Piłka nożna
Remis przekraczający możliwości rozumienia…
Ciężko, bardzo ciężko mi przychodzi opisywanie meczu ze Stomilem. Muszę to powiedzieć na wstępie – od wielu lat nie byłem tak rozczarowany i może nawet zdruzgotany. Nie potrafię zrozumieć, co się wydarzyło wczoraj na Bukowej.
GieKSa zremisowała mecz, którego nie miała prawa nie wygrać. I nie mówimy o założeniu przedmeczowym. Oczywistym było, że w tym spotkaniu trzeba było zgarnąć komplet punktów. Powody pisaliśmy – przede wszystkim bardzo trudny kalendarz, w którym możliwości tracenia punktów jeszcze będziemy mieli, więc taki mecz, jak z ekipą z Olsztyna był tym łatwiejszym (nie chcę słuchać głupot, że nie ma łatwych meczów) i tutaj nie było opcji na potknięcie. Trudy będą nas czekać w Sosnowcu, z Miedzią, Podbeskidziem czy nawet w Puławach.
Moje rozczarowanie wynika z braku wygranej w tym meczu w kontekście jego przebiegu. GKS Katowice grał świetnie w pierwszej połowie, oglądało się to z wielką przyjemnością. Mieliśmy ekipę z zębem, charakterem, pomysłem na grę i wieloma sytuacjami. Potrafiliśmy zagrażać rywalom zarówno z akcji, jak i stałych fragmentów gry. Stomil? Nie istniał, był tłem, zdominowanym kompletnie i bezradnym przeciwnikiem. Do tego strzeliliśmy bramkę prawie do szatni i mogliśmy z zadowoleniem czekać na drugą połowę.
Pop przerwie obraz gry nie zmienił się bardzo. To znaczy już nie było takiego szturmu GieKSy, ale nadal pełna dominacja i „kontrola”. Słowo celowo ujęte w cudzysłów, bo wiele lat zainteresowania futbolem uczy, że jest ono pustym sloganem. Stomil nadal nic, a nic nie potrafił zrobić. Od początku meczu może 2-3 razy zbliżyli się pod nasze pole karne, mieli jeden nieznaczący rzut wolny. No i nagle mają piłkę przed naszym polem karnym, Dawid Abramowicz robi dziwny wślizg i wykłada piłkę przeciwnikowi, zaraz potem Tomasz Wisio zasłania bramkę i nie robi nic, po czym odsuwa się w lewo i odsłania całą bramkę rywalowi, który spokojnie strzela gola. Ciężko było zrozumieć, jak to się stało, że w takim meczu w ogóle tracimy gola.
Ale czasu było jeszcze sporo, GieKSa wzięła się do roboty i niedługo potem po golu Kamila Jóźwiaka znów wyszliśmy na prowadzenie. Uff… wydawało się, że wyszliśmy z pewnych – wywołanych na własne życzenie – opresji. Że po raz drugi nie damy sobie zabrać prowadzenia. Niestety – fatalna strata na połowie przeciwnika, kontra, brak asekuracji, karny. I znów Rafał Kujawa, który w GieKSie był strzeleckim impotentem, po raz kolejny pokarał nas na Bukowej.
Od tego momentu zaczęło się dziać bardzo źle. Nagle wróciliśmy do złych momentów z jesieni, z niektórych meczów (np. ze Stalą Mielec). Nasi zawodnicy zaczęli robić proste błędy techniczne, grać nerwowo i to oni okazali się bezradni. Nie potrafiliśmy stworzyć groźnej sytuacji, jakość gry spadła o dwa poziomy. Na domiar złego Stomil uwierzył w siebie i zaczął grać w piłkę, zaczął grać tak jak my wcześniej. I to jest paradoks, bo oni zasłużyli na zdobycie trzeciej bramki. Zasłużyli na nią bardziej niż na zdobycie dwóch pierwszych. Na szczęście my mieliśmy Spidermana w bramce, Mateusza Abramowicza, który z taką formą w ekstraklasie pukałby do bram reprezentacji. Mateusz gra wybornie, znakomicie i chyba nikt nie spodziewał się, że przewidziany do roli zmiennika golkiper będzie spisywał się tak świetnie. Gdyby nie on – przegralibyśmy.
Naprawdę trudne do wytłumaczenia to wszystko. Gramy, ciśniemy, pokazujemy kawałek dobrej piłki, a rywal raz z doskoku przyatakował i zdobył gola, potem to powtórzył.
Oczywiście, że zadecydowały błędy indywidualne, ale to żadne wytłumaczenie. Abramowicz zrobił to, co jesienią, czyli zaliczył poważną wpadkę, która wówczas uchodziła mu na sucho, tym razem zakończyła się golem. Wisio – nie wiem o czym myślał, ale pomógł rywalowi swoim zachowaniem w podjęciu decyzji. Może drugi gol był błędem bardziej zespołowym, bo stracić piłkę można, ale musi być asekuracja. Tej zabrakło. Nie winiłbym Alana za karnego, takie rzeczy akurat w piłce się zdarzają i są sytuacyjne. Szkoda tylko, wielka szkoda, że wykartkował się z meczu w Sosnowcu i będzie to dla nas duże osłabienie.
Więc co zaważyło na braku wygranej? Wspomniane pojedyncze błędy w obronie, ale jeszcze jedna rzecz, która jest naszym wielkim problemem. Otóż GieKSa w żadnym z dotychczasowych 21 meczów nie strzeliła w lidze więcej niż 2 bramek. Mało tego – także w 9 zimowych sparingach nie potrafiliśmy choćby raz trzykrotnie trafić do siatki. Można powiedzieć, że przy takiej statystyce to cud, że nadal jesteśmy głównym faworytem walki o awans.
30 meczów bez 3 goli w jednym meczu. Wyobrażacie sobie to? To chyba jakiś światowy rekord drużyny, która jest w czubie tabeli.
Wczoraj okazja do tego, by w końcu trzy razy trafić do siatki, była wyśmienita. Rywal słaby, GieKSa w gazie, z wieloma sytuacjami. Nie wiadomo, na czym to polega – czy to jakaś blokada psychiczna? Czy może nasi zawodnicy mają taki przełącznik w głowie, że jak trafiają dwa razy to już myślą, że są najlepsi na świecie i obniża im się koncentracja i zapał? jest to jakaś kwestia mentalna, do poprawienia. Bo GKS nie jest tak słabym zespołem, żeby raz na rok trzech goli nie strzelić.
Dodam tylko, że pisaliśmy o tym w pojesiennych podsumowaniach – z taką ofensywną statystyką będzie wielki problem, gdy rywal nam strzeli jedną, lub nie daj Boże dwie bramki. Potwierdziło się to i w Chojnicach, i ze Stomilem. Pisaliśmy też, że drugiej tak kapitalnej rundy w defensywie GKS nie zagra i w związku z tym ofensywni piłkarze również muszą dać z siebie więcej – i tu również mieliśmy rację, bo nasza obrona jak na razie spisuje się kiepsko.
Fajnie, że strzeliliśmy po dwie bramki w meczu, ale to za mało. Przy takiej ilości sytuacji i naprawdę dobrej grze – trzeba mieć instynkt wykończenia rywala. Tego nam zdecydowanie zabrakło.
Co do kwestii optymizmu na przyszłość, to trochę mieszane można mieć odczucia. GKS pokazał duży potencjał, gra była przez długi czas lepsza niż jesienią. Ta pewność w pierwszej połowie była widoczna gołym okiem, energia była niesamowita. Z drugiej strony bezradność po utracie drugiego gola powalała. Trudno być optymistą/pesymistą, bo tak naprawdę wszystko teraz zależy od zbalansowania tego, ale w taki sposób, by tych pierwszych momentów było więcej i były one dłuższe podczas trwania meczu. Na podstawie tych dwóch spotkań można mieć pewność, że popracować należy nad głową piłkarzy. Czysto piłkarsko i taktycznie robota jest bardzo dobrze wykonywana przez trenera i w wielu momentach realizowana przez zawodników. Teraz grunt, by nie naciskać w trakcie meczu na przycisk „wyłącz”. Jeśli ten guzik na czas meczu zaplombujemy, wyrwiemy i wyrzucimy do kosza, GieKSa ze swoimi umiejętnościami i planem, jest w stanie wygrać każdy mecz.
Jak napisałem na wstępie, żaden mecz mnie tak nie rozczarował. Ktoś pyta, a Zagłębie w poprzednim sezonie? Tak, owszem, objęliśmy prowadzenie w 81. minucie i przegraliśmy, ale Zagłębie grało bardzo dobrze i potrafiło nas zdominować. A Okocimski? Tutaj inna sprawa, po prostu graliśmy żenująco słabo.
Tutaj było inaczej, graliśmy bardzo dobrze i właśnie z taką grą nie mieliśmy prawa oddać punktów. Stąd ten żal, że nie udało się wygrać.
OK, ale mecz ze Stomilem za nami. Punktów bardzo żal, bo każde oczko się liczy w walce o awans. Trzeba teraz walczyć o zdobycze w kolejnych meczach, przed nami mega ważne spotkanie z Zagłębiem Sosnowiec. Po dwóch remisach czas w końcu walczyć o pełną pulę. GieKSę stać na zwycięstwo na Stadionie Ludowym i jeśli trener popracuje nad głowami naszych zawodników, możemy w piątek cieszyć się z trzech punktów.
Za ten mecz należy się naszym zawodnikom spora krytyka ze względu na wynik, ale też potrafimy docenić i doceniamy poziom czysto piłkarski, który zaprezentowali – oby tak dalej, a po wyeliminowaniu błędów wyniki będą nas zadowalać. Bardzo cieszy postawa kibiców, którzy po meczu wsparli zawodników, cała GieKSa razem! Piłkarze – zróbcie to dla tych kibiców, którzy znów idiotyczną decyzją człowieka na stołku nie będą mogli oglądać was na żywo – wygrajcie w Sosnowcu!
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Zreľáka i Szkurina brałbym w ciemno
Mimo że wciąż wracamy myślami do czwartkowego zwycięstwa z MŠK Žilina, które odbiło się szerokim echem w mediach sportowych, to naszą uwagę przykuwa już ligowy pojedynek z Radomiakiem. Zarówno my, jak i nasz rywal, otwieraliśmy sezon meczem z beniaminkiem z Krakowa, jednak to Zieloni spisali się lepiej, pokonując u siebie Wieczystą. Teraz z dużymi oczekiwaniami przyjeżdżają do Katowic. Jak dobrze przygotowani są do sezonu? Gdzie szukać ich mocnych i słabych stron? Zapytaliśmy Rafała Jończyka z „Pod Gołębnikiem”.
Cieszę się, że znowu możemy się spotkać przy okazji naszego meczu w Ekstraklasie, choć w sytuacji, gdy niemal pół ligi było zagrożone spadkiem, także i Radomiak długo nie mógł być pewny utrzymania. Jak wspominasz ubiegły sezon, a szczególnie jego końcówkę?
Cały ubiegły sezon był dla nas niczym rollercoaster. Dużo się działo, niekoniecznie dobrych rzeczy, zwłaszcza w rundzie wiosennej. Sytuacja pozaboiskowa odbijała się na formie sportowej drużyny i nie ukrywam, że po meczach z Piastem i Zagłębiem pojawiły się obawy. Gra wyglądała fatalnie, zwłaszcza w Gliwicach pod wodzą Kiko Ramireza. Ucieszyłem się, gdy zastąpił go Bruno Baltazar, bo bardzo dobrze wspominam jego pierwszy pobyt w Radomiu. Złapał on serię trzech zwycięstw, co oddaliło od nas widmo spadku. Zagraliśmy bardzo emocjonujący mecz u siebie z Widzewem, okraszony zwycięską bramką Luquinhasa w doliczonym czasie gry. Dzięki temu sama końcówka sezonu była już spokojna, ale był taki moment, że obawy o ligowy byt były duże. Udało się jednak go zapewnić na trzy kolejki przed końcem. Mimo ostatnich porażek z mistrzem i wicemistrzem Polski dziesiąte miejsce uznaję za bardzo dobry wynik.
Chciałem ci pogratulować, bo dokładnie taką pozycję Radomiaka typowałeś przy okazji naszej ostatniej rozmowy. Patrząc na obraz całego sezonu możecie być w pełni zadowoleni z takiego zakończenia?
W pewnym momencie wydawało się, że uda się wycisnąć więcej, bo jedno czy dwa zwycięstwa pozwalały podłączyć się do gry o pierwszą szóstkę. Były mecze, po których tych punktów powinno było być więcej, ale ostatecznie uważam, że dziesiąte miejsce dobrze oddaje możliwości Radomiaka, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym.
Do nowego sezonu Zieloni przystępują nieco odmienieni. Podstawowa zmiana to trener, który o ile mi wiadomo, doskonale mówi po niemiecku, ale w odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie zna portugalskiego. Widać już jego pomysł na zespół?
Z trenerem Tomaszem Kaczmarkiem komunikacja jest bardzo dobra, co nie jest bez znaczenia z dziennikarskiego punktu widzenia. Do pierwszych ocen pracy sportowej będzie można się przymierzać po 4-5 meczach o stawkę, bo sparingi, mimo że prawie wszystkie przegrane, nie są do tego odpowiednią miarą. Wielu kibiców krytykowało zespół patrząc na same wyniki, ja natomiast byłem na prawie wszystkich sparingach i widziałem, że praktycznie ani razu nie graliśmy optymalnym składem. Trener testował różne rozwiązania, nie mając do dyspozycji wszystkich zawodników, bo niektórzy dołączyli do zespołu później. Postawa zespołu w najbliższych meczach pozwoli nam powiedzieć więcej o pracy Tomasza Kaczmarka.
Nietypowo dla Radomiaka, na liście transferów przychodzących jest zadziwiająco wiele polskich nazwisk. Pewien trend się odwraca?
Radomiak jest postrzegany jako zespół typu „multikulti”, ale już od jakiegoś czasu zarząd szuka lepszego balansu w szatni pomiędzy Polakami i zawodnikami z zagranicy. Pozyskani w tym okienku gracze wydają się ciekawymi wzmocnieniami. Kryspin Szcześniak zaliczył bardzo dobre wejście, z Wieczystą był jednym z najlepszych zawodników i z miejsca wywalczył sobie pierwszy skład. Podoba mi się również transfer Kacpra Karaska, pozyskanego z Motoru. Liczę, że ten zawodnik da nam w tym sezonie trochę radości. Rywalizacja na jego pozycji jest dość duża, a dzisiaj pierwszym wyborem trenera jest Abdoul Tapsoba, natomiast Kacper z pewnością podniesie poziom rywalizacji.
Mimo to nadal sukcesywnie przeczesujecie południowe rynki w poszukiwaniu wzmocnień. Niedawno ogłoszono transfer Ronaldo za rekordową dla Radomiaka kwotę. Brzmi imponująco.
Ronaldo Lumungo Afonso to skrzydłowy, który został już zgłoszony do rozgrywek, więc jest szansa, że zadebiutuje w niedzielę. Na przedmeczowej konferencji trener Kaczmarek przyznał, że ma jeszcze dwa znaki zapytania w kadrze i sądzę, że jednym z nich jest właśnie Ronaldo. Tego zawodnika cechuje przede wszystkim szybkość, w zeszłym sezonie zanotował po pięć bramek i asyst w drugiej lidze portugalskiej, strzelonych wprawdzie rywalom z dołu tabeli, jednak jeśli przypomnimy sobie, że Capita przed transferem do Radomia również nie imponował liczbami, to możemy się spodziewać podobnej historii w przypadku Ronaldo. Sztab widzi w nim potencjał i talent do oszlifowania.
Wspomniałeś Capitę, którego żegnaliście przed wiosennym meczem z GieKSą. Bartek Jędrzejczak z twojej redakcji mówił wtedy, że dziurę po nim trudno będzie załatać. Udało się to zrobić w tym okienku?
W końcówce ubiegłego sezonu brak Capity był odczuwalny, chwilami nawet bardzo. Na ten moment nie mamy zawodnika o podobnej charakterystyce, a nie widzieliśmy jeszcze w akcji Ronaldo Lumungo. Potrzebujemy zawodnika z odpowiednim przyspieszeniem, który mógłby niepokoić rywali kontratakami i szybkimi wyjściami za linię obrony. W okresie przygotowawczym wpadł mi w oko Ché Nunnely, nowy nabytek, u którego widać potencjał, umiejętność dryblingu i szybkość, która powinna cechować naszych skrzydłowych. Uważam, że w przyszłości może rozwinąć się na tyle, że będzie wzbudzał zainteresowanie klubów zagranicznych.
Jakkolwiek nie byłaby montowana kadra Radomiaka, to kiedy trzeba dać coś ekstra, to na posterunku jest „Joao” Grzesik, wybrany zawodnikiem pierwszej kolejki Ekstraklasy. Jesienią dyskutowaliśmy o jego szansach na powołanie do kadry, którego ostatecznie się nie doczekał. Jaka jest dziś jego rola w Radomiu?
Wygląda na to, że Jankowi służy gra na skrzydle – najlepsze liczby osiągał i największe zainteresowanie mediów w kontekście kadry wzbudzał grając właśnie w pomocy. Runda wiosenna była w jego wykonaniu nieco słabsza, bo znów wrócił do gry w obronie, raz prawej, a raz lewej. Z Wieczystą znowu zagrał w drugiej linii, zaliczając bramkę i asystę. Wydaje się więc, że przekwalifikowanie go na pomocnika jest korzyścią dla drużyny, zwłaszcza że mamy dobrze obsadzone boki obrony w postaci Zié Ouattary i Conrado. Janek będzie więc mógł eksponować swoje walory ofensywne i liczę, że w tym sezonie jeszcze wiele bramek i asyst zaliczy.
Wspomniałeś już, że nie warto analizować wyników sparingów. Możemy się jednak bliżej przyjrzeć ligowemu meczowi z beniaminkiem z Krakowa. Wydaje się, że było to łatwe i spokojne zwycięstwo.
Widzę jeszcze kilka elementów do poprawy, zwłaszcza w obronie, ale wygląda na to, że klaruje się pierwsza jedenastka, która będzie w stanie skutecznie rywalizować w Ekstraklasie. Luquinhas będzie raczej grał wyżej, na pozycji 8 lub 10, a gdy skrzydła złapią optymalną formę, to będą mocne. W meczu z Wieczystą nasza gra wyglądała naprawdę przyzwoicie i nie pozwoliliśmy rywalom na wiele. Jeśli w kolejnych meczach będziemy prezentować się podobnie, to powtórka z ubiegłego sezonu jest bardzo prawdopodobna, a okolice 10 miejsca będą spokojnie w naszym zasięgu. Każde miejsce powyżej znów ocenię jako bardzo dobry wynik.
Wasz pierwszy rywal skupia na sobie uwagę mediów i kibiców, bo potencjał, zwłaszcza finansowy, jest tam ogromny. Czy równie mocni okażą się sportowo? Przed tygodniem to Radomiak zagrał tak dobrze czy Wieczysta tak słabo?
Rywale zaprezentowali się dobrze z przodu, problemy pojawiały się natomiast przede wszystkim w środku obrony. Czeka ich sporo pracy nad defensywą – jeśli to poprawią, to niejednemu w lidze urwą punkty. Uważam, że ten sezon będzie podobny do zeszłorocznego i sporo drużyn będzie zamieszanych w walkę o utrzymanie, a Wieczystą zaliczam do zespołów, które raczej się utrzymają, ale będą w tej grupie i na razie ligi nie zawojują.
Obok Bruk-Betu i Motoru Radomiak był ekipą, z którą w ubiegłym sezonie wygraliśmy oba mecze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Mecz w Katowicach był bardzo emocjonujący, nawet dla postronnych widzów. Spotkanie mogło się podobać, nam wprawdzie mniej, bo przegraliśmy 2:3, ale oglądaliśmy kilka bardzo ładnych bramek z obu stron. Z kolei w rewanżu mieliśmy ogromny niedosyt po porażce 0:1. Z przebiegu meczu byliśmy mimo wszystko drużyną lepszą, jeśli nie na tyle by wygrać, to przynajmniej nie przegrać. Dość nieszczęśliwa porażka po bramce Arkadiusza Jędrycha, który dobijał swój własny strzał.
Mam wrażenie, że w tamtym okresie sami wytrącaliście sobie z ręki atuty, bo na takiej nawierzchni po prostu nie da się grać kombinacyjnie w piłkę. Z tego też powodu byliśmy świadkami afery, po której z funkcji trenera zrezygnował Gonçalo Feio.
Nie chcę już do tego wracać, bo wszyscy w Radomiu chcemy zostawić za sobą wszystkie te negatywne, pozasportowe sprawy z ostatniego półrocza. Chcemy wreszcie oczyścić atmosferę po tamtych wydarzeniach i w nowy sezon wchodzić z wyczyszczonymi głowami. Trener Feio jesienią zdobył dla Radomiaka kilka cennych punktów, wiosna była już zdecydowanie słabsza. Po meczu z Katowicami doszło do szeroko opisywanego incydentu pomiędzy trenerem i radnym Dariuszem Wójcikiem, po którym trener pożegnał się z Radomiem. Pozostaje życzyć mu powodzenia w dalszej pracy i zostawić już ten temat za sobą.
Jedna rzecz łączy GieKSę i Radomiaka – u siebie wyglądamy zdecydowanie lepiej niż na wyjazdach. Nasze ostatnie zwycięstwo w delegacji przypadło właśnie na Radom, stąd cieszę się, że w niedzielę spotkamy się przy Nowej Bukowej. A Ty czego spodziewasz się po GieKSie, patrząc przez pryzmat dotychczas rozegranych przez nas spotkań?
GKS wygląda coraz lepiej z meczu na mecz. Druga połowa rewanżu z Žiliną mogła się podobać, a mnie szczególnie rzuciła się w oczy dobra gra Bartka Wolskiego. Ponadto uważam, że zdecydowana przewaga GKS-u nad Radomiakiem leży w linii ataku – Adam Zreľák i Ilja Szkurin z dobrej strony pokazali się w czwartek, dając jakość z przodu. Moim zdaniem w Radomiu potrzebujemy napastnika na tym poziomie, choć wiem, że zarząd i sztab mają na ten temat inne spojrzenie.
To ciekawe, bo akurat linia ataku jest najmocniej dyskutowaną formacją w Katowicach i wielu kibiców domaga się wzmocnień na tej pozycji.
W ciemno wziąłbym wymianę Zreľáka i Szkurina na dwóch dowolnych napastników z naszej kadry. Na dobrego napastnika trzeba zabezpieczyć niemałe pieniądze, zarówno na transfer, jak i wynagrodzenie. Radomiak obraca się w takich realiach finansowych, że bazuje na zawodnikach darmowych, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Nawet takim zawodnikom trzeba jednak proponować odpowiednio wysokie stawki, aby przekonać ich do gry w Radomiu. Liczba napastników dostępnych dla nas jest więc ograniczona.
Trener Kaczmarek z uznaniem wypowiadał się o rosnącej formie GieKSy. Jaki twoim zdaniem mecz zobaczymy w niedzielę przy Nowej Bukowej?
Zwycięstwa takie jak z Žiliną budują pewność siebie i atmosferę. Tomasz Kaczmarek zwrócił też uwagę, że dwa mecze o stawkę więcej po stronie GKS-u na tym etapie sezonu nie są problemem, a wręcz atutem, bo jest więcej okazji na zgranie poszczególnych formacji. Mimo to myślę, że będzie to wyrównane, otwarte spotkanie, podobne do jesiennego meczu w Katowicach. Widzę formę zwyżkową w Radomiu, więc uważam, że nie przegramy, a po cichu liczę nawet na zwycięstwo. Łatwo jednak nie będzie i nawet jeśli przegramy, to nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Faworytem tego meczu jest GKS.
Jaki wynik obstawiasz w niedzielę?
Jestem przekonany, że padną bramki, a remis 1:1 lub 2:2 nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Sercem typuję jednak zwycięstwo Radomiaka 2:1.
Felietony Piłka nożna
Sierp i młot
O ile w drugiej rundzie przyszło nam się zmierzyć z geograficznym sąsiadem, to teraz trafiamy na rywala terytorialnie mocno egzotycznego. Choćby dlatego, że Izrael jest krajem azjatyckim, położonym na Bliskim Wschodzie. Katowiczanie będą więc mierzyli się z zespołem z innego kontynentu, z kraju targanego kontrowersjami i polityką, którego również historia piłkarska jest nierozerwalnie związana z zawirowaniami tej części świata.
Izrael był członkiem Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku. W 1964 drużyna narodowa sięgnęła nawet po Puchar Azji, kiedy to na swoich boiskach w czterozespołowym turnieju – format grupy i trzy mecze – pokonała Indie, Koreę Południową i Hong Kong. W 1970 roku Izrael awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku, gdzie przegrał z Urugwajem, ale za to zremisował ze Szwecją i Włochami. Drużyna spod znaku Gwiazdy Dawida była jedynym przedstawicielem Azji na tym Mundialu.
Narastały jednak napięcia na kontynencie. Uczestnictwo Izraela w azjatyckiej piłce nie było w smak innym państwom, głównie arabskim i muzułmańskim. Inne kraje bojkotowały rywalizację z Izraelem i mecze po prostu się nie odbywały. Na początku lat 70. otwarcie domagano się wykluczenia Izraela ze struktur azjatyckich. W końcu pod wpływek nacisków w 1974 formalnie wykluczono ten kraj ze struktur kontynentalnej federacji.
Izrael musiał szukać piłkarskiego miejsca dla siebie, choć tak naprawdę już wcześniej zdarzało mu się grać choć w eliminacjach strefy UEFA. W każdym razie już wkrótce grywali raz to w Europie, a na dłuższy czas zagościli w Oceanii. Było to o tyle problematyczne, że rywalizując z Australią i Nową Zelandią mogli co prawda jeszcze wygrywać, ale w barażu interkontynentalnym, a taki grali z Kolumbią, musieli uznać – choć minimalnie – wyższość rywala.
W związku z tymi niekomfortowymi okolicznościami, Izrael starał się o przyjęcie do UEFA i w 1994 roku stał się pełnoprawnym członkiem europejskiej federacji. Izrael od tamtego czasu jest więc od egidą UEFA, ale protesty istnieją nadal, trzy lata temu w związku z zaognieniem konfliktu w Strefie Gazy, dwanaście federacji piłkarskich wystosowało do FIFA oficjalne pisma o wykluczenie Izraelu z rozgrywek piłkarskich, jednak światowa federacja umywała ręce i permanentnie „bada sprawę”.
Kluby w UEFA swoje mecze natomiast zaczęły grać już od 1992. Choć to też nie do końca jest prawda, bo w latach 1976-1994 zespoły z Izraela występowały w Pucharze Intertoto, pamiętnym tzw. Pucharze Lata, który w swoim logu miał znane miłośnikom bukmacherki „1X2”. Drużyny z Bliskiego Wschodu mierzyły się choćby z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków. W bardziej „poważnych rozgrywkach” izraelskie kluby zaczęły grać w 1992 i występują tam do dziś. Maccabi Tel Awiw, Hapoel Tel Awiw i Maccabi Hajfa potrafiły grać w Lidze Mistrzów, z czego ten ostatni klub trzykrotnie.
Samo to pokazuje, że zespoły z Izraela mają na polu Champions Leauge większe sukcesy niż polskie. Ale nawet patrząc na bezpośrednie potyczki w XXI wieku to Izraelczycy byli minimalnie lepsi. Legia Warszawa grała w Lidze Europy z Hapoelem Tel Awiw i wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe poległa 0:2. Śląsk Wrocław po wygranej 2:1 u siebie, w Petach Tikwie z Hapoelem Beer Szewa poniósł klęskę 0:4. W końcu rok temu Raków przy Limanowskiego uległ 0:1 Maccabi Hajfa, by na Węgrzech odrobić stratę i wygrać 2:0.
W obecnym sezonie Hapoel Beer Szewa nadal jest w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, gdzie po wygranej z Vikingurem zmierzy się z Crveną Zvezdą. W Lidze Europy Maccabi Tel Awiw wygrał 1:0 i aż 5:0 z Sheriffem Tiraspol i zagra dalej z CSKA Sofia. No i w Lidze Konferencji Beitar Jerozolima wygrał na wyjeździe 1:0 z AEK Larnaka, u siebie przegrał 2:3, ale awansował po karnych i w kolejnej rundzie zmierzy się z Austrią Wiedeń. Hapoel Tel Awiw – jak wiemy – wyeliminował Łudogorec Razgrad i zagra z GKS Katowice. Samo to zestawienie pokazuje, że na tym poziomie izraelski futbol klubowy jest mocny. Drużyny przeszły swoich rywali i to wcale nie uznawanych za słabeuszy. Spacerkiem więc dla kogokolwiek rywalizacja z drużynami z tego kraju nie jest.
Pamiętajmy przy tym, że powiedzenie samego „Hapoel” czy „Maccabi” nie wystarcza do zidentyfikowania klubu. W poprzednim sezonie Hapoelów w lidze było pięć, a klubów o nazwie Maccabi cztery. To i tak mało, bo w dawniejszych czasach 90 procent drużyn w lidze miało jedną z tych dwóch nazw – które to kluby próbował pogodzić (choć to słowo średnio tu pasuje) Beitar Jerozolima.
Nas oczywiście interesuje Hapoel Tel Awiw. Hapoel, czyli „robotnik”, co wywodzi się z tradycji, socjalistycznej tradycji wielu tego typu klubów. W czerwonym herbie zresztą ma on zawarty sierp i młot, jest także sylwetka właśnie robotnika, rodem wyjętego z piosenki „Wstawaj” polskiego zespołu Proletaryat. Hapoel i jego kibice zresztą nie odżegnują się od tych tradycji, dumnie prezentując symboliczne emblematy. Radykalne grupy kibicowskie otwarcie manifestują swoje skrajnie lewicowe poglądy. Wprost na swoich oprawach umieszczali wizerunki komunistycznych ikon jak Karol Marks czy Che Guevarra.
Klub został założony po raz pierwszy w 1923 roku, ale potem był rozwiązywany i ponownie zakładany. Należał do większej organizacji zwanej Hapoel, czyli jakoby związku sportowego, który z kolei wchodził w ramy Histadrutu, czyli związku zawodowego powstałego dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Po powstaniu niepodległego państwa w 1948 organizacja ta ze swoim socjalistycznym zacięciem stała się największym związkiem zawodowym w Izraelu. Zresztą w latach przedwojennych kluby pod egidą Maccabi czy Hapoel funkcjonowały także w Polsce.
W 1928 roku Hapoel Tel Awiw zdobył Puchar Palestyny, choć po proteście rywali z Maccabi Hasmonean Jerozolima dotyczącym gry nieuprawnionego zawodnika, trofeum zostało podzielone pomiędzy te dwa kluby. W 1934 roku zespół zdobył dublet wygrywając ligę i puchar, a w lidze wygrał wszystkie 14 meczów. Z racji nieistniejącego jeszcze wówczas niepodległego państwa, rozgrywki były prowadzone w tamach Brytyjskiego Mandatu Palestyny – gdzie już wtedy o wpływy walczyli Żydzi i Arabowie, którzy chcieli zdominować terytorium i utworzyć swoje państwo.
Napięta sytuacja powodowała, że Hapoel w sezonach 1934/35 i 1938/39 mimo prowadzenia w lidze nie zostawał mistrzem, ponieważ rozgrywki były przerywane. W pierwszym przypadku przerwa nastąpiła poprzez nieporozumienia na linii Hapoel (związek) i Maccabi World Union, czyli żydowską organizację sportową zrzeszającą członków z całego świata. Maccabi organizowało wówczas swoje „igrzyska” i weszło to w paradę z ligą. Były też poza tym spory polityczne i walka o władzę oraz pieniądze. W sezonie 1938/39 grano najpierw w 1938, jednak nasiliły się działania Wielkiego Powstania Arabskiego, w którym palestyńscy Arabowie sprzeciwiali się brytyjskim wpływom i masowej imigracji Żydów, więc doszło do reorganizacji rozgrywek. Postanowiono stworzyć ligę Tel Awiwu i tam Hapoel potwierdził swoją wyższość. Przez wiele lat uznawano te tytuły za nieobowiązujące z racji przerwania sezonu. Wkrótce jednak Izraelski Związek Piłki Nożnej uznał mistrzostwa Hapoelu, natomiast FIFA i UEFA w swoich statystykach często ich nie ujmują.
W latach 40. były kolejne tytuły, choć też w „dziwnych” przeorganizowanych rozgrywkach. Raz były to „mistrzostwa” drużyn z Hapoelu, innym razem znów rozgrywki były zbojkotowane przez kolejną organizację – Beitar – prawicowy ruch młodych rewizjonistów syjonistycznych. W 1944 Hapoel prowadził w finale pucharu z Hapoel Petach Tikva 1:0, ale mecz został przerwany w 89. minucie, gdyż jeden z piłkarzy rywali, który został wyrzucony z boiska przez sędziego, nie chciał opuścić placu gry.
W 1948 powstało państwo Izrael i sytuacja się unormowała. Hapoel nie musiał już rywalizować – tak jak wcześniej – z zespołami typu Palestinian Police Forces, czyli palestyńskie siły policyjne. Od tamtego czasu Hapoel Tel Awiw zdobył osiem mistrzostw oraz dziesięć Pucharów Izraela. W 1967 klub zdobył klubowy Puchar Azji pokonując w finale malezyjski Selangor i jest to jego największy sukces w historii. Dwa lata później dotarli do finału kontynentalnego pucharu, lecz tam ulegli irańskiemu Taj Teheran 1:2 – w tamtych czasach Izrael i Iran utrzymywały jeszcze stosunki dyplomatyczne. Co ciekawe w 1988 roku Hapoel zdobył mistrzostwo, by rok później po raz pierwszy w historii spaść do drugiej ligi, jednak banicja trwała tylko rok.
Prawdziwy kryzys nadszedł dla klubu w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2015 roku właścicielem klubu stał się Amir Kabiri, biznesmen i kolekcjoner sztuki, który chciał odbudować Hapoel. Poprzedni właściciele pozostawili jednak po sobie masę ukrytych długów i pod koniec 2016 roku dług ten osiągnął niemal 100 milionów szekli, które stanowiło równowartość 26 milionów dolarów. Hapoel zwrócił się do sądu z wnioskiem o upadłość i ustanowienie zarządcy, który zajmie się spłatą. W lidze automatycznie odjęto Hapoelowi dziewięć punktów.
Kabiri mówił wówczas, że poświęcił całe swoje życie Hapoelowi i zainwestował niemal wszystkie swoje pieniądze – sumując – 19 milionów dolarów. Stwierdził, że to bardzo trudna decyzja, ale postawienie klubu w stan upadłości i utrata swojego wpływu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.
Władze izraelskiej ekstraklasy zdecydowały się na przekazanie równowartości 315 tysięcy dolarów na pokrycie bieżących wypłat w klubie i umożliwienie Hapoelowi dalszej gry. Nie uchroniło to jednak zespołu z Tel Awiu przed spadkiem. Po rundzie zasadniczej zespół zajmował ostatnie miejsce – gdyby nie odjęte punkty – byłby piąty od końca. W grupie spadkowej Hapoel walczył dzielnie, trzy razy wygrywając i trzykrotnie remisując, ale nadal nie wystarczyło to do utrzymania. Zabrakło trzech punktów. Znów jednak absencja trwała tylko rok. Hapoel zdominował drugą ligę i w cuglach awansował z powrotem.
W 2023 roku Hapoel przejęła amerykańska grupa Mintzberg, mająca też na koncie inwestycję w angielski Plymouth Argyle. Pojawiły się mocarstwowe plany powrotu Hapoelu na czołowe miejsca i przede wszystkim do europejskich pucharów. Wszystko poszło jednak źle. Dość powiedzieć, że klub prowadziło w sezonie czterech szkoleniowców. Swoje dołożyła też kolejna wojna z Hamasem, która wybuchła w październiku, a więc w trakcie trwania sezonu. Rozgrywki zawieszono, a zagraniczni zawodnicy bali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do gry Hapoel stracił rytm i notował m.in. serię dziesięciu meczów bez zwycięstwa, a w prestiżowych derbach z Maccabi Tel Awiw przegrał aż 0:5. W grupie spadkowej zespół zanotował bilans 1-1-4 i po raz trzeci w historii spadł z ligi. Między dwoma ostatnimi spadkami drużyna była zespołem środka tabeli, zajmując miejsca w sezonie zasadniczym: 8, 5, 12, 6, 11, 11. Dla porównania w czasach przed kryzysem, czyli np. w sezonach 08/09 – 11/12, czterokrotnie z rzędy klub był wicemistrzem Izraela.
W każdym razie i teraz absencja potrwała zaledwie rok, zespół z przytupem awansował z powrotem. Nawiązując jeszcze do nazw – 12 z 16 zespołów tego sezonu drugoligowego nazywały się Hapoel.
W poprzednim sezonie, jako beniaminek, Hapoel Tel Awiw zakwalifikował się do europejskich pucharów po raz pierwszy od 12 lat. W sezonie zasadniczym zajęli czwarte miejsce z bilansem 15-6-5 (bramki: 46-26). W grupie mistrzowskiej zanotowali bilans 3-2-5 (bramki: 9-9), co wystarczyło do bezproblemowego utrzymania czwartego miejsca. Hapoel podobnie jak GKS Katowice skorzystał z tego, że drużyna z czołowych miejsc, czyli 1-3, zdobyła krajowy puchar, dzięki czemu jedno miejsce więcej w lidze dało przepustkę do eliminacji Ligi Konferencji.
W trakcie sezonu Hapoel został ukarany walkowerem i odjęto mu dwa punkty za zamieszki podczas derbów z Maccabi. W obecności 30 tysięcy widzów na Bloomfield Stadium kibice jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego odpalili i rzucili na boisko duże (około czterdzieści) ilości rac, świec dymnych i innych środków pirotechnicznych. Policja zwracała uwagę jednak, że nie tylko chodziło o rzucone rekwizyty na boisko, tylko o całą otoczkę meczu i to, co się działo w mieście w tym dniu.
„Zakłócanie porządku publicznego, zamieszki, rzucanie przedmiotami, granaty dymne, fajerwerki, ranni funkcjonariusze policji oraz uszkodzenia infrastruktury stadionowej – to nie jest mecz piłkarski, lecz poważne zakłócenie porządku publicznego i akt przemocy. W związku z zamieszkami i zagrożeniem życia ludzkiego przed zaplanowanym meczem piłkarskim na stadionie Bloomfield, Policja Izraela poinformowała drużyny, zarządy klubów oraz sędziów, że podjęła decyzję o niedopuszczeniu do rozegrania tego spotkania” – cytując za Jerusalem Post napisała w swoim oświadczeniu policja.
Decyzja ta nie uspokoiła sytuacji, sfrustrowani kibice również wychodząc ze stadionem i poza nim uczestniczyli w starciach. Trzydzieści osób zostało rannych, ośmioro z nich hospitalizowano. Stanowisko zabrały władze klubu:
„Izraelska policja podjęła jednostronną decyzję o odwołaniu meczu. Atmosfera była niesamowita – świetna oprawa wizualna, rodziny, 30 tysięcy ludzi. To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy na meczu piłkarskim pojawiają się race i granaty dymne. Po prostu nie rozumiem, jak od tego przeszliśmy do odwołania spotkania. To dla mnie niepojęte. Sport powinien być wartością nadrzędną. Serce mi pęka, że tylu ludzi wraca do domu z niczym na podstawie jednostronnej decyzji. Nikt niczego nie wyjaśnił, nikt nic nie powiedział – po prostu odwołali mecz, zanim piłkarze w ogóle wyszli na boisko” – mówił jeden z działaczy.
Zarzucono również, że policja miała już wcześniej swoje konkretne nastawienie do tego meczu.
„Z wstępnych dyskusji przed meczem wynikało, że policja przygotowywała się do wojny, a nie do wydarzenia sportowego. Szokujące wydarzenia przed stadionem oraz pochopna i skandaliczna decyzja o nieodbyciu meczu dowodzą jedynie tego, że izraelska policja przejęła kontrolę nad sportem”.
Konflikt z policją miał w tym temacie nie tylko klub, ale całe władze ligi. Zarzucali oni policji upokarzające traktowanie i brak chęci do rozmowy.
„Kiedy prosiliśmy o wyjaśnienia na bieżąco, spotkaliśmy się z poniżającym i upokarzającym traktowaniem, bez jakiegokolwiek dialogu – z takim samym traktowaniem zresztą mierzyli się przedstawiciele Związku Piłki Nożnej oraz władz ligi, którzy również próbowali cofnąć tę absurdalną decyzję. Kiedy poproszono komendanta okręgowego, Haima Sargrofa, o rozmowę z prezesem ligi Erezem Halfonem i prezesem Związku Piłki Nożnej Shino Zuaretzem, ten odmówił i oświadczył, że jego decyzja jest ostateczna. Mówił o licznych obrażeniach spowodowanych pirotechniką, ale w rzeczywistości większość poszkodowanych w tym incydencie ucierpiała z powodu brutalnej przemocy policji pod koniec meczu – co było bezpośrednim skutkiem skandalicznej decyzji o odwołaniu wydarzenia”.
Policji zarzucano też dużą brutalność, także wobec osób postronnych, w tym dzieci.
„Wszyscy widzieli te wstrząsające nagrania: dzieci tratowane przez konie, policjantów bijących kibiców na oślep. Policja przejęła kontrolę nad sportem, dlatego wzywamy najważniejsze postacie w izraelskim futbolu, aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, by położyć temu kres, inaczej nie będzie już tutaj żadnej piłki nożnej. Rozumie się samo przez się, że zarząd klubu potępia wszelkie formy przemocy i będzie walczył z osobami łamiącymi prawo, nawet jeśli noszą one mundury”.
Wkrótce sąd miał rozpatrzyć skargi kibiców na przekraczanie przez policję swoich uprawnień – kibice bowiem zaczęli nosić czerwone koszulki z przekreślonymi emblematami policji właśnie, a także Maccabi oraz prawicowym ruchem „Kach” i napisem „Ultras Hapoel against the scum”. „Scum” to po angielsku szumowiny i tak też Hapoel traktuje swoich wrogów. Policja dokonywała upokarzających przeszukań, zakazywała noszenia, a w niektórych przypadkach zakazywała wejścia na stadion. Kibice zarzucali atak na wolność słowa, podając przy tym przykłady, że działania policji nie były w jakikolwiek sposób związane z agresją czy aktami przemocy ze strony kibiców. Ostatecznie sąd uznał za bezprawne zakazywanie przez policję noszenia tych koszulek i wyrażania siebie w taki sposób.
Derby Tel Awiwu to spotkanie szczególne dla obu drużyn. Kluby o nazwie Maccabi reprezentowały raczej klasę średnią i kapitalistów, kibice Hapoelu nazywali ich „szejkami” lub „burżujami”, więc w starciu z klasą robotniczą rywalizacja ta wybiegała daleko poza sportowy charakter. Mecze derbowe traktowane były jako możliwość utarcia nosa bogaczom.
Między oboma klubami dochodziło na boisku i poza nim do różnych historii, które tylko zaogniały sytuację. Felix Halfon zawodnik Hapoelu w latach 90. przeszedł do Maccabi. Ówczesny reprezentant Izraela skusił się na proponowane przez głównego rywala pieniądze, choć sam potem twierdził, że był wypychany z klubu. Uznano go za zdrajcę i przez kilka lat zawodnik żył w dużym napięciu. Swoją drogą próbował przemycić kokainę – złapano go na lotnisku i skazano na 4,5 roku więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł 2 lata wcześniej. Po kilku lata został ranny w strzelaninie w jednym z klubów nocnych.
Najgoręcej było w listopadzie 2014. Eran Zahavi, były zawodnik Hapoelu, który również przeszedł do Maccabi, strzelił w wyjazdowym meczu derbowym bramkę z rzutu karnego na 1:1, po czym wykonał swoją cieszynkę „pistolety” w stronę kibiców Hapoelu. Po dziewięciu minutach jeden z kibiców Hapoelu wbiegł na boisko i zaatakował Zahaviego. Zawodnik Maccabi nie pozostawał bez reakcji i też się odwinął oraz kopnął intruza. Sędzia pokazał mu za to czerwoną kartkę, co wywołało furię wśród piłkarzy gości, którzy wręcz rzucili się na sędziego z pretensjami. Zawodnik schodził z boiska w akompaniamencie nienawiści kibiców, a trudności całej sytuacji nadawało to, że musiał zejść do tunelu za bramką właśnie tam, gdzie siedzieli najzagorzalsi sympatycy Hapoelu i to właśnie z tej trybuny wybiegł kibic-napastnik. Przerwa w grze trwała 12 minut. Sędzia wznowił grę, ale po upływie minuty kolejni kibice wtargnęli na boisko i atakowali rywali z Maccabi, w związku z czym arbiter zakończył mecz. Zweryfikowano go jako wynik 0:0 i nie przyznano żadnej drużynie punktów.
Oba zespoły spotkały się w tym roku kalendarzowym czterokrotnie. Najpierw w krajowym pucharze Maccabi pokonało Hapoel w rzutach karnych, a potem w lidze nastąpił rewanż i w na Bloomfield w sposób spektakularny wygrał Hapoel. Do doliczonego czasu gry utrzymywało się prowadzenie Maccabi, ale w 92. minucie po dośrodkowaniu Xande Silvy piękną główką popisał się Omri Altman. Dwie minuty później w zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki wepchnął Chico. Sędzia odgwizdał spalonego, ale po analizie VAR wskazał na środek boiska wywołując nieprawdopodobną wręcz euforię wśród piłkarzy i kibiców. W grupie mistrzowskiej Maccabi wygrało pierwszy mecz 1:0, w drugim było 1:1 i tu również w końcówce – bo w 87. minucie – Hapoel wyrównał.
Bardzo bogata i obszerna jest historia Hapoelu w europejskich pucharach. Choć klub ten w tym roku wraca na europejską arenę po 12 latach, wcześniej święcił sporo triumfów z wielkimi futbolu na naszym kontynencie. W sezonie 2001/02 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA eliminując po drodze Chelsea (2:0, 1:1) i Parmę (0:0, 2:1), ulegając dopiero Milanowi. Po tych meczach europejska prasa nazwała Hapoel „Czerwonym Dżinem”. W meczu z Chelsea swoje bramki u siebie zdobywali w samej końcówce – w 89. i 94. minucie, podobnie, jak w przytoczonym dreszczowcu z Maccabi. W Pucharze UEFA 2006/07 w fazie grupowej potrafili wygrać z PSG 4:2 i to na Parc de Princes. Wyższość Hapoelu musiały uznawać takie gwiazdy światowego futbolu jak Lampard, Terry, Zola, Şükür, Cannavaro czy Pauleta. W pojedynczych meczach lub dwumeczach Hapoel potrafił wygrywać też z takimi drużynami jak Rangers, Getafe, Lokomotiw Moskwa, HSV, Celtic, Salzburg, Benfica czy Legia.
To właśnie z Legią Warszawa Hapoel spotkał się w fazie grupowej Ligi Europy w sezonie 2011/12. W meczu przy Łazienkowskiej Izraelczycy objęli prowadzenie za sprawą Toto Tamuza, potem na prowadzenie wyprowadzili Wojskowych Daniel Ljuboja i Marcin Komorowski. Wyrównał Maharan Lala, ale w 89. minucie na 3:2 trafił Miroslav Radović i dał Legii zwycięstwo. W rewanżu już się cieszył Hapoel, który wygrał 2:0, a gole zdobyli Salim Tuama i Avihay Yadin. Mimo to Legia zajęła w grupie drugie miejsce, a Hapoel trzecie.
W Hapoelu grało kilku polskich zawodników. Były bramkarz reprezentacji Jarosław Bako rozegrał w tym klubie 85 meczów w latach 1993-96. W tym samym czasie 63 występy zanotował w klubie były wieloletni zawodnik Lecha Poznań Damian Łukasik. Wkrótce do Hapoelu trafił nasz były trener, a obecnie szkoleniowiec Wieczystej – Kazimierz Moskal, który rozegrał w klubie z Tel Awiwu 90 meczów. Jak specyficzna była gra w Izraelu i z jakimi ryzykami się wiązała opowiadał właśnie Moskal, mówiąc, że był świadkiem sytuacji w której jakiś człowiek w mundurze wojskowym otworzył ogień i zaczął strzelać do ludzi siedzących w kawiarni. To był też czas, w którym Sadam Husajn groził użyciem broni chemicznej, więc ludzie w panice kupowali folie do zabezpieczenia okien oraz maski przeciwgazowe. Raz w ciągu tygodnia w Tel Awiwie były trzy zamachy samobójcze w autobusach. Moskal kilkukrotnie zastanawiał się, czy aby bezpieczniej nie byłoby wrócić do Polski.
Na marginesie zaznaczmy też, że w Izraelu grała jednak z legend GKS Katowice, czyli Jerzy Wijas. Zawodnik w barwach Hapoelu Kfar Saba zdobył Puchar Izraela w ćwierćfinale eliminując w dwumeczu m.in. Hapoel Tel Awiw, a w finale grając pełne 120 minut przeciw Shimshon TLV.
Tel Awiw, a właściwie Tel Awiw-Jafa to miasto o populacji 475 tysięcy ludzi. Wchodząca w skład nazwy miasta Jafa, to jednocześnie port i nazwa obecnej dzielnicy miasta, która do 1949 roku stanowiła miasto odrębne. Początkowo Jafa wedle rezolucji ONZ miała wchodzić w skład państwa arabskiego (Tel Awiw w skład państwa żydowskiego), ale Arabowie odrzucili ten pomysł i wywołali wojnę domową. Żydzi zajęli Jafę, a Arabów wygnali. Izrael włączył właśnie Jafę do Tel Awiwu podobnie jak wioski Asz-Szajch Muwannis, Al-Dżammasin i Sumajl, które zostały opuszczone przez Arabów.
W wyniku kolejnej odsłony wojny, czyli od wspomnianego października 2023, UEFA nie dopuściła do rozgrywania oficjalnych rozgrywek międzynarodowych na terenie Izraela. W związku z tym Hapoel nie może grać na swoim stadionie Bloomfield, powstałym w 1962 roku, obecnie niemal 30-tysięcznym obiekcie. Wcześniej Hapoel grał na starym stadionie Basa.
Kibice Hapoelu są skrajnie lewicowi. Ultras Hapoel ’99 to główna grupa ultras tego klubu, która szczyci się swoją postawą antyfaszystowską i antyrasistowską. Ultrasi Hapoelu utrzymują kontakty z innymi europejskimi grupami o podobnych poglądach politycznych, takimi jak kibice niemieckiego Sankt Pauli, którzy z powodu swojego zamiłowania do skrajnej lewicy są chyba najbardziej znani. Jakiś czas temu relacje między ultrasami Hapoelu, a ich ziomkami z St. Pauli doprowadziły do napięć z grupą kibiców Beitaru Jerozolima o nazwie „La Familia” – jedną z najbardziej znanych organizacji skrajnie prawicowych w Izraelu. Obiekt treningowy Hapoelu stał się celem ataku, a władze Izraela uznały podpalenie za celowe. Radykalna frakcja La Familii, określająca się mianem „Strażników Tradycji” zdawała się przyznać do tego czynu za pośrednictwem swojego konta na Instagramie – opublikowano tam nagranie płonącego magazynu sprzętu drużyny młodzieżowej oraz zdjęcie pobliskiego graffiti z napisem: „Holokaust nie był jedynym momentem, w którym was spalono”. Podczas jednego z meczów drugiej ligi niemieckiej pomiędzy St. Pauli a Greuther Fürth, ultrasi z St. Pauli wyrazili poparcie dla swoich izraelskich przyjaciół, prezentując na trybunie południowej transparenty z hasłem: „Solidarity with Hapoel! Fuck Beitar! Fuck Nazis!”.
Nie pozostało bez odpowiedzi. Gdy Beitar mierzył się z Hapoelem w izraelskiej ekstraklasie, La Familia przygotowała transparent z agresywną ripostą: „Drogie St. Pauli, jeśli uważacie się za takich twardzieli, przyjedźcie i stańcie ramię w ramię z UH99 przeciwko nam – pieprzyć Antifę!”.
St. Pauli nie jest jednak jedynym klubem, z którym Hapoel utrzymuje przyjazne stosunki ze względu na upodobania polityczne. Ich ziomkami jest także Omonia Nikozja, którą pamiętamy ze transparentów podczas meczu z Legią mówiącym o tym, że w 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Warszawę, widniały też na stadionie symbole sierpa i młota oraz wizerunek Che Guevarry.
7 października 2023 w wyniku ataków Hamasu pod nazwą „Burza Al-Aksa” zginęli także kibice Hapoelu. Jedną z ofiar był Omer Hermesh – postać doskonale znana wszystkim sympatykom Hapoelu. Na jego grobie złożono, szaliki i inne rekwizyty z emblematami i klubowymi barwami. Podczas pogrzebu Hermesha kibice odśpiewali hymn swojego klubu. W wyniku ataków Hamasu zginęło 30 kibiców klubu, a kolejne osoby zostały uprowadzone i przetrzymywane jako zakładnicy.
Kibice Hapoelu w Izraelu są otwarci na Arabów i mają w swojej społeczności wielu z nich. Mimo ataków ze strony wroga kibice nie zamierzali zmieniać swojego tolerancyjnego – na swój sposób – podejścia. Także i członkowie mniejszości arabskiej brali udział w uroczystościach pogrzebowych. Jak powiedział Hermesh: „Możemy słynąć z ciętego języka, ale nie jesteśmy rasistami!”.
Na oficjalnej stronie Hapoelu jest podstrona – ściana pamięci – gdzie są wyszczególnione zmarłe osoby, ze zdjęciami i krótkimi notkami tychże kibiców Hapoelu.
Po dwumeczu z Łudogorcem kibice są przeszczęśliwy. Powrót po 12 latach do piłkarskiej Europy okazuje się jak na razie bardzo udany. Komentarze nie pozostawiały wątpliwości:
„Przez wiele lat nie mieliśmy tak zaangażowanych graczy”
„Nie ma to jak Hapoel Tel Awiw”
„To wspaniałe – wracamy do starych, dobrych czasów”
„Do boju, Hapoel! Jeśli lecicie na mecz wyjazdowy, pamiętajcie: nie przepadają za nami, a ich ultras to twardzi zawodnicy – uważajcie na siebie”.
„Do wszystkich wybierających się na mecz: uważajcie na polskich nazistów”.
No właśnie. W internecie już pojawiła się narracja o tym, jacy kibice GKS nie są skrajnie prawicowi. I choć oczywiście generalnie polskim kibicom trudno zarzucić lewicowość, to w porównaniu z kibicami niektórych krajów czy regionów świata i Europy, jako naród i kibicowska społeczność jesteśmy skrajnie daleko od… skrajności. Niestety narracja, przekłamana narracja, jest przez niektóre środowiska powielana. W zeszłym roku, gdy Raków grał z Maccabi Hajfa, na trybunach meczu – na Węgrzech zresztą – izraelscy kibice wywiesili transparent o treści „Murderers since 1939”, obarczając Polaków, a nie Niemców, za Holokaust. Chcielibyśmy wierzyć, że podobnych prowokacji unikniemy podczas tego dwumeczu.
Kibice Hapoelu mają alergię na wiele rzeczy – na faszyzm czy rasizm właśnie, na tych, co myślą inaczej niż oni. Mają także alergię na żółty kolor, który powoduje u nich spazmy. Dlatego też rywalizacja – zwłaszcza na Nowej Bukowej – będzie im przypominać ich potyczki z Maccabi Tel Awiw. No i dobrze. Niech mają namiastkę derbów w swoim mieście – bo choć trudno ocenić, jak będzie wyglądał mecz w Miszkolcu – z racji na neutralny teren – to w Katowicach szykuje się kolejne piłkarskie święto. Święto, w którym z racji różnic kulturowych i światopoglądowych – będzie naszej drużynie kibicować cała Polska.
Źródła:
https://pids.pl/analiza/izrael-w-uefa-czyli-geografia-kontra-polityka/#_ftn1
Wikipedia PL
Wikipedia EN
timesofisrael.com
The Jerusalem Post
Ynet News
https://israeldesks.com/
RMF24.pl
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it
www.dw.com/en/october-7-massacre-hapoel-tel-aviv-supporters-mourn-the-death-of-well-known-fan/a-67352658
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it/a-65164429
Zdjęcie:
https://www.timesofisrael.com/
Piłka nożna
Górak: Nie możemy tak działać
Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.
Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.
Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.
Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.
Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.
Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.
Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.

ula
11 marca 2017 at 15:07
Nie wypominajmy Abramowiczowi poważnej wpadki z jesieni,bo to było minęło i nic już nie zrobimy,owszem,może nie do końca wyszedł mu ten mecz wczoraj,ale nie zapominajmy że facet wykonuje kawał świetnej roboty,walczy oddaje serce na boisku,nie zapominajmy też o rzutach z autu,po ktorych to już nie pierwszy raz było zagrożenie pod bramką rywala.
1964
11 marca 2017 at 15:35
No i robi się powoli nerwówka!Teraz musimy wygrać z najdalej wysuniętą na południe dzielnicą warszawy!Inaczej będziemy mogli zapomnieć o awansie na kolejne 10 lat!Zrobi się nerwowo a kopacze będą postawieni pod ścianą!Niestety ale widoczny jest brak sił u zawodników trenera Brzęczka,sił mają na 40 minut.Wkurwia mnie asekuracyjny styl grania na 1-0.No i druga sprawa stadion.To największa paranoja w tym mieście galerii handlowych.Za niedługo wybory czyli kolejna obietnica budowy stadionu.Wygląda na to że miasto czeka na awans,którego tak naprawdę nie chce!(transfery mizerne).Bedzie awans będzie stadion.Kurwa na 12 tysięcy,minus bufory to 9500.to kolejna kompromitacja!Kocham ten klub będe chodził na mecze do póki zdrowie pozwoli,ale jak na miasto wojewódzkie to te wszystkie plany są małostkowe!Z takim podejściem miasta abonament dożywotni na 1 ligę mamy wykupiony!Do Boju GieKSa!
tomek
11 marca 2017 at 18:23
Powiem tak zawodnicy walczyli i w pierwszej połowie wygladalo to super. Problemem jest brzeczek i to dzieki jego glupocie tak sie dzieje. Potrzebny ktos kto madrze tym pokieruje. Pierwsza polowa super ale co z tego jak w drugiej sil nie bylo. Pamietajcie tez ze gonzo juz cala zzeszla runde powinien spedzic na lawie a dzieki brzeczkowi sporo pkt ucieklo chocby przez same karne. Po co on tego wisio wstawia on sie nie nadaje bojazliwy jak junior. Zamiast wpuscic cerimagicia ktory mogl dac jakis efekt wpuscil pielorza. To co robi ten czlowiek jest sprzeczne z logika
Maks
11 marca 2017 at 18:41
Jest niewesoło tym bardziej że Sandecja jest już 4 a ma jeszcze 2 mecze zaległe….jak je wygra to jest Liderem….W Syfnowcu tylko ZWYCIĘSTWO i 3 punkty…..remis to porażka….niestety…
tyta
11 marca 2017 at 18:50
…Shellu piszeszesz o naszym bramkarzu w samych superlatywach „Spiderman”, kandydat do reprezentacji a notę wystawiasz 7 przy zaożeniu, że 5 to nota wyjściowa (?)! Ta liga jest nieobliczalna i mimo dwóch remisów jestem spokojny o wyniki GieKSy z Zagłębiem, Podbeskidziem, Miedzią i Puławami-Murowany Kandydat takich ekip się nie lęka
Gerard
11 marca 2017 at 21:18
To „fachowców” od wszystkiego. Jaki trener wg. Was powinien być? Brzęczek poukładał tę drużynę i po 10 latach w tej lidze nareszcie nie mamy się czego wstydzić. Który był lepszy (nie liczę Nawałki) Moskal, Piekarczyk, Górak czy może Skowronek? Sklerozę macie czy co?
Jooo
11 marca 2017 at 22:14
Ja uważam że to tylko błąd ustawienia wisio nie pasuje do gry strasznie drewniany
bce
12 marca 2017 at 01:30
Czas na Oli zamiast Wisia i Szotłys zamiast Gonza. Panowie poprawa albo ława. Ewentualnie grac w drugim składzie i podnosić umiejetności.
Co jest kurna chata z waszą kondycją? Mecz trwa 90minut nie 40minet.
P.S moze Ceramike wpuścić od pierwszych minut. Mandaryna kiedy bedzie gotów do gry?
kibic
12 marca 2017 at 12:03
runda rewanrowa dopiero sie rozkreca i nie ma co narzekac choc tych 2 punktow moze na koniec nam zabraknac,a teraz troche krytyki zmiany w obronie tylko poco jesli tracila malo bramek a teraz juz 4 w dwoch meczach,transfer Wisio i wystawianie go to pomylka a na taka juz w szpilu ze gorolami nas niestac,kolejny transfer pilkarza z poza unii i prze dobrej grze Proksicza wogule nie wyjdzie na boisko,czy ktos otym pomyslal,i na koniec zle ustawienie ataku na szpicy powinien byc wystawiany lebedynski a zanim Proksicz nie na odwrut to kolejny blad trenera juz nie wspomne o braku transferu na ta pozycje to dla wszystkich nie zrozumiale i zeby juz nie nazekac to na koniec nie rozumiem trenera dlaczego nakazuje powrotu wszystkim pilkarzom gdy sytuacje maja przeciwnicy jak mamy w tedy zrobic kontre a bylo to widoczne golym okiem ze to wogule nam nie wychodzi i dlaczego tak duzo tracimy glupich pilek a potem wynikajacych z tego bramek ale mam nadzieje ze trener zrobi zmiany i przemysli bledy aby to poprawic bo dalej wieze w trenera bo widze plusy tej druzyny a od meczu z gorolami pujdziemy juz po awans i zwyciestwa
andrzej
12 marca 2017 at 19:24
naprawde zajebisty mecz!!!!zabraklo szczescia…ale to juz bylo to!walka o kazdy centymetr boiska,ambicja do konca.brawo gieksa!!!!
Łowca Hanysow
13 marca 2017 at 11:20
Tyta obyś się nie zdziwił jak Zagłębie Sosnowiec was ogra bo mecz z Sandencja to wypadek przy pracy a Gejksa nigdy u nas nie wygrała i nie wygra bo my mamy dobrych grajków udo pribi i reszta dopiero pokażą na co stać Zagłębie Sosnowiec więc hanyski piłkarzyki z hanysowa nie będą się swobodnie czuli bo zgotujemy wam piekło na Ludowym w piątek wam jedynie zostaje telewizorek ???????????????? foszmańczyk haha co to za grajek który z 10 metrów nie umie trafić do bramki powodzenia hanyski w Sosnowieckim piekle
GieKSa
13 marca 2017 at 15:37
w sosnowieckim piekle – ha ha dobre
Irishman
13 marca 2017 at 16:56
Ja tam, aż tak bardzo rozczarowany nie jestem. Może dlatego, że trochę więcej tych meczów widziałem i wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Bo jak mówił klasyk „liczy się to co w sieci”. Oczywiscie, że szkoda 2 punktów ale po takim meczu jestem większym optymistą co do przyszłości, niż bym był po słabej grze i szczęśliwym zwycięstwie.
Jesteśmy na dobrej drodze i mam nadzieje, że to potwierdzimy w piątek. Oczywiście nie ma co się sugerować tym bolesnym laniem jakie Sosnowiec dostał w Nowym Sączu, bo to będzie całkiem inny mecz. Wole raczej patrzeć na siebie. Ale widząc jak potrafimy „demolować” przeciwników swoją grą, to jestem spokojny o wynik. Oczywiscie pod warunkiem, że w końcu poprawimy grę obronną, ale to się w końcu misi stać.
Łowca Hanysow
14 marca 2017 at 20:28
razem! Piłkarze – zróbcie to dla tych kibiców, którzy znów idiotyczną decyzją człowieka na stołku nie będą mogli oglądać was na żywo – wygrajcie w Sosnowcu! Chuja wygracie Pribi wam jebnie z 2 bramki tym bardziej mnie cieszy że hanysowskiej dziczy nie będzie na naszym stadionie Zagłębie Sosnowiec jazda z Cyganami
andrzej
15 marca 2017 at 20:01
do lowca hanysow ty uposledzony jestes chopie,i to fest!!!