Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o wczorajszym meczu: Kuriozalny gol uratował Lecha w Katowicach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Lech Poznań 2:2 (1:1)

wkatowicach.eu – Remis w ostatnim meczu sezonu na Arenie Katowice

[…] W ostatnim domowym meczu sezonu 2024/25 PKO BP Ekstraklasy, GKS Katowice podejmował walczącego o Mistrzostwo Polski Lecha Poznań. W składzie GKS-u kilka zmian względem spotkania z Cracovią. Z uwagi na absencje Sebastiana Bergiera oraz Filipa Szymczaka, jako „dziewiątka” zagrał od pierwszej minuty Mateusz Mak. Do podstawowej jedenastki wrócił z kolei Adrian Błąd.

W 7. minucie Märten Kuusk przytomnie przekierował głową strzał Aliego Golizadeha. Chwilę później katowiczanie zablokowali strzał Mikaela Ishaka. Po początkowych problemach przyszedł jednak rzut rożny, który na gola zamienił Oskar Repka wykorzystując zamieszanie w polu karnym Lecha. Dwie minuty później przed szansą stanął Mateusz Mak, lecz napastnik GKS-u otoczony przez obrońców nie był w stanie skierować piłki w stronę bramki strzeżonej przez Bartosza Mrozka.

W 25. minucie kolejna szansa Maka, który otrzymał na siódmy metr podanie od Bartosza Nowaka. Dotknął piłkę, ale nie na tyle mocno, by zaskoczyć Mrozka. Chwilę później to Nowak był bliski dobitki po tym, jak piłka spadła pod jego nogi po zamieszaniu w polu karnym gości. Obronie Lecha udało się jego próbę zablokować. W końcówce to Lech częściej gościł przed katowicką bramką. W 43. minucie Antoni Kozubal podał do Patrika Wålemarka, a ten strzałem sprzed pola karnego pokonał Dawida Kudłę i tuż przed przerwą doprowadził do remisu. To oznaczało, że na drugie 45 minut wracaliśmy z wynikiem 1:1.

Ten stan rzeczy uległ zmianie w 59. minucie. Bartosz Nowak świetnie zachował się w polu karnym po podaniu Marcina Wasielewskiego i po wymanewrowaniu defensywy, skierował piłkę do bramki przywracając GKS na prowadzenie. W 66. minucie Mateusz Mak mógł prowadzenie GieKSy podwyższyć, ale niestety nie wykorzystał sytuacji sam na sam z Bartoszem Mrozkiem. W 72. minucie dobrą interwencją popisał się Kudła, który zatrzymał groźny strzał Ishaka. Niestety pięć minut później Lech znów doprowadził do remisu po kuriozalnym golu Mario Gonzaleza. W końcówce spotkania na boisku zameldowali się Grzegorz Rogala i Adam Zrel’ák wracając po długich absencjach. Ten drugi uderzał głową po podaniu Kowalczyka, ale niestety nad bramką. Ostatecznie spotkanie zakończyło się podziałem punktów.

przegladsportowy.onet.pl – Lech Poznań dwa razy był na kolanach, niemożliwa walka o tytuł w Polsce!

Lech po meczu pełnym wielkich emocji zremisował z GKS Katowice 2:2 i tym samym utrzymał prowadzenie w tabeli przed ostatnią kolejką.

[…] Bohaterem meczu zupełnie nieoczekiwanie został Mario Gonzalez, który dotąd uchodził raczej za niewypał. Takich zaskakujących wydarzeń było więcej.

Wielkie emocje przeżyli fani Lecha w meczu z GKS. Ich ulubiona drużyna dwukrotnie przegrywała, co byłoby dla Kolejorza katastrofą, ale ostatecznie uratowała remis 2:2, który przybliża lidera do tytułu.

[…] Problemy Lecha zaczęły się po niespełna kwadransie. Oskar Repka okazał się najsprytniejszy w zamieszaniu podbramkowym w polu karnym i mocnym strzałem pokonał Bartosza Mrozka.

Był to fatalny prognostyk dla lidera. Lech dotąd gdy tracił pierwszy gola w tym sezonie, to przegrał wszystkie wcześniejsze siedem spotkań.

Potem Kolejorz przeważał, ale miał spore problemy ze sforsowaniem obrony rywali, którzy starali się trzymać faworyta z dala od własnej bramki. Gospodarze nie zamierzali tylko się bronić. Mateusz Mak mógł mieć bardzo dobrą okazję do strzelenia gola, jednak nie zdołał opanować piłki w polu karnym Lecha. A potem to GKS utrzymywał się dłużej przy piłce.

W 41. minucie Lech jednak wyrównał. Walemark uderzył z linii pola karnego i pokonał Dawida Kudłę, który nie najlepiej interweniował.

W pierwszej połowie Lech miał piłkę przez 60 procent czasu gry, oddał 11 strzałów, a GKS cztery, ale nie stworzył żadnej bardzo dobrej okazji i miał wskaźnik goli oczekiwanych xG tylko 0,42 przy 0,24 GKS.

Na początku drugiej połowy szwedzki zdobywca bramka znów próbował pokonać bramkarza GKS, ale tym razem ten lepiej sobie poradził z jego uderzeniem.

W 59. minucie wysoki pressing GKS przyniósł efekt. Michał Gurgul źle podał, piłkarze GKS przechwycili piłkę, z prawej strony dograł Marcin Wasielewski, Bartosz Nowak poradził sobie z Ali Gholizadehem i pewnym strzałem pokonał Mrozka.

[…] W 68. minucie mecz został na trzy minuty przerwane z powodu pirotechniki odpalonej przez fanów gości. W tym czasie trener Lecha przeprowadził trzy zmiany, na boisku pojawił się Mario Gonzalez.

Sześć minut później Hiszpan wykorzystał wrzutkę Joela Pereiry oraz strącenie piłki przez Antonio Milicia i trafił do siatki. To pierwszy gol tego zawodnika dla Kolejorza. Dotąd na boiskach Ekstraklasy spędził tylko 50 minut, a to właśnie on strzelił gola prawdopodobnie na wagę mistrzostwa Polski.

Teraz Lechowi został już ostatni krok do tytułu, teoretycznie nieco łatwiejszy niż ten w Katowicach.

weszlo.com – Gonzalez odwrotnością Jopa. Kuriozalny gol uratował Lecha w Katowicach

Są takie momenty, w których piłka nożna wymyka się logice, analizom i przewidywaniom. Na przykład gdy Mario Gonzalez „strzela” bramkę, która ratuje szanse na Lecha Poznań na mistrzostwo kraju. Facet, który dotychczas miał problem nawet z tym, żeby dobrze się ustawić na boisku, teraz stanął tak, że trafienie go w głowę może być warte miliony i uratować nastroje całej Wielkopolski.

Pierwszy raz w sezonie Lech Poznań uratował wynik meczu, gdy dał sobie wbić gola. Że doszło do tego dopiero teraz — wstyd. Że jednak doszło — cud. Jeśli można powiedzieć o czymś, że stało się we właściwym momencie, w najlepszej możliwej chwili, to był to właśnie ten comeback. W innym przypadku Kolejorz szykowałby się już na wyjątkowo bolesny cios mokrą szmatą.

Wszystkie historie o tym, że GKS Katowice świetnie żyje z Lechem Poznań, bo wypożycza stamtąd piłkarzy i o tym, że cała świta GieKSiarzy z przeszłością w Wielkopolsce nie będzie się przemęczać, żeby odebrać tytuł byłemu klubowi, można wrzucić do śmietnika. Fakty są takie, że czołową postacią drużyny Rafała Góraka w tym spotkaniu był Marcin Wasielewski, czyli najbardziej związany z Lechem zawodnik GKS, który wybiegł na boisko. Większym problemem było jednak to, że w zasadzie każdy z jego kolegów wyglądał na podobnie nabuzowanego, co szybko przerodziło się w kłopoty.

Może i Ali Gholizadeh już po paru minutach mógł zdobyć bramkę w swoim stylu, po wkręceniu w ziemię Mateusza Kowalczyka, może i Mikael Ishak ładnie się złożył do woleja, lecz po kwadransie prowadziła GieKSa. Oskar Repka to gość, którego po prostu chcesz mieć w zespole. Wielki jak szafa, zawzięty jak komiksowy mściciel. Obydwa atuty pomogły mu otworzyć wynik gry, gdy trzeba było powalczyć o dobitkę strzału na ziemi, w gąszczu nóg, typowej szamotaninie. Okazał się w niej najsprytniejszy i po prostu piłkę do bramki wcisnął.

Dziesięć minut później Repka mógł mieć już na koncie dublet, lecz nieznacznie minął się z piłką. Piętnaście minut później cegiełkę do kolejnego — to on wywalczył rzut rożny — gola mógł dołożyć Wasielewski, który wstrzelił futbolówkę w pole karne i zmusił do wysiłku Bartosza Mrozka oraz Antonio Milicia. Lecha nie było, zniknął, odwrócić to próbował tylko Patrik Walemark. Pierwsza próba — fatalna. Szwed wyrżnął się w starciu z powietrzem i zarobił żółtko za symulkę, które wyklucza go z ostatniego meczu.

Druga — znacznie lepsza. Zabrał się z piłką, kopnął, trafił. Pomógł mu Dawid Kudła, lecz to nic specjalnego, Kudle podobne pomyłki się zdarzają. Trzeba umieć to wykorzystać, Walemark spróbował i się opłaciło.

Wszystkie historie o tym, że GKS Katowice świetnie żyje z Lechem Poznań, bo wypożycza stamtąd piłkarzy i o tym, że cała świta GieKSiarzy z przeszłością w Wielkopolsce nie będzie się przemęczać, żeby odebrać tytuł byłemu klubowi, można wrzucić do śmietnika. Fakty są takie, że czołową postacią drużyny Rafała Góraka w tym spotkaniu był Marcin Wasielewski, czyli najbardziej związany z Lechem zawodnik GKS, który wybiegł na boisko. Większym problemem było jednak to, że w zasadzie każdy z jego kolegów wyglądał na podobnie nabuzowanego, co szybko przerodziło się w kłopoty.

Doszło więc do rzadkiej sytuacji, gdy Lech Poznań w ogóle odpowiedział na to, że rywal go walnął. Zwykle po prostu zrezygnowany opuszczał gardę i stał, czekając na nokaut. Niemniej nie był to powrót wybitny, bo Kolejorz może i oddawał, lecz i tak walczył bez wspomnianej już zasłony. Można mówić o kontrowersji, gdy Michał Gurgul wślizgiem próbował zatrzymać Wasielewskiego (bo kogo innego!) – był to potencjalny rzut karny.

Kontrowersji nie było za to, gdy Gurgul pomylił się po raz drugi. GieKSa piłkę odebrała, Wasielewski (oczywiście!) zagrał w pole karne. Podanie próbował jeszcze przeciąć Milić, ale wszystko na nic. Piłka trafiła do Bartosza Nowaka, który podał kolegom na tacy szansę na tytuł. Tym razem to Ali wcielił się w rolę wkręcanego i został w blokach, patrząc, jak Nowak pakuje piłkę do siatki. W Poznaniu zapadła zapewne całkowita cisza.

Lech dosłownie uciekł katu spod topora. Dosłownie wymknął się uchylonymi drzwiami. Joel Pereira dogrywa świetnie, wrócił do mistrzowskiej dyspozycji, ale Milić nie zrobiłby z tego bramki. Można założyć, że jego strzał głową jednak wpadłby w ręce Kudły. Albo, że Kudła po prostu odbiłby tę próbę. Na szczęście dla gości za Miliciem stał Mario Gonzalez. Po prostu stał, nic więcej nie robił. Piłka walnęła go w twarz w taki sposób, że zmieniła kierunek, wpadła do siatki.

Nic więcej Lechowi się nie udało, choć próbował. GieKSa też próbowała — Mrozek wyciągnął przecież sam na sam. Marek Papszun powiedział po Koronie, że gdy nie możesz wygrać, to chociaż zremisuj. Nikt nie uwierzył, że mówi to bez głębokiego bólu schowanego za uśmiechem. Nielsowi Frederiksonowi uwierzą. Dla niego ten remis naprawdę wiele znaczy. Lech wciąż jest na pole position w wyścigu po tytuł.

lechpoznan.pl – Lider wciąż w Poznaniu!

Lech Poznań dwa razy gonił wynik, ale dwa razy zdołał wyrównać i wywiózł z Katowic cenny remis 2:2, co sprawia, że Kolejorz wciąż jest liderem PKO BP Ekstraklasy na kolejkę przed końcem rozgrywek. Można stwierdzić, że był to zwycięski remis – najpierw w pierwszej połowie na 1:1 trafił Patrik Walemark, a na 2:2 Mario Gonzalez na niespełna kwadrans przed końcem.

gol24.pl – Lech Poznań nie wykorzystał potknięcia Rakowa Częstochowa. GKS Katowice urwał punkty Kolejorzowi

[…] Spotkanie w Katowicach od pierwszych minut było szybkie i bardzo emocjonujące. Już na początku Ali Gholizadeh mógł powtórzyć swój wyczyn z Warszawy i strzelić pięknego gola. Jednak piłka po uderzeniu Irańczyka powędrowała nieznacznie obok bramki.

Odpowiedź popularnej GieKSy była bezbłędna. W 14. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego zakotłowało się w „szesnastce” Lecha. Najlepiej w zamieszaniu odnalazł się Oskar Repka, który strzałem sytuacyjnym mocno huknął w kierunku Bartosza Mrozka, który nie zareagował w porę i musiał wyciągać piłkę z siatki.

Zdeterminowany Kolejorz dążył do odwrócenia niekorzystnego wyniku i dopiął swego tuż przed przerwą. Patryk Walemark dostał piłkę przed polem karnym miejscowych i oddał mocny strzał, który przełamał ręce Dawida Kudły i piłka zatrzepotała w siatce.

Po zmianie stron GKS zadał drugi cios. W 59. minucie po fatalnym rozegraniu przyjezdnych od własnej bramki przed szansą stanął Bartosz Nowak, który kapitalnie zachował się w polu karnym rywali i mógł cieszyć się z gola dającego ponowne prowadzenia katowiczanom.

Chwilę później mogło być nawet 3:1 dla GieKSy, ale wprowadzony po przerwie Mateusz Mak przegrał pojedynek z Bartoszem Mrozkiem, a był w stuprocentowej sytuacji.

Zdeterminowany zespół Kolejorza doprowadził do wyrównania na kwadrans przed końce. Po dośrodkowaniu z bocznej strefy, Antonio Milić nastrzelił Mario Gonzaleza, po czym piłka wpadła do bramki. Ten kuriozalny gol może zaważyć o losach mistrzostwa Polski, bo dzięki remisowi, Kolejorz utrzymał fotel lidera PKO Ekstraklasy.

Kuriozalny gol w meczu GKS Katowice – Lech Poznań. Kolejorz utrzymał pozycję lidera

Lech Poznań okropnie męczył się na wyjeździe z GKS Katowice w meczu 33. kolejki PKO Ekstraklasy. Kolejorz ostatecznie wywalczył z beniaminkiem jedynie remis 2:2, a gola na wagę 1 punktu zdobyli na spółkę Antonio Milić i Mario Gonzalez. Przypadkowe trafienie może zaważyć o losach tytułu mistrza Polski.

[…] Lech próbował odwrócić niekorzystny wynik, ale bił głową w mur. Wreszcie kwadrans przed końcem po dośrodkowaniu Joela Pereiry na strzał głową będąc tyłem do bramki zdecydował się Antonio Milić. Piłka odbiła się jeszcze od głowy Marco Gonzaleza i zatrzepotała w siatce.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga