Siatkówka
ZAKSA Kędzierzyn-Koźle – obronić tytuł mistrza Polski
GieKSa kolejne spotkanie rozegra w Kędzierzynie, a więc z największym faworytem do wygrania PlusLigi.
ZAKSA w poprzednim sezonie zdominowała rywalizację na ligowym podwórku, a następnie mogła znów cieszyć się tytułem mistrza Polski. W obecnej kampanii cel kędzierzynian jest taki sam, ale chyba nawet najwięksi optymiści, nie mogli przewidzieć jeszcze większej dominacji w lidze. Na obecnym etapie rozgrywek ZAKSA poniosła zaledwie dwie porażki, pierwsza u siebie z Resovią (1:3) miała miejsce w… 18 kolejce, a druga była ostatnio z ONICO (2:3) na wyjeździe. Daje to kędzierzynianom sporą przewagę 10 punktów nad wiceliderem z Bełchatowa. Imponujący bilans! Po informacji o częściowym odmłodzeniu kadry kędzierzynian, były pewne obawy co do możliwości tego zespołu w sezonie 2017/18. Jak widać po wynikach, nie było się czego bać, o czym świadczy forma siatkarzy ZAKSY oraz indywidualne statystyki.
Benjamin Toniutti to bez wątpienia najlepszy rozgrywający PlusLigi, który w klasyfikacji tych graczy ma aż 60,48% skuteczności rozegrania. Oprócz rozegrania więcej niż solidnie prezentuje się również w polu zagrywki oraz na siatce. To gracz światowej klasy i niema co do tego żadnych wątpliwości. Zmiennikiem Francuza jest dobrze nam znany Marco Falaschi, który po wyleczeniu kontuzji jest już do dyspozycji Andrei Gardiniego, więc ściągniętego awaryjnie przez sezonem Krzysztofa Bieńkowskiego postanowiono wypożyczyć do Łuczniczki Bydgoszcz.
Najwięcej obaw kibice mistrzów Polski, mieli po odejściu na pozycji atakującego Dawida Konarskiego. Po początkowym okresie aklimatyzacji w Polsce Maurice’a Torresa, z biegiem czasu jego gra wyglądała coraz lepiej i na dzień dzisiejszy Portorykańczyk jest najlepiej zagrywającym zawodnikiem zespołu (24 asy) oraz drugim graczem pod względem ilości bloków punktowych (aż 36). Torres jest obecnie na drugim miejscu w klasyfikacji na najlepszego atakującego ligi oraz ósmy w rankingu atakujących i szósty w rankingu punktujących i jeszcze na miejscu 18 wśród blokujących! Czyż można mieć lepszą laurkę w pierwszym sezonie tego gracza w PlusLidze?!
Na środku siatki królują niepodzielnie Mateusz Bieniek i Łukasz Wiśniewski, którzy zdobyli odpowiednio 194 i 166 punktów. Obaj dobrze serwują, a na siatce stanowią mur trudny do sforsowania. Wiśniewski ma na koncie aż 38 bloków (najwięcej w drużynie) i jest w tym momencie szóstym zawodnikiem w klasyfikacji na najlepszego środkowego oraz na pozycji 15 wśród blokujących. Bieniek natomiast ma też sporo punktowych bloków (31) co daje mu 27 lokatę w tej klasyfikacji. Zmiennikiem tych graczy jest Krzysztof Rejno, który jak już dostawał szansę gry, to raczej nie zawodził.
Druga gwiazda kędzierzynian to oczywiście Sam Deroo. Belg jest również siatkarzem klasowym i obecnie drugim zawodnikiem w klasyfikacji na najlepszego przyjmującego ligi. Deroo bardzo dobrze zagrywa i blokuje na siatce (32 bloki to trzeci wynik w drużynie) oraz zajmuje 23 lokatę wśród blokujących. Stara się go wspierać Rafał Buszek, ale nie jest to jakiś wybitny sezon tego doświadczonego gracza, choć na pewno jest on siatkarzem więcej niż solidnym. Dobrze pokazywał się również zmiennik Rafał Szymura, który w niedalekiej przyszłości może stać się ważną postacią tego zespołu.
Nie sposób pominąć postaci Pawła Zatorskiego. Reprezentant Polski jest najlepszy wśród przyjmujących (57,22% skuteczności w tym elemencie) oraz na drugim miejscu w klasyfikacji na najlepszego libero ligi. Zatorski jest nieocenionym siatkarzem na tej pozycji i warto mieć kogoś takiego w drużynie.
Aktualna kadra ZAKSY Kędzierzyn-Koźle
rozgrywający: Benjamin Toniutti (Francja – numer 6), Marco Falaschi (Włochy – numer 5)
atakujący: Maurice Torres (Portoryko – numer 11), Sławomir Jungiewicz (numer 8)
środkowi: Mateusz Bieniek (10), Łukasz Wiśniewski (9), Krzysztof Rejno (4), Aleksander Maziarz (17)
przyjmujący: Rafał Buszek (7), Sam Deroo (Belgia – 15), Rafał Szymura (3), Kamil Semeniuk (13), Krzysztof Zapłacki (12)
libero: Paweł Zatorski (numer 1), Korneliusz Banach (numer 18)
trener: Andrea Gardini (Włochy)
asystent trenera: Michał Chadała
trener przygotowania fizycznego: Piotr Pietrzak
fizjoterapeuta: Remigiusz Koteluk, Paweł Brandt
statystyk: Ivo Wagner
ZAKSA Spółka Akcyjna
barwy: niebiesko-biało-czerwone
data założenia: 1947 (sekcja siatkarska Chemika), 1994 (niezależny klub)
adres: ul. Mostowa 1A, 47-223 Kędzierzyn-Koźle
hala: HWS Azoty, ul. Mostowa 1 (oś. Azoty) 47-223 Kędzierzyn-Koźle
maskotka: kozioł Zaksiołek
Prezes Zarządu: Sebastian Świderski
Przewodniczący Rady Nadzorczej: Rafał Olejnik
Wiceprzewodniczący: Marcin Miemiec
Sekretarz – Paweł Polański
Członek – Kamil Bortniczuk
Członek – Jadwiga Cichoń
Członek – Zenon Maślona
Członek – Waldemar Wspaniały
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE ZAKSY Kędzierzyn-Koźle
Ilość rozegranych setów – GKS 87 – 87: Quiroga, 81: Komenda, 80: Butryn,
ZAKSA 86 – Zatorski 86, Torres 86, Toniutti 86, Bieniek 77, Deroo 69, Wiśniewski 65, Buszek 61, Jungiewicz 47, Szymura 44, Rejno 37, Semeniuk 25, Falaschi 4, Bieńkowski 0, Zapłacki 0, Maziarz 0, Banach 0,
Ilość zdobytych punktów – GKS 1355: Butryn 327, Quiroga 286, Kohut 168,
ZAKSA 1472 – Torres 360, Deroo 304, Bieniek 194, Buszek 169, Wiśniewski 166, Szymura 107, Rejno 71, Toniutti 52, Semeniuk 44, Jungiewicz 5,
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 463: Butryn 113, Quiroga 88, Kohut 56,
ZAKSA 588 – Deroo 134, Torres 125, Bieniek 75, Wiśniewski 67, Buszek 61, Szymura 46, Toniutti 40, Rejno 25, Semeniuk 12, Jungiewicz 3,
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 892: Butryn 214, Quiroga 198, Kohut 112,
ZAKSA 884 – Torres 235, Deroo 170, Bieniek 119, Buszek 108, Wiśniewski 99, Szymura 61, Rejno 46, Semeniuk 32, Toniutti 12, Jungiewicz 2,
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 505: Butryn 159, Quiroga 127, Kohut 98,
ZAKSA 775 – Torres 189, Deroo 182, Bieniek 118, Wiśniewski 114, Buszek 56, Szymura 46, Rejno 44, Toniutti 29, Semeniuk 15, Jungiewicz 0, Falaschi -1, Zatorski -17,
Ilość zagrywek – GKS 1923: Quiroga 335, Butryn 275, Pietraszko 267,
ZAKSA 2061 – Toniutti 361, Torres 350, Bieniek 294, Deroo 253, Wiśniewski 239, Buszek 231, Rejno 142, Szymura 129, Semeniuk 55, Jungiewicz 5, Falaschi 2,
Ilość błędów na zagrywce – GKS 402: Pietraszko 67, Butryn 66, Kohut 58,
ZAKSA 319 – Torres 70, Bieniek 50, Wiśniewski 42, Buszek 41, Deroo 40, Szymura 19, Rejno 19, Toniutti 18, Semeniuk 15, Jungiewicz 4, Falaschi 1,
Ilość asów serwisowych – GKS 121: Quiroga 29, Butryn 24, Pietraszko 20,
ZAKSA 129 – Torres 24, Deroo 19, Toniutti 17, Wiśniewski 17, Bieniek 16, Buszek 14, Rejno 8, Szymura 7, Semeniuk 7,
Ilość przyjęć – GKS 1630: Quiroga 577, Kapelus 384, Mariański 353,
ZAKSA 1434 – Deroo 380, Zatorski 367, Buszek 303, Szymura 250, Semeniuk 82, Bieniek 19, Wiśniewski 12, Rejno 10, Toniutti 9, Torres 2,
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 130: Quiroga 38, Kapelus 31, Mariański 29,
ZAKSA 98 – Deroo 30, Buszek 26, Zatorski 17, Szymura 11, Semeniuk 8, Bieniek 3, Torres 2, Wiśniewski 1,
Przyjęcie negatywne – GKS 340: Quiroga 115, Kapelus 87, Mariański 64,
ZAKSA 333 – Zatorski 81, Deroo 81, Buszek 71, Szymura 70, Semeniuk 18, Toniutti 6, Bieniek 3, Rejno 2, Wiśniewski 1,
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 415: Quiroga 145, Mariański 110, Kapelus 90,
ZAKSA 374 – Deroo 115, Zatorski 107, Buszek 67, Szymura 54, Semeniuk 17, Wiśniewski 6, Bieniek 5, Rejno 2, Toniutti 1,
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 25%: Witczak 100%, Butryn 50%, Stelmach 33%, Kalembka 33%,
ZAKSA 26% – Wiśniewski 50%, Deroo 30%, Zatorski 29%, Bieniek 26%, Szymura 22%, Buszek 22%, Semeniuk 21%, Rejno 20%, Toniutti 11%, Torres 0%,
Ilość ataków – GKS 2259: Butryn 593, Quiroga 559, Kapelus 337,
ZAKSA 2146 – Torres 543, Deroo 496, Buszek 316, Bieniek 240, Szymura 186, Wiśniewski 169, Rejno 87, Semeniuk 66, Toniutti 39, Jungiewicz 4,
Ilość błędów w ataku – GKS 147: Butryn 54, Quiroga 41, Kapelus 14,
ZAKSA 134 – Torres 41, Deroo 26, Buszek 20, Szymura 19, Bieniek 13, Wiśniewski 5, Rejno 4, Semeniuk 3, Toniutti 2, Jungiewicz 1,
Ilość ataków zablokowanych – GKS 171: Butryn 48, Quiroga 32, Kapelus 31,
ZAKSA 146 – Torres 58, Buszek 26, Deroo 26, Szymura 12, Bieniek 10, Rejno 4, Wiśniewski 4, Toniutti 3, Semeniuk 3,
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 1071: Butryn 283, Quiroga 241, Kapelus 137,
ZAKSA 1139 – Torres 300, Deroo 253, Bieniek 147, Buszek 139, Wiśniewski 111, Szymura 92, Rejno 47, Semeniuk 32, Toniutti 16, Jungiewicz 2,
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 47%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Kalembka 63%,
ZAKSA 53% – Wiśniewski 66%, Bieniek 61%, Torres 55%, Rejno 54%, Deroo 51%, Jungiewicz 50%, Szymura 49%, Semeniuk 48%, Buszek 44%, Toniutti 41%,
Ilość bloków punktowych – GKS 163: Pietraszko 32, Kohut 31, Komenda 25,
ZAKSA 204 – Wiśniewski 38, Torres 36, Deroo 32, Bieniek 31, Toniutti 19, Rejno 16, Buszek 16, Szymura 8, Semeniuk 5, Jungiewicz 3,
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 21: Butryn 4, Quiroga 4, Kohut 4,
ZAKSA 13 – Torres 5, Toniutti 2, Wiśniewski 2, Semeniuk 2, Szymura 1, Rejno 1,
Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – GKS (3-1) – ZAKSA (2-1);
MVP meczów – GKS 11: Komenda 4, Butryn 3,
ZAKSA 21 – Toniutti 5, Deroo 5, Torres 4, Zatorski 2, Bieniek 2, Wiśniewski 1, Szymura 1, Semeniuk 1,
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze