Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: Demolka w Katowicach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.

Piłkarze, rozegrali w sobotę spotkanie z Legionovią Legionowo w którym wygrali 3:1 (0:0). Prasówkę o tym meczu znajdziecie tutaj.

Piłkarki wygrały w meczu szóstej kolejce rozgrywek Ekstraligi, z Rolnikiem Biedrzychowice aż 9:0 (5:0).

Siatkarze w ramach przygotowań do sezonu rozegrali mecze sparingowe z VK Ostrawa oraz pokazowy z Aluronem CMC Virtu Zawiercie.

Hokeiści rozpoczęli rozgrywki ligowe od zwycięstwa z Naprzodem Janów 7:0 (3:0, 2:0, 2:0).

 

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.pl – GieKSa ma stać się gotowa do wygrywania

Marek Szczerbowski zabrał wczoraj publicznie głos po raz pierwszy w roli prezesa wielosekcyjnego GKS-u Katowice. Jak na byłego dyrektora Stadionu Śląskiego przystało, sporo mówił o infrastrukturze.

– Jeśli budowa nowego stadionu będzie przesuwana z powodów innych niż kwestie jego funkcjonalności, to mnie tu nie będzie – zapowiedział wprost.

Dziękuję władzom Katowic i radzie nadzorczej. To zaszczyt być prezesem klubu całego miasta. Jestem kibicem GKS-u, od urodzenia mieszkam na Koszutce. Chodziłem na Bukową jako kibic, a teraz przychodzi mi czynić to zawodowo – Marek Szczerbowski, prezes wielosekcyjnej GieKSy, wczoraj zabrał publicznie głos po raz pierwszy od momentu nominacji na to stanowisko, na którym – po dwumiesięcznym „bezkrólewiu” – zastąpił Marcina Janickiego.

– Od razu przepraszam i tłumaczę, dlaczego wypowiadam się dopiero po dwóch tygodniach od momentu, w którym zostałem wybrany. Chciałem być do tego jak najlepiej przygotowany, wcześniej dokonać wewnętrznej analizy funkcjonowania klubu – wyjaśniał Szczerbowski.

Podczas konferencji prasowej prezes GKS-u siedział za laptopem z przygotowaną i wyświetlaną na rzutniku prezentacją, opowiadając o swojej wizji i tym, na co poświęcił pierwszych 15 dni swojej kadencji.

– Odbyłem szereg spotkań. Trudnym, ale bardzo merytorycznym było to ze środowiskiem kibiców. Obie strony wyniosły z niego bardzo dużo. Jego konsekwencją – dzięki inicjatywie kibiców – jest zaproszenie już na najbliższy mecz z Legionovią grup zawodników oraz rodziców związanych z Akademią Młodej GieKSy i Fundacją Sportowe Katowice. Będziemy się starali budować frekwencję.

[…] Marek Szczerbowski zapowiedział, że będzie walczył o to, by klatka przy Bukowej gościła fanów rywali GKS-u tak często, jak tylko będzie to możliwe.

[…] Szczerbowski mówił, że spotkał się też z członkami Klubu Biznesu czy rodzicami dzieci z Akademii oraz Fundacji Sportowe Katowice. Jak na byłego szefa Stadionu Śląskiego przystało, sporo czasu poświęcił infrastrukturze.

[…] Pytany o cele sportowe GKS-u – nie tylko sekcji piłkarskiej, ale też hokejowej czy siatkarskiej – nowy sternik klubu z Bukowej unikał konkretów.

– Nie chcę zamykać się w mówieniu, że chcemy zająć 7., 4. czy 2. miejsce. Zamierzamy tak profesjonalizować klub, stwarzać takie warunki, by zawodnicy każdego dnia mogli stawać się lepsi niż byli wczoraj. GKS ma się stać gotowy do wygrywania. Jeśli tak będzie – cele będą się wyznaczały same. Nie jest tak, że wchodzę do szatni i mówię: „Wy musicie, wy powinniście”.

[…] Zdradzał, że miał już wpływ na czerwcowe zatrudnienie przy Bukowej trenera Rafała Góraka czy dyrektora Roberta Góralczyka, z którym – jak ujawnił – zna się już od 30 lat.

[…] Sytuację finansową podsumował krótko:

– Spółka jest stabilna. Dziękuję władzom miasta, że nas wspierają. Spotkałem w klubie wielu bardzo wartościowych ludzi, gotowych do pracy nie tylko jako pracownicy, ale osoby emocjonalnie związane z GieKSą.

[…] Dodajmy, że na stanowisko dyrektora zarządzającego GKS-u został zatrudniony Łukasz Czopik, wcześniej pracujący m.in. jako prezes Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów.

 

tylkokobiecyfutbol.pl – Demolka w Katowicach

Nie było niespodzianki. Katowicka GieKSa pewnie pokonała beniaminka z Głogówka aż 9:0. Absolutną bohaterką spotkanie była Klaudia Miłek, która bezlitośnie kąsała defensywę beniaminka i zdobyła aż pięć goli. Zwycięstwo to jest najwyższym wynikiem w historii występów katowickiej ekipy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

 

nto.pl – Rolnik Biedrzychowice-Głogówek znowu wysoko przegrał…

Kolejnej wysokiej porażki doznały piłkarki Rolnika Biedrzychowice-Głogówek. Tym razem nasze panie zostały rozbite w Katowicach przez GKS 0-9!

W dodatku objawiła się kolejna już w tym sezonie zawodniczka, która mocno śrubuje sobie dorobek strzelecki na beniaminku elity z Opolszczyzny. W tym wypadku chodzi o Klaudię Miłek, która do siatki Rolnika piłkę posłała pięciokrotnie. Mało tego: dwa razy zrobiła to zanim na boisku upłynęło 300 sekund gry. Do tego gdy po kwadransie gry na 3-0 podwyższyła Kinga Kozak stało się jasne, że przyjezdne mogą już tylko walczyć o najniższy wymiar kary. Tym bardziej, że siedem goli rywali zaaplikowały im zanim upłynęła godzina tego nierównego spotkania, a niebawem czerwoną kartkę otrzymała Magdalena Kościelniak. Nasze piłkarki jednak dzielnie walczyły o uniknięcie dwucyfrowej liczby po stronie strat i to im się znowu udało. Przynajmniej tyle…

 

sportowefakty.wp.pl – Ekstraliga Kobiet: Medyk Konin pokazał klasę. Strzelecki popis GKS-u Katowice

[…] GKS Katowice nie pozostawił najmniejszych złudzeń Rolnikowi Biedrzychowice. Beniaminek, mimo ambicji, nie sprostał narzuconym warunkom, a głównym aktorem widowiska została Klaudia Miłek. Zdobyła 5 bramek, czym zasłużyła na miano zawodniczki meczu. Koleżanki nie pozostawały jednak dla niej tłem. Cały zespół z Katowic co chwilę wypracowywał sobie okazje bramkowe, a warto podkreślić, że aż trzykrotnie powiększał rezultat z rzutu karnego.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Kolejne sparingi GKS-u Katowice

Zgrupowanie siatkarzy GKS-u w Zakopanem zakończyło się wygranym sparingiem z czeskim VK Ostrava. Zawodnicy Dariusza Daszkiewicza udali się potem do Krzeszowic, gdzie rozegrali pokazowy mecz z Aluronem CMC Virtu Zawiercie.

Siatkarze GieKSy rozegrali na koniec obozu treningowego w Zakopanem dwie towarzyskie gry z klubem z Ostrawy, w którego składzie występują Mariusz Marcyniak oraz Błażej Podleśny. – Mecz w czwartek był grany na tzw. dorzutki, to znaczy piłki były wprowadzane do gry z boku boiska, a do zdobycia punktu potrzeba było dwóch udanych akcji z rzędu. W piątek zagraliśmy już klasyczny mecz – wyjaśniał drugi trener drużyny Grzegorz Słaby. Oba spotkania zakończyły się wynikiem 4:0 dla GKS-u, w piątkowym sparingu katowiczanie wygrywali sety 25:19, 25:14, 25:15, 25:23.

[…] Dobra passa GKS-u została przerwana w Krzeszowicach, gdzie katowiccy siatkarze rozegrali w sobotę 14 września pokazowy mecz z Aluronem CMC Virtu Zawiercie. Zespół z Jury Krakowsko-Częstochowskiej wygrał spotkanie 3:1 (25:19, 24:26, 25:22, 29:27), ale w pomeczowych statystykach nie było widać większej przewagi zwycięzców nad GKS-em. Decydowały przede wszystkim ostatnie akcje setów: w drugiej partii GKS wytrzymał napór ze strony przeciwnika i wygrał 26:24, natomiast w kolejnej partii nie wykorzystał prowadzenia 16:11 i pozwolił Jurajskim Rycerzom na wygranie tej części meczu 25:22.

Równie ciekawie było w czwartej i ostatniej z zaplanowanych przez drużyny partii. Aluron CMC Virtu utrzymało wysoki poziom skuteczności w ataku, co pozwoliło wygrać zawierciańskiej ekipie 29:27. Siatkarze trenera Daszkiewicza, który dokonał aż czterech zmian w ostatnim secie, przez długi czas prowadzili godną zainteresowania walkę. W Krzeszowicach najlepiej punktujących graczem GieKSy był Jakub Jarosz (12 pkt), ponadto dobrze w ataku zaprezentowali się Jan Nowakowski i Rafał Szymura (7 i 8 pkt). Drużyna z Katowic spisała się lepiej od rywali w bloku (10:9 w tym elemencie) oraz w przyjęciu (46 do 40 procent przyjęcia pozytywnego).

Siatkarzy GKS-u czeka tydzień przygotowań w Katowicach, a już niedługo czeka ich wyjazd do Legnicy. Tam zmierzą się w dniach 21-22 września o puchar prezydenta tego miasta z Cuprum Lubin, Jastrzębskim Węglem i Asseco Resovią Rzeszów.

 

HOKEJ NA LODZIE

hokej.net – Čimžar nowym zawodnikiem GieKSy

Tadej Čimžar, zgodnie z naszymi wcześniejszymi informacjami, dołączył do GKS-u Katowice. 27-letni Słoweniec, który może występować zarówno na skrzydle, jak i na środku ataku, podpisał roczny kontrakt.

Cała dotychczasowa kariera Čimžara kręciła się wokół dwóch klubów. Rozpoczął ją w Triglav Kranj, a przez ostatnie cztery lata reprezentował barwy HDD Jesienice. W sezonie zasadniczym zajął szóste miejsce w klasyfikacji kanadyjskiej Alpejskiej Hokejowej Ligi z 22 bramkami i 33 asystami. Te liczby sprawiły, że był najskuteczniejszym Słoweńcem w lidze. Dodajmy, że w 7 meczach fazy play-off zdobył dwa gole.

27-latek wystąpił też w ostatnich Mistrzostwach Świata Dywizji IA. W pięciu meczach zdobył jednego gola.

Warto dodać, że Čimžar wystąpił w dwóch meczach: sparingowym z Re-Plast Unią Oświęcim (2:6) oraz w spotkaniu Pucharu Wyszehradzkiego z węgierskim Ferencvárosi TC.

 

Niezbędnik kibica – GKS Katowice

Nowy trener i osiemnastu nowych graczy – GKS Katowice przeszedł prawdziwą rewolucję. Czy z tej mąki będzie chleb? Na wyniki trzeba będzie poczekać, ale aspiracje w Katowicach są wysokie.

Trzecie miejsce w poprzednim sezonie zostało odebrane w kategoriach porażki. Szatnia została solidnie przewietrzona, zdecydowano się też na zmianę myśli szkoleniowej. Szefostwo klubu podziękowało za dotychczasową współpracę kanadyjskiemu trenerowi Tomowi Coolenowi, który zdobył z GieKSą po srebrny i brązowy medal i postawiło na Risto Dufvę.

W CV 56-letniego Fina można odnaleźć jedenaście lat pracy w rodzimej Liidze. Warto wspomnieć, że w sezonie 2008/2009 poprowadził JYP Jyväskylä do tytułu mistrzowskiego. Został także uznany najlepszym trenerem roku w Finlandii i otrzymał nagrodę imienia Kaleviego Numminena. Dane było mu także pracować z reprezentacja „Suomi”, ale w charakterze asystenta. Na jego szyi zawisł srebrny i brązowy medal mistrzostw świata oraz srebrny i brązowy medal igrzysk olimpijskich, które odbyły się odpowiednio w Turynie i Vancouver.

[…] Do ekipy z alei Korfantego trafiło czterech wychowanków Podhala, którzy mają na swoim koncie wiele występów w reprezentacji. Mowa tutaj o Marcinie Koluszu, Oskarze Jaśkiewiczu, Patryku Wajdzie i Mateuszu Michalskim.

Poza nimi fiński szkoleniowiec ściągnął do zespołu szwedzkiego bramkarza Robina Rahma oraz siedmiu swoich rodaków: dwóch obrońców i pięciu napastników.

O sile formacji ofensywnej powinni stanowić Jussi Makkonen i Tuukka Rajamäki. Pierwszy z nich może pochwalić się 758 meczami w fińskiej Liidze (126 bramek, 210 asyst) oraz tytułem króla strzelców, po którego sięgnął w sezonie 2008/2009. Z kolei Rajamäki był w ostatnim sezonie jednym z najlepszych napastników francuskiej Ligue Magnus.

To właśnie oni wraz ze słoweńskim atakującym Tadejem Čimžarem oraz reprezentantem Francji Teddym Da Costą mają wypełnić lukę po Patryku Wronce i Jesse Rohtli.

 

Pewne zwycięstwo „GieKSy”

Hokeiści GKSu Katowice całkowicie zdominowali drużynę Naprzodu Janów. Gieksiarze grali przez większość spotkania jak w hokejowym zamku, janowianie bardzo rzadko wychodzili z własnej tercji. Gospodarze zaaplikowali rywalom siedem bramek, nie tracąc przy tym żadnej.

[…] Pierwszego gola dla GieKSy w sezonie 2019/2020 zdobył Mateusz Michalski już w drugiej minucie meczu, w ciągu kolejnych minut na listę strzelców wpisali się także Kamil Paszek (po świetniej asyście Jaśkiewicza) i Jaakko Turtiainen, który wykorzystał szybkie podanie od Nestoriego Lähde po objechaniu bramki rywala. Brązowi medaliści ostatniej edycji PHL raz po raz szturmowali bramkę Samuela Bernarda: swoich sił próbowali choćby Makkonen, Franssila, Devečka, Pasiut czy Kolusz.

Kolejna część meczu przyniosła ożywienie ze strony gości z Janowa, którzy zamierzali wykorzystać okres gry w osłabieniu GieKSy po karach dla Teddy’ego Da Costy i Nestoriego Lähde. Drużyna gospodarzy dzięki solidnej obronie wytrzymała dwie minuty natarć przyjezdnych i uspokoiła sytuację na lodowisku. Ważnego gola na 4:0 zdobył strzałem z dalszej odległości Jussi Makkonen, a w ostatniej sekundzie tercji Filip Starzyński zdążył wepchnąć krążek do bramki Bernarda, wieńcząc tym samym długie starania GieKSy o podwyższenie prowadzenia.

Obraz gry w trzeciej części spotkania nie zmienił się zbytnio. GieKSiarze próbowali swoich sił zarówno spod linii niebieskiej, jak i z bliska, zwykle do pełni szczęścia brakowało im kilku centymetrów w lewo lub w prawo. Dopiero w 51. minucie Filip Starzyński ponownie wpisał się na listę strzelców po podaniu Da Costy. Kanonadę bramek zwieńczył Mateusz Michalski.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga