Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GKS wygrał bez straty seta
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Klub opublikował raport finansowy za III kwartał 2022 roku. Ze względu na przerwę reprezentacyjną Ekstraliga miała przerwę w rozgrywkach. Najbliższe spotkanie nasza drużyna rozegra w sobotę 19 listopada z Medykiem Konin. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 13:00 na stadionie przy Bukowej. Będzie to ostatnie spotkanie tej rundy. Anna Konkol, ze względu na kontuzję będzie pauzować dłuższy czas. W ostatnim tegorocznym spotkaniu ligowym piłkarze przegrali z liderem rozgrywek ŁKS-em Łódź 1:5 (0:4). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ.
W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała jedno spotkanie wygrywając z Cuprum Lubin 3:0. W bieżącym tygodniu zespół zagra dwa mecze: w poniedziałek 14 listopada (początek o 20:30) z BBTS Bielsko-Biała oraz w sobotę 19 listopada (początek również o 20:30) ze Skrą Bełchatów. Pierwsze ze spotkania siatkarze zagrają na wyjeździe, drugie w Katowicach.
Hokeiści wracają na lód: w rozpoczętym tygodniu drużyna rozgra trzy spotkania: we wtorek (15.11, godz. 18:30) z Unią Oświęcim, następnie w piątek (18.11, godz. 18:00) z JKH GKS-em Jastrzębie oraz w niedzielę (20.11, godz. 17:00) z GKS-em Tychy. Spotkania z Unią i Tychami zostaną rozegrane w Katowicach, z JKH w Jastrzębiu.
KLUB
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Raport finansowy klubu. Pieniądze za hokejową Ligę Mistrzów zwróci GieKSie miasto
W opublikowanym przez GKS Katowice raporcie finansowym za III kwartał 2022 znalazła się między innymi ciekawa informacja o kolejnym dokapitalizowaniu klubu przez miasto. Same wyniki też są zaskakujące: GieKSa wyszła na plus, ale według szacunków cały rok zakończy w okolicach zera.
Według raportu finansowego za III kwartał 2022 roku zysk netto GKS Katowice wyniósł 4.894.768,96 zł. To wynik, który w praktyce otwiera przed klubem możliwość zamknięcia roku kalendarzowego w okolicach zera. Taki wynik jest zresztą celem GKS-u, którego łączna strata z lat ubiegłych przekracza 74 miliony złotych.
2022 rok przyniósł niezły wynik sportowy, wszystkie sekcje zanotowały progres. Największy sukces – mistrzostwo Polski hokeistów – wiązał się jednak też ze sporymi kosztami. Część z nich ma zostać zwrócona do kasy klubu w formie dokapitalizowania z kasy miasta.
Udział w Hokejowej Lidze Mistrzów związany był z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów organizacji meczów domowych oraz transportu na spotkania wyjazdowe. W związku z tym Zarząd wystąpił do Rady Nadzorczej z wnioskiem o aktualizację budżetu Spółki, uwzględniającą koszty i przychody wynikające z gry w CHL. Wniosek ten został pozytywnie zaopiniowany, a jego bezpośrednią konsekwencją było wszczęcie procedury podwyższenia kapitału Spółki o kwotę 2.500.000 zł. Zaproszenie do objęcia akcji serii AC skierowane zostało do akcjonariusza większościowego, Gminy Katowice. Proces ten nie został zakończony, jego zamknięcie przewidywane jest w połowie listopada 2022 r.
Według pierwotnych założeń pieniądze te miały trafić do klubu z rządowego Programu Wsparcia Mistrzów dla zespołów uczestniczących w rozgrywkach pucharowych w piłce nożnej, koszykówce, piłce ręcznej, siatkówce i w hokeju. Opóźnienia proceduralne sprawiły, że w hokeju, który rozgrywki już zakończył, uzyskanie tych pieniędzy okazało się niemożliwe. Stąd też wyciągnięcie ręki w kierunku miasta.
Nad klubem ciąży też sprawa z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Zgodnie z wyrokiem ZUS naliczył klubowi 3.335.613,75 zł zaległych zobowiązań plus 600.000 odsetek. Jest to efekt kontrolę składek Fundacji „Sportowe Katowice” za okres od stycznia 2014 r. do października 2019 r. kontrolerzy stwierdzili w przypadku 49 zleceniobiorców, będących jednocześnie pracownikami Fundacji „Sportowe Katowice” , rozdzielenie wykonywanej pracy na dwie różne umowy, tj. umowę o pracę i umowę zlecenie, co – zdaniem ZUS – umożliwiło uzyskiwanie korzyści związanych z obniżeniem kosztów prowadzenia działalności w postaci zminimalizowania obowiązku składkowego.
Postępowanie odwoławcze trwa, ale niewiele wskazuje, by GKS zdołał je wygrać. Znalazło to odbicie w raporcie:
W związku z niekorzystnymi dla Spółki rozstrzygnięciami Sądu Okręgowego w ramach toczącego się postępowania dotyczącego składek na ubezpieczenia społeczne, Spółka analizuje dostępne opcje strategiczne w kontekście utworzonych na ten cel rezerw oraz minimalizowania niekorzystnych skutków finansowych zapadających wyroków. W oparciu o prawomocne wyroki dokonana została, częściowo przez ZUS a częściowo przez Spółkę korekta deklaracji ZUS, w oparciu o która wyliczona zostanie kwota do zapłaty przez Spółkę.
Rezerwy na zobowiązania wynoszą, według raportu, 4.285.613,75 zł. Zostały one jednak „przepisane” z poprzedniego roku i nie są de facto rezerwą finansową (gotówkową), a jedynie bilansową.
Uwagę zwracają zobowiązania związane z wynagrodzeniami. W tej rubryce widnieje kwota 262.112,52 (wobec 5.350,83 zł na koniec roku 2021).
W klubie, w którym udziały miasta wynoszą 87,01 procent zatrudnionych jest szesnaście osób.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Dłuższa przerwa obrończyni GKS-u Katowice z powodu kontuzji
Anna Konkol, która podczas spotkania 10.kolejki Ekstraligi opuściła plac gry w 32.minucie z powodu kontuzji będzie pauzowała przez kilka tygodni.
20-letnia zawodniczka przeszła szczegółowe badania, które wykazały uszkodzenie więzadła oraz łąkotki w prawym kolanie. Występująca na pozycji obrończyni zawodniczka wystąpiła dotychczas we wszystkich dziesięciu spotkaniach zespołu GKS Katowice.
Konkol na pewno nie zagra w kończącym rundę spotkaniu przeciwko Medykowi Konin. Zespół GKS-u jest liderem tabeli z taką samą liczbą punktów jak UKS SMS Łódź.
sportdziennik.com – Rafał Górak: Musimy wiedzieć, dlaczego wygrywamy
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice.
W sobotę zanotowaliście najwyższe w sezonie zwycięstwo, pokonując Chojniczankę 3:0. Czy było wyzwaniem podnieść szybko zespół po derbowej porażce 0:1 w Chorzowie?
Rafał GÓRAK: – Było trudno. Może wręcz byłoby łatwiej, gdybyśmy zostali w Chorzowie rozniesieni. Wszyscy wróciliśmy do Katowic w poczuciu, że nie powinniśmy przegrać, bo tak wynikało z boiska. Mocna analiza wskazała, że w większości meczu byliśmy zespołem lepszym. Trzeba było przekazać to zawodnikom. Zawsze tego chciałem i do tego będę dążył, by drużyna wiedziała, dlaczego przegrała i dlaczego wygrała. Szatnia była mocno zmotywowana przed meczem z Chojniczanką, ale chciejstwo na siłę czasem bywa niebezpieczne. Chodzi o cierpliwość, zachowanie pewnych ram, gry zgodnie z duchem, w jakim pracujemy. Jestem bardzo zadowolony, że drużyna uniosła tę porażkę w Chorzowie, przyjęła ją godnie, po sportowemu. Czas na to, by się zrewanżować, kiedyś nadejdzie.
Mówił pan na początku sezonu, nawiązując do bojkotu, że „miejsce kibiców jest na trybunach”. Czy skomentuje pan brak kibiców GieKSy w Chorzowie, których wsparcie na pewno by się przydało?
Rafał GÓRAK: – Ale czy ja w ogóle powinienem komentować takie rzeczy? Powiedziałem w dobrej wierze, że miejsce kibiców jest na trybunach, a potem przeczytałem o sobie, że nie mam pojęcia, co się dzieje. Nie będę nikogo uszczęśliwiał na siłę, by potem tłumaczyć moje słowa. Skoro mówię, że miejsce kibiców jest na trybunach, nie warto mnie pytać, czy zmieniłem zdanie. Jestem odpowiedzialny za drużynę, staram się jak najlepiej przygotowywać ją do rozgrywek, walki na boisku. Prosiłbym o pytania w tej materii, sportowej. Inne są wręcz nie w porządku, bo nie jestem trenerem, który pracuje tu od pięciu miesięcy, tylko już siódmy sezon.
Czy Chojniczanka trochę zaskoczyła, dokonując w wyjściowym składzie sześciu zmian i grając na czwórkę, a nie jak zwykle trójkę obrońców?
Rafał GÓRAK: – To mój czwarty kolejny sezon pracy w GKS-ie i opinia o mnie, o moim sztabie, byłaby bardzo zła, jeśli przeciwnik grając w jakimś ustawieniu mógłby nas zaskoczyć. Jako zespół musimy reagować na wszystko, co się dzieje na boisku. Chojniczanka zaczęła czwórką obrońców, potem przeszła znów na trójkę, my musimy to rozczytywać. Drużyna musi być inteligentna, musi działać, a my jako sztab w czasie meczu czy w przerwie możemy jej jakimiś uwagami pomagać. Od tego jesteśmy. Zdobyliśmy 3 punkty, tylko 3 punkty, a w piątek czeka nas bardzo ważny mecz z ŁKS-em, do którego musimy się dobrze przygotować. To dla nas priorytet.
Z Chojniczanką przerwaliście nie tylko serię bez wygranych, ale też meczów, w których byliście karani czerwoną kartką. Zwracał pan na to zawodnikom uwagę?
Rafał GÓRAK: – Mam wrażenie, że gdybym powiedział zawodnikom: „nie łapcie czerwonych kartek”, to byśmy w sobotę kończyli w ośmiu. To świadomi ludzie. Wiedzą, za co były te czerwone kartki, sami muszą się reflektować. Postanowiłem w ogóle nie podkreślać na odprawach tego tematu. Z Chojniczanką kartkowo było na zero i dobrze.
Miejsce w składzie stracił po derbach Adrian Błąd. Z Chojniczanką zaczął na ławce, co – gdy jest zdrowy – praktycznie się nie zdarza. W roli zmiennika zdobył ładną bramkę.
Rafał GÓRAK: – Runda dobiega końca, część zawodników ma rozegranych więcej minut, część – mniej. W pewnym momencie można rotować składem. Adrian grał bardzo wiele, rozmawiam z nim na odprawach bardzo szczerze o piłce, życiu, tym, co nas otacza. Jeśli za każdym razem miałby wchodzić z ławki i strzelać gola – to co za problem? Nie byłoby w tym nic złego. Kadrę mamy szeroką. Adrian jest profesjonalistą, w sobotę dałem mu odpocząć. Bardzo ładnie wszedł w mecz, był ważną częścią zespołu zarówno przed spotkaniem, jak i w trakcie gry.
Czy dobrze zrozumiałem, że ma pan indywidualne odprawy z zawodnikami?
Rafał GÓRAK: – Tak, bo większy nacisk kładę na pracę indywidualną z zawodnikami niż na odprawy zespołowe. Na nich rozmawiamy, jak ma grać zespół, a wiele czynników to przecież kwestia indywidualna ludzi, ich życia, codziennego trudu. Od tego jestem, by moje drzwi były otwarte. Piłkarze mają ze mną rozmawiać indywidualnie – na fajne tematy, ale i te mniej fajne.
Do podstawowego składu po dłuższym czasie wrócił Alan Bród i jako młodzieżowiec znów nie zawodzi, w Chorzowie był jednym z jasnych punktów zespołu. Pewnie wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo dobrego początku sezonu potem grał tak niewiele?
Rafał GÓRAK: – Po raz kolejny wszystkim odpowiadam: trenerem piłki nożnej w GKS-ie Katowice i człowiekiem, który powinien się na tym najlepiej znać, jest Rafał Górak; choć oczywiście ktoś może powiedzieć, że zna się ode mnie lepiej. Młodych ludzi wprowadzam do piłki już długie lata. Dla Alana Bróda mam ogromnie otwarte serce, chcę przekazywać mu moją wiedzę, jak do tej piłki wchodzić. To chłopak, który nie grał w CLJ. Nie grał w juniorskich reprezentacjach Polski. Jego droga jest inna. Ktoś powie: „zagrał cztery mecze, był gotowy, a potem go zasypali!”. To jest budowanie narracji publicystycznej, która nie ma nic wspólnego z prawdą, codziennym treningiem, rozmowami, wprowadzaniem zawodnika do gry. Nie wiem, czy Alan będzie piłkarzem ekstraklasowym, pierwszoligowym, czy będzie fenomenalny w GKS-ie Katowice. To człowiek, który potrzebuje czasu, musi umieć popełniać błędy i ja muszę dać mu czas, by je popełniał. Uwierzcie mi, że nadal w codziennej pracy treningowej popełnia ich masę. Czasem zawodnik zaczyna mecz, czasem nie, czasem twierdzę, że powinien poczekać na ławce rezerwowych. Obserwuję, co mu to daje, w jaki sposób na to reaguje, czy rezygnuje, czy podejmuje rękawicę. To świetny chłopak, ale wszystko jest dopiero przed nim. Jeśli ktoś chce – powinien mi ufać, bo na tym, by Alan został wprowadzony do poważnej seniorskiej piłki, Górakowi zależy najbardziej. Nie ma dla mnie większego kapitału niż kolejny chłopak w piłce ekstraklasowej czy pierwszoligowej.
Na przestrzeni sześciu ostatnich kolejek 4-krotnie do siatki trafiał Jakub Arak. Jest ulga, że wreszcie zaczął strzelać, bo zaczynało już brakować cierpliwości?
Rafał GÓRAK: – Kuba to po prostu dobry piłkarz, dobrze funkcjonuje na treningach, dobrze czuje się w polu karnym. Czas na niego pracuje. Przez dwa lata był w dobrych klubach, ale meczów rozgrywał mniej, a to mimo wszystko zawsze bardziej hamuje niż rozwija. Nadal jest w wieku produkcyjnym i mam nadzieję, że będzie to wykorzystywał. W sobotę bramkę na 1:0 zdobył w modelowy sposób, jeśli chodzi o działania napastnika w polu karnym.
Rozwiązaliście kontrakt z Danielem Krasuckim, młodzieżowcem ściągniętym latem z Lipska z kontuzją. Wyleczył się, zagrał sparing, odszedł za porozumieniem stron bez ligowego debiutu… Jak podsumuje pan tę współpracę?
Rafał GÓRAK: – To świat dzisiejszej psychiki młodych ludzi. Świat bardzo trudny, niekiedy dla nas niezrozumiały. Daniel dostał w GieKSie wszystko, co mógł dostać. Powinien to wykorzystać, a on tego najnormalniej w świecie nie chciał. Nie chciał wziąć tego, co my mu daliśmy. To był jego pieprzony interes. Jeśli go to nie interesowało, to w pewnym momencie musieliśmy się rozstać.
To nauczka dla was?
Rafał GÓRAK: – Nie, to nie nauczka. Nam się wydaje, że wszyscy są ukierunkowani na wykorzystanie czasu, który w danym miejscu dostajesz. Nie każdy taki jest. Ludzie mają ogromnie rozszerzony wachlarz swoich zachcianek, widzimisię. Są rozpieszczeni przez świat. To była nasza dzielna, odważna decyzja o rozwiązaniu umowy. Mogę tylko przyklasnąć. Mogliśmy przekonywać, żeby został.
Nie robiliście tego?
Rafał GÓRAK: – Przekonywać to ja mogę żonę, żeby nie jechała co drugi tydzień do Silesii, a nie Krasuckiego, by został w GieKSie. Proszę was.
Daniel Tanżyna, inny z letnich nabytków, który nie zdołał jeszcze zadebiutować, już tej jesieni na boisku się nie pojawi, skoro została jedna kolejka?
Rafał GÓRAK: – Będzie miał ciężko, ale bardzo ważne jest, że z nami dzisiaj trenuje. Z całym zespołem.
Do sztabu szkoleniowego dołączył Łukasz Tomczyk, 33-letni analityk wcześniej pracujący w Resovii. Skąd taka decyzja?
Rafał GÓRAK: – Jeśli chcemy się rozwijać, nasza praca w sztabie musi być udoskonalana. Chcemy działać też na polu skautingowym, mamy na to wiele pomysłów. Jako sztab pierwszoligowego klubu z aspiracjami, uważałem, że jesteśmy jeszcze trochę w personalnym deficycie, dlatego wnosiłem na ręce dyrektora, by rozszerzyć go o jedną osobę. Trener Tomczyk będzie dla nas ważny, na razie jestem bardzo zadowolony.
Jesień kończycie meczem z ŁKS-em, który gładko pokonaliście w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu oraz na inaugurację obecnego. Zaskoczenie, że teraz zespół ten jest na 1. miejscu?
Rafał GÓRAK: – Po pierwszym meczu w Łodzi powiedziałem, że ŁKS będzie zdobywał punkty i plasował się bardzo wysoko. Któryś z łódzkich żurnalistów powiedział: „ha, a dlaczego pan tak sądzi, skoro dzisiaj nie istniał””. Dlatego, bo to ja się znam na piłce. Nie mówię, że druga strona się nie zna, ale widziałem, jak ogromny potencjał mają zawodnicy ŁKS-u. A czy mnie zaskakuje, że dziś są liderem? Nie śledzę tego, jak to się „mieli” w tabeli. Przez moment liderem był Ruch, teraz ŁKS… Dla mnie najważniejsze jest dobro GKS-u, jego miejsce w tabeli, jego granie. Zmierzymy się w piątek z bardzo silnym zespołem. Ale cóż? Gramy!
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Popis Belga
Efektowny triumf katowiczan. W żadnym z setów nie pozwolili Cuprum Lubin na zdobycie 20 punktów.
Przez wiele sezonów ekipa z Lubina była prawdziwą zmorą GieKSy. Dopiero w poprzednich rozgrywkach, w lutym tego roku, udało się jej ją ograć po raz pierwszy we własnej hali (3:2). I choć Cuprum na razie nie wiedzie się najlepiej – przed starciem z GKS wygrało tylko dwa z siedmiu spotkań – w Katowicach spodziewano się trudnej przeprawy.
Emocji w poniedziałkowy wieczór jednak nie było. Katowiczanie wygrali nadspodziewanie łatwo, wręcz gromiąc rywali. Na początku seta gra toczyła się jednak zgodnie z przewidywaniami, punkt za punkt. W jego połowie przewagę zyskali gospodarze (17:14). Spory udział miał w tym Thomas Rousseaux. Belgijski przyjmujący był najlepszy na parkiecie. Nie tylko skutecznie atakował, ale także trzymał poziom w przyjęciu zagrywki. W obu elementach był niemal bezbłędny. Mocno wspierali go Jakub Jarosz i Marcin Kania. Miejscowi bez problemów utrzymali prowadzenie.
Katowiczanie w kolejnych setach poszli za ciosem. Mieli jednak ułatwione zadanie. Goście prezentowali się źle. Popełniali mnóstwo prostych błędów. Mylili się w przyjęciu zagrywki i ofensywie. Trener Paweł Rusek próbował ratować sytuację, rotując składem. Zmiennicy nic jednak nie wnosili. Ich atak praktycznie nie istniał. Atakujący Jakub Ziobrowski i jego zmiennik Remigiusz Kapica w sumie wywalczyli zaledwie 10 punktów.
Gospodarze kontrolowali mecz. Dominowali. Chwilowe kłopoty mieli jedynie na początku trzeciego seta. Gra znów była wyrównana. Był remis 11:11. Po chwili było już jednak 20:14 i mecz został rozstrzygnięty.
GKS Katowice – Cuprum Lubin 3:0 (25:19, 25:17, 25:16)
siatka.org – GKS wygrał bez straty seta
Na zakończenie 8. kolejki zmagań w PlusLidze drużyna GKS Katowice podjęła zespół Cuprum Lubin. Wszystkie trzy sety rozgrywane były na podobnym poziomie, z widoczną przewagą katowiczan.
[…] Na początku spotkania mnożyły się błędy w polu zagrywki (8:7). Chociaż po skutecznym ataku Pawła Pietraszko Cuprum odskoczyło na 11:9, szybko inicjatywę przejęli gospodarze i po kontrataku Jakuba Szymańskiego to GKS prowadził 12:11. Stopniowo warunki na boisku zaczęli dyktować katowiczanie. Goście mieli problemy z przyjęciem, co rzutowało na ich skuteczność. Przy stanie 16:14 interweniował szkoleniowiec Cuprum. Po przerwie problemy z odbiorem zagrywek Szymańskiego trwały, do przejścia doprowadził błąd zagrywającego (17:15). Gdy kontratak wykorzystał Piotr Hain, drugi czas wykorzystał trener Rusek (19:15). Po kolejnym nieudanym przyjęciu gości Kovalova zmienił Czerny. Mocno atakował Tomas Rousseaux. Katowiczanie nie ustrzegli się jednak pomyłek, przy stanie 21:18 interweniował trener Słaby. Po kiwce Georgi Seganowa GKS miał piłki setowe, w kolejnej akcji zablokowany został Jakub Ziobrowski. Od pierwszych akcji drugiej odsłony to gospodarze kontrolowali przebieg gry, skuteczne ataki z błędami przeplatał Remigiusz Kapica (8:4). Gdy zagraniem z szóstej strefy popisał się Rousseaux gospodarze wyszli na prowadzenie 10:6, o czas poprosił trener Rusek. W kolejnych akcjach przyjezdnych do walki starał się poderwać Aleksander Berger. Wciąż celnie atakował Jakub Jarosz, a gdy Moustapha M’Baye nie skończył swojego ataku, czas wykorzystał lubiński szkoleniowiec (15:9). W kolejnych akcjach obie drużyny nie ustrzegły się błędów, nie brakowało też mocnych ataków. Dystans utrzymywał się, po ataku Rousseaux z szóstej strefy było już 21:13. Dobrze funkcjonował katowicki blok. Skuteczny atak Wojciecha Ferensa i as Kapicy pozwoliły lubinianom obronić piłki setowe, ale ostatnie słowo należało do Rousseaux.
Otwarcie trzeciej odsłony grane było punkt za punkt. Chociaż po asie Szymańskiego GKS wyszedł na prowadzenie 7:5, po kontrataku Pietraszko wynik się wyrównał (7:7). Obie drużyny nie ustrzegły się błędów. Po stronie Cuprum skutecznie atakował Kapica. Wynik wciąż oscylował wokół remisu. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, atak Marcina Kani i blok na Kapicy pozwoliły GKS-owi zbudować trzypunktową przewagę, czas wykorzystał trener Rusek (15:12). Przyjezdni nie wykorzystywali swoich szans, przy stanie 18:14 ponownie interweniował szkoleniowiec Cuprum. Po czasie Rousseaux zaliczył efektowny pojedynczy blok na Kapicy. Mimo wyraźnej przewagi katowiczanie nie tracili koncentracji. W końcówce skutecznie kontratakował Kania (24:16). Atak Rousseaux z szóstej strefy zamknął pojedynek.
MVP: Tomas Rousseaux
HOKEJ
hokej.net – Magee: Staram się robić wszystko, co mogę, by pomóc drużynie
Brandon Magee jest jednym z kluczowych zawodników GKS-u Katowice. Kanadyjski napastnik podsumował drugą rundę w wykonaniu swojego zespołu, jak i swoim. – Nie zdobylibyśmy tylu punktów w lidze bez znakomitych występów wszystkich graczy w drużynie – wyjaśnił
Przerwa na mecze reprezentacji jest idealną okazją do tego, by odpocząć, a następnie podładować nieco akumulatory. A dwie rundy w wykonaniu katowiczan były naprawdę dobre. Dość powiedzieć że wygrali oni 13 z 16 meczów, co przełożyło się na 39 punktów w ligowej tabeli.
W tej chwili o „oczko” więcej mają oświęcimianie, ale trzeba zaznaczyć, że rozegrali oni od GieKSy o dwa spotkania więcej.
– Wykonaliśmy bardzo duży progres w ciągu rozegranych 16 ligowych gier. Oczywiście nie zagraliśmy każdego meczu perfekcyjnie od pierwszej do sześćdziesiątej minuty, ale byliśmy w stanie znajdować różne sposoby na to, by strzelać zwycięskie bramki i odpierać ataku przeciwników – wyjaśnił Magee
I dodał: – Jeżeli chodzi o mnie, to po prostu staram się robić wszystko, co mogę, by pomóc drużynie i by odnosiła ona kolejne zwycięstwa.
Brandon Magee jest jednym z najskuteczniejszym zawodników Polskiej Hokej Ligi. W 16 meczach strzelił 10 bramek i zanotował 10 asyst, a lepszym dorobkiem może pochwalić się jedynie Bartosz Fraszko. „Fracho” zgromadził na swoim koncie o 7 kluczowych zagrań więcej.
– Zanotowaliśmy wraz z Bartoszem dobry start rozgrywek, ale hokej to sport zespołowy i nie zdobylibyśmy tylu punktów w lidze bez znakomitych występów wszystkich graczy w drużynie, od obu bramkarzy po obrońców i napastników – zwrócił uwagę kanadyjski napastnik.
– Nasi rywale to ciężko pracujące zespoły, które stawiają na trudne warunki na lodzie i jeżeli nie przewyższymy ich intensywności i zaangażowania w mecz, nie będziemy w stanie osiągać naszych założonych rezultatów i sami sobie utrudnimy pracę – dodał.
We wtorek katowiczanie w meczu na szczycie zmierzą się z Re-Plast Unią Oświęcim. Pierwotnie to spotkanie miało być rozegrane dzień później, ale zostało przełożone z uwagi na fakt, iż biało-niebiescy już za tydzień rozpoczną zmagania w Pucharze Kontynentalnym.
– Czeka nas starcie z bardzo silną drużynę ukierunkowaną na atak, dlatego postaramy się zrobić wszystko, by przygotować się jak najlepiej do rywalizacji na naszym lodzie i przez cały mecz realizować naszą taktykę. Liczymy na zwycięstwo, ale jeżeli przydarzy się porażka, wyciągniemy z niej lekcję i nie będziemy się tym załamywać, bo ufamy procesowi treningowemu i naszemu progresowi podczas całego sezonu – zakończył Magee.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze