Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Koroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Koroną to już historia. GKS zdobył punkt, cenny punkt, ale teraz interesuje nas już najbliższe spotkanie – w niedziele z Termaliką. Zapraszamy do tradycyjnego post scriptum i myślimy już tylko o niedzieli.

1. Czasem na dany wyjazd jest więcej chętnych, czasem mniej. Tym razem redakcja pojawiła się na meczu w Kielcach zaledwie w 2-osobowym składzie: ja i Misiek. I jeszcze tak się złożyło, że każdy z nas chciał trochę dołożyć do weekendu i odsapnąć od codziennych trudów. Pojechaliśmy więc w różnym czasie i w różne miejsca.

2. Mój wyjazd rozpoczął się już w piątek przed południem. Ruszyłem w stronę Kielc i po dwóch godzinach byłem na miejscu. Wcześniej miałem plan, żeby zahaczyć o góry od razu, ale jako że byłem na miejscu już po 14.00, stwierdziłem, że zakwateruję się najpierw w hotelu.

3. Głód mnie jeszcze chwycił, więc musiałem przekąsić coś w hotelowej restauracji i dopiero potem pojechać na mały spacer. Padło na krem paprykowy.

4. Gdy już wychodziłem z hotelu – o jaka mnie niespodzianka złapała. Zobaczyłem w holu rozpiskę. Ale nie byle jaką rozpiskę. To była rozpiska… GKS Katowice. Okazało się bowiem, że przypadkiem zabukowałem sobie ten sam hotel co drużyna.

5. Najlepsze jest to, że znałem ten hotel już wcześniej, bo dwa lata temu nocowałem tutaj podczas Głównego Szlaku Świętokrzyskiego. Dlatego szukając noclegu w Kielcach, gdy zobaczyłem tylko, że są wolne miejsca, zabukowałem sobie pokój.

6. Pamiętam tamten czas. Właśnie w majówkę robiłem wspomniany szlak, a 4 maja po ukończeniu, przejechałem do Kielc. Tam widziałem plakaty zapraszające na mecz Korona – Piast. I myślałem sobie, ale fajnie, ale zazdroszczę. Tego dnia wieczorem – po powrocie – udałem się na mecz. Nie byle jaki. Wygraliśmy wówczas ze Stalą Rzeszów 8:0.

7. A Korona z Piastem zagra w najbliższy piątek. Wtedy dla mnie to był szczyt marzeń. Dziś to te drużyny będą się wyżynać w walce o utrzymanie, a my możemy patrzeć na to z góry tabeli. Jak się ten piłkarski świat zmienia.

8. Pojechałem więc w sobie znane miejsca w Górach Świętokrzyskich. Dla mnie też to był test, bo po 9 miesiącach ponownie udałem się w góry. W lipcu odniosłem mocną kontuzję, skręcenie stawu skokowego. Pamiętacie – w Łodzi na wyjeździe byłem o kulach itd. Od tamtego czasu nie byłem na szlaku.

9. Obecnie ta noga ani nie boli, ani też nie nazwałbym, że czuję dyskomfort, ale czuję, że coś tam się wydarzyło. Jest tam jakaś zmiana strukturalna wynikająca z urazu i gojenia. Ale mogę skakać czy biegać, a teraz w bardzo łagodnym wydaniu chciałem przetestować, czy na szlaku noga daje radę.

10. Oczywiście Góry Świętokrzyskie to bardziej pagórki niż zwykłe góry. Najwyższa Łysica ma 612 m n.p.m. więc jest to naprawdę niewielka wysokość. Samo podejście ze Świętej Katarzyny jest natomiast systematyczne, więc mogłem się sprawdzić w tym.

11. Nieco ponad pół godziny drogi od początku podejścia. Na początku myślałem, że będę puchł, bo i kondycja przez to jest nie taka, jak być powinna. Ku mojemu zdumieniu jednak, kondycyjnie poszło to bardzo sprawnie. Organizm po tak wielu miesiącach jednak pamięta ciągle wysiłek. Wiadomo, że forma jest nie taka, jak być powinna, ale też nie było tragedii.

12. A i noga kompletnie nie dawała o sobie znać w negatywnym sensie. Co daje dużo optymizmu, jeśli chodzi o powrót w góry w większym wymiarze. Bardzo mnie to cieszyło.

13. Łysica to szczyt Korony Gór Polski, najniższy i bardzo często wybierany jako pierwszy w kolejności. Ja też tak zrobiłem, gdy rozpoczynałem KGP w lutym 2017 roku. Wtedy zacząłem odkrywać góry. Do czerwca miałem już 25/28 szczytów, a całość ukończyłem we wrześniu.

14. Pamiętać oczywiście należy, że formalnie od niedawna najwyższym wierzchołkiem tej góry jest Agata (Skała Agaty), dwa metry wyższa, która znajduje się kilkaset metrów dalej. Warto ją odwiedzić, by mieć czyste sumienie.

15. Ludzi minimalnie. Ale jak szedłem te dwa lata temu w majówkę, to były dzikie tłumy. To bardzo popularne miejsce, więc się nie dziwię. Ale teraz było kameralnie.

16. Wracałem już nie szlakowo. Ścieżką, która prowadziła mnie wprost do parkingu, czyli na ukos. Bo wcześniej do Świętej Katarzyny z parkingu miałem niemal dwa kilometry. Szybko to zejście – łagodniejsze – poszło i wkrótce byłem na miejscu. Ledwie siedem kilometrów, ale to była dobra rekreacyjna wycieczka.

17. Szybko wróciłem do hotelu i pięknym widokiem był nasz autokar na parkingu. GieKSa już była na tym wyjeździe i na obrzeżach miasta mogła przygotowywać się w spokoju do meczu.

18. Ja nie jestem z tych, co to w takiej sytuacji będą się afiszować swoją osobą i szukać nie wiadomo po co kontaktu. Więc ciesząc się, że zespół jest w tym samym hotelu, uznałem że jeśli się na kogoś natknę, to miło, a jeśli nie – to spoko. Ostatecznie jedynie minąłem raz młodziaków oraz spotkałem pana Bogdana, GieKSiarskiego kierowcę, ale to już w sobotę.

19. Muszę przy tym powiedzieć, że nie wiem, czy to specyfika hotelu, czy naszej drużyny, ale jak na trzydziestu chopa, którzy zjechali się do tego obiektu było tak niesamowicie cicho i spokojnie, że nawet jakby ktoś chciał jakieś afery kręcić, to nie miałby z czego. Miałem wrażenie, że po prostu jest tu jakaś skupiona ekipa, która ma swoje zadania do wykonania, a tutaj w hotelu – ich zadaniem jest przygotowanie się do meczu.

20. Ja sam udałem się do restauracji na jedzonko, które dobrze znałem ze wspomnianego pobytu. Przy okazji oglądałem drugą połowę Zagłębie – Termalica i mogłem cieszyć się z utraty punktów przez Lubinian, bo to oni są naszym rywalem w walce o puchary.

21. Potem już w pokoju na spokojnie mecz Jaga – Górnik i tu już najpierw radość po golu Pululu, a potem niesmak po trafieniu Janickiego. No szkoda. Remis byłby dla nas lepszy. No ale może po prostu trzeba gonić Jagę?

22. Przyszedł czas na spanko. Następnego dnia czekały nas niesamowite emocje. To znaczy w założeniu miały być emocje. Jak w każdym meczu, a w ostatnich przecież ich nie brakowało.

23. No to rano śniadanie, potem chwila odpoczynku. W sumie to jak ja skończyłem śniadanie, to piłkarze niedługo mieli obiad. Jest to logistyka też z tym posiłkami, bo przecież w zależności od pory meczu trzeba to też dostosować. I tak zjeść, by po prostu było dobrze.

24. Około 12 pojechałem w okolice stadionu. Udało się wjechać na parking, ale do odbioru akredytacji było jeszcze dużo czasu. Postanowiłem więc obejść sobie stadion dookoła. Była ładna pogoda, słonecznie, grzech było nie skorzystać.

25. Tym bardziej, że z powodów zdrowotnych rok temu opuściłem mecz w Kielcach. A  byłem tu na meczu GKS zalewie raz, wiele lat temu, kiedy przegraliśmy 1:2, a gola dla naszego zespołu zdobył Bartek Iwan.

26. Dwukrotnie byłem też w Kielcach na meczach kadry. Rekordowym w historii reprezentacji Polski 10:0 z San Marino oraz towarzyskim spotkaniu zremisowanym z Finlandią 0:0.

27. Co ciekawe stadion ma wynajmowane lokale i to kompletnie różnej maści. To stomatologia, aparaty słuchowe, to diabetolog, Jest i pizzeria. I Świętokrzyski Związek Piłki Nożnej. Ogólnie bardzo różni się ten stadion od ulicy Ściegiennego i Alei Legionów. Tak jakby były to dwa różne stadiony. Spacer kontynuowałem.

28. Przy stadionie znajduje się także siedziba TVP3. Ogólnie wszystko tu jest blisko, wszystko ścieśnione. Ekipa z TVP, która chce robić materiał może sobie przejść na piechotkę.

29. Po minięciu pomnika czynu legionowego, skierowałem się z powrotem ku stadionowi. Zaczepił mnie jakiś kibic Korony i mówi „wygramy dziś, co nie”. To mu mówię, że jestem z Katowic. I coś tam sobie gadał, gadał i zaczął krzyczeć, że Górnik wygra mecz. Już mu się chyba mieszało wszystko.

30. Po drodze minąłem grajków. Którzy grali przy WDK. Była to kapela podwórkowa Scyzory, która uatrakcyjniała ten mecz przed meczem. Zawsze takie elementy miejscowego folkloru są mile widziane.

31. Doszedłem do stadionu, ale akredytacji nadal nie było. W ogóle to wcześniej byłem jeszcze w sklepiku, celem zakupienia proporczyka. Niestety w poszczególnych klubach i sklepikach w większości nie mają proporczyków, co jest trochę lipne.

32. W międzyczasie przyjechał autokar GieKSy. Przyznam, że coraz bardziej mi się podoba nasz GieKSobus. Pięknie się prezentuje na ulicach polskich miast i wjazdach na polskie stadiony.

33. No dobra, przyszły akredytacje, więc  odebrałem ją i udałem się na stadion.  Teraz czekała mnie dość skomplikowana droga na sektor prasowy. Trochę  bez sensu jest to, że ze środka stadionu trzeba iść do narożnika, by potem móc udać się na prasówkę.

34. Najpierw jednak poszedłem do pomieszczenia pracy mediów. Czas był bowiem na herbatkę. Chwilkę tam postałem i poszedłem szukać tej prasówki. A żeby na nią się dostać, trzeba było właśnie przejść pomiędzy kibicami – potem tę drogę pokonywałem jeszcze kilkukrotnie.

35. Stadion ma swoje lata. Kiedyś był pierwszym z tych nowych w Polsce. Z tą nową konstrukcją, a nie kamiennymi trybunami na wałach ziemnych. Wtedy wszyscy się obiektem Korony zachwycali. Dzisiaj jest to praktycznie najstarszy stadion z tych ekstraklasowych. Co prawda stricte starsze są choćby te w Niecieczy czy Częstochowie, ale remont był tak duży, że zmieniły się one bardzo mocno.

36. Widać to na „klatkach schodowych”. Ząb czasu sprawił, że ten stan surowy wygląda jak prehistorycznie surowy. Trochę brzydko.

37. Na prasówce przysiadłem na chwilę i w wietrze – bo przez cały mecz tam był wiatr – spokojnie mogłem ponapawać się dobrym widokiem na murawę. Herbatka została wypita, a w brzuchu burczeć zaczęło. Trzeba było więc spełnić jeden z rytuałów, czyli skosztować giętej.

38. Na szczęście mimo tego, że do meczu pozostawało jeszcze sporo, kiełbaska była dobrze wypieczona. I przede wszystkim bułka, do której został ów wuszt wsadzony, była świeża i chrupiąca. To rzadkość na stadionach. Zazwyczaj dostajemy mało świeży chleb z wora. Tutaj props za pyszną bułkę.

39. Po kiełbie spotkałem Miśka i przyjaciół redakcji, więc pogadaliśmy chwilę, a potem udaliśmy się na prasówkę. Jakiś kibic Korony ciągle nam wmawiał, że Korona to dziady.

40. Pogoda była dziwna. Bo na górze wiało i było przez to chłodno, a przy tej kiełbie, jak usiadłem w słońcu, to grzało niemiłosiernie. I bądź tu człowieku mądry. Kwiecień – plecień.

41. Koroniarzem nie zostałem…

42. Ze stadionu ładnie widać podmiejskie górki. Na przykład Telegraf, na który nawet myślałem, czy się nie udać. Ale odpuściłem. Skojarzyło mi się to ze stadionem nieopodal Monterrey, gdzie będą grane mecze Mistrzostw Świata.

43. W końcu zaczęły się obowiązki meczowe. Nagrywka, no i trwała już rozgrzewka. Tak więc zajęliśmy miejsca prasowe. Tak jak wspomniałem, widok bardzo fajny. Blaty też spoko, prąd jest. Jedynie trochę ciasno, ale bez tragedii. Średni, przyzwoity sektor prasowy. Można było działać.

44. Akustyka jest kapitalna. Bardzo dobrze było słychać liczny sektor gości, Koroniarze też mocno dali radę. Jednocześnie zarówno kibice GieKSy zaprezentowali się liczbowo i wokalnie świetnie, jak i sympatycy Korony jesienią w Katowicach na ich rekordowym wyjeździe.

45. Dodajmy do tego, że zupełnie nie ma złej krwi między kibicami obu drużyn – wręcz przeciwnie. Nawet były dwie wspólne przyśpiewki przeciw wspólnym antagonistom. Widziałem też sporo kibiców GieKSy na sektorach Korony. Nikt z tego tytułu nie robił problemów.

46. Mecz był taki sobie, dość niemrawy. Ale GieKSa strzelił bramkę, gdy Arek Jędrych dobił swój własny strzał. Pisałem już w felietonie o tym, ale to rzeczywiście było podobne do gola w Radomiu. Specyficzna sprawa.

47. Marcel Pięczek wyrównał wprawiając stadion w radość. Sam gol jakich setki w piłce, nie ma co się przyczepiać.

48. Ogólnie mogło być lepiej, mogło być gorzej. A remis okazał się sprawiedliwy. Oprócz wyniku miałem jakiś niedosyt na tym meczu. Nie wiem, czy to mój stan psychiczny, czy jakaś specyfika stadionu i tego wszystkiego, ale jakoś lekko depresyjnie było. Przyznam, że nie miałem wielkiej frajdy z tego meczu. Może te emocje z poprzednich spotkań tak wysoko podniosły poprzeczkę.

49. Po meczu nagrywka i przejście do sali konferencyjnej. Niesamowicie szybko się ta konferencja zaczęła. Zazwyczaj od włączenia dyktafonu po przyjściu na salkę do końca konfy mija ok. 40 minut. Czasem jest dużo dłużej, jak któryś  trener ma dużo pytań – po Lechu była to godzina. A teraz tylko 27 minut. Ultraszybko.

50. Szybkie więc było też obrobienie konferencji, Misiek robił galerię. Wkrótce skończyliśmy i każdy udał się w swoją stronę. Dużo dnia jeszcze było przed nami.

51. Ja pojechałem do hotelu, gdzie były pozostałości po GieKSiarskiej obecności. Ogólnie zostałem w Kielcach aż do poniedziałku. Celem był relaks i oczywiście oglądanie ekstraklasy, trzeba wiedzieć, co w trawie piszczy.

52. Dlatego wkurzałem się po golu Rakowa, cieszyłem po wyrównaniu Cracovii, klaskałem po bramce Mauridesa. Zawód sprawił bezjajeczny Motor, który bez walki oddał mecz Widzewowi. A Lech – wiadomo, jak walce przejechał się po Legii. Zremisowaliśmy przy Bułgarskiej z naprawdę mocną drużyną.

53. I tak zleciał ten długi wyjazd. W poniedziałek po śniadaniu ruszyłem do Katowic i po krótkim postoju w Pilicy po niedługim czasie byłem w Katowicach.

54. Wyniki ułożyły się tak, że odrobiliśmy punkt do Zagłębia i Wisły, a lubinian wyprzedziliśmy w tabeli. Ostatecznie należy więc tę kolejkę ocenić na plus.

55. Czekamy na Termalikę!

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Carlos

    29 kwietnia 2026 at 21:58

    Sztos, pozytywne zazdro 👍🏻

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga