Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Wykorzystać kolejne potknięcie Rakowa
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat dzisiejszego spotkania GKS Katowice – Lech Poznań.
wkatowicach.eu – Ostatni mecz domowy GieKSy w tym sezonie z liderem Ekstraklasy
Dopiero co witaliśmy się z Ekstraklasą w Katowicach, po blisko dwóch dekadach przerwy, a już przyszedł czas na ostatni mecz domowy w tym sezonie. Nie ma jednak co się martwić, bo katowicka GieKSa w przyszłym sezonie również zagra na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Na wielki finał rozgrywek na Arenie Katowice w tym sezonie – kolejny hit – mecz GKS Katowice – Lech Poznań.
Mecz GieKSy i Kolejorza elektryzuje kibiców już od dłuższego czasu. W niedzielę, 18 maja, na Arenie Katowice podopieczni trenera Rafała Góraka po raz ostatni w tym sezonie wystąpią przed własną publicznością, podejmując piłkarzy Lecha Poznań.
Z kolei Lech Poznań to jeden z głównych pretendentów do mistrzowskiego tytułu. Przed niedzielnym meczem w Katowicach Kolejorz jest liderem tabeli PKO BP Ekstraklasy. Poznaniacy mają na koncie 21 zwycięstw w tym sezonie przy 3 remisach i 8 porażkach.
W rundzie jesiennej w bezpośrednim starciu Lecha Poznań z GKS-em Katowice lepsi okazali się piłkarze z Poznania. W meczu rozegranym 23 listopada ubiegłego roku Lech wygrał z GieKSą 2:0.
goal.pl – 180 minut od mistrzostwa Polski. Lech Poznań broni fotelu lidera w Katowicach
[…] W PKO BP Ekstraklasie mamy coraz mniej niewiadomych. Jedną z nich jest kwestia absolutnie priorytetowa – kto podniesie puchar na koniec sezonu 2024/2025? Większość drużyn przygląda się temu z daleka, a GKS Katowice wręcz przeciwnie. Każda zdobycz punktowa beniaminka wywołałaby euforię w środowisku związanym z Rakowem Częstochowa, czyli jednym z dwóch pretendentów do tytułu.
Lech przeszedł wyboistą ścieżkę do tego, aby na dwie kolejki przed końcem sezonu mieć kwestię mistrzostwa Polski we własnych nogach. 180 minut dzieli poznaniaków od dziewiątego w ich historii tytułu. Rzecz wydaje się prosta – trzeba pokonać niżej notowanego przeciwnika. Spotkanie odbędzie się jednak w delegacji, a Lech poza własnym obiektem potrafi mieć ogromne problemy. Teraz trzeba je przezwyciężyć.
GKS to aktualnie najlepszy beniaminek tego sezonu, chociaż w tym aspekcie rywalizacja jest zacięta. Katowiczanie robią jednak wiele, aby Motor Lublin nie odebrał im tego miana. Rafał Górak mógł ostatnio cieszyć się z pokonania przed własną publicznością Cracovii 2:1. Było to trzecie zwycięstwo GKS-u w pięciu ostatnich meczach.
Na aktualnym etapie sezonu dla Lecha każdy mecz jest finałem. Stąd na drużynie Nielsa Frederiksena ciąży ogromna presja. Remis z Radomiakiem Radom (2:2) został odebrany jak wysoka porażka, ponieważ oddalał Kolejorza od mistrzostwa Polski. Później nadszedł jednak pogrom z Puszczą Niepołomice (8:1) i prestiżowa wygrana w Warszawie z Legią (1:0).
weszlo.com – GKS – Lech
GKS może popsuć Lechowi plany przed ostatnią kolejką Ekstraklasy. Aby to uczynić, musi urwać liderowi z Poznania punkty. To nie będzie łatwym zadaniem, ponieważ Lechici są w dobrej dyspozycji i nie zamierzają dawać Rakowowi niepotrzebnej szansy.
O GieKSie w tym sezonie napisaliśmy już chyba wszystko. Pewnego poziomu na razie nie mogła przeskoczyć, ale sezon kończy jako zdecydowany wygrany. Pewne utrzymanie, a na ten moment miejsce w czołowej ósemce Ekstraklasy. Beniaminkowi należą się brawa za ten sezon. Trzeba jednak już budować skład na przyszłą kampanię, w której w Katowicach zabraknie Sebastiana Bergiera. Napastnik odchodzi do Widzewa i trzeba będzie znaleźć jego zastępstwo.
Jeśli Lech wygra, a Raków popełni błąd, to Kolejorz na kolejkę przed końcem zostanie mistrzem Polski. Wygrywanie na Nowej Bukowej nie należy jednak do spraw najłatwiejszych, dlatego koncentracja musi zostać zachowana. GieKSa nie jest zespołem, który można pokonać od niechcenia. Lechowi nie może zabraknąć pokory. Sponiewierany środek pola to na pewno słabszy punkt poznaniaków w tym meczu, ale Antoni Kozubal nie raz już pokazywał, że potrafi wziąć grę na swoje barki.
lechpoznan.pl – Z obozu rywala: GKS Katowice
[…] W niedzielne popołudnie na obiekcie w Katowicach dojdzie do 46. ligowego meczu pomiędzy obiema drużynami. Bilans tych starć jest dosyć wyrównany, bowiem Niebiesko-Biali wygrali osiemnaście bezpośrednich spotkań, padło dwanaście remisów, a piętnaście razy lepsi okazali się nasi rywale z Katowic. Liczba bramek również jest minimalnie po naszej stronie – lechici w historii ligowych potyczek obu ekip strzelili 56 goli, tracąc ich przy tym 53.
gol24.pl – Wykorzystać kolejne potknięcie Rakowa
[…] Piłkarze Lecha Poznań są na dobrej drodze do kolejnego w swojej historii tytułu mistrzowskiego. Podopieczni trenera Nielsa Frederiksena mają wszystko w swoich rękach i nogach. Sprawa na dobrą sprawę zależy tylko i wyłącznie od nich, gdyż Raków Częstochowa od dwóch meczów nie zdołał wygrać. W ostatniej rywalizacji 33. kolejki PKO Ekstraklasy z Koroną Kielce podopieczni trenera Marka Papszuna uratowali zaledwie punkt, a w przedostatniej przegrali z Jagiellonią Białystok (1:2). Pojawiła się upragniona szansa dla Lecha Poznań? Być może, ale trzeba wygrywać.
Po ostatnim podziale punktów w świętokrzyskim ex aequo na pierwszym miejscu znajdują się dwie drużyny. Raków i Lech mają po 66 punktów w ligowej tabeli. Tylko dzięki lepszemu bilansowi meczów bezpośrednich Medaliki prowadzone przez Papszuna wyprzedzają jednak poznańską lokomotywę. Lech nie może więc sobie pozwolić na wpadki w dwóch ostatnich meczach. Musi po prostu wygrywać – jeśli myśli o dziewiątym tytule mistrzowskim w historii.
GKS Katowice z kolei nie gra w tym sezonie już o nic. Katowiczanie są pewni utrzymania, znajdują się na wysokim 7. miejscu i rywalizują jedynie z Motorem Lublin o miano najlepszego tegorocznego beniaminka. Przewaga nad lublinianami? Mowa o dwóch punktach, więc korespondencyjny pojedynek wciąż nie został rozstrzygnięty.
kkslech.com – Zapowiedź: GKS – Lech
[…] Jeżeli Lech Poznań wygra ostatnie 2 mecze z drużynami z Górnego Śląska, to nie będzie musiał oglądać się na Raków Częstochowa, który przed tym weekendem traci do nas jedno oczko. O 3 punkty oczywiście nie będzie łatwo, sytuacja kadrowa Kolejorza jest ciężka, na dodatek w tym sezonie niebiesko-biali z 2 wypraw na Górny Śląsk (Gliwice, Zabrze) przywieźli tylko jeden punkt. Na tym etapie rozgrywek nie ma już miejsca na potknięcia, jest za to jeden cel, którym jest zdobycie tytułu Mistrza Polski otwierającego bramę do Europy. Smaczku rywalizacji z solidnym beniaminkiem dodaje obecność w GKS-ie Katowice byłych lechitów, którymi są Marcin Wasielewski, Grzegorz Rogala, Filip Szymczak i Alan Czerwiński, a także dawnych zawodników Rakowa Częstochowa Dawida Drachala oraz Bartosza Nowaka. Niebiesko-biali nie mają co liczyć na taryfę ulgową, mimo problemów kadrowych i fizycznych muszą po prostu dać z siebie absolutnie wszystko, strzelić gola na 1:0, nabrać po nim wiatru w żagle i przepchnąć to spotkanie, po którym tytuł Mistrza Polski byłby już naprawdę bardzo blisko.
Trener Lecha Poznań, Niels Frederiksen nie będzie mógł jutro skorzystać z usług kontuzjowanego Filipa Dagerstala, który do treningów powróci najwcześniej pod koniec 2025 roku, Gisliego Thordarsona będącego po urazie barku (wróci wcześniej niż przewidywano, prawdopodobnie w lipcu) oraz Bartosza Salamona, Radosława Murawskiego i Daniela Hakansa, którzy zmagają się z urazami. Dodatkowo od starcia z Puszczą Niepołomice problemy ma Filip Jagiełło, który ostatnio nie trenował. W tym tygodniu oszczędzani podczas zajęć byli Mikael Ishak, Patrik Walemark oraz Ali Gholizadeh odczuwający czasami ból w kolanie.
[…] Wliczając mecze Ekstraklasy i Pucharu Polski zespół Lecha ma serię 7 kolejnych wygranych nad GKS-em (5 ligowych). W tych spotkaniach poznaniacy strzelili katowiczanom aż 16 goli. Lech wygrał ostatnie 2 mecze ligowe w Katowicach (2:1, 3:0), ostatni raz uległ GKS-owi dnia 27 września 2003 roku, gdy przegrał w Poznaniu 1:2, a w Katowicach 22 marca 2003 (0:1).
sport.tvp.pl – GKS Katowice – Lech: statystyki przed meczem PKO BP Ekstraklasy
[…] Statystyki przed meczem GKS Katowice – Lech Poznań
– bilans meczów GKS – Lech ogółem: 45 meczów, 15-12-18, bramki 53-56
– bilans meczów GKS – Lech w Katowicach: 22 mecze, 9-6-7, bramki 31-21
– GKS zajmuje 12. miejsce w tabeli wszech czasów ekstraklasy bez możliwości awansu i spadku po tej kolejce
– Lech zajmuje 4. miejsce w tabeli wszech czasów ekstraklasy bez możliwości awansu i spadku po tej kolejce
– GKS przegrał 4 ostatnie mecze z Lechem w ekstraklasie (wyrównany rekord takiej serii z tym rywalem)
– w ostatnich 12 starciach tych drużyn w ekstraklasie nie padł remis (wyśrubowany rekord takiej serii w meczach tych rywali, klubowy rekord Lecha takiej serii z dowolnym rywalem, a także rekord ekstraklasy takiej serii)
– w ostatnich 6 starciach tych drużyn w Katowicach nie padł remis (wyśrubowany rekord takiej serii w meczach tych rywali)
– w ostatnich 7 meczach z Lechem w Katowicach GKS strzelał co najwyżej 1 bramkę
– w 5 ostatnich meczach z Lechem w Katowicach GKS tracił minimum 1 bramkę
– najwyższa wygrana GKS-u z Lechem w ekstraklasie: 4:0 (w Katowicach)
– najwyższy remis tych rywali w ekstraklasie: 2:2 (w Poznaniu)
– najwyższy remis tych rywali w Katowicach: 1:1
– najwyższe porażki GKS-u z Lechem w ekstraklasie: 1:4 (w Poznaniu) i 0:3 (w domu i na wyjeździe)
– najwięcej goli w meczach tych rywali w ekstraklasie: 5 (w Katowicach i w Poznaniu)
– GKS w przeszłości zanotował serię 7 kolejnych meczów z Lechem w ekstraklasie ze straconą dokładnie 1 bramką (to klubowy rekord takiej serii obu drużyn z dowolnym rywalem)
– GKS w przeszłości zanotował serię 3 kolejnych remisów 1:1 z Lechem w ekstraklasie (to klubowy rekord takiej serii obu drużyn z dowolnym rywalem)
– GKS w przeszłości zanotował serię 3 kolejnych porażek 0:1 z Lechem w ekstraklasie (to klubowy rekord takiej serii obu drużyn z dowolnym rywalem)
– GKS w przeszłości zanotował serię 17 kolejnych meczów z Lechem w ekstraklasie ze straconą minimum 1 bramką (to klubowy rekord takiej serii z dowolnym rywalem)
– GKS w przeszłości zanotował serię 5 kolejnych meczów z Lechem w Katowicach ze straconą dokładnie 1 bramką (to klubowy rekord takiej serii z dowolnym rywalem)
– GKS w przeszłości zanotował serię 11 kolejnych meczów z Lechem w Katowicach ze straconą minimum 1 bramką (to klubowy rekord takiej serii z dowolnym rywalem)
– aktualnie Lech notuje najdłuższą serię kolejnych meczów bez porażki – 6
– aktualnie Lech notuje najdłuższą serię kolejnych meczów ze strzeloną minimum 1 bramką – 11
– aktualnie Lech notuje najdłuższą serię kolejnych wyjazdowych meczów w ekstraklasie bez porażki – 3
– aktualnie Lech notuje największą średnią frekwencję na swoich meczach w tym sezonie – 21489 widzów
– po tej kolejce GKS może awansować na 6. miejsce w tabeli, ale może też spaść na miejsce 11
– po tej kolejce Lech może utrzymać się w fotelu lidera ligowej tabeli, ale nie może spaść niżej drugiego miejsca
– w trwającym sezonie GKS zanotował najdłuższą serię kolejnych meczów ekstraklasie na własnym boisku bez straconej bramki – 4
– w trwającym sezonie Lech zanotował najdłuższą serię kolejnych wygranych – 6
– w trwającym sezonie Lech zanotował najdłuższą serię kolejnych meczów bez straconej bramki – 6
– w trwającym sezonie Lech wraz z Jagiellonią zanotował najdłuższą serie kolejnych wyjazdowych wygranych – 4
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze