Sobański atakiem z drugiej linii i tylko Pupart zdołał na chwilę przerwać tę passą GKS-u trafiając po prostej (22:18). Potem Butryn również po prostej nie dał żadnych szans rywalom, następnie sędziowie odgwizdali lubinianom błąd dotknięcia siatki, a seta zamknął Sobański udanym blokiem (25:18). Bardzo dobra końcówka tej partii napawała optymizmem na dalszą część spotkania.

W drugi set bardzo dobrze weszli goście. Zaczął Pupart mocnym atakiem ze skrzydła, potem co prawda pomylił się w ataku Kaczmarek trafiają w aut, by następnie atakujący Cuprum uderzył znów po naszym bloku oraz lekko na kontrze i jeszcze as Puparta (1:4). Wreszcie Sobański blokując atak Terzicia zdobył punkt dla GKS-u po własnej akcji, ale Serb szybko się poprawił już w następnej akcji (2:5). Po dobrym ataku Sobańskiego po bloku i asie Butryna niwelujemy straty (4:5), ale na krótko. Kaczmarek ponownie wykorzystał nasz blok, a kontrę gości wykorzystał Terzić (4:7). Kilka akcji „punkt za punkt” zaczął Kohut blokiem na Kaczmarku, potem Hain trafił ze środka, a Quiroga uderzył mocno po prostej, Pupart trafił po rękach katowiczan, a Butryn mocno po prostej (7:9). Następnie Michalski trafił ze środka, a długa wymiana skończyła się silnym zbiciem piłki w nasz blok, po czym wpadła ona w nasze boisko (7:11). Po przerwie na żądanie dla trenera Gruszki pokazał się Kalembka trafiając ze środka oraz blokując atak Puparta, potem sędziowie pokazują dotknięcie siatki w naszym zespole, by następnie Butryn trafił mocno po skosie (10:12). Na dwa skuteczne ataki Kaczmarka (po rękach blokujących i po skosie) odpowiedział Butryn również zbiciem po skosie (11:15). Błąd podwójnego odbicia Komendy i blok Terzicia na Kohucie doprowadziły do wyniku 11:17. Na kolejny atak Terzicia po skosie, wreszcie odpowiedział zbiciem na raty Kohut (13:18). Dobry atak Butryna po rękach rywali, a potem piłka po uderzeniu Puparta nie została przebita na drugą stronę siatki, po czym Kapelus przekroczył linię ataku (14:21) i drugi time out dla Piotra Gruszki. Przypomniał o sobie Quiroga mocnym atakiem po skosie, potem mieliśmy bardzo długą wymianę z obronami z obu stron i słabymi atakami, zakończoną uderzeniem Puparta (15:22). Dobry atak Kalembki ze środka i mocny atak Kaczmarka ze skrzydła (16:23). Potem był blok Butryna na atakującym gości i serwis Karola w aut, a pierwszą piłkę setową zakończył na kontrze Hain zbiciem ze środka (17:25). Niestety ale był to slaby set w naszym wykonaniu, taki w „starym” stylu.

 

Po dziesięciominutowej przerwie zaczynamy dobrze… a właściwie to źle. Na mocny atak Butryna ze skrzydła, lubinianie odpowiadają blokiem Michalskiego na Karolu, potem Sobański trafił piłką w aut z drugiej linii, następnie był as Puparta oraz dłuższą wymianę skończył kiwką Terzić (1:4) i już trener Gruszka musiał zareagować czasem! Po przerwie Quiroga uderzył mocno po bloku w aut, Michalski trafił ze środka, a Sobański obił blok rywali i Hain zaatakował w aut (4:5). Środkowy gości szczęśliwie skorzystał z przechodzącej piłki po rękach Komendy, a Kaczmarek wykorzystał kontrę, a jakże, atakiem po naszym bloku (5:9). Wreszcie nasi siatkarze biorą sprawy w swoje ręce. Wpierw była kiwka Komendy z drugiej piłki, potem blok Kohuta na Hainie i jeszcze raz nasz środkowy wykorzystał kontrę, następnie Quiroga mocno uderzył po prostej oraz po skosie i gdyby nie nasze błędy własne to odrobilibyśmy więcej niż dwa oczka straty (10:12). W końcu dają coś od siebie goście i Pupart kiwnął w środek boiska, a w czasie ataku Kalembki ze środka, wchodzi dopiero na halę grupka kibiców z Lubina (11:13). Za sprawą mocnego ataku po skosie na kontrze Butryna oraz jego kiwki po dłuższej wymianie mieliśmy już remis po 13. Kolejny punkt Puparta po ataku z drugiej linii i jeszcze raz Karol mocno po bloku w aut. Po serii błędów własnych – trzech po naszej stronie i jednym po stronie przyjezdnych – kontrę lubinian wykorzystał Pupart trafiając po prostej, a po kolejnej długiej wymianie przypomniał o sobie Kaczmarek (15:19). Mocny atak ze skrzydła Butryna i blok Quirogi, po którym goście mieli cztery odbicia, na co odpowiedział Hain kończąc z przechodzącej piłki (17:20). Atak ze środka Kohuta oraz as Witczaka (19:20) dały nadzieję na dogonienie rywali. Niestety po time oucie dla gości, Pupart i Kaczmarek identycznymi atakami po bloku w aut (19:22) znów dali lubinianom większą przewagę. Jeszcze Karol dał nadzieję, wpierw kończąc mocnym atakiem ze skrzydła, a potem blokując atak Kaczmarka (21:22). Niestety potem Pietraszko zaserwował w siatkę, a bardzo długą wymianę znów wygrywają przeciwnicy za sprawą Puparta, a ostatni punkt zdobył Terzić przełamując nasz blok i piłka wpadła tuż za siatką (21:25). Gramy falami, a tak ciężko o korzystny wynik.

Czwartą partię zaczynamy bardzo dobrze, bo od asa Quirogi, na który co prawda odpowiedział Pupart zbiciem po naszym bloku. Ale potem mieliśmy mocny atak ze środka Kohuta, as Butryna i jeszcze raz Kohut na przechodzącej piłce, gdzie sędziowie pokazali dotknięcie siatki po stronie naszych rywali (5:2). Na blok Terzicia na Butrynie, odpowiadamy kiwką Komendy z drugiej piłki, po czym Pupart z drugiej linii, Masny z przechodzącej piłki na kontrze i as Kaczmarka dały prowadzenie gościom 6:7. Po dwóch błędach własnych z obu stron, Quiroga uderzył mocno po prostej, Kaczmarek znów obił nasz blok, potem Kalembka ze środka i mocne zbicie Butryna po rękach rywali i wciąż wynik kręcił się wokół remisu (11:11). Następnie mieliśmy bardzo mocny atak po prostej Kaczmarka i ustrzelony Komenda oraz autowe zbicie atakującego rywali (tak pokazali sędziowie), ale po challenge’u nastąpiła zmiana decyzji, bo piłka zahaczyła o linię boiska (11:13). Dobre ataki Sobańskiego w narożnik parkietu oraz mocny atak Butryna po prostej i zbicie Karola po rękach po zdecydowania najdłuższej wymianie tego meczu, przeplatamy błędami własnymi (14:15). Kolejny przestój w grze kosztował nas przegranie tej partii, jak i całego meczu. Zaczęło się od uderzenia po bloku w aut Terzicia, kontry Kaczmarka też po rękach naszych siatkarzy, potem były kolejne dwie kontry skończone przez Puparta (atakiem z drugiej linii i po złym przyjęciu zagrywki w naszym zespole) i jeszcze jedna udana kontra Kaczmarka po naszym bloku (14:20). No tak to jest, jak są problemy ze skończeniem własnych, pierwszych akcji! Tak wysokim prowadzeniem rozkojarzyli się chyba troszkę lubinianie, bo wpierw Kaczmarek zaserwował w siatkę, a potem atakujący gości trafił piłką w aut i to samo powtórzył Pupart (17:20). Czyżby gracze Cuprum mieli podać nam dłoń i zaprosić do tie-breaka? Niestety w najgorszym momencie Pietraszko zaserwował w siatkę, a później jeszcze Butryn uderzył mocno po bloku w aut, by następnie Kaczmarek zrobić to samo i kontrę skończył Pupart atakiem po skosie (18:23). Kalembka trafia ze środka, potem Butryn zawalił sprawę, nie przebijając prostej piłki na stronę rywali (19:24). Jeszcze walczymy i znów Kalembka wbija gwoździa, a potem po dłuższej wymianie Butryn zablokował atak Kaczmarka (21:24). Przy trzeciej piłce meczowej nie pomylił się już Kaczmarek uderzając po raz kolejny po naszym bloku i tym sposobem GieKSa przegrywa szóste spotkanie z rzędu! Coś niewiarygodnego!

 

17 grudnia (niedziela) – hala Szopienice – Widzów 430

GKS Katowice – Cuprum Lubin 1:3 (25:18, 17:25, 21:25, 21:25)

GKS: Komenda (2), Butryn (25), Kalembka (10), Kohut (10), Sobański (6), Quiroga (13), Mariański (libero) oraz Witczak (1), Pietraszko, Kapelus, Stelmach. Trener: Piotr Gruszka.
Cuprum: Masny (1), Kaczmarek (20), Michalski (5), Hain (6), Pupart (18), Terzić (10), Kryś (libero) oraz Gorzkiewicz, Makoś (libero). Trener: Patrick Duflos. MVP: Keith Pupart.

 

Przebieg meczu:
I: 5:4, 8:10, 15:14, 20:17, 25:18.
II: 2:5, 7:10, 11:15, 14:20, 17:25.
III: 2:5, 8:10, 14:15, 17:20, 21:25.
IV: 5:2, 9:10, 12:15, 14:20, 21:25.

 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga