Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Piłkarki GKS Katowice mają znikomy budżet, ale marzą o złocie
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Przygotowująca się do rundy rewanżowej drużyna kobiet, rozegrała w sobotę sparing z Medykiem Konin. Zespół GieKSy wygrał 2:0 (1:0). Inauguracja rozgrywek rundy wiosennej w wykonaniu GKS-u nastąpi w sobotę 25 lutego o godzinie 10:45 w meczu z AZS-em UJ Kraków. Mecz odbędzie się na stadionie przy Bukowej i zostanie z niego przeprowadzona transmisja przez kanał TVP Sport. Młodzieżowy zespół dziewcząt U15 weźmie udział w finałowym turnieju Młodzieżowych Mistrzostw Polski w futsalu. Na łamach Dziennika Zachodniego została opublikowana rozmowa z Aleksandrą Noras, menedżerką sekcji piłki kobiecej. Drużyna męska rozegrała drugie spotkanie w rundzie wiosennej Fortuna I Ligi. Przeciwnikiem był zespół Podbeskidzia Bielsko-Biała, Spotkanie zakończyło się remisem 1:1 (0:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejny mecz ligowy zespół rozegra w sobotę z Zagłębiem Sosnowiec, na wyjeździe.
Siatkarze swoje spotkanie rozegrali ze Skrą Bełchatów, w którym wygrali po tie-breaku 3:2. Kolejny mecz zespół zagra w hali w Szopienicach ze Stalą Nysa, szóstego marca (poniedziałek za dwa tygodnie) o godzinie 20:30. Drużyna obecnie zajmuje 12 lokatę w tabeli – do zakończenia rundy zasadniczej siatkarzom pozostało do rozegrania pięć spotkań.
Hokeiści zakończyli rundę zasadniczą sezon meczami z Podhalem (wygrana 8:0), Zagłębiem (wygrana po rzutach karnych 3:2) oraz przegraną z Energą Toruń (po dogrywce 4:5). Ostatecznie zespół zajął czwarte miejsce w tabeli i w ćwierćfinale zmierzy się z JKH GKS-em Jastrzębie. Pierwsze dwa spotkania odbędą się w Satelicie. Mecze odbędą się w najbliższy czwartek i piątek, początek spotkań o godzinie 18:30. Do półfinału awansuje drużyna, która wygra cztery spotkania.
PIŁKA NOŻNA
lm.pl – Porażka Medyka Konin w próbie generalnej przed ligą
Mecz z GKS-em Katowice dla Medyka Konin był ostatnim w ramach przygotowań do rundy wiosennej. Piłkarki Romana Jaszczaka okazały się słabsze od lidera tabeli.
Wynik w 26. minucie otworzyła Klaudia Maciążka i do przerwy katowiczanki prowadziły 1:0. Po zmianie stron w końcówce swoje trafienie zaliczyła osiemnastoletnia Dominika Misztal, zawodniczka Akademii Młoda GieKSa.
kobiecyfutbol.pl – Znamy wszystkie zespoły MMP U15 w Poznaniu
W pierwszy weekend marca na hali Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu rozegrany zostanie turniej Młodzieżowych Mistrzostw Polski w Futsalu do lat 15. Pewne gry w tym turnieju były gospodynie – UAM Poznań, oraz obrońcy tytułu z 2022 roku, ekipa Czarni Sosnowiec. Kto jeszcze zagra w turnieju głównym?
Eliminacje MMP U15 podzielone był aż na 3 rundy eliminacyjne. W tej decydującej w każdej z siedmiu grup awans uzyskiwały po dwie najlepsze, a doliczając UAM Poznań oraz Czarne Sosnowiec dawało nam to komplet 16 ekip.
W grupie pierwszej z przyjazdu do Bydgoszczy zrezygnowała Pogoń Szczecin, co oznaczało że w tej trzy zespołowej grupie bez grania awans do finałów uzyskała Tęcza Bydgoszcz oraz Sparta Miejska Górka.
Z turnieju grupy 2, z Olsztyna awans uzyskały bezkonkurencyjny tego dnia Orlen Gdańsk oraz gospodynie Stomilanki Olsztyn, które bilansem bramkę okazały się lepsze od Ekosport Białystok. Bez punktów w tej grupie MOSiR Łomża.
Grupę 3 w cuglach wygrały Diamonds Academy wygrywając wszystkie trzy spotkania, nie tracąc przy tym żadnej bramki. W pokonanym polu pozostały Mazovia Grodzisk Mazowiecki oraz MUKS Praga Warszawa, a drugą ekipą z awansem było Mundialito Grójec.
Z awansu w grupie nr 4. cieszyć mogą się futsalistki SMS Łódź oraz Unia Opole. Choć niemal do końca liczyła się także wrocławska Ślęza. Z jedną bramką czwarta lokata w eliminacjach przypadłą Astorii Junior Szczerców.
W Tychach rozgrywano eliminacji w grupie 5. Najlepsza okazała się drużyna GKS-u Katowice, która w meczu zamykającym te grupę pokonał 3:0 Polonię Tychy. Oba zespoły zobaczymy w Poznaniu. Ambitnie walcząca Skra Częstochowa w ostatnim swoim występie pokonała UKKS Katowice, ale oba zespoły pożegnał się z turniejem.
dziennikzachodni.pl – Piłkarki GKS Katowice mają znikomy budżet, ale marzą o złocie. Rozmowa z menedżerką Aleksandrą Noras
Rozmowa z Aleksandrą Noras, menedżerką sekcji piłki kobiecej GKS Katowice. Katowiczanki po rundzie jesiennej prowadzą w tabeli Orlen Ekstraligi.
Jesienią GKS Katowice wygrał dziesięć meczów z rzędu. Co było kluczem do sukcesu?
Ciężka praca zawodniczek i sztabu, organizacja treningu i zespołowość. Patrząc na kadrę nie ma w niej nic nadzwyczajnego, mamy mało reprezentantek w porównaniu do kilku innych klubów, ale pot wylewany na zajęciach przyniósł świetne efekty.
Czy pozycja liderek tabeli jest też odzwierciedleniem budżetu sekcji?
Zdecydowanie gramy ponad stan finansowy. To widać chociażby po wspomnianych problemach transferowych. Nasz budżet jest znikomy.
Mając szansę na złoto nie dostałyście pieniędzy mogących w dużej mierze zagwarantować sięgnięcie po mistrzostwo, a nie robiących zapewne większego wrażenia w kontekście wydatków na piłkę mężczyzn?
Przemilczę odpowiedź.
Jak wyglądają wasze kontakty z kolegami po fachu?
Trenujemy i częściowo gramy na tym samym obiekcie, kibicujemy sobie nawzajem, absolutnie nie rywalizujemy. Czerpiemy z ich doświadczeń.
Co w takim razie czeka wiosną dziewczyny z GKS-u?
Bardzo, bardzo trudne wyzwanie. Każdy w lidze będzie chciał nas „bić”. Niestety, w porównaniu do oczekiwań, mamy dużo węższą kadrę, bo ubyły nam cztery zawodniczki. Nie mamy kim ich zastąpić, braki nie zostały uzupełnione, a zmęczenie w trakcie sezonu będzie narastać.
Swoje mecze będziecie rozgrywać na Bukowej?
Chciałybyśmy, ale nasze mecze pokrywają się z meczami mężczyzn w I lidze. A jak wiadomo to oni mają priorytet. Na razie mamy potwierdzone pierwsze dwa spotkania.
Będzie duży niedosyt, jeśli nie uda się zdobyć mistrzostwa?
Każdy medal będzie sukcesem, przecież nigdy jeszcze nie udało się GKS-owi stanąć na podium. Wierzymy, że to się uda osiągnąć, ale wszystko jak zawsze zweryfikuje boisko. Ale marzenia mamy wielkie.
A w nich Liga Mistrzów na Bukowej?
Tak, ale bez pozyskania zewnętrznego sponsora, albo większego zastrzyku finansowego z miasta Liga Mistrzów będzie tylko doświadczeniem. Bronimy się swoją pracą, ale nie zauważamy większego zainteresowania ze strony sponsorów.
sportdziennik.com – Pauza zamiast karnego
Adrian Błąd występ w Niecieczy przypłacił urazem barku, którego doznał w sytuacji, w której katowiczanie domagali się „jedenastki”. Zamiast rzutu karnego i zwycięskiej bramki jest kilkutygodniowa pauza.
Adrian Błąd mimo dobrej gry nie będzie wspominał dobrze niedzielnego meczu w Niecieczy, którym GieKSa inaugurowała rundę wiosenną. W 85 minucie przy stanie 1:1 pomocnik został powalony przez Wiktora Biedrzyckiego, który zaatakował jego kark. Gwizdek sędziego milczał, a Błąd ucierpiał na tyle, że z urazem barku musiał opuścić boisko. Teraz czeka go rozbrat z boiskiem.
– Dopiero czas ostatecznie zweryfikuje, jak długa będzie przerwa, ale zakładając optymistyczny scenariusz potrwa co najmniej 3-4 tygodnie. Do początku marca na pewno go nie ujrzymy – mówi Robert Góralczyk, dyrektor sportowy GKS-u. – Często widzimy, że dyktuje się bardziej niejasne rzuty karne. Wydaje się, że przez zawodnika Biedrzyckiego została użyta duża siła, pojedynek był nieczysty, ale sędzia podjął inną decyzję, a sędziowie na VAR-ze jej nie zmienili, nie sugerowali inaczej. Nie ma już co do tego wracać, można jedynie wierzyć, że kiedyś się to nam zbilansuje i życie w przyszłości odda – przyznaje dyrektor klubu z Bukowej.
Uraz z pewnością nie pomoże w sytuacji 31-letniego Błąda, którego kontrakt z katowickim pierwszoligowcem wygasa 30 czerwca i na razie nie został prolongowany. – Adrian otrzymał od nas propozycję przedłużenia kontraktu o rok z opcją, ale jej nie przyjął, miał na to inne spojrzenie i dlatego na razie rozmowy zostały zawieszone – informuje Robert Góralczyk.
Po remisie w Niecieczy – mimo że GieKSa grała na terenie spadkowicza, kandydata do awansu i jednego z najbogatszych pierwszoligowców – pozostał niedosyt. Katowiczanie byli lepsi, prowadzili, no i doszła jeszcze do tego ta opisana wyżej kontrowersja.
– Myślę, że rozegraliśmy dobry mecz, na który mieliśmy pomysł, co było widoczne i realizowane – ocenia dyrektor GKS-u. – W ostatecznym rozrachunku i tak wszystko sprowadza się do bramek. Stworzyliśmy jeszcze kilka sytuacji do ich zdobycia, Szkoda, że którejś nie wykorzystaliśmy, szczególnie w pierwszej połowie, ale nawet w drugiej była sytuacja z rzutem karnym, strzał Kościelniaka czy dobitka Figla, a przy straconej bramce mogliśmy inaczej zareagować. Była możliwość wygranej, dlatego zgadzam się z trenerem, że to pewnego rodzaju niedosyt. To już za nami, trzeba myśleć o tym, co przed nami, a układ dalszych spotkań jest ciekawy.
W niedzielne południe GKS przy Bukowej podejmie Podbeskidzie, licząc, że do tego dnia będzie mu dane wybiec już na naturalne boisko. – Poza obozem w Turcji, jeszcze nie mieliśmy takiej okazji. Trenujemy na „Rapidzie” na sztucznej nawierzchni. Zgodnie z ustaleniami, w czwartek pierwszy raz powinniśmy wybiec na naszą główną płytę. Przydatność boiska treningowego warunkuje pogoda, bo gdy przyjdzie mróz, to nie będzie się tam dało pracować, jako że nie jest podgrzewane. Jeśli jednak aura będzie sprzyjać, a takie są prognozy, to wkrótce będziemy mogli się tam przenieść – wyjaśnia Góralczyk.
W ostatnich dniach przy Bukowej trwały jeszcze ostatnie porządki kadrowe, zamykające temat zimowego okienka. W poniedziałek za porozumieniem stron kontrakt rozwiązał Marcin Stromecki. Środkowy pomocnik został wystawiony w styczniu na listę transferową. Trafił do GKS-u rok temu, wykupiony ze Skry Częstochowa, ale nie wywalczył miejsca w składzie. Teraz ma wylądować w jednym z drugoligowców.
Możliwe, że w niedzielę z Podbeskidziem debiut w katowickich barwach zanotuje Sebastian Bergier. Napastnik ściągnięty ze Śląska Wrocław (w drugą stronę powędrował Patryk Szwedzik) w w Niecieczy nie zasiadł nawet wśród rezerwowych.
– Przed niedzielnym meczem był tylko na jednym treningu, sobotnim, dlatego trener nie chcąc nikomu zabierać miejsca nie zdecydował się wziąć go do kadry – wyjaśnia dyrektor GKS-u. – Sebastian jest jednak zgłoszony do rozgrywek i brany pod uwagę. Teraz bierze udział w mikrocyklu, ma pięć treningów, by przekonać sztab do tego, że warto postawić na niego czy to w wyjściowym składzie, czy w roli zmiennika.
SIATKÓWKA
siatka.org – Katowiczanie z wygraną i dwoma punktami w Bełchatowie, rywale bez przełamania
Nie obyło się bez walki w Bełchatowie. Aż trzy partie musiała tam rozstrzygać gra na przewagi. W dodatku, mimo że katowiczanie mieli swoje szanse na zgarnięcie kompletu punktów za to spotkanie, o jego losach zdecydował ostatecznie tie-break. W niego lepiej weszli siatkarze GKS-u, którzy poszli za ciosem i zgarnęli cenne dwa oczka za mecz, pozostawiając rywali bez przełamania w PlusLidze.
Przy pierwszych wymianach katowicki zespół zaczął wykorzystywać swój blok, dzięki czemu objął prowadzenie 5:4. Kolejny blok podwyższył przewagę GKS-u, ale Filippo Lanza z pola zagrywki od razu odrobił straty, a blok Aleksandara Atanasijevicia odzyskał lekką nadwyżkę dla Skry (8:7). W kolejnych akcjach gra bełchatowian opierała się na Dicku Kooyu, który kończył kolejne ataki, a miejscowi mieli długi czas dwupunktową nadwyżkę. Wszystko zmieniło się, gdy set wszedł w decydującą fazę. Bełchatowianie zaczęli się mylić, a kontra Jakuba Szymańskiego dała prowadzenie ekipie z Katowic (21:20). Kolejny punkt dołożył Kania i było 23:21 dla gości. Kooy i Bieniek jeszcze wyrównali, ale Domagała zachował zimną krew w polu zagrywki i stamtąd zakończył seta.
Na początku kolejnego Domagała po udanym ataku powędrował w pole zagrywki i utrudnił mocno rywalom grę. GKS odskoczył na 4:1, ale błędy gości szybko dały remis po 6. W kolejnych akcjach prowadzenie zmieniało co trochę strony boiska, a Skra nadal mogła liczyć na pomyłki rywali. Przy zagrywce Lanzy miejscowi prowadzili 11:9, ale stracili je dość szybko. Blokował Gonzalo Quiroga, a kontrę wykorzystał Domagała. Co jakiś czas goście powiększali przewagę, a to po bloku Seganowa, a po punktującej zagrywce Szymańskiego (19:16). Jeszcze Bieniek serwisem próbował coś wskórać, ale odpowiedział tym samym Domagała i GKS był bliski wygranej w tej odsłonie (22:19). Katowiczanin w ważnym momencie się jednak pomylił, a kontrę wykorzystał Wiktor Musiał i gra rozpoczęła się tak naprawdę od nowa (22:22), a walka rozgorzała w najlepsze. W decydującym momencie w ataku pomylił się Szymański, a Lanza w kolejnej akcji dał remis w całym meczu.
Trzeciego seta otworzyła wymiana ataków i delikatne prowadzenie PGE Skry, gdyż goście mylili się w ataku. Kiedy jednak długą akcję blokiem zakończył Kania, GKS objął dwupunktowe prowadzenie 8:6. Dobrze atakował jednak Lanza, a zagrywał Bieniek i przeszło ono szybko na bełchatowską stronę boiska (10:9). Dobrze w polu serwisowym spisywał się też Musiał, a przewaga gospodarzy rosła (13:10). Ci nie utrzymali jej jednak długo. W ofensywie dobrze spisywał się Szymański, ważną piłkę skończył też Domagała (16:16). Cały czas piłki dostawał i kończył też Sebastian Adamczyk, a kiedy też punktował blokiem sytuacja była już zupełnie inna i to GKS prowadził 23:20. Nie pomogła przerwa dla bełchatowian, dwie kolejne akcje to błędy w ataku miejscowych i koniec seta.
Już w pierwszej akcji następnego pomylił się w ataku Domagała, a blok Karola Kłosa dał Skrze prowadzenie 3:1. Cały czas różnie w ataku radzili sobie goście i gdy kontrę wykorzystał Lanza było już 9:5. Grę przerwał trener GKS-u, a po czasie jego zespół zaczął odrabiać straty. Kluczowe punkty zdobywał blokiem i zagrywką Adamczyk i niedługo później doprowadził do remisu 12:12. Gra się wyrównała, choć zagrywka Lanzy znowu pozwoliła miejscowym prowadzić dwoma punktami. To się zmieniło, gdy również Domagała zaczął punktować tym elementem. Katowicki zespół odzyskał wtedy prowadzenie Od razu podwyższył je też uderzeniem Saganow (19:17). Adamczyk miał szansę na podwyższenie przewagi, ale nie wykorzystał piłki przechodzącej. Serwis był kluczowym elementem w tym secie i gdy Kłos ułatwił nim sprawę Skrze i w kontrze atakował Lanza znowu był remis (21:21). Kłos zagrywał dalej i wyprowadził PGE Skrę na 23:21, ale znowu GKS wyrównał – a dokładnie Kania blokiem (23:23). Walka trwała, mały kroczek z przodu byli gospodarze, ale po kontrze Domagały, to katowicka ekipa miała piłkę meczową (27:26). Na setową dla Skry zamienił ją blokiem Łomacz (28:27), a chwilę później Vasina uderzył w kontrze, kończąc seta i doprowadzając do tie-breaka.
GKS od początku piątego seta grał swoje, ale mógł liczyć też na błędy rywali i to w dużej mierze ten aspekt pozwolił im prowadzić 6:3. Kontra Quirogi dała sygnał do zmiany stron boiska przy stanie 8:4. Po niej Lukas Vasina wykorzystał kontrę, ale po wymianie ataków, w kolejnej próbie się też pomylił, mocno zbliżając przyjezdnych do wygranej w całym meczu (12:8). Siatkarze GKS-u utrzymali koncentrację i dograli seta, jak i całe spotkanie do końca, bez większych nerwów. Ostatni punkt padł po błędzie gospodarzy.
MVP: Damian Domagała
PGE Skra Bełchatów – GKS Katowice 2:3 (25:27, 26:24, 20:25, 29:27, 11:15)
HOKEJ
sportdziennik.com – Miarka z „czystym” kontem
Gospodarze są myślami przy play offie, w którym czeka ich duże wyzwanie, którym będzie obrona mistrzostwa.
Nikt nie miał wątpliwości kto zwycięży w meczu GKS-u Katowice z Podhalem Nowy Targ. Ostatecznie zakończyło się na ośmiu golach dla gospodarzy, ale te mogliśmy oczekiwać. Obrońcy tytułu mistrzowskiego są już myślami przy play offie i w nim dopiero będzie się działo!
Obie drużyny znajdują się w zupełnie innym miejscu pod każdym względem. GKS przygotowuje się do obrony tytułu mistrzowskiego, zaś „Szarotki” niemal od początku walczą – dosłownie – o przetrwanie. Nowotarżanom ubywa zawodników i na finiszu rozgrywek sięgają po młodzież, by dokończyć sezon choćby w kadłubowym składzie. Katowiczanie wystąpili bez dwóch reprezentacyjnych obrońców: Macieja Kruczka oraz Patryka Wajdy, ale za to z Kacprem Maciasiem od początku meczu. Mathias Lehtonen przechodzi rehabilitację po kontuzji, ale na pewno będzie gotowy na play off, a może będzie nawet do dyspozycji trenerów już w ten weekend. Ale chyba nie ma takiej potrzeby i Fin powinien spokojnie dojść do pełnej formy. W bramce gospodarzy pojawił się natomiast Maciej Miarka, a John Murray mógł sobie spokojnie popatrzeć na poczynania znacznie młodszego kolegi.
Przewaga GKS-u nie podlegała dyskusji. Jedyną zagadką tej potyczki były tylko rozmiary zwycięstwa „GieKSy”. Oczywiście, mogło ono być bardziej okazałe, ale nie wybrzydzajmy, bo i tak wpadło ich dużo. W pierwszych dwóch tercjach skończyło się na czterech golach. Szybkie prowadzenie gospodarzy sprawiło, że mieliśmy wrażenie, że katowiczanie nieco zlekceważyli gości. W 16 min Jakub Malasiński uderzył w stronę Miarki i nawet podniósł ręce w górę na znak zdobycia gola, ale sędzia pilnujący bramki rozłożył ręce, a to był znak, że gola nie było. W odpowiedzi Grzegorz Pasiut, lider i kapitan GKS-u, uderzył w słupek, powstało zamieszanie, ale krążek został wystrzelony na uwolnienie.
Kolejna odsłona przyniosła kolejne bramki dla gospodarzy. Jednak sami na początku drugiej tercji przeżywali trudne chwile, bowiem przez 82 sekundy grali w podwójnym osłabieniu. W boksie kar przebywali Bepierszcz i Varttinen, ale gospodarze wyszli z tej opresji obronną ręką. A potem do bramki Pawła Bizuba trafiali gospodarze. Ich przewaga była wręcz przygniatająca i kolejne gole były kwestią czasu. Przy prowadzeniu 4:0 kibice mieli już komfort oglądania tego spektaklu, choć był on tylko z nazwy. W ostatniej odsłonie goście mocno byli już zmęczeni i nie mieli żadnych argumentów. A gospodarze pewnie punktowali i zaliczyli, zgodnie z założeniami, komplet punktów.
Karna kompania z Katowic
Obrońcy tytułu mistrzowskiego z Katowic wreszcie mogli wystąpić niemal przy komplecie publiczności. Jednak kibicom towarzyszyły niesłychanie emocje, bo ich pupile przegrywali 0:2, a o ich wygranej zadecydowały karne. To zwycięstwo sprawiło, że katowiczanie awansowali na trzecie miejsce w tabeli i mogą uniknąć starcia w z JKH GKS-em Jastrzębie.
Piotr Sarnik, powracający do boksu, tym razem Zagłębia Sosnowiec, przed meczem z GKS-em Katowice zdecydowanie chłodził emocje i, jak sam twierdził, nie odczuwał presji i też nie narzucał jej zespołowi. Już w 3 min doszło do bójki między Brandonem Magee oraz Jakubem Michałowskim, a sędziowie obu krewkich zawodników odesłali do szatni. Trener Sarnik dokonał zmian w poszczególnych formacjach, a na dodatek między słupkami zdecydował się na młokosa Mikołaja Szczepkowskiego. Patrik Speszny leczy złamany nadgarstek i nie wiadomo czy zdąży się wykurować na play offy.
Goście grali bez żadnych kompleksów i w pełni zasłużenie prowadzili po 1. tercji dwoma golami. Oba były zdobyte w podobnym stylu. Z lewej strony tafli najpierw Szwed Tim Friberg, a potem Michał Kotlorz, którzy tym samym pokonali Johna Murraya. Sosnowiczanie solidnie prezentowali w grze defensywnie i w pełni zasłużenie prowadzili.
Obrońcy tytułu posiadają w swoich szeregach wielu doświadczonych zawodników i w końcu złamali opór gości. Trudno się dziwić, skoro gospodarze osiągnęli sporą przewagę i w końcu doprowadzili do remisu. Najpierw Shigeki Hitosato, pozostawiony bez opieki nie dał szans Szczepkowskiemu, a wyrównał Marcin Kolusz, który w trudnych chwilach, jak się później okazało, zawsze zachowuje spokój.
Po tym trafieniu goście sprawiali wrażenie nieco załamanych. O wszystkim miała zadecydować ostatnia odsłona, ale nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć oba zespoły szukały swojej szansy.
W karnych doświadczenie gospodarzy wzięło górę i do bramki Zagłębia trafiali: Kolusz i Grzegorz Pasiut (Hitosato i Fraszko nie strzelili). Goście zaliczyli cztery pudła i w rezultacie przegrali to spotkanie. Jednak zasłużyli na słowa uznania, wszak dzielnie stawili czoła GKS-owi, który ponownie jest kandydatem do mistrzostwa.
hokej.net – Torunianie strącili katowiczan z podium!
W ostatniej kolejce Polskiej Hokej Ligi rozgrywanej w Toruniu miejscowa KH Energa wygrała z GKS-em Katowice w dogrywce, pozbawiając go tym samym prawa wyboru przeciwnika w play-off.
Wygrana GKS-u Katowice w Toruniu miała sprawić, że najlepsza drużyna poprzedniego sezonu zakończy fazę zasadniczą na najniższym stopniu podium. Jednak zupełnie inne plany mieli od początku meczu hokeiści KH Energii Toruń, którzy już po 20 sekundach wyszli na prowadzenie. Adrian Jaworski wrzucił niesygnalizowanie krążek z niebieskiej linii i zmusił Johna Murray’a do kapitulacji. Gospodarze dobrze wyglądali od początku spotkania na tle bezbarwnych katowiczan. W 10. minucie Aleksi Varttinen stracił gumę we własnej tercji, a z tego skorzystał duet braci Kalinowskich. Sprytnie Kamil Kalinowski nabił golkipera GieKSy, a ten sam wpakował sobie krążek do bramki, a asystę przy golu brata zanotował Michał Kalinowski. Mistrzowie Polski odpowiedzieli w 15. minucie za sprawą Macieja Kruczka, który po wygranym buliku przez gości bez zastanowienia uderzył i pokonał Markusa Ekholma Roséna. Radość katowiczan trwała 14 sekund, bo już po chwili uderzenie Nikiego Koskinena dobijał Elias Elomaa i torunianie ponownie byli na trzybramkowym prowadzeniu.
Po obiecującej pierwszej tercji obfitującej w bramki w drugiej odsłonie nie oglądaliśmy żadnego trafienia. Więcej z gry w drugich dwudziestu minutach mieli katowiczanie, ale ich akcję nie przyniosły żadnego efektu. Jako pierwsi okazję do gola w przewadze mieli gospodarze, jednak nie udało jej się wykorzystać. Później pod koniec drugiej tercji swoją szansę dostali goście, którym zabrakło czasu i w trzecią tercję wchodzili z jednym zawodnikiem więcej na lodzie.
W trzeciej tercji katowiczanie złapali kontakt w 48. minucie po wykorzystanej podwójnej przewadze, którą sfinalizował Mateusz Bepierszcz po składnej akcji. Ponownie radość z bramki nie trwała długo, bo w 50. minucie swoją przewagę wykorzystały „Stalowe Pierniki” i Elomaa znowu wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Mistrzów Polski było stać na odpowiedź w 52. minucie kiedy, to Marcin Kolusz huknął z niebieskiej i zdobył trzecie trafienie dla przyjezdnych. Wydawało się, że to gospodarze zgarną komplet punktów, jednak prawie równo z syreną Grzegorz Pasiut doprowadził do wyrównania.
W dogrywce szybko Mikałaj Syty przesądził o wyniku i dwa punkty zostały w Toruniu, a mało znaczący punkt powędrował do Katowic. GieKSa spadła z trzeciego miejsca po wygranej GKS-u Tychy w Sanoku.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze