Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Dwie kolejne zawodniczki wzmocnią zespół Mistrzyń Polski
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują sekcję piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki dzisiaj wrócą do treningów po przerwie pomiędzy sezonami. W ostatnim tygodniu do drużyny dołączyły Dżesika Jaszek, Natalia Kulig oraz Karolina Bednarz. W ramach przygotowań do sezonu 2023/24 piłkarze rozegrali w minionym tygodniu dwa sparingi. W pierwszym z nich przegrali z ekstraklasowym ŁKS-em 0:1 (0:0), w drugim pokonali GKS Jastrzębie 2:1 (1:0). Grzegorz Janiszewski podpisał nowy kontrakt.
Drużyna siatkarzy wystąpi w turnieju PreZero Grand Prix w grupie „D”. Turniej zostanie rozegrany w drugiej połowie sierpnia w Gdańsku.
Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie do treningów wrócą 31 lipca, z zespołem ostatecznie rozstał się Patryk Krężołek.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Dwie kolejne zawodniczki wzmocnią zespół Mistrzyń Polski
Świetne wiadomości dla sympatyków GieKSy – do katowickiego zespołu dołączą dwie kolejne, bardzo wartościowe zawodniczki! GKS Katowice zbroi się na Ligę Mistrzyń.
Pierwszą z zawodniczek dzisiaj zakontraktowanych w GKS-ie Katowice jest Natalia Kulig. Myślę, że sylwetki tej zawodniczki nie trzeba szczególnie przybliżać wszystkim sympatykom kobiecej piłki w Polsce. Związana była z WKS-em Śląsk Wrocław od początku powstania sekcji kobiecej w stolicy Dolnego Śląska. Ikona wrocławskiego futbolu w sezonie 2020/2021 rozegrała 20 spotkań, zdobywając w nich jedną bramkę. Kolejny sezon 22-letniej pomocniczki był równie udany, zanotowała w nim komplet, 22 spotkań ligowych. Jak się okazało, sezon 2022/2023 Orlen Ekstraligi był ostatnim w barwach Śląska Wrocław. Natalia Kulig po raz kolejny udowodniła swoją niesamowitą wartość dla zespołu, zdobywając jedną bramkę w 20 rozegranych spotkaniach. Bez wątpienia, utrata filaru drużyny jest dla Śląska dużą stratą. Niebawem przekonamy się czy także w Katowicach układanie składu na mecz będzie się zaczynało od Natalii Kulig.
GKS Katowice z kolejnym letnim transferem!
GKS Katowice zbroi się na potęgę! Bohaterką kolejnego letniego transferu jest Karolina Bednarz, która żegna się z Resovią Rzeszów.
22-letnia pomocniczka jest wychowanką Resovii Rzeszów, przeprowadzka do Katowic jest jej pierwszą zmianą przynależności klubowej. Jeśli coś zmieniać, to z przytupem! Transfer do zespołu aktualnych mistrzyń Polski jest z pewnością wielką szansą dla Bednarz i sportowym awansem. W zespole z Podkarpacia była ona podporą zespołu, liderką ofensywy, zawodniczką, od której zaczynało się konstruowanie wyjściowej jedenastki. Za komentarz wystarczy krótkie liczbowe podsumowanie jej występów od momentu debiutu w zespole seniorskim 1 lipca 2016 roku na poziomie I ligi: 112 rozegranych spotkań, 51 zdobytych bramek! Te liczby robią duże wrażenie i z pewnością Katowiczanie z zakontraktowaniem tej zawodniczki wiążą duże nadzieje zarówno w kontekście walki o Ligę Mistrzyń, jak i obronę tytułu mistrzowskiego w nowym sezonie Orlen Ekstraligi.
Karolina Bednarz była także powoływana do młodzieżowych zespołów reprezentacji Polski, może przyjdzie też czas na kadrę seniorską. GKS Katowice bez wątpienia przed Karoliną taką szansę otwiera.
Poniżej prezentujemy komentarz Aleksandry Noras, menedżerki sekcji piłki nożnej kobiet w GKS Katowice:
“Od dłuższego czasu próbowaliśmy namówić Karolinę na dołączenie do naszego zespołu. To bardzo dynamiczna piłkarka o bardzo dobrych warunkach fizycznych. Cieszę się, że ostatecznie udało się ją namówić do gry dla GKS-u Katowice. Liczymy na to, że będzie dużym wzmocnieniem dla naszego zespołu.”
sportdziennik.com – Nigdy się nie wyłamywał
Liga będzie fenomenalna – mówi trener Rafał Górak, odnosząc się do sytuacji kadrowej, zmian w sztabie czy odejściu Roberta Góralczyka, czyli tego wszystkiego, co latem zdążyło wydarzyć się już przy Bukowej.
Już nie utrzymanie – bądź też utrzymanie szybciej niż w poprzednim roku – a dużo ambitniejszy cel przyświecać będzie piłkarzom GieKSy w nachodzącym sezonie Fortuna 1. Ligi. Jest nim walka o czołową szóstkę, gwarantującą udział w barażach o ekstraklasę, w której Katowic nie ma od 18 lat.
– Cel został rzucony z góry. Skoro właściciele, prezes, wszyscy dookoła powiedzieli o szóstce, to nie wolno mi się z tego wyłamywać. Ja zresztą nigdy nie wyłamywałem się z celów, które klub mi narzucał. Liga będzie fenomenalna. Bardzo fajnie, że możemy w niej grać, bo nawet w ekstraklasie część klubów nie jest takimi markami, co w pierwszej lidze. Będzie ciekawie, a ja na razie jestem bardzo mocno zafiksowany, by zbudować kadrę i być gotowy na pierwsze spotkanie w Legnicy – mówi Rafał Górak, trener GKS-u.
Budowa kadry postępuje, bo w miejsce pożegnanych Michała Kołodziejskiego, Dominika Kościelniaka, Marko Roginicia, Daniela Tanżyny, Marcina Urynowicza i Zbigniewa Wojciechowskiego, których kontrakty wygasły 30 czerwca i nie zostały przedłużone, a także Daniela Dudzińskiego wracającego do Lubina po okresie wypożyczenia, na Bukową trafili póki co wahadłowy Adrian Danek (Korona Kielce), stoper Aleksander Komor (Resovia) i ofensywny pomocnik Mateusz Mak (Stal Mielec).
– Pracujemy nad kolejnymi tematami. Dyrektor Dubas spędza w klubie w zasadzie całe dnie, jesteśmy informowani, wiemy, czego byśmy chcieli. A że transfery lubią ciszę, to na razie tak to zostawmy – nabiera wody w usta szkoleniowiec GieKSy, którego pytamy o obsadę ataku. Bardzo dobrą wiosnę miał Sebastian Bergier, ale raz, że wzbudza zainteresowanie innych klubów, dwa – w tej chwili nie ma zmiennika, bo wspomniany Roginić jest już w Łęcznej, a Jakub Arak dopiero wraca po kontuzji.
– Jest już bardzo blisko, spodziewamy się go na treningach w przyszłym tygodniu. Miał artroskopię łąkotki, wszystko ładnie się zagoiło. Napastnicy? Zawodnikiem o nietuzinkowych umiejętnościach grania w polu karnym przeciwnika jest też Mateusz Mak. Wydaje mi się, że może być w jakiś sposób wykorzystywany na „dziewiątce”. Zobaczymy, czy na tym poprzestaniemy, czy jeszcze jednym z naszych celów będzie zawodnik na tę pozycję; w szczególności, że Kuba Arak może też grać jako „dziesiątka” – przypomina Górak.
To nie pierwsze okienko transferowe, w którym w kontekście GieKSy przewijało się nazwisko Mak. Obu bliźniaków szkoleniowiec doskonale zna sprzed lat, gdy wprowadzał ich do seniorskiej piłki prowadząc Ruch Radzionków.
– Bardzo chciałem Michała. Niestety, przegraliśmy walkowerem z Wieczystą, wiadomo… Mateusza też mocno u nas widzieliśmy. Zawsze byli mi bliscy, razem zaczynaliśmy i mam nadzieję, że razem skończymy: z przytupem, żeby było z tej współpracy dużo dobrego. Bardzo na Mateusza liczę – podkreśla Rafał Górak.
Nie będzie natomiast liczył na Daniela Ściślaka, bo po krótkim okresie testów i sparingu z rumuńskim FC Voluntari (0:1) zrezygnował z pozyskania pomocnika Górnika Zabrze.
– Brakło niedużo, ale trzeba sobie powiedzieć, że na jednej z pozycji nr 8 celujemy w młodzieżowca. Zostaje zatem tylko druga „ósemka”, do której aspirują Rafał Figiel, Oskar Repka, być może ktoś jeszcze. Daniel to utalentowany zawodnik, ale wydaje mi się, że jego czas powinien się teraz odmierzać gdzieś w drugiej lidze. Niech rozegra sezon na takim poziomie, co ostatnio w trzeciej lidze (w rezerwach Górnika – dop. red.) i powinno być dobrze. To nie był moment, bym u nas zagwarantował mu tyle, ile by sobie pewnie życzył – wyjaśnia szkoleniowiec pierwszoligowca z Bukowej.
Zawodnikiem GieKSy nie zostanie też Oskar Kozdroń. Junior z rezerw Zagłębia Lubin wystąpił w sparingach z Voluntari i Hutnikiem Kraków (3:1).
– To jeszcze nie ten czas, by otworzyła się przed nim pierwsza liga. To chłopak z błyskiem, ale nie na takim poziomie, by natarł na naszych młodzieżowców. Agencja, klub, musi mieć dla niego ścieżkę rozwoju – przyznaje trener GKS-u, dodając jednocześnie, że Bartosza Baranowicza, młodzieżowca z Górnika Zabrze, którego pozyskania klub dotąd jeszcze oficjalnie nie ogłosił, traktuje już jak swojego.
Młodzieżowcy błysnęli w sobotnim sparingu z Hutnikiem. Do siatki drugoligowca, przesądzając o zwycięstwie, trafili Alan Bród i mniej znany, mający jeszcze przed sobą debiut w I drużynie, Kacper Pietrzyk z rocznika 2004.
– Cieszy postawa naszych młodzieżowców, niech się rozwijają. Kacper to chłopak, który u nas terminował już w poprzednim sezonie, a grał w drugiej drużynie u trenera Pańpucha i zbierał bardzo dobre recenzje. Nasz wychowanek, może jeszcze było na niego za wcześnie, ale tak to jest, że niekiedy ktoś rozwija się szybko, a niekiedy ciut dłużej. Przyglądamy się mu, ale trzeba odpowiedzieć sobie, czy to młodzieżowiec gotowy na pierwszą ligę, czy nie warto byłoby jednak rozwinąć go jakimś dobrym wypożyczeniem. Decyzji jeszcze nie podjęliśmy – tłumaczy Rafał Górak.
Te decyzje przy Bukowej podejmowane są już w nieco innym gronie niż przez poprzednie cztery sezony. Z klubem wkrótce pożegna się prezes Marek Szczerbowski, a już uczynił to – z dniem 30 czerwca – dyrektor Robert Góralczyk.
– Moja relacja z Robertem Góralczykiem ma dwa oblicza. Jedna to prywatna, a druga to ta na linii dyrektor-trener. Za nami cztery udane lata, świetnie mi się pracowało, tak jak wcześniej, gdy spotykaliśmy się w nieco innych rolach. Robert to moim zdaniem top dyrektorów w Polsce. Wydaje mi się, że lada moment gdzieś go będziemy mogli oglądać. Tak to jest, że ktoś nieraz potrzebuje zmiany. Ja jego decyzję uszanowałem, a czy mi z nią lekko, czy źle… Ja wiem najlepiej, ile dyrektor dla nas robił. Tu nie chodzi tylko o sekcję piłki nożnej mężczyzn, ale klub. Dla całego GKS-u to niewątpliwie duża strata – przekonuje Górak.
Do zmian doszło też w sztabie szkoleniowym, do którego dołączył Dariusz Mrózek, wcześniej z powodzeniem samodzielnie pracujący z III-ligowcami: Podhalem Nowy Targ czy Rekordem Bielsko-Biała.
Ósemka dla młodzieżowca
Alan Bród pod nieobecność uczestniczącego w finałach Euro U-19 Antoniego Kozubala wysłał sygnał, że jest coraz bardziej gotowy na regularną grę w I lidze.
Ma zadatki na jednego z ulubieńców trybun przy Bukowej. Posiada zmysł do gry kombinacyjnej. Na boisku szybko rzuca się w oczy, no i ważną część piłkarskiej edukacji odbył przy Bukowej, mając już status wychowanka. Adrian Bród w sobotnim sparingu z drugoligowym Hutnikiem Kraków (3:1) doczekał się premierowego trafienia w pierwszej drużynie GieKSy.
– Udało mi się wybiec do prostopadłej piłki. To była świetna asysta od Grześka Rogali. Strzeliłem swojego pierwszego gola dla GKS-u. Mimo że to tylko sparing, cieszy jak normalny ligowy – uśmiecha się środkowy pomocnik, który w sierpniu skończy 19 lat.
Dotąd jeśli strzelał w seniorskiej piłce, to tylko dla rezerw GieKSy, występujących w klasie okręgowej. Za nim debiutancki sezon na zapleczu ekstraklasy. Rozegrał 16 meczów – 7 w wyjściowym składzie – i zaliczył blisko 600 minut. W kibicach miał adwokatów. Dopytywali, czemu nie więcej, o czym nieraz opowiadać musiał trener Rafał Górak, zdecydowanie chętniej stawiający na Daniela Dudzińskiego, który po okresie wypożyczenia z Zagłębia Lubin tego lata rozstał się z Bukową.
– Alan to chłopak, który bardzo dobrze się rozwija, a najważniejsze w tym wszystkim jest to, że panuje wkoło niego dużo cierpliwości. W poprzednim sezonie zaczął w podstawowej jedenastce, po pierwszej kolejce, w której wygraliśmy z ŁKS-em, było o nim bardzo głośno. Powtarzałem jednak, że to jeszcze nie jest zawodnik gotowy do regularnego grania w pierwszej lidze. Wydaje mi się, że z każdą chwilą jest z nim coraz lepiej i jest tego coraz bliżej – mówi szkoleniowiec GieKSy.
Bród będzie w nadchodzącym sezonie jednym z młodzieżowców walczących o miejsce w podstawowym składzie katowickiej drużyny.
lkslodz.pl – Drugi na plus. ŁKS Łódź – GKS Katowice 1:0
Podopieczni Kazimierza Moskala wygrali w drugim meczu kontrolnym podczas letniego okresu przygotowawczego. Ełkaesiacy zwyciężyli 1:0 z GKS-em Katowice, po samobójczym trafieniu Bartosza Jaroszka.
W pierwszych minutach spotkania obie drużyny nieco się wybadywały, zarówno z jednej i drugiej strony próbowano szybszych, czasem bardziej niekonwencjonalnych zagrań, które miały otworzyć drogę do szesnastki. Nieco nerwów było pod bramką ełkaesiaków, kiedy przy wymianie piłki w swoim polu karnym katowiczanie nacisnęli na nich, choć skończyło się to bez konsekwencji.
Pierwsza groźna sytuacja należała do przyjezdnych, którzy w 11. minucie zdecydowali się na wrzut z autu wprost w szesnastkę biało-czerwono-białych. Tam z pierwszej piłki uderzył jeden z żółto-czarnych, który trafił w spojenie bramki. Łodzianie próbowali odpowiadać, szukając otwarcia gry po prostopadłych podaniach (kilka dobrych piłek w taki sposób zagrał Dani Ramirez). Mimo starań obu ze stron, żadna w początkowej fazie meczu nie mogła sobie wypracować klarownej sytuacji strzeleckiej.
W 22. minucie to ełkaesiacy byli bliscy zdobycia bramki po błędzie w wyprowadzeniu piłki. Bartosz Szeliga jeszcze na skraju pola karnego przejął piłkę, zagraną przez golkipera GKS-u i wpadł w szesnastkę, gdzie z bliskiej odległości oddał strzał, choć ten został niestety zablokowany.
Kolejne minuty pierwszej połowy upłynęły przy grze momentami toczącej się od jednej bramki do drugiej. Łodzianie starali się zmusić rywali do błędu – właśnie po takiej stracie piłki ełkaesiacy zainicjowali w 41. minucie akcję, która skończyła się mocnym uderzeniem z dystansu w wykonaniu Artemijusa Tutyskinasa. Tu czujnie zachował się golkiper z Katowic, który pochwycił ten strzał. Niekiedy biało-czerwono-białym brakowało nieco dokładności, czy szczęścia przy ostatnim podaniu, bądź próbach strzałów, szczególnie, że kompaktowo broniący katowiczanie pilnie starali się nie dopuścić ich do żadnej groźnej sytuacji.
Drugą połowę świetnie zaczęli biało-czerwono-biali, którzy po przerwaniu akcji na swojej połowie wyprowadzili szybką kontrę, którą poprowadził świetnym rajdem Maciej Śliwa, kończąc to groźnym strzałem, który został zablokowany na rzut rożny. Widać było, że ełkaesiacy złapali wiatr w żagle i sprawnie udało im się to przekuć na bramkę. W 50. minucie łodzianie po przerwanej akcji zebrali piłkę jeszcze pod szesnastką rywali. Wówczas Piotr Głowacki oddał silny strzał na długi słupek, po którym piłka odbiła się od nogi Bartosza Jaroszka i wpadła prosto do siatki.
Ełkaesiacy nie spoczywali na laurach. W kolejnych minutach dwie świetne okazje wypracował sobie Kay Tejan – najpierw po wrzutce w pole karne celnie uderzył na bramkę, a piłka zatrzepotała w siatce, jednak arbiter odgwizdał spalonego. Chwilę później, w podobnej sytuacji, Holender uderzył minimalnie niecelnie, obok słupka.
Biało-czerwono-biali w drugiej połowie spotkania kontrolowali przebieg meczu i spokojnie utrzymywali swoje prowadzenie, cały czas dążąc do podwyższenia wyniku. Na lewym skrzydle często indywidualnych rajdów próbował Kelechukwu Ibe-Torti, stwarzając dzięki temu kilka okazji. W 87. minucie po dograniu tego skrzydłowego w pole karne, rywale wybili piłkę, którą ełkaesiacy zebrali niedaleko szesnastki. Wówczas Piotr Głowacki popisał się świetnym uderzeniem z dystansu, które niemalże wpadło w okienko, odbijając się ostatecznie od spojenia bramki.
dziennikzachodni.pl – Sparingowe derby Śląska przy Bukowej dla GieKSy
W sobotę 8 lipca 2023 roku rozegrany został mecz sparingowy GKS-u Katowice z GKS-em Jastrzębie. Spotkanie odbyło się na głównej płycie stadionu przy ulicy Bukowej i było otwarte dla publiczności.
[…] Mecz odbył się w upalnej pogodzie, ale piłkarze obu drużyn wykazywali dużą ochotę do gry. Gospodarze objęli prowadzenie w 45. minucie. Sebastian Bergier sprytnie zachował się w polu karnym – wziął „na zamach” interweniujących obrońcę i bramkarza, a następnie spokojnie drugą nogą posłał piłkę do pustej bramki.
Jastrzębianie wyrównali w 81. minucie, kiedy Szymon Gołuch uderzył z pola karnego i Dawid Kudła dał się zaskoczyć strzałem w bliższy róg bramki. GieKSa szybko odpowiedziała – Szymon Krawczyk dobił z pięciu metrów piłkę, którą sparował bramkarz po szarży Adriana Błąda.
SIATKÓWKA
niebywalesuwalki. – Znamy podział grup w PreZero Grand Prix PLS
Losowanie grup PreZero Grand Prix PLS Kobiet i Mężczyzn 2023 odbyło się 21 czerwca w Warszawie. To wydarzenie, które ponownie rozbudzi sportowe emocje wśród fanów siatkówki plażowej w Polsce. Nowością jest fakt, że turniej PreZero Grand Prix PLS Mężczyzn, który odbędzie się w dniach 17-20 sierpnia 2023 roku, zostanie rozegrany w Gdańsku. W poprzednich dwóch edycjach wydarzenia zawodnicy PlusLigi rywalizowali na boiskach KS Wanda w Krakowie.
[…] Grupa D
1. Aluron CMC Warta Zawiercie
2. Projekt Warszawa
3. GKS Katowice
4. Barkom-Kazhany Lwów
W ubiegłorocznej edycji PreZero Grand Prix PLS Mężczyzn zwyciężyli siatkarze LUK Lublin, którzy pokonali w finale PSG Stal Nysa. Turniejowe podium uzupełnili zawodnicy Cuprum Lubin. MVP, czyli najlepszym zawodnikiem kilkudniowego wydarzenia, został wówczas Wojciech Włodarczyk, przyjmujący LUK Lublin. Biało-niebiescy zakończyli PreZero Grand Prix PLS Mężczyzn 2022 w Krakowie w ćwierćfinale, przegrywając po tie-breaku z Cuprum Lubin 1:2 (25:22, 22:25, 11:15).
sportdziennik.com – Elita nie tylko z nazwy
GieKSa to dobre miejsce do rozwijania umiejętności. – Chcemy pomagać zawodnikom w mozolnym wspinaniu się po sportowej drabince – przekonuje trener Grzegorz Słaby.
Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że w klubie mojego dzieciństwa będzie moja ulubiona dyscyplina i będę miał okazję współpracować z Piotrem Gruszką oraz Dariuszem Daszkiewiczem. Ba, od pewnego czasu odpowiadam za wyniki siatkarzy. To była czysta abstrakcja, a teraz jestem w kosmosie, czyli PlusLidze, jednej z najważniejszych i najsilniejszych lig świata – mówi trener katowickiego zespołu Grzegorz Słaby, który wpisał się w jego historię.
Gdy katowiczanie awansowali do PlusLigi, ówczesne władze sekcji oraz klubu zdecydowały, że jeden z twórców tego sukcesu nie poprowadzi zespołu. To była kontrowersyjna decyzja. Trener Słaby znał tę ekipę najlepiej i liczył, że będzie za nią odpowiadał również w elicie.
– Zaraz po awansie nie miałem wątpliwości, że oddam stery – zdradza szkoleniowiec. – Zrobiłem właściwy krok, bo utwierdziłem się w przekonaniu, że nie podołałbym obowiązkom PlusLigi. Zostałbym „zjedzony” przez atmosferę, otoczkę towarzyszącą rozgrywkom, a może i przez zawodników… Grałem na poziomie II ligi, czyli de facto amatorsko. Gdy prowadziłem GKS w II i I lidze, również działaliśmy po amatorsku. Mieliśmy 30 piłek, jeden wałek do masażu i dochodzącego fizjoterapeutę.
– Gdy w 2016 roku sięgnęliśmy po awans, potrzebny był trener z zewnątrz. On na chłodno by ocenił zespół i tak go ułożył, żeby dobrze funkcjonował w elicie. Przyszli więc Piotr Gruszka i Andrzej Zahorski (odpowiedzialny za przygotowanie fizyczne – przyp. red.), dołączył na stałe fizjoterapeuta, co pozwoliło dokonać poważnego skoku jakościowego. Działacze inaczej odbierali trenerów Gruszkę, a później Daszkiewicza, którzy wskazywali jak powinna wyglądać praca w profesjonalnym klubie niż Słabego (śmiech). Miałem okazję uczyć się od fachowców, obserwować jak zarządzają i komunikują się z grupą. To był dla mnie ważny okres, który mam nadzieję, że wykorzystałem – przekonuje Grzegorz Słaby.
Po wybuchu pandemii nastał trudny czas nie tylko dla GKS-u, który na finiszu sezonu zasadniczego zajmował 6. miejsce. Ligę jednak przerwano i wokół drużyny powstało wiele zawirowań oraz niedomówień. Można było ich uniknąć, ale reagowano zbyt impulsywnie, pod wpływem chwili. Prezes Marek Szczerbowski, żegnający się w sierpniu z klubem, powierzył kierowanie zespołem trenerowi Słabemu. Potem przy każdej okazji chwalił się, że to była trafna decyzja; o szkoleniowcach piłkarzy i hokeistów też tak zresztą mówił.
– Jako GieKSiarz nie zastanawiałem nad tą propozycją. Wszyscy znaleźliśmy się w trudnej sytuacji i drużynie trzeba było zapewnić stabilny poziom – podkreśla Słaby. – Sztab działał w zmniejszonym składzie, bo wszędzie szukano oszczędności. W drugim sezonie awansowaliśmy do play offu i był to wyczyn, który odbił się szerokim echem, a wielu fachowców prognozowało, że do końca będziemy walczyć o utrzymanie. Stało się inaczej, jednak w kolejnym sezonie przyszło nam się zmierzyć z wieloma przeciwnościami, czego nie przypuszczałem.
Trenerzy różnie reagują na wydarzenia na parkiecie. Jedni nie kryją emocji i dyskutują ze wszystkimi dookoła, a inni ze spokojem obserwują i tylko w czasie przerw wydają krótkie instrukcje. Do tej drugiej grupy należy Grzegorz Słaby.
– Cały czas się uczę, choć już nie jestem bezimienny w lidze i chyba zostałem zaakceptowany – uważa Grzegorz Słaby, szkoleniowiec, który kontrakt z katowickim klubem przedłużył o kolejny rok.
– Miniony sezon uważam za największe osiągnięcie w trenerskiej przygodzie. Jeszcze się nie rozpoczął, a musieliśmy się zmierzyć z sytuacją kryzysową. Micah Ma’a niespodziewanie nas opuścił, wybierając bardziej intratną ofertę z Turcji. Zostaliśmy więc bez rozgrywającego nr 1, bo Georgi Seganow został ściągnięty w ostatniej chwili i niemal wszystko zaczynaliśmy od nowa. Ponadto mieliśmy aż czterech serwisujących „floatem”. Nie chcę powiedzieć, że oddawaliśmy piłkę rywalom, ale solidnie ułatwialiśmy im zadanie. Z powodu różnych przeciwności losu, głównie kontuzji, mieliśmy poważny kryzys i przegrywaliśmy mecz za meczem. Potrafiliśmy jednak wyjść zapaści, co uważam za swoje największe osiągnięcie.
– Zajęliśmy 11. miejsce, wyprzedzając renomowaną Skrę Bełchatów, z budżetem nieporównywalnym do naszego. Przy okazji przypomniał mi się okres, kiedy prowadziłem I-ligowy zespół z Tychów. Zawodnicy pracowali, więc trenowaliśmy między 20.00 a 22.30, lecz mimo to zdołaliśmy się utrzymać. To pokazuje jak ważna jest dobra komunikacja i odpowiednie zarządzanie grupą. W takich momentach elementy czysto siatkarskie schodzą na nieco dalszy plan, bo nie są już na odpowiednim poziomie. Dotarcie do zawodnika i przekonanie go do roli, jaką ma odegrać, są niesłychanie ważne. W trakcie meczu trzeba podjąć szybką decyzję i dokonać zmiany, czasem na jedną akcję. Trzeba więc reagować błyskawicznie. Prowadzenie zespołu w siatkówce jest trudniejsze niż w pozostałych grach zespołowych. Komunikacji i zarządzania ciągle się uczę… – mówi Grzegorz Słaby
GieKSa od lat ma mniej więcej tak sam budżet. Jednak z roku na rok jest on zmniejszany i oscyluje raczej w dolnej strefie. Trzeba wysokich umiejętności negocjacyjnych, by związać koniec z końcem i stworzyć zespół zdolny do rywalizacji z mocarzami.
– Moim celem jest gra o najwyższe cele – podkreśla nasz rozmówca. – Muszę jednak mierzyć się z odmienną rzeczywistością. Najbogatsze kluby już w listopadzie, względnie na początku grudnia wiedzą, których zawodników będą miały w kolejnym sezonie. Potem składy konstruują te z mniejszymi pieniędzmi, a my jesteśmy pod koniec tego procesu. Takie są realia. Nie narzekam, bo nasz zespół jest postrzegany jako trampolina do lepszej przyszłości i dobre miejsce na odbudowanie formy. Na przestrzeni sezonów kontraktowaliśmy zawodników, którzy wśród konkurencji wywoływali zdziwienie – dodaje Grzegorz Słaby.
– Po cichu się z nas naśmiewano, a mimo to wciąż jesteśmy w elicie. Przychodzą do nas gracze, którzy pokazują się z dobrej strony i odchodzą do bogatszych klubów. Chcemy im pomagać, by podnosili umiejętności i mozolnie wspinali się po sportowej drabince. Na przestrzeni kilku lat przez nasze ręce „przewinęło się” wielu siatkarzy, którzy odgrywają ważne role w innych zespołach. Mało kto pamięta, że w I lidze parę atakujących tworzyli Jan Król i Karol Butryn, w zeszłym sezonie grający w Indykpolu AZS-ie Olsztyn. Gdy Butryn do nas przychodził, był kompletnie nieznany. Tymczasem play off kończył jako nr 1 na tej pozycji, a dziś jest w reprezentacji.
– Rozgrywającymi z kolei byli Marcin Komenda i Jan Firlej, również z ciekawą perspektywą w kadrze. Ma’a i Seganow zostali już wspomniani, a do nich dochodzi duet libero Dustin Watten i Bartłomiej Mariański, należący do ścisłej czołówki. Na przyjęciu przez cały sezon grał m.in. Rafał Szymura, mistrz kraju z Jastrzębskim Węglem, a Jakub Szymański. Jako młody chłopak przychodził do nas jako czwarty przyjmujący, dziś jest kadrowiczem. A Sebastian Adamczyk, rezerwowy środkowy Skry Bełchatów, którego sprowadziliśmy z powodu plagi kontuzji na tej pozycji, w tym sezonie zadebiutował w Lidze Narodów – kontynuuje Grzegorz Słaby.
PlusLiga należy do światowej elity. 5-6 zespołów rywalizuje o medale, 11-12 o miejsce w play offie, czyli konkurencja jest niezwykle wymagająca. Wejście do czwórki jest sporym osiągnięciem, a medal należy odtrąbić jako sukces.
– O sile naszej ligi najlepiej świadczy fakt, ilu zawodników dostarczyła do szerokiej kadry – podkreśla trener Grzegorz Słaby. – Jest jednak druga strona medalu, o której trzeba powiedzieć. 16 zespołów sprawia, że gramy na okrągło, bez chwili wytchnienia. Sezon jest za krótki w porównaniu do międzynarodowego, który zaczyna się na początku czerwca, a kończy – jak w tym roku – w połowie października. Wydaje mi się, że należy zreformować rozgrywki międzynarodowe. Dla siatkarza przerwa ligowa od maja do października to jakieś nieporozumienie, a wręcz dramat. Ileż można trenować?
PlusLigę czeka reforma. W sezonie 2024/25 spadną aż trzy zespoły i oczyma wyobraźni już widzimy, co się będzie działo. To jednak zmartwienie na później, bo od końca października rozpocznie się kolejne ligowe szaleństwo.
HOKEJ
hokej.net – Krężołek oficjalnie w Zagłębiu Sosnowiec
Wyjaśniła się ostatecznie przyszłość Patryka Krężołka. Zgodnie z naszymi wcześniejszymi informacjami parafował dzisiaj nową umowę z Zagłębiem Sosnowiec.
24-letni skrzydłowy ma w swoim dorobku występy zarówno w młodzieżowych, jak i seniorskiej reprezentacji Polski.Kibice kojarzą go głównie z występów w ekipie GKS-u Katowice, w którym spędził ostatnich sześć lat. W tym czasie rozegrał 270 ligowych spotkań, w których strzelił 65 bramek i zanotował 61 asyst. Najlepsze w jego wykonaniu były sezony 2019/2020 i 2020/2021, w których zdobył odpowiednio 19 i 18 goli.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze