Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Pogoń Szczecin i GKS Katowice uciekają jeszcze bardziej. A za nimi… coraz większy tłok
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Mistrzynie Polski w sobotę pokonały w spotkaniu ligowym APLG Gdańsk 5:1 (3:0), a już dzisiaj rozegrają mecz w ramach rozgrywek Pucharu Polski, ze Ślęzą Wrocław. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 18:00, we Wrocławiu. W niedzielę dwunastego listopada od godziny 12:00 rozpocznie się kolejny mecz ligowy żeńskiej drużyny, ze Śląskiem Wrocław (również we Wrocławiu). W niedzielę piłkarze zremisowali w meczu ligowym ze Stalą Rzeszów 2:2. W najbliższą niedzielę o godzinie 12:40 zespół rozpocznie kolejne spotkanie ligowe, na Bukowej z GKS-em Tychy.
Siatkarze przegrali kolejne dwa spotkania, z drużyną Ślepsk Malow Suwałki 0:3 oraz z Wartą Zawiercie 2:3. W sobotę jedenastego listopada, w hali w Szopienicach, zespół będzie podejmował ekipę Jastrzębskiego Węgla. Spotkanie rozpocznie się o 17:30.
W ubiegłym tygodniu drużyna hokeja na lodzie rozegrała jedno spotkanie ligowe z Zagłębiem, w którym Mistrzowie Polski wygrali 5:1. Nasz zespół przewodzi w ligowej tabeli, do tej pory nie zaznał goryczy porażki. Najbliższe spotkanie zespół rozegra w ramach Pucharu Kontynentalnego, w piątek 17 listopada.
PIŁKA NOŻNA
sportowefakty.wp.pl – Pogoń Szczecin i GKS Katowice uciekają jeszcze bardziej. A za nimi… coraz większy tłok
Wszystko wskazuje na to, że w tym sezonie Orlen Ekstraliga kobiet będzie ligą trzech prędkości. Po dziewiątej kolejce stawka drużyn podzieliła się na trzy grupy. Na czele Pogoń Szczecin i GKS Katowice, które wygrały swoje mecze strzelając po 5 goli.
To pierwsza seria gier rozegrana po październikowej przerwie reprezentacyjnej. Jednym z ciekawiej zapowiadających się spotkań było to we Wrocławiu, gdzie Śląsk podejmował UKS SMS Łódź. Zespół Marka Chojnackiego przeważał na boisku, ale nie potrafił zdobyć ani jednej bramki. Rywalki zaś do siatki trafiały dwukrotnie. W pierwszej połowie przepięknym uderzeniem z rzutu wolnego popisała się Joanna Wróblewska, a w drugiej na 2:0 podwyższyła Marcelina Buś. Był to trzeci mecz z rzędu, w którym ekipa z Łodzi nie potrafiła zdobyć bramki.
A w Szczecinie ostre strzelanie w meczu z Medykiem Polomarket Konin urządziły sobie piłkarki Pogoni. Choć wynik otworzyła samobójczym trafieniem Patrycja Ziemba, jeszcze przed przerwą po golu dołożyły Emilia Zdunek z rzutu karnego oraz Natalia Oleszkiewicz. Po zmianie stron na 4:0 podwyższyła Jaylen Crim, a tuż przed końcem jeszcze trafienie dołożyła Agnieszka Garbowska.
Dzięki tej wygranej szczecinianki utrzymały pozycję lidera, choć goniący je GKS Katowice też zdobył w ten weekend pięć goli. Mistrzynie kraju podejmowały AP Orlen Gdańsk. Już w trzeciej minucie Nicola Brzęczek rozwiązała worek z bramkami. W 21. i 43. minucie po golu dorzuciła do niego Aleksandra Nieciąg, a w 84. Brzęczek ponownie trafiła do siatki. Honorowego gola dla piłkarek z Trójmiasta zdobyła w doliczonym czasie gry Clarissa Kirsch-Downs, lecz GieKSa jeszcze zdołała na to odpowiedzieć trafieniem Klaudii Słowińskiej.
SIATKÓWKA
siatka.org – Podopieczni Kwapisiewicza pokonali GKS Katowice
Na zakończenie trzeciej kolejki PlusLigi Ślepsk Malow Suwałki, bez większych problemów, pokonał GKS Katowice. Podopieczni Dominika Kwapisiewicza w każdym z setów narzucili swój rytm gry i ostatecznie zamknęli ten pojedynek w trzech odsłonach. Najlepszym zawodnikiem meczu wybrany został Bartosz Filipiak.
Obie drużyny od początku spotkania popełniały wiele błędów w polu serwisowym oraz grały punkt za punkt do stanu 5:5. Ze środka dał o sobie znać Bartłomiej Krulicki, a gdy zatrzymany został Ziga Stern, Ślązacy prowadzili 7:5. Zespoły szybko przeszły do wymiany ciosów. Po stronie przyjezdnych przez środek siatki atakował Joaquin Gallego (12:13). Z kolei gra katowiczan nieco falowała, ale obie ekipy nie dawały za wygraną (16:16).
Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie, bowiem po wykorzystanej kontrze Pawła Halaby i dobrej postawie Zigi Sterny w polu serwisowym suwałczanie prowadzili 18:16. Podopieczni Dominika Kwapisiewicza dołożyli jeszcze blok na Lukasie Vasinie (20:16). Siatkarze GKS-u radzili sobie dobrze w ofensywie, ale nie stworzyli sobie szansy w końcówce, psując trzy zagrywki z rzędu (19:23). O objęciu prowadzenia przesądził atak Filipiaka z prawej flanki (25:19).
Dobrze dla GKS-u rozpoczęła się druga partia, w której to punktowy atak oraz blok zaliczył Vasina. Błędy własne przyjezdnych sprawiły, że katowiczanie prowadzili 4:1. Po chwili solidną serię w polu serwisowym zaliczył Paweł Halaba, który zagrywał siedmiokrotnie. Drużyna z północno-wschodniej części Polski postawiła szczelny blok, dzięki któremu wygrywała 8:5. Na boisko zawitał Jakub Jarosz i odpowiedział dobrą zagrywką, czterokrotnie z rzędu w ofensywie punktował Szymański, co dało gospodarzom remis (10:10).
Zdecydowanie szósty bieg wrzucił Szymański, który zaserwował jeszcze asa (12:11). Obie ekipy kończyły większość ze swoich pierwszych ataków. Ponownie dał o sobie znać Szymański, a gdy swoją szansę wykorzystał Vasina, wówczas ekipa ze Śląska miała dwa oczka do przodu (19:17). W samej końcówce ciężar gry na swoje barki wziął Filipiak, który najpierw zablokował Vasinę, a niewiele później skończył dwie akcje (22:21). Katowiczanie raz jeszcze zostali “poczęstowani” czapą, a kropkę nad “i” postawił Filipiak (25:22).
Ślepsk kontynuował skuteczną grę blokiem od początku trzeciej partii (3:1). Podopieczni Grzegorza Słabego mieli problemy z przyjęciem. Dwukrotnie z rzędu zatrzymany został Jarosz (2:7). Do dalszej walki swoich kolegów zagrzewali Szymański oraz Jarosz (9:11). Cały czas goście prezentowali dobry, cierpliwy wyblok, podczas gdy katowiczanie popełniali błędy (12:18). Koncert suwałczan trwał w najlepsze, a wszystko zakończyło się po ataku Stajera z piłki przechodzącej (25:16).
GKS Katowice – Ślepsk Malow Suwałki 0:3 (19:25, 22:25, 16:25)
sportdziennik.com – Spektakl atakujących!
Siatkarze z Zawiercie zapisali na swoim koncie pierwsze zwycięstwo, ale dopiero tie-breaku.
Karol Butryn, atakujący Aluronu CMC Warty Zawiercie, w sobotę obchodził imieniny, ale nie mógł świętować, bo wczoraj czekała praca. Wywiązał się z niej znakomicie, bo przez cały mecz z GKS-em Katowice grał niezwykle solidnie, zaś w tie-breaku wręcz koncertowo. To właśnie on sprawił, że ekipa Michała Winiarskiego zapisała pierwsze zwycięstwo w sezonie, ale za dwa punkty. Po drugiej stronie siatki od trzeciego seta szalał atakujący Jakub Jarosz i on zmobilizował kolegów do walki o każdy punkt. „GieKSa” zdobył pierwszy punkt w sezonie, ale najważniejsze, że zdecydowanie poprawiła swoją grę.
Oba zespoły od początku są mocno cierpiące i nie zaznały smaku zwycięstwa. Ba, GKS nie wygrały seta. Sytuacja kadrowa w zawierciańskim zespole powoli się stabilizuje i podstawowym składzie pojawił się Bartosz Kwolek, zaś w krótkich fragmentach Mateusz Bieniek i Trevor Clevenot. Wydawalo się, że faworyzowani gospodarze szybko opanują wydarzenia na parkiecie i objęli prowadzenie 11:7. Gdy w polu serwisowym pojawił się Lukas Vasina goście błyskawicznie odrobili straty i był remis 11:11. Ten początek to była zapowiedź twardej gry o każdy punkt. I tak też było. Wprawdzie gospodarze już prowadzili 20:16, ale ambitni goście znów zniwelowali straty i po zagrywce Łukasza Kozuba przegrywali zaledwie 21:22. W końcowych fragmentach było nerwowo i pomyłki w polu zagrywki z jednej i drugiej strony. W końcu zwycięski punkty środkowy gospodarzy Mariusz Schamlewski.
Od początku drugiego seta na boisku pojawił Marcin Waliński, który zawierciańską halę zna jak własną kieszeń. Zastąpił on Jakuba Szymańskiego, który nie radził sobie ani w przyjęciu ani w ataku. By osiągnąć jakiś wymierny efekt goście musieli podjąć ryzyko w polu serwisowym. I tak też było, choć punktów z tego elementu nie było. W drugim secie katowiczanie popełnili aż 9 pomyłek, przy jednym punkcie. Stanowczo za mało. Gospodarze mieli 5 błędów przy 2. asach. Aluron wyszedł na prowadzenie 7:5 i już nie oddał go do samego końca. Owszem, goście grali niezwykle ambitnie, ale gospodarze trzymali ich na dystans. Wygrali drugą odsłonę dość pewnie i nic nie zapowiadało,by coś się zmieniło.
A jednak goście stanęli na wysokości zadania i przedłużyli mecz. Trener Grzegorz Słaby przy stanie 5:8 dokonał zmiany, która miała kluczowe znaczenie dla przebiegu dla całego meczu. Damiana Domagałę na pozycji atakującego zastąpił nie tylko kapitan, ale również doskonały motywator Jarosz, który w poprzednim meczu narzekała na przeziębienie. Gospodarze prowadzili 11:7, ale przy jego współudziale goście objęli prowadzili 13:11. I już nie oddali do samego końca. Goście prowadzili już 23:19 i byli blisko zdobycia pierwszego seta w tym sezonie. Końcowe fragmenty były nerwowe, ale katowiczanie za sprawą swojego kapitana w końcu dopięli swego i wygrali seta.
Kapitan „GieKSy” wcale nie zamierzał schodzić z wysokiego poziomu i w kolejnej partii rządził i dzielił na parkiecie. Kozub, rozgrywający gości, już nie starał się szukać jakiś nowych rozwiązań tylko piłkę kierował do Jarosza. A ten albo silnym albo też sprytnym atakiem kierował piłkę w parkiet. Gdy pojawiał się w polu serwisowym również był alarm w szeregach gospodarzy. Goście po niesłychanych emocjach doprowadzili do tie-breaka. A w nim temperatura na parkiecie osiągnęła stan wrzenia. Po udanej akcji Clevenota oraz dwóch asach Butryna gospodarze prowadzili 10:7, ale katowiczanie nie dali za wygraną. Końcowe fragmenty to popis skuteczności Butryna. Goście walczyli do samego końca, ale gospodarze zapisali po swojej stronie zwycięstwo.
Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:2 (25:23, 25:19, 23:25, 22:25, 15:12)
HOKEJ
hokej.net – Mistrz Polski nie do zatrzymania, kolejna wygrana GieKSy
Przy pełnych trybunach „Stadionu Zimowego” hokeiści GKS-u Katowice odnieśli 17. zwycięstwo z rzędu pokonując miejscowe Zagłębie Sosnowiec 5:1. Podopieczni Jacka Płachty dopisali kolejne trzy punkty do tabeli, a głównym ojcem sukcesu był Hampus Olsson, który popisał się hat-trickiem.
Od początku spotkania więcej z gry mieli gospodarze, jednak nie potrafili zaskoczyć defensywy rywali. Katowiczanie, którzy grali z kontry byli zabójczo skuteczni. Najpierw akcję duetu Marklund-Olsson zakończył indywidualnym popisem drugi z wymienionych i wyprowadził przyjezdnych na prowadzenie.
Niecałe 3 minuty ten sam duet uderzył ponownie i znów strzelcem bramki okazałby się być rosły Szwed. Sosnowiczanie cały czas starali się kreować grę, jednak nie mogli znaleźć recepty na dobrze dysponowanego Johna Murraya.
Trochę ponad dwie przed końcem pierwszej odsłony,kibice sosnowieckiej ekipy odpalili konfetti, które wylądowało na tafli. Sędziowie ze względu na bezpieczeństwo zawodników zdecydowali się na przerwę i dogranie tych minut przed rozpoczęciem drugiej tercji.
Gdy przerwa się skończyła jeszcze podczas dogrywanej pierwszej tercji uderzyli gospodarze, zamieszanie pod bramką Murraya wykorzystał dobrze ustawiony Valtola i sosnowiczanie złapali kontakt.
Błyskawicznie po zakończeniu pierwszej tercji, rozpoczęła się druga odsłona w której podopieczni Piotra Sarnika byli rażąco nieskuteczni, a goście z Katowic wykorzystali to i podwyższyli swoje prowadzenie za sprawą Shigekiego Hitosato, który precyzyjnym strzałem do odkrytej części bramki umieścił gumę w siatce.
Niecałe 3 minuty ten sam duet uderzył ponownie i znów strzelcem bramki okazałby się być rosły Szwed. Sosnowiczanie cały czas starali się kreować grę, jednak nie mogli znaleźć recepty na dobrze dysponowanego Johna Murraya.
Trochę ponad dwie przed końcem pierwszej odsłony,kibice sosnowieckiej ekipy odpalili konfetti, które wylądowało na tafli. Sędziowie ze względu na bezpieczeństwo zawodników zdecydowali się na przerwę i dogranie tych minut przed rozpoczęciem drugiej tercji.
Gdy przerwa się skończyła jeszcze podczas dogrywanej pierwszej tercji uderzyli gospodarze, zamieszanie pod bramką Murraya wykorzystał dobrze ustawiony Valtola i sosnowiczanie złapali kontakt.
Błyskawicznie po zakończeniu pierwszej tercji, rozpoczęła się druga odsłona w której podopieczni Piotra Sarnika byli rażąco nieskuteczni, a goście z Katowic wykorzystali to i podwyższyli swoje prowadzenie za sprawą Shigekiego Hitosato, który precyzyjnym strzałem do odkrytej części bramki umieścił gumę w siatce.
Sokay: Na pewno czeka nas rywalizacja z mocnymi zespołami
– Moi dziadkowie żyli w Polsce. Zaraz po drugiej wojnie przenieśli się do Kanady i założyli tam rodzinę. Czuję się mocno przywiązany do moich korzeni – powiedział Ben Sokay, który w rozmowie z klubowymi mediami opowiedział o przeprowadzce do Katowic, polskim pochodzeniu oraz zbliżającej się rywalizacji w Pucharze Kontynentalnym.
Dokładnie za dwa tygodnie rozpocznie się trzecia runda Pucharu Kontynentalnego, z udziałem GKS-u Katowice. W dniach 17-19 listopada mistrzowie Polski zmierzą się w grupie F z SG Cortina, Herning Blue Fox oraz FTC Budapeszt.
– Nie grałem w tych rozgrywkach wcześniej i nie jestem do końca pewny, czego powinienem oczekiwać. Na pewno czeka nas rywalizacja z mocnymi zespołami– przyznał Ben Sokay.
Przy transferze Kanadyjczyka do Katowic, Roch Bogłowski, dyrektor hokejowej sekcji GKS-u Katowice, poinformował, iż Sokay ma polskie pochodzenie, gdyż część jego rodziny pochodzi z Polski.
– Tak, rodzina ze strony mojego ojca pochodzi z Polski. Moi dziadkowie żyli w Polsce. Zaraz po drugiej wojnie przenieśli się do Kanady i założyli tam rodzinę. Czuję się mocno przywiązany do moich korzeni. Podczas rodzinnych spotkań często śpiewamy polskie piosenki. Próbowałem razem z nimi, ale nadal uczę się języka polskiego. Jemy także polskie jedzenie. Nadal mam rodzinę w Polsce i odwiedziłem ją cztery lata temu. Polska ma specjalne miejsce w moim sercu – zaznaczył napastnik GieKSy.
Dla 26-letniego Kanadyjczyka to już blisko drugi miesiąc gry w Polsce. W tym czasie rozegrał 17 meczów, w których zainkasował 15punktów za 5 bramek i 10asyst. Przy czym 6 minut spędził na ławce kar oraz wypada na +7 w klasyfikacji plus/minus.
– Jest świetnie, bardzo mi się podoba. Miasto jest fantastyczne, bo można robić wiele różnych rzeczy. To dla mnie wyjątkowe, że mogę grać w kraju, z którego pochodzi moja rodzina. To bardzo ładny kraj. Spotkałem świetnych i bardzo życzliwych ludzi i już czuję, że to mój drugi dom. Nie mogę się doczekać, by odkryć więcej!– stwierdził zawodnik mistrza Polski.
– Oczekiwałem, że to będzie duże miasto, jedno z największych w Polsce. Nigdy nie wiesz, jak to do końca będzie, ale masz pewne wyobrażenie. Jestem miło zaskoczony tym, jak wiele się tutaj dzieje. Uwielbiam jedzenie, zawsze próbuję nowych rzeczy i bardzo mi się to podoba. Poza tym jest tutaj bardzo silna społeczność sportowa, co widać na każdym kroku– dodał.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Najnowsze komentarze