Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu GieKSa-Zagłębie: Gorąca atmosfera przy Bukowej podczas Świętej Wojny. Była też specjalna oprawa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mass mediów na temat wczorajszego meczu I ligi GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec. GieKSa wygrała 3:2 (0:2).

 

sportdziennik.com – Przy Bukowej wojna co się zowie!

Ponad 3 i pół tysiąca widzów na trybunach, emocje, gole, zwroty akcji i come back gospodarzy od 0:2 do 3:2. To był znakomity klasyk przy Bukowej, po którym katowiczanie mogli świętować pierwszą od 3 lat domową wygraną w pierwszej lidze.

[…] Upływał drugi kwadrans, gdy Jędrych w narożniku pola karnego sprowadził do parteru Patryka Bryłę. Nie była to czysta „jedenastka”, ale sędzia Dominik Sulikowski nie wahał się, wskazując na 11. metr. Kudła zdołał obronić uderzenie Szymona Sobczaka. Powinien w zasadzie złapać piłkę, lecz ostatecznie wygarnął ją prawą ręką. Sosnowiczanie reklamowali, że stało się to już za linią. Nawet telewizyjne powtórki nie rozstrzygały tego klarownie.

Konsultacja gdańskiego arbitra z wozem VAR trwała ponad 2 minuty. Decyzja nie była czarno-biała: rozjemcy zdezorientowali publikę, uznając, że ważniejsze jest to, co wydarzyło się przed linią: a tam jeszcze zanim z „wapna” uderzył Sobczak, znalazł się golkiper GieKSy! Jedenastka musiała zostać zatem powtórzona. Tym razem skutecznie wykonał ją Maciej Ambrosiewicz. Kudła zmienił róg, kapitan Zagłębia przymierzył w ten sam, co wcześniej Sobczak.

[…] Nieudany występ w Opolu skłonił trenera Kazimierza Moskala, przed laty prowadzącego GKS, do dwóch roszad w składzie. Za Joao Oliveirę i Maksymiliana Banaszewskiego od pierwszej minuty posłał w bój Quentina Seedorfa i Wojciecha Szumilasa. Obaj brali udział w akcji, która dała Zagłębiu drugiego gola. Podwyższyło prowadzenie jeszcze przed przerwą. Odebrało piłkę na połowie GKS-u i szybko ją rozegrało. Szumilas miał przed polem karnym sporo czasu i miejsca. Uderzył lewą nogą w długi róg. Kudła był bez szans.

Trzeci raz w czwartym meczu przy Bukowej odnotowaliśmy zatem wynik 2:0 dla którejś ze stron. Gospodarze prowadzili tu z Resovią, przegrywali z Podbeskidziem, oba te spotkania kończyły się remisem 2:2. Tym razem po premierowych trzech kwadransach na powtórkę niewiele wskazywało. O ile mimo braku zwycięstw w każdym z dotychczasowych występów w roli beniaminka GieKSa mogła się podobać – nawet tych z Miedzią i Sandecją, w których nie zdobyła bramki – o tyle z sosnowiczanami nie potrafiła rozwinąć skrzydeł.

Nic nie zwiastowało come backu, jaki miał nadejść, ale zwiastować nie mogło, skoro przed przerwą nie oddała nawet celnego strzału, a najgroźniejszą okazję stworzyła dopiero w ostatnich sekundach, gdy Adrian Błąd spudłował głową po centrze Rafała Figiela. Ten drugi na II połowę już nie wybiegł, podobnie jak Szymon Kiebzak, którego zmienił Krystian Sanocki.

Ale drużyny Rafała Góraka nie należy skreślać i szybko przypomniała to wszystkim tym, którzy w przerwie to uczynili. Ruszyła z pasją do przodu, ofensywę orzeźwiło wejście Sanockiego, a przykład tego, jak grać, dał najstarszy w GieKSie Arkadiusz Woźniak. Znów zagrał na prawej obronie, a jego wejścia w pole karne rozmontowywały sosnowiecką ofensywę. Najpierw wykończył centrę Sanockiego uderzeniem pod poprzeczkę, potem zanotował asystę przy trafieniu błyskotliwego Filipa Szymczaka. Jeden z kibiców na trybunie głównej, fetując gola napastnika wypożyczonego z Lecha, aż z impetem wylał na schody sektora vip piwo z plastikowego kubka.

Dopiero roztrwonienie zaliczki z I połowy sprawiło, że Zagłębie próbowało odzyskać rytm. W 73 minucie ile sił w nogach kropnął z 13 metrów Dawid Gojny i „zadzwoniła” poprzeczka bramki Kudły, który po kilku minutach świetnie zatrzymał dryblującego w polu karnym Quentina Seedorfa. Gol padł po przeciwnej stronie boiska, w roli głównej wystąpił Marcin Urynowicz. Bukowa odleciała.

Trener sosnowiczan w Opolu mówił, że jego zespół nie dojechał na I połowę. W Katowicach nie wyszedł z szatni. GieKSa mogła świętować pierwszą po ponad trzech latach domową wygraną w I lidze, pierwszą po awansie. Po latach podlanych frustracją pierwszoligowych męczarni katowiccy kibice doczekali się drużyny, którą po prostu chce się wspierać i oglądać, bez zastanawiania, ile brakuje do awansu i kiedy ekstraklasa. Obwieszczamy: Bukowa to na starcie sezonu stolica pierwszoligowych widowisk!

 

zaglebie.sosnowiec.pl – Nie dojechali na drugą połowę

Zagłębie do przerwy prowadziło w Katowicach 2:0, ale druga część spotkania należała do gospodarzy, którzy szybko odrobili straty, a w końcówce zadali decydujący cios.

[…] Sosnowiczanie udali się do Katowic, aby zatrzeć złe wrażenie po czwartkowym spotkaniu w Opolu. Po nim trener Kazimierz Moskal powiedział, że Zagłębie nie dojechało na mecz. Dziś można stwierdzić, że sosnowiczanie nie dojechali na drugą połowę. To właśnie wtedy pozwolili gospodarzom wrócić do meczu i uwierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone.

[…]Już w pierwszych pięciu minutach na boiskach działo się wiele, co mogło zwiastować, że kibice zgromadzeni na trybunach na Bukowej (niestety, znowu nie było w Katowicach fanów Zagłębia) i przed ekranami Polsatu Sport, obejrzą ciekawe spotkanie. I tak faktycznie było, choć w samej pierwszej połowie nie było zbyt wielu celnych strzałów. Jako pierwszy Dawida Kudłę sprawdził w 8. minucie strzałem zza pola karnego Szymon Sobczak. Najlepszy strzelec Zagłębia trzynaście minut później po raz kolejny uderzał na bramkę gospodarzy, ale tym razem bramkarza wyręczył Grzegorz Janiszewski, który stanął na drodze piłce.

W 26. minucie Dawid Gojny zagrał w pole karne do Patryka Bryły, którego sfaulował kapitan GKS-u Arkadiusz Jędrych. Sędzia Dominik Sulikowski podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Szymon Sobczak, który tydzień temu w Polkowicach wykorzystał „jedenastkę”. Po strzale Sobczaka piłka przeturlała się pod ramieniem Dawida Kudły, który zdołał ją przykryć dłonią. Pozostało tylko pytanie – czy futbolówka najpierw nie przekroczyła linii bramkowej. Sędziowie w wozie VAR chyba nie byli do końca pewni, czy należy uznać bramkę, czy nie, więc „kompromisowo” uznali, że rzut karny musi być powtórzony, bo nie było wątpliwości co do tego, że bramkarz gospodarzy za wcześnie oderwał obie nogi od linii bramkowej. Szymon Sobczak już nie podszedł do powtórki. Piłkę ustawił Maciej Ambrosiewicz i po strzale kapitana sosnowiczan futbolówka odbiła się od słupka i wpadła do bramki.

W doliczonym czasie pierwszej połowy Zagłębie prowadziło już dwoma bramkami. Wojciech Szumilas podał do Szymona Sobczaka, któremu piłkę spod nóg wybił Grzegorz Rogala. Futbolówka wróciła do Szumilasa, a ten przymierzył lewą nogą zza pola karnego i Dawid Kudła po raz drugi został zmuszony do kapitulacji.

Jeszcze przed przerwą katowiczanie byli bliscy zdobycia kontaktowego gola, ale po dośrodkowaniu Rafała Figla nad bramką główkował Adrian Błąd. Na drugą połowę meczu w ekipie z Katowic nie wyszli Rafał Figiel i Szymon Kiebzak. Zastąpili ich Marcin Urynowicz i Krystian Sanocki. Jak się potem okazało, Rafał Górak trafił ze zmianami w dziesiątkę.

W 53. minucie Krystian Sanocki dośrodkował z lewej strony boiska, a Patryk Bryła odpuścił krycie Arkadiusza Woźniaka, który wbiegł w pole bramkowe i na dalszym słupku zamknął akcję strzałem, po którym Kamil Bielikow musiał wyciągać piłkę z siatki. Pięć minut po stracie bramki Zagłębie przeprowadziło kontrę, którą zainicjował świetnym podaniem Quentin Seedorf. Niestety, Patrykowi Bryle zabrakło dokładności w podaniu do Szymona Sobczaka i akcję przerwał w polu karnym Danian Pawłas.

Drugą bramkę udało się za to strzelić gospodarzom. W 62. minucie Filip Szymczak miał zbyt wiele swobody przed polem karnym i zdołał dokładnie zagrać na prawą stronę pola karnego do Arkadiusza Woźniaka. Patryk Bryła tym razem zdążył za prawym obrońcą GKS-u, ale nie zdołał zapobiec podaniu wszerz pola bramkowego, a akcję strzałem lewą nogą w krótki róg wykończył Szymczak, który zdołał wbiec pod bramkę.

Po stracie drugiej bramki przez Zagłębie trener Kazimierz Moskal wprowadził na boisko Maksymiliana Banaszewskiego, który w ciągu zaledwie siedmiu minut pobytu na placu gry przeprowadził trzy świetne akcje. Zaczął od wymiany podań z Quentinem Seedorf, po którym Holender zamiast strzelać, zdecydował się na podanie, które nie znalazło adresata. W 72. minucie Banaszewski wyłożył piłkę Dawidowi Gojnemu, który z 13 metrów trafił w poprzeczkę, a po czterech kolejnych minutach podał do Quentina Seedorfa, a ten w polu karnym ograł dwóch stoperów gospodarzy i strzelił na bramkę. Świetną interwencją popisał się w tej akcji Dawid Kudła.

„Blaszok” oszalał za radości w 81. minucie. Z lewej strony boiska dośrodkował Adrian Błąd. Dawid Gojny wygrał powietrzny pojedynek z Filipem Kozłowskim, ale po jego zagraniu piłka trafiła do Marcina Urynowicza, który uciekł Wojciechowi Szumilasowi i oddał strzał na bramkę Zagłębia. Piłka jeszcze odbiła się rykoszetem od interweniującego Dawida Gojnego i wpadła do bramki.

Kazimierz Moskal na stratę bramki zareagował potrójną zmianą. Na boisko weszli Adrian Troć, Mateusz Machała i João Oliveira. Z tej trójki najlepiej można ocenić młodego Trocia, który grał bez kompleksów, próbował szarpać na prawym skrzydle i raz po jego dośrodkowaniu do piłki nie zdążył Alex Tanque.

W pierwszych pięciu meczach w sezonie Zagłębie zdobyło tylko cztery punkty. Prezydent Arkadiusz Chęciński już zapowiedział rozliczenia i konkretne decyzje na początku września.

 

dziennikzachodni.pl – Gorąca atmosfera przy Bukowej podczas Świętej Wojny. Była też specjalna oprawa

W niedzielę 22.08.2021 r. przy Bukowej rozgrywane były pierwszoligowe derby województwa śląskiego GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec. Kibice w szczególny sposób traktują tę Świętą Wojnę, dlatego piłkarze GieKSy mogli liczyć na gorący i liczny doping. Fani przeżyli wielkie emocje w meczu pełnym zwrotów akcji.

[…] W niedzielę przy Bukowej zabrakło sympatyków Zagłębia (mecz bez udziału zorganizowanej grupy kibiców gości). Byli natomiast zaprzyjaźnieni z GieKSą fani Górnika Zabrze.

[…] Od początku kibice GKS-u głośno wspierali swój zespół, choć nie brakowało też niecenzuralnej przyśpiewki pod adresem klubu gości.

Fani GieKSy przygotowali też specjalną oprawę dedykowaną sosnowiczanom.

Na trybunach zawrzało po sytuacji, kiedy sędzia, po konsultacji z VAR-em zarządził powtórzenie rzutu karnego dla Zagłębia. W 31. minucie goście prowadzili 1:0. O co chodziło?

Arkadiusz Jędrych sfaulował Patryka Bryłę i sędzia podyktował rzut karny. Piłka po strzale Szymona Sobczaka przetoczyła się pod ręką Dawida Kudły, który jednak złapał ją tuż za linią bramkową lub jeszcze w stycznością z nią. Tę wątpliwość miał wyjaśnić VAR, ale zarządzono powtórkę karnego, bo bramkarz GieKSy za szybko wyszedł z bramki. Ciężar odpowiedzialności tym razem wziął na siebie kapitan Zagłębia Maciej Ambrosiewicz i było 0:1. Kudła jeszcze protestował za co dostał żółtą kartkę.

GieKSa przegrywała do przerwy 0:2, ale w 53. minucie Arkadiusz Woźniak zdobył bramkę kontaktową i kibice znów głośno dopingowali. Na Bukowej było jeszcze głośniej, gdy Filip Szymczak doprowadził do wyrównania! Kiedy Marcin Urynowicz strzelił na 3:2 katowiccy fani szaleli ze szczęścia!

 

sport.interia.pl – Co za emocje! GKS Katowice „zmartwychwstał” w meczu z Zagłębiem Sosnowiec

Pierwszy tak mecz po trzech latach: GKS Katowice w sąsiedzkim pojedynku w niecodziennych okolicznościach pokonał Zagłębie Sosnowiec! Pierwszoligowy mecz był wyjątkowo emocjonujący. Katowiczanie po pierwszej połowie przegrywali 0-2 by wygrać 3-2! Warto było zobaczyć ten mecz. Emocjonalny rollercoaster, wiele efektownych akcji i pięknych strzałów. O tym spotkaniu będzie pamiętać się długo.

Na ten mecz region – a właściwie dwa regiony – czekały trzy lata. Ostatni raz w lidze GKS zmierzył się z Zagłębiem w marcu 2018 roku. W Wielką Sobotę wygrała GieKSa po bramce Adriana Błąda, ale na koniec rozgrywek cieszyło się Zagłębie, bo wywalczyło wtedy awans do Ekstraklasy. Od tego czasu obaj rywale nie mierzyli się w tej samej klasie rozgrywkowej. Aż do teraz.

[…] Oba zespoły od początku zaatakowały i miały okazję w pierwszych dwóch minutach. Bolączką były niecelne podania ze skrzydeł, po których piłka nie miała szans trafić do piłkarzy czekających na nią w polu karnym. W 21.minucie Zagłębie mogło prowadzić, ale w ostatniej chwili Grzegorz Janiszewski zablokował strzał Szymona Sobczaka. W rewanżu Kudła po złapaniu piłki dalekim wykopem podał do rozpędzonego Błąda, którego goniło sześciu graczy Zagłębia! Dogonili…

W 26.minucie Jędrych w niegroźnej sytuacji sfaulował w polu karnym Patryka Bryłę. Sędzia podyktował karnego. Uderzał Sobczak, wydawało się, że Kudła obronił piłkę, ale ta… pod nim powolutku toczyła się w stronę bramki i przekroczyła linię bramkową. Kudła natychmiast piłkę wybił chcąc wznowić grę, ale do akcji wkroczył VAR. Zdecydował o… powtórce, bo Kudła przy strzale za wcześnie opuścił linię bramkową. Powtórkę karnego bezbłędnie wykonał Maciej Ambrosiewicz.

GieKSa chciała natychmiast wznowić grę, sosnowiczanie byli już na swojej połowie, ale sędzia przerwał grę a za protesty kartką ukarał wściekłego Kudłę. W 35. minucie stadion zakrzyknął z radości, myśląc, że padła wyrównująca bramka, ale po strzale Rafała Figiela piłka trafiła w boczną siatkę. Zagłębie mogło wbić drugą bramkę, z dystansu kilka razy próbował Dawid Gojny, ale nie miał szczęścia. GieKSa nie podniosła się aż do końca pierwszej połowie – niewidoczne były skrzydła, nie ciągnął kolegów jak zazwyczaj Adrian Błąd. A Zagłębie zakończyło połowę mocnym akcentem: efektowny i celny strzał w róg oddał Wojciech Szumilas. Tuż przed końcem pierwszej połowy gola mógł strzelić głową Błąd, ale piłka minęła poprzeczkę. Katowiczanie nie mogli mieć pretensji, że przegrywali: nie oddali celnego strzału, rywale – cztery.

Druga połowa wyglądała inaczej, katowiczanie wyszli na nią całkowicie odmienieni. Rafał Górak wprowadził dwie zmiany i to było dobre posunięcie. Właśnie jeden z rezerwowych miał duży wpływ na zdobycie przez gospodarzy w 53.minucie kontaktowej bramki. Krystian Sanocki najpierw oddał groźny strzał a po chwili bardzo dobrze zacentrował i nadbiegający Arkadiusz Woźniak uderzył pod poprzeczkę. Trybuny się zatrzęsły a potem zaczęły dopingować gospodarzy ze zdwojoną (albo nawet z pięciokrotnioną) energią. Marzenia się spełniły: Filip Szymczak potwierdził wielki talent; wypożyczony z Lecha Poznań młodziutki piłkarz w efektowny sposób rozpoczął i sfinalizował akcję. Dogrywał mu Woźniak. 2-2!

Kibice chcieli jeszcze jednej bramki i GieKSa… omal jej nie straciła: w 72. minucie Gojny oddał bardzo mocny strzał, ale piłka trafiła w poprzeczkę. Piłkarze Katowic jednak wierzyli do końca, nie poddawali się i… udało się! Gola dającego zwycięstwo sprytnie strzelił Marcin Urynowicz!

 

sport.onet.pl – Niesamowita pogoń GKS-u. Beniaminek lepszy w derbach

Niesamowity scenariusz towarzyszył spotkaniu GKS-u Katowice z Zagłębiem Sosnowiec w 5. kolejce Fortuna I ligi. Sosnowiczanie do przerwy prowadzili 2:0, aby ostatecznie przegrać 2:3. To co wydarzyło się w drugiej części meczu na długo pozostanie w pamięci katowickich kibiców.

[…] Lepiej spotkanie rozpoczęło się dla sosnowiczan. W 26. minucie kapitan GKS-u, Arkadiusz Jędrych nieprzepisowo powstrzymywał we własnym polu karnym Patryka Bryłę i sędzia wskazał na jedenasty metr. Do wykonania rzutu karnego podszedł Szymon Sobczak. Jego strzał obronił Dawid Kudła, ale po interwencji spadł na futbolówkę, która zaczęła toczyć się w kierunku linii bramkowej. Golkiper gospodarzy zdołał ją złapać, ale piłkarze Zagłębia twierdzili, że piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Po dłuższej analizie VAR sędzia Dominik Sulikowski zarządził… powtórkę wykonania rzutu karnego, dopatrując się błędu Kudły, który za szybko wyszedł z linii bramkowej przed strzałem napastnika Zagłębia. Drugą próbę skutecznie na bramkę zamienił Maciej Ambrosiewicz.

Przed przerwą goście podwyższyli prowadzenie. W doliczonym czasie gry precyzyjnym strzałem zza pola karnego popisał się Wojciech Szumilas i sosnowiczanie prowadzili 2:0.

Po przerwie GKS odwrócił losy spotkania. Gospodarze rzucili się do odrabiania strat i w 53. minucie kibice na stadionie przy Bukowej mieli pierwsze powody do radości. W pole karne Zagłębia centrował wprowadzony od początku drugiej połowy Krystian Sanocki, a na długim słupku znalazł się Arkadiusz Woźniak, który trafił do siatki rywali. Katowiczanie poszli za ciosem i kilka minut później ponownie sforsowali sosnowiecką defensywę. Po zagraniu Woźniaka tym razem na listę strzelców wpisał się Filip Szymczak i na tablicy wyników był już remis.

Zagłębie otrząsnęło się z przewagi katowiczan i kilkukrotnie zagroziło bramce miejscowych, ale ostatnie słowo należało do beniaminka. W 81. minucie Kamil Bielikow musiał ponownie wyciągać piłkę z siatki, a decydującą bramkę zdobył Marcin Urynowicz.

 

polsatsport.pl – Trener GKS Katowice: Byliśmy jak AC/DC

– Byliśmy dziś jak rock and roll, jak AC/DC – ocenił trener piłkarzy 1-ligowego GKS Katowice Rafał Górak. Jego zespół na własnym stadionie pokonał Zagłębie Sosnowiec 3:2, choć przegrywał do przerwy 0:2.

[…] Trener gości Kazimierz Moskal podkreślił, że mecz mógł się podobać kibicom. Przywołał siatkarską maksymę, mówiącą, że jeśli zespół nie chce wygrać 3:0, to przegrywa 2:3, która znalazła potwierdzenie w futbolu.

 – Decydowały detale, końcówka meczu była dla nas brutalna – zaznaczył.

 

zaglebie.eu – A mogło być tak pięknie!

Piłkarze Zagłębie przegrali na Bukowej z GKS-em Katowice 2:3 (2:0). Po pierwszej połowie wydawało się, że sosnowiczanie wygrają ten prestiżowy mecz, albowiem prowadzili 2:0 po golach Maćka Ambrosiewicza (rzut karny) Wojciecha Szumilasa. Druga odsłona należała już do katowiczan, którzy zdobyli 3 bramki. Oglądaliśmy świetne widowisko piłkarskie, szkoda tylko, że bez happy endu…

A mogło być tak pięknie!

 

infokatowice.pl – Z piekła do nieba. Horror z Zagłębiem dla GieKSy!

GieKSa przegrywała po pierwszej połowie z Zagłębiem Sosnowiec 0:2. Po bramkach Woźniaka, Szymczaka i Urynowicza w drugiej połowie katowiczanie odwrócili jednak losy spotkania i zdobyli pierwsze w tym sezonie trzy punkty.

Po pierwszych chaotycznych minutach przewagę na boisku uzyskała GieKSa, która jednak nie potrafiła jej zamienić na gola. Zagłębie atakowało rzadziej, ale po jednej z takich akcji sędzia w dość przypadkowej sytuacji podyktował rzut karny, który na raty na bramkę zamienił Ambrosiewicz. Kilka minut później szansę na wyrównanie miał Figiel, ale strzelił z rzutu wolnego minimalnie obok słupka. Od tego momentu katowiczanie jednak stanęli, co w doliczonym czasie gry wykorzystali goście, drugi raz umieszczając futbolówkę w siatce.

Na drugie 45 minut Trójkolorowi wyszli jednak mocno zmotywowani, co przyniosło rezultat już w 53 min., kiedy kontaktowego gola zdobył Woźniak. W 62 min. było już 2:2, a wyrównującą bramkę strzelił Szymczak. Uradowani kibice domagali się kolejnego gola dla gospodarzy, ale niespodziewanie przewagę na boisku uzyskali sosnowiczanie, którzy dwukrotnie byli blisko ponownego objęcia prowadzenia. Najpierw jednak w 72 min. trafili w poprzeczkę, a następnie w 77 min. Kudła kapitalnie obronił strzał Seedorfa. W końcu nadzeszła jednak 81 min. i trzecie trafienie dla GieKSy zdobył wprowadzony niewiele wcześniej Urynowicz. Do ostatniego gwizdka sędziego katowiczanie nie dali sobie już wydrzeć tego zwycięstwa i po raz pierwszy w tym sezonie zdobyli trzy punkty.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga