Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o GKS Katowice-Górnik Łęczna: Jedziemy do Katowic po trzy punkty

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wieczornego spotkania GKS Katowice – Górnik Łęczna.

 

1liga.org – Fantasy 1 Liga: Zapowiedź 27. kolejki

Rywalizacja w pierwszej lidze jest w tym sezonie wyjątkowo interesująca. Walka o dwa miejsca dające bezpośredni awans dostarczy nam jeszcze wielu emocji. Spodziewamy się ich także w meczu na szczycie 27. kolejki. Wicelider Bruk-Bet Termalica Nieciecza podejmie w nim liderujący ŁKS Łódź. Równie ciekawie zapowiada się spotkanie w Krakowie, gdzie Wisła zmierzy się z ofensywnie grającą Stalą.

[…] GKS Katowice – Górnik Łęczna

Piłkarze GieKSy zaprezentowali się fatalnie przed własną publicznością w meczu z Odrą. Zagrali bez zaangażowania, pomysłu i nie mieli żadnych argumentów na obronę swojej postawy. Rozczarowania ich grą nie kryli rozgoryczeni kibice. Drużyna trenera Rafała Góraka nie wygrała od 9 spotkań ligowych. Bilans bramkowy tych spotkań to 8 goli zdobytych i 18 straconych. Na pomeczowej konferencji szkoleniowiec dosadnie podsumował grę swoich podopiecznych: „Postawa mojego zespołu była druzgocąco słaba, byliśmy bezradni, najsłabsi odkąd tu pracuję. Przepraszam.” Przeprosiny nie wystarczą kibicom, którzy otwarcie domagają się dymisji trenera i dyrektora sportowego. GieKSa w zimie nie zdecydowała się na większe wzmocnienia kadry. Do drużyny dołączyli Mateusz Marzec i Antoni Kozubal (wypożyczenie). Młody pomocnik Lecha zagrał do tej pory tylko 19 minut w starciu z Resovią. Kadra GKS-u nie pozwala na myślenie o najwyższych pozycjach w lidze. Jeśli w przyszłym sezonie w Katowicach chcą walczyć o czołowe lokaty będą zmuszeni do przebudowy drużyny. Wydaje się, że brak jasno postawionego, ambitnego celu przed tym sezonem i rundą rewanżową również wpłynął na „uśpienie” zawodników. W meczu z Górnikiem będą mieli okazję do zmazania „plamy” z poprzedniego spotkania. Zadanie niezwykle trudne, ale pierwsza liga pokazuje, że ambicją i zaangażowaniem można w niej osiągać korzystne rezultaty. GKS potrzebuje przełamania oraz ciężkiej pracy. Pytanie, czy w pracę pod okiem obecnego sztabu wierzą jeszcze zawodnicy. Jeśli tak, to powinni to pokazać na murawie. Zwłaszcza liderzy, Arkadiusz Jędrych i Adrian Błąd. GieKSa siedmiokrotnie podejmowała na Bukowej Górnika i żadnego z tych spotkań nie przegrała (5 zwycięstw, 2 remisy). Czy to będzie dobry prognostyk przed najbliższym meczem? Przekonamy się w sobotni wieczór. Górnik wciąż pozostaje niepokonany w lidze pod wodzą trenera Mamrota. W pięciu meczach zdobył 9 punktów, a po kolejne przyjedzie do Katowic. Porównując formę Górników i GieKSy z ostatniej kolejki trudno wyobrazić sobie inny wynik niż zwycięstwo przyjezdnych. W Górniku jest spory niedosyt po meczu z liderem Fortuna 1. Ligi. Stracili punkty w końcówce spotkania, a wcześniej rzutu karnego nie wykorzystał Damian Gąska. Zawodnicy z Łęcznej jesienią zremisowali z GKS-em 2:2. Teraz lepiej prezentują się w obronie, gdzie w dobrej dyspozycji są Damian Zbozień i Souleymane Cisse. Ten drugi nie pojawi się na murawie przy Bukowej, a w środku defensywy prawdopodobnie zobaczymy de Amo i Biernata. Trener Mamrot do dobrej gry swojego zespołu na skrzydłach, gdzie szaleją Serhij Krykun i Miłosz Kozak, dokłada coraz lepszą postawę w środku pola. Do drużyny dobrze wprowadził się Michał Pawlik, o swoje miejsce walczy młody Dawid Tkacz, a z każdym spotkaniem coraz lepiej powinien prezentować się Gąska. Kibice Górnika czekają jeszcze na skuteczniejszą grę napastników. Karol Podliński w starciu z ŁKS-em zdobył asystę. Czas na kolejną bramkę.

 

dziennikwschodni.pl – Górnik Łęczna zmierzy się na wyjeździe z GKS Katowice

Po wtorkowym remisie z ŁKS Łódź na swoim stadionie piłkarze Górnika Łęczna nie mieli zbyt wiele czasu na przygotowanie się do kolejnego spotkania. Już w sobotę zielono-czarni zagrają na wyjeździe z sąsiadującym z nimi w tabeli zespołem GKS Katowice. Choć oba zespoły obecnie plasują się na 11. i 12. miejscu to stawka meczu jest spora.

Odkąd Ireneusz Mamrot został szkoleniowcem Górnika sytuacja drużyny w ligowej tabeli systematycznie się poprawia. Jeszcze niedawno zielono-czarnym w oczy zaczynało zaglądać widmo spadku. Minęło kilka tygodni i obecnie Maciej Gostomski i spółka coraz śmielej mogą myśleć o awansie do górnej części tabeli. W minionej kolejce łęcznianie mieli ogromną szansę na pierwszy domowy komplet punktów pod wodzą Mamrota, ale po stracie gola przeciwko ŁKS Łódź, czyli liderowi tabeli, w czwartej minucie doliczonego czasu gry dopisali tylko jedno „oczko”.

W najbliższej kolejce Górnik zagra na wyjeździe z GKS Katowice. I tak jak od pewnego czasu w Łęcznej atmosfera zdecydowanie się poprawia. Natomiast zupełnie inaczej jest w Katowicach. W poprzedniej kolejce GKS w fatalnym stylu uległ na własnym boisku Odrze Opole 0:2. Styl gry i brak walki mocno nie spodobał się tamtejszym kibicom. Jak podają lokalne media z Katowic już w trakcie spotkania fani ostro krytykowali trenera, a piłkarze usłyszeli sowitą porcję gwizdów. Z tego też względu Maciej Gostomski i spółka powinni spodziewać się trudnej przeprawy w stolicy województwa śląskiego. Nastroje są jednak bojowe, bo ambicje sztabu szkoleniowego i piłkarzy są zdecydowanie wyższe niż miejsce w środku stawki. – Jedziemy do Katowic po trzy punkty. Jak widać po ostatnich meczach z każdym rywalem jesteśmy grać jak równy z równym. Niedawno graliśmy z Rakowem Częstochowa, a ostatnio z ŁKS Łódź i widać, że potrafimy grać w piłkę – przekonuje Egzon Kryeziu, który przeciwko ekipie z Łodzi strzelił bramkę.

Jak wygląda sytuacja kadrowa przed spotkaniem w Katowicach? Do składu wraca Jonathan de Amo. Jeszcze jeden mecz pauzy za 12 żółtych kartek czeka z kolei Marcina Biernata. Z powodu czterech żółtych kartek na koncie pauza czeka też Souleymana Cisse. Pod znakiem zapytania stoi występ Sergieja Krykuna, który wraca do pełni sił po pucharowym meczu z Rakowem Częstochowa.

 

sportdziennik.com – Pali się czerwone światło

[…] Czasu do najbliższego spotkania, czyli sobotniej wizyty Łęcznej, jest serdecznie mało, by mentalnie dźwignąć zespół z dołka. Aż tak złej postawy z Odrą mimo wszystko trudno było się spodziewać.

– Mikrocykl zwiastował, że będziemy bardzo dobrze wyglądać. Nic nie wskazywało, że będziemy tacy apatyczni. Graliśmy bardzo słabo. Do tej pory wiele spotkań w tym roku było rozegrane przez nas bardzo dobrze. Niestety, w wielu zabrakło najnormalniej dozy szczęścia. Teraz jestem zdruzgotany, ale nie jestem w klubie od wczoraj, a od długiego czasu. Znam tych ludzi, tę drużynę, bardzo dobrze. Zdają sobie sprawę doskonale, że nie wyszło we wtorek nic. Można było mieć myśl, że przeszła obok meczu. To publicystyczne stwierdzenie, ale tak było. Byliśmy po prostu słabi. Musimy już pracować nad meczem sobotnim, bardzo mocno formować sobie go w głowie, zdając sobie sprawę, że sprawa jest naprawdę poważna. Zostało sporo meczów, każdy w tej lidze walczy o coś. Trzeba mieć rękę na pulsie i bardzo mocno walczyć, by zacząć punktować – podkreślał Rafał Górak.

Być może pozycja GKS-u w środku tabeli, dość bezpieczna w kontekście strefy spadkowej i daleka od szóstki gwarantującej udziału w barażach o ekstraklasę, uśpiła czujność szatni. – Ja takich odczuć absolutnie nie miałem. Znam wartość tego zespołu. Wiedziałem, co na koniec roku 2022 znaczy 1 punkt straty do szóstki. Teraz musimy wiedzieć, jaki jest dzień dzisiejszy i co się w nim dzieje. To przede wszystkim apel do zawodników, trzeba mocno wziąć się w garść – mówił trener GieKSy, której przewaga nad strefą spadkową stopniała do 7 punktów.

– Czerwone światło od wtorku pali się w szatni. Non stop. Piłkarze muszą wiedzieć, że to nie są przelewki. To nie jest takie „piciu-piciu”, że wszyscy będą patrzeć, jak GieKSa sobie spokojnie gra – mocno zaakcentował szkoleniowiec.

 

gornik.leczna.pl – Gąska: Skupiamy się na tym, by w każdym kolejnym meczu punktować

Po meczu z liderem Fortuna 1 Ligi przyszedł czas na starcie z sąsiadem z tabeli. W sobotni wieczór Górnicy zmierzą się z GKS-em Katowice.

[…] W jesiennym meczu z GieKSą prowadziliście 2-0, udało Ci się wtedy zdobyć bramkę. Nie utrzymaliście prowadzenia do końca, mecz zakończył się remisem 2-2. Jak pamiętasz tamto spotkanie?

Tak, pamiętam ten mecz. W pierwszej połowie dominowaliśmy i efektem tego było prowadzenie 2-0 do przerwy. Niestety po zmianie stron to rywal przejął inicjatywę i zdołał wyrównać wynik.

[…] GieKSa ma dokładnie tyle samo punktów co my. Szykuje się wyrównany mecz. Czego po tej drużynie możemy się spodziewać?

Tak, mamy tyle samo punktów, aczkolwiek mamy teraz dobrą passę i na pewno wyjdziemy zmotywowani i zawzięci, aby wygrać ten mecz. Przy tym będziemy starali się grać w piłkę, a nie tylko ją wykopywać.

 

kurierlubelski.pl – Górnik Łęczna jedzie na mecz do sąsiada z tabeli, GKS Katowice

Górnik Łęczna punktuje w każdym meczu od momentu zmiany na ławce trenerskiej. W sobotę zielono-czarni zagrają w Katowicach z sąsiadem w tabeli Fortuna 1. ligi.

Dwa zwycięstwa i trzy remisy – to bilans Górnika pod wodzą Ireneusza Mamrota. Łęcznianie mieli szansę na jeszcze lepszy wynik, ale w ostatnim spotkaniu z liderem, ŁKS Łódź, stracili bramkę w doliczonym czasie gry. – Budujące jest, że po remisie z liderem zespół jest niezadowolony. Przed meczem taki wynik pewnie by nas zadowalał – mówi szkoleniowiec.

Górnik w meczu z ŁKS strzelił gola w 17. minucie, a po godzinie gry miał szansę na drugiego z rzutu karnego. Jedenastki nie wykorzystał jednak Damian Gąska. Trener zielono-czarnych uważa, że do tego momentu drużyna rozgrywała najlepsze spotkanie od kiedy jest w Łęcznej. – Myślę, że drużynie dużo dały poprzednie mecze, a także pierwsza połowa z Rakowem Częstochowa (w Pucharze Polski – red.). Pozwoliły one uwierzyć, że z każdym można powalczyć – twierdzi Mamrot.

Bramkę wyrównującą łodzianie strzelili w czwartej minucie doliczonego czasu gry. – Długo mieliśmy przewagę, było bardzo dużo dobrych akcji, ale później się cofnęliśmy – przyznaje Egzon Kryeziu, który dał gospodarzom prowadzenie. – Do Katowic jedziemy po trzy punkty. Wiemy, że możemy wygrać z każdym. Pokazaliśmy to w ostatnich tygodniach – dodaje Słoweniec.

Wiosną Górnik zdobył 12 punktów. Sobotni rywal, GKS Katowice tylko cztery. Zespół ze Śląska jest jedynym zespołem, który wiosną nie odniósł zwycięstwa (cztery remisy i cztery porażki). – W 2023 roku nie zaznaliśmy jeszcze smaku wygranej, ale w wielu tych spotkaniach można było doszukać się wielu pozytywów – mówi trener Rafał Górak.

[…] Jesienią Górnik zremisował u siebie z GKS 2:2 (gole Damiana Gąski i Sergieja Krykuna). Sobotni rewanż w Katowicach rozpocznie się o godzinie 20.

– Nie twierdzę, że mamy już zapewnione utrzymanie, ale powtarzam zawodnikom, żeby patrzyli w górę tabeli. Mecz z GKS będzie ważny, bo to nasz sąsiad i mamy po tyle samo punktów – mówi Ireneusz Mamrot.

W sobotę do składu Górnika wróci pauzujący za kartki Jonathan de Amo. Zajmie on miejsce Souleymane Cissé, który z ŁKS otrzymał czwarty żółty kartonik i odpocznie jedno spotkania. De Amo na środku obrony zagra z Szymonem Lewkotem, który na tę pozycję został przesunięty z powodu absencji w dwóch spotkaniach (za 12. żółtą kartkę) Marcina Biernata.

Jest szansa, żeby w Katowicach do składu wrócił Sergiej Krykun, autor sześciu bramek w tym sezonie. Lewoskrzydłowy Górnika opuścił mecz z ŁKS z powodu urazu oka, którego nabawił się w spotkaniu z Rakowem Częstochowa.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga