Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Kolejorz za dobry dla GKS

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Lech Poznań – GKS Katowice 2:0 (1:0).

weszlo.com – Trudno nie być chłopcem do bicia, gdy grasz z takim Lechem

Lech Poznań wyglądał dziś jak drużyna, która przez całe dwa tygodnie przerwy reprezentacyjnej skreślała dni do kolejnego wyjścia na boisko. Jak jesteś w formie, to chcesz grać jak najczęściej, a „Kolejorz” jest w znakomitej – dziś znów bawił się na boisku i nie pozostawił GKS-owi żadnych złudzeń.

Tęskota lechitów za boiskiem była tak duża, że ci już w trzeciej minucie otworzyli wynik, a później ani przez moment nie stracili kontroli nad meczem. GKS był nieustannie tłamszony, nękany, punktowany i dominowany. Słowem – nie miał żadnej przestrzeni do tego, by dojść do głosu. Zazwyczaj w takich przypadkach trenerzy zastanawiają się – jakby ułożyło się spotkanie, gdyby nie tak szybko stracony gol? Rafał Górak nie musi zaprzątać sobie głowy takimi myślami. Nawet, gdyby w trzeciej minucie do siatki trafili przyjezdni z Katowic, Lech nie pozwoliłby im podnieść punktów z boiska. Nie w tej formie. Nie z takim głodem gry.

„Kolejorz” jest po prostu w gazie. Jedyne, do czego może mieć dziś do siebie pretensje, to skuteczność. Skończyło się dwubramkowym zwycięstwem, które samo w sobie wielkiego wrażenia nie robi, ale to naprawdę minimalny wymiar kary dla dzielnego beniaminka. Pluł w brodę będzie sobie zwłaszcza Ishak, mimo że to on otworzył wynik i doskoczył do Kallmana, Koulourisa i Rochy w liczbie strzelonych goli. Wszyscy z nich mają po dziesięć trafień, a Szwed spokojnie mógł myśleć o dwunastu. Miał rzut karny – trafił w słupek. Posłał dobrą główkę z kilku metrów – Kudła wyjął strzał dosłownie z linii.

Trafił raz, głową, we wspomnianej trzeciej minucie. Ta akcja to niemalże piłkarska perfekcja. Pereira doskonale przerzucił, Walemark idealnie dośrodkował, a napastnik wzorowo uciekł obrońcom i dopełnił formalności. Błyskotliwy skrzydłowy to kolejny zawodnik, który wróci do domu z poczuciem, że jego nazwisko mogło częściej zagościć w protokole meczowym. Najbliżej był wtedy, gdy wykańczał kontrę uderzeniem na krótki róg i trafił dokładnie w słupek. Innym razem posłał kapitalną wrzutkę do Gholizadeha, lecz ten zachował się tak, jakby nigdy nie skakał do głowy (a to też spokojnie mogła być bramka). W doliczonym czasie gry – było go aż dziesięć minut przez przerwę spowodowaną odpaleniem piro – na czystą sytuację wybiegł Szymczak, ale i jego przeczytał Kudła.

Lekko licząc – sytuacji tyle, że gdyby GieKSa dostała piątkę, nie mogłaby mówić o dziejowej niesprawiedliwości. Do jej siatki trafił jeszcze Gholizadeh, trochę w szczęśliwych okolicznościach – płaska wrzutka odbiła się od obrońcy z Katowic i trafiła prosto pod jego nogi, więc Irańczyk jedynie skorzystał z prezentu.

Mimo że starcie było dość jednostronne, obejrzeliśmy przy Bułgarskiej całkiem niezłe zawody, także ze względu na drużynę gości, która przez dziewięćdziesiąt minut – niezależnie od wyniku i sytuacji na boisku – próbowała atakować. Pewnie inaczej ocenialibyśmy takie podejście do meczu, gdyby nie wspomniane wyżej kłopoty Lecha ze skutecznością, ale jako postronni widzowie nie mamy nic przeciwko, żeby wszyscy beniaminkowie wychodzili z takiego założenia. Zresztą, akurat w przypadku zespołu ze Śląska to nie jest wcale żadne naiwne marzycielstwo. Potrafią się postawić, przed przerwą na kadrę wygrali w Krakowie, wcześniej ogrywali Pogoń czy Jagiellonię, to nie są chłopcy do bicia. Ale dziś, z tak dysponowanym Lechem, każda polska drużyna byłaby właśnie chłopcami do bicia.

gol24.pl – Lech Poznań pewnie pokonał GKS Katowice w meczu 16. kolejki PKO Ekstraklasy. Kolejorz powiększył przewagę w tabeli rozgrywek

W sobotni wieczór Lech Poznań pewnie pokonał na własnym stadionie GKS Katowice 2:0 w meczu 16. kolejki PKO Ekstraklasy. Gole dla Kolejorza strzelali Mikael Ishak oraz Ali Gholizadeh. Wynik mógł być nawet wyższy na korzyść poznaniaków, ale szwedzki napastnik między innymi nie wykorzystał rzutu karnego. Liderujący w tabeli rozgrywek Lech dzięki wygranej, powiększył przewagę nad Rakowem Częstochowa do 4 punktów.

Spotkanie w Poznaniu fantastycznie rozpoczęło się dla gospodarzy. Już w 3. minucie wynik otworzył Mikael Ishak. Szwedzki napastnik perfekcyjnie skorzystał z dokładnego podania swojego rodaka Patrik Walemark i Dawid Kudła nie miał żadnych szans. Mimo prowadzenia, Kolejorz ani myślał zwalniać tempa. Wciąż atakował i stwarzał sobie kolejne okazje, ale brakowało skuteczni w wykończeniu. Swoich szans nie wykorzystali Patrik Walemark i Ali Gholizadeh i do przerwy zespół ze stolicy Wielkopolski prowadził tylko 1:0.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Wciąż gospodarze intensywnie nacierali na defensywę rywali. W 50. minucie Afonso Sousa został sfaulowany w polu karnym GKS-u przez Adriana Błąda i sędzia Łukasz Kuźma wskazał na „wapno”. Jednak Mikael Ishak zamiast ustrzelić dublet, trafił tylko w słupek.

Chwilę później Kolejorz dopiął swego i podwyższył prowadzenie. Po znakomitym kontrataku do siatki przyjezdnych trafił Ali Gholizadeh. Reprezentant Iranu strzelił swojego strzelił swojego 3 gola w tym sezonie PKO Ekstraklasy. Taki rezultat utrzymał się do ostatniego gwizdka i Lech Poznań po pewnym zwycięstwie nad beniaminkiem rozgrywek podwyższył przewagę w tabeli nad grupą pościgową.

Mocna delegacja kibiców GKS Katowice w Poznaniu na meczu z Lechem

Kibice GKS Katowice w sobotni wieczór wypełnili niemal do ostatniego miejsca sektor gości na stadionie Enea Stadion w Poznaniu. Fani beniaminka PKO Ekstraklasy głośno wspierali swoich ulubieńców w trudnym meczu przeciwko liderowi rozgrywek. W drugiej połowie kibice Lecha Poznań odpalili sporą liczbę środków pirotechnicznych, co spowodowało przerwanie meczu na kilka minut.

Mimo bardzo niskiej temperatury i niesprzyjających warunkach atmosferycznych kibice GKS Katowice w bardzo licznej liczbie stawili się na Enea Stadion w Poznaniu. Fani beniaminka PKO Ekstraklasy wypełnili sektor gości i głośno dopingowali swój zespół w niezwykle trudnym spotkaniu. Na boisku to Lech był zdecydowanie lepszy, ale na trybunach czasami katowiczanie dawali o sobie znać.

gloswielkopolski.pl – Beniaminek bez szans przy Bułgarskiej. Kolejorz za dobry dla GKS

W 16. kolejce ekstraklasy Lech Poznań wygrał 2:0 z GKS Katowice po golach Ishaka i Gholizadeha. Zwycięstwo Kolejorza mogło być wyższe, bo kapitan Lecha nie wykorzystał karnego, a w drugiej części jak w transie bronił Kudła.

Sensacji nie było, bo nie mogło być. Kolejorz miał w tym meczu zdecydowaną przewagę i w pełni kontrolował wydarzenia na boisku.

Gdyby nie świetna postawa bramkarza beniaminka Dawida Kudły, goście wyjechaliby z Poznania z dużym bagażem goli. 2:0 to bowiem najniższy wymiar „kary”.

codziennypoznan.pl – Lech Poznań wygrywa z GKS Katowice i broni pozycji lidera

Lech Poznań odniósł spokojne i zasłużone zwycięstwo w sobotnim meczu przeciwko beniaminkowi ekstraklasy, GKS Katowice. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:0, a przewaga gospodarzy ani przez chwilę nie była zagrożona. Choć wynik mógł być bardziej okazały, Kolejorz nie wykorzystał rzutu karnego i kilku dogodnych sytuacji.

Lechici szybko narzucili swoje tempo gry, co przyniosło efekt już w 3. minucie. Mikael Ishak, po znakomitej akcji, otworzył wynik spotkania, wykorzystując doskonałe podanie Joela Pereiry, które perfekcyjnie trafiło do Patrika Walemarka. Ten, mimo trudności z utrzymaniem równowagi, obsłużył Ishaka idealnym dośrodkowaniem. Szwedzki napastnik po raz 10. w tym sezonie wpisał się na listę strzelców, dołączając do liderów klasyfikacji królów strzelców PKO BP Ekstraklasy.

Lech mógł podwyższyć prowadzenie już kilka minut później. Walemark ponownie zaprezentował swoją wizję gry, precyzyjnie dogrywając piłkę do Aliego Gholizadeha. Irański skrzydłowy, będąc w dogodnej sytuacji, trafił jednak w boczną siatkę, co wywołało na trybunach chwilową konsternację – niektórzy kibice zaczęli przedwcześnie świętować.

Po przerwie Lech nie zwolnił tempa. Już na początku drugiej części gry Afonso Sousa wywalczył rzut karny po dynamicznym kontrataku. Do piłki podszedł kapitan Kolejorza, jednak jego strzał trafił tylko w słupek. To nie był koniec niewykorzystanych szans. Ishak, próbując główkować, niemal zdobył drugiego gola, ale piłka minimalnie nie przekroczyła linii bramkowej, co potwierdziły dłuższe analizy sędziów.

Niedługo później Ali Gholizadeh, który do tej pory rozgrywał przeciętne zawody, zrehabilitował się, zdobywając swoją czwartą bramkę w sezonie. Po dośrodkowaniu Walemarka piłka szczęśliwie spadła pod jego nogi, a on precyzyjnym strzałem ustalił wynik spotkania. Chwilę później opuścił boisko, ustępując miejsca Filipowi Jagielle.

W 70. minucie stadion przy Bułgarskiej rozświetliło pirotechniczne show zorganizowane przez kibiców. Gęsty dym zmusił sędziego do krótkiej przerwy w meczu, co wpłynęło na przedłużenie gry o 10 minut. W tym czasie Lechici spokojnie kontrolowali przebieg spotkania, stwarzając kolejne sytuacje, jednak świetne interwencje bramkarza GKS, Dawida Kudły, powstrzymały gospodarzy przed wyższym wynikiem. Filip Szymczak miał najlepszą okazję w doliczonym czasie, ale i on nie zdołał pokonać golkipera gości.

Sobotnia wygrana pozwala Kolejorzowi umocnić się w czołówce tabeli Ekstraklasy. Zespół Nielsa Frederiksena pokazał pewność w grze i dominację nad rywalem, co dobrze wróży na kolejne spotkania. GKS Katowice, mimo porażki, może być zadowolony z postawy swojego bramkarza, który wielokrotnie ratował drużynę przed utratą kolejnych goli.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga