Dołącz do nas

Piłka nożna

[POMECZOWO] Czas uświadomić sobie jaka jest szansa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Niedzielne spotkanie przy Bukowej zakończyło nasz maraton grania co trzy dni, GieKSa kończy te spotkania z bilansem 2-1-2 i trudno oczekiwać, że ktoś w Katowicach będzie zadowolony z tego okresu. Do środowego popołudnia wszystko układało się bardzo dobrze, GieKSa wygrywała z najgroźniejszymi rywalami, forma oraz pewność siebie rosła w górę, a i rywale grali tak, że otwierali przed naszym zespołem kolejne szanse na odskoczenie od nich.

Niestety to, co zostało w tak dobry sposób wypracowane, szybko zostało utracone. Powoli wracamy do problemu, który brutalnie zweryfikował nasze plany na awans rok temu – GieKSa w najważniejszym momencie sezonu nie potrafi przeskoczyć pewnego progu jakości, zaangażowania, poradzenia sobie z presją. Brakuje tego czegoś, co jest nieuchwytne, a co pozwoliłoby wskoczyć na poziom ciut wyżej od innych zespołów. Wydawałoby się, że po tylu sezonach w I lidze będziemy sobie potrafili z tym poradzić, ale ta drużyna po raz kolejny pokazała, że sobie z tym nie radzi i tylko zremisowała z Bytovią.

Ciężko zrozumieć i logicznie wytłumaczyć, co się stało z drużyną w przeciągu tygodnia, gdzie w prosty łatwy i przyjemny sposób ogrywa ona Chojniczankę oraz Głogów, a potem nie potrafi stworzyć klarownych sytuacji w meczach z Puszczą i Bytovią. Mecz w Niepołomicach był bardzo słaby, jeden z gorszych jakie widziałem w całej historii swego kibicowania, tam się po prostu nie czuło, że coś z tego będzie. Mecz z Bytovią miał dać odpowiedź, jak zareaguje GieKSa na porażkę i jak odpowie rywalom, którzy albo potracili punkty albo z dalszych pozycji zbliżają się do nas. Mecz odpowiedzi nie dał, a postawił jeszcze więcej pytań, na które szybko musi odpowiedzieć sobie sztab szkoleniowy oraz dyrektor Bartnik.

Najbardziej boli to, że ten próg jakości i zaangażowania jest tak śmiesznie niski, że głowa boli. Wystarczą czasem jedno – dwa dobre zagrania, by zdobyć bramkę i zaskoczyć przeciwnika, wystarczy jedno dobre dośrodkowanie z rzutu wolnego lub rożnego, by strzelić ze stałego fragmentu gry, wystarczy czasem jeden zryw indywidualny, który przyniesie bramkę. W dotychczasowych spotkaniach często właśnie na tym bazowaliśmy, tutaj nawet nie trzeba było sytuacji, by te wszystkie trzy czynniki się zazębiły w meczu, w większości przypadków wystarczył jeden.

Coś się w grze GieKSy zacięło i ciężko jednoznacznie wskazać co dokładnie. Paradoksem jest fakt, że przy pauzie Zejdlera, który niewiele dawał zespołowi, jeśli chodzi o liczby – kibice liczyli, że zmiennicy zagrają dużo lepiej i będzie to widoczne. Zagrali jeszcze gorzej, a wystawienie Cerimagica  w tym meczu okazało się dużym błędem. Niczego nie ujmując Arminowi, zastanawiamy się, gdzie była logika w tym, by wystawić zawodnika do składu. Zawodnika, który nie grał przez kontuzję, zawodnika, którego nie było nawet z drużyną na dwóch wyjazdach, zawodnika, który przez 1,5 roku w GieKSie zagrał może 2-3 dobre spotkania po czym wracał do gabinetów lekarzy. Trener Paszulewicz zaryzykował – można powiedzieć nie w swoim stylu, gdyż zwykle trzymał się żelaznych graczy i te ryzyko się nie opłaciło.  Pojawia się więc następne pytanie. Dlaczego nie ryzykujemy wpuszczenia Volasa? Zawodnika, który wie jak się strzela bramki, który mógłby nam pomóc. Do Grzegorza Goncerza nie można mieć pretensji za te spotkanie, do Wojtka Kędziory już więcej, ale czy naprawdę tego Volasa w takim meczu nie można było wpuścić na 30 minut?

Trener Paszulewicz podkreślał, że kibice chcą zaangażowania i agresji w zespole, i wtedy wybaczą słabsze wyniki, jeśli po prostu rywal będzie lepszy. Oczywiście to się zgadza Panie Trenerze tylko, że z drugiej strony kibice widzą, że przez ostatnie 15 minut GKS zamyka Bytovię na jej połowie i przeprowadza kilka groźnych ataków. Kibice widzą i pierwsze, co im się ciśnie na usta to pytanie „dlaczego tak nie grali od początku?”.

Czy to była dobra połowa w wykonaniu GieKSy? Nie była. Dobre było ostatnie 15 minut, a wcześniej to Bytovia przeważała i miała dużo lepsze sytuację do strzelenia bramki. GieKSa za późno się budzi w spotkaniach. Marnym pocieszeniem jest fakt, że rok temu takie spotkania przegrywaliśmy, a dziś zremisowaliśmy.

Przed kolejnymi meczami będzie wielkie wyczekiwanie na to, co pokaże GKS w ostatnich 6 spotkaniach. Żeby nie było tak pesymistycznie, to ciągle wszystko zależy od nas, ciągle mamy dobry terminarz, w którym zmierzymy się z 4 ostatni zespołami w tabeli oraz 2, które na wiosnę grają bardzo dobrze. Terminarz ten pozwala realnie myśleć o ekstraklasie, realnie myśleć o tym, że ostatnie spotkania GieKSa może zakończyć bez porażki z bilansem przykładowo 4-2-0. GieKSę stać na takie wyniki, ale w klubie wszyscy muszą sobie uświadomić, w jakim momencie sezonu jesteśmy i jaka jest to szansa dla klubu na awans. Punktowo rok temu byliśmy w takiej samej sytuacji, ale terminarz był gorszy. Teraz czas pokazać, że wnioski wyciągnięto, czas przekazać trenerowi, że nie można mówić, że są inne zespoły, które w tej chwili są lepsze od GKS-u.

Tabela pokazuje, że to my jesteśmy na drugim miejscu i tego się trzymajmy. Jeśli wmówimy sobie, że jesteśmy gorsi i zobaczymy, co pokażą następne spotkania, to ten awans przegramy. Warto, by wszyscy pamiętali, ile ten awans znaczy dla wszystkich związanych z klubem. Warto, by w nasze oczy przed tym awansem nie zaglądał strach.

P.s 1  Tyle było odniesień do Górnika z zeszłego sezonu, że nasuwa się kolejne. Górnik przełomowy mecz zagrał w Olsztynie, gdzie ze stanu 0:2 wygrał swoje spotkanie i rozpoczął serię wygranych. Oby to był dobry prognostyk dla GieKSy.

P.s 2  Życie pisze różne scenariusze, ale ten, który może zapisać Maciej Wierzbicki może być szczególny. Kibic GieKSy przez lata związany z klubem, przez lata w wielkim cieniu innych, nagle wchodzi do bramki w sezonie, w którym szansa na awans jest największa. Mam nadzieję, że Wierzba dopisze kolejny rozdział do tej historii i wygra nam ten awans. Zupełnie normalnym w tej zwariowanej lidze byłoby to, gdyby wygrał ten awans broniąc karnego w którymś z meczów po prawie 3 latach, gdzie tych karnych bramkarze GieKSy nie umieli obronić.

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    Arek

    30 kwietnia 2018 at 16:22

    Myślę że GieKSa Paszulewicza nie potrafi grać atakiem pozycyjnym. Mamy atuty tylko jak rozpędzi się Prokic i zablysnie na chwile Błąd. Trener Smyla w magazynie Nice 1 Liga powiedział że wystarczy GieKSe pozbawić Prokicia i Blada i GieKSa nie potrafi grać. Wygraliśmy z mocnymi rywalami bo była otwarta gra i były okazje aby skontrowac szybkim Prokiciem. Jak rywal się broni i to nas kontruja to niestety nie mamy jakości aby strzelić słabszym. Brakuje nam dobrego rozgrywającego jak Żurkowski z KSG który by pociągnął gre. Takie są fakty że brakuje nam zawodników na awans A co dopiero na Ekstraklasę.

  2. Avatar photo

    1964

    30 kwietnia 2018 at 19:32

    Szansa owszem jest ale!
    Po pierwsze-nie mamy atutów grając z teoretycznie słabszym rywalem(nie potrafimy grać ataku pozycyjnego oraz zdominować przeciwnika)
    Po drugie-gramy z rywalami którzy nie dość że mają nóż na gardle(olsztyn,grudziądz,łęczna) to jeszcze dodatkowo spinać się będą na GieKSe.
    Po trzecie-praktycznie 3 mecze derbowe tychy,chorzów,plus bielsko,wiadomo jak jest z derbami,przerabialiśmy to już nie raz
    Po czwarte-80 procent kadry GieKSy to chopy którzy w mistrzowski sposób spierdolili końcówkę zeszłego sezonu.
    Na szacunek trzeba zapracować,Macie 6 spotkań aby zyskać szacunek na lata!
    To wszystko teoria boisko zweryfikuje wszystko!Do BOJU GKS!Po MARZENIA!PO SZACUNEK!

  3. Avatar photo

    GieKSiorz

    30 kwietnia 2018 at 22:50

    Chciałbym wierzyc ze będzie awans,ale po zeszłym sezonie widze ze znowu zaczyna się piłkarski poker.potem narzekanie ze frekwencja slaba itd.,zrobcie to samo co w zeszłym sezonie to będzie 500 ludzi na meczu,cos mi się wydaje ze w tym roku już wcześniej hamujemy żeby nie było larum jak w tamtym roku.Chcialbym się mylic ale nie wierze już w żadne zapewnienia,nie przez tyle lat i chodzi o awans,stadion itd

  4. Avatar photo

    Berol

    1 maja 2018 at 03:58

    teoretycznie tego sie nie da zdupic ale nasi dadza rade bedzie z buta w ryj dadza rade….. w tym sa mistrzami

  5. Avatar photo

    artur

    1 maja 2018 at 08:48

    Paszulewiczowi też brak ambicji, już się asekuruje pokrętnymi wypowiedziami. Kolejna życiowa szansa od 11 lat na awans a tu znowu studzenie głów. Gra się o mistrza i o zwycięstwo i to trzeba wywalczyć a nie gadać głupot.Trener jest od tego, że ma wycisnąć od nich wszystko i wzbudzić wiarę, że takie miernoty potrafią się wzbić na wyżyny.

  6. Avatar photo

    Irishman

    1 maja 2018 at 09:43

    Tak Panie trenerze, „kibice chcą zaangażowania i agresji w zespole, i wtedy wybaczą słabsze wyniki”. No tylko właśnie gdzie się podziała ta agresja i zaangażowanie, którymi potrafiliśmy zdominować kolejne drużyny na początku rundy? Ja widziałem ją w niedzielę tylko u Mandrysza, który wszedł na zmianę po przerwie i rozruszał naszą prawą stronę.

    No i rację ma trener Smyła, że gramy słabiej, bo słabiej gra Błąd, a przede wszystkim Prokić. No więc czas poszukać innych rozwiązań, bo te, które Pan zaproponował zostały już rozszyfrowane. Andreja już swoje zrobił, więc czas na odpoczynek, a Adrian niech wraca na lewe skrzydło, gdzie jest znacznie lepszy.

  7. Avatar photo

    Mecza

    1 maja 2018 at 09:45

    @artur, przecież trener już wycisnął wszytsko z nich i nic więcej się nie da z tą kadrą. To nie asekuracja, brak ambicji ale brak jakości. Trener to widzi, wszyscy to widzieli. Jesteśmy za słabi piłkarsko. Tylko cud może dać nam awans. Osiągnęliśmy już szczyt możliwości (2miejsce) i ciężko będzie to utrzymać. Zimą pisałem że wejdą Chojnice a reszta otwarta. Widać że Miedź.

  8. Avatar photo

    wiesiek

    1 maja 2018 at 14:55

    Miałem w nocy piękny sen.
    Z okazji awansu Gieksy odbył sie na stadionie koncert. Zagrała METALICA i oprucz kilku swoich przebojów zaprezentowała cover polskiego przeboju „Miłość w Zakopanem Sławomira” . Kibice oszaleli i śpiewali wspólnie z zespołem. Blaszok odleciał…

  9. Avatar photo

    Pyjter

    1 maja 2018 at 15:11

    Jak już będzie ten upragniony awans to się boje co będzie dalej… Gdzie w ekstraklasie z tymi piłkarzami,przyjdą do nas odpady z innych spadkowiczów i będziemy jak ta Sandecja teraz,jeden rok i z powrotem

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga