Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice bez celnego strzału
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Raków Częstochowa 0:1 (0:0).
gol24.pl – Raków Częstochowa zdobył Nową Bukową. Gol Jonatana Brauta Brunesa, GKS Katowice bez celnego strzału
Raków Częstochowa zaczyna walkę o mistrzostwo Polski od wyjazdowego zwycięstwa. Na inaugurację nowego sezonu PKO Ekstraklasy podopieczni Marka Papszuna wygrali z GKS Katowice 1:0. Po przerwie jedynego gola strzelił Jonatan Braut Brunes, o którym mówiło się po rekordowym wykupie za 2 mln euro, że wcale nie chce zostać w zespole.
Wygrana Rakowa byłaby wyższa, gdyby sędziowie VAR nie wezwali w doliczonym czasie do monitora Jarosława Przybyła. Główny rozjemca dał się bowiem nabrać na rzekomy faul Dawida Kudły na Leonardzie Rochy – i dopiero po analizie zdecydował się anulować jedenastkę.
Tak czy siak Raków na trzy punkty zasłużył. Nie pozwolił GieKSie oddać choćby jednego celnego strzału. Sam natomiast miał wiele dogodnych sytuacji. Po zagraniu najlepszego na boisku Michaela Ameyawa do siatki trafił Jonatan Braut Brunes. To była 51 minuta gry.
Po spotkaniu Raków komplementował trener GieKSy, Rafał Górak. W rozmowie z Canal+ Sport zwrócił uwagę jednak nie na ofensywę. – Raków ma najlepszą defensywę w lidze – stwierdził.
– Raków był drużyną lepszą. Kontrolował mecz – podkreślił wcześniej komentujący mecz Kamil Kosowski. Dodał, że poprzeczka wcale nie została wysoko zawieszona przez gości. Jak to było w strzałach? 3 do 17 i 0 do 4 w samych celnych…
Oprócz Brunesa i Ameyawa świetną szansę na gola miał jeszcze Amorim. W drugiej połowie grę na chwilę wstrzymano z powodu niebezpiecznego incydentu w okolicach trybun. Ktoś rozpylił gaz.
Ciekawostka z samego meczu? Pierwszy raz od dwóch lat (!) w wyjściowym składzie Rakowa było więcej Polaków (6) niż obcokrajowców (5). Zadebiutował m.in. były gracz GieKSy, Oskar Repka.
rakow.com – Wygrana na inaugurację!
Udany początek sezonu! W spotkaniu 1. kolejki PKO BP Ekstraklasy pokonaliśmy na wyjeździe GKS Katowice po trafieniu Jonatana Brunesa!
Spotkanie rozpoczęło się od groźnego uderzenia z dystansu Oskara Repki w 10. minucie, jednak czujny w bramce gospodarzy był Dawid Kudła. Chwilę później efektownym szczupakiem bramkarza GieKSy próbował pokonać Michael Ameyaw. Ten sam zawodnik zmusił bramkarza do interwencji w kolejnej groźnej okazji pod bramką Katowiczan.
W 25. minucie oko w oko z naszym bramkarzem stanął Arkadiusz Jędrych i umieścił piłkę w siatce, jednak po analizie VAR gol został anulowany z powodu pozycji spalonej. 6 minut później, po dośrodkowaniu Ameyawa, Brunes oddał strzał głową; tym razem piłka minęła prawy słupek bramki gospodarzy. W doliczonym czasie pierwszej połowy niewiele brakowało, by najpierw do własnej siatki trafił Arkadiusz Jędrych, a po chwili dorobek bramkowy Rakowa strzałem z dystansu otworzył Jonatan Brunes.
Druga połowa rozpoczęła się mocnym uderzeniem Rakowa; w 51. minucie, po znakomitej asyście Michaela Ameyawa, gola zdobył Jonatan Brunes. Przez kolejne minuty gra toczyła się pod dyktando Medalików. Dopiero w 86. minucie groźnie zaatakował GKS; Aleksander Buksa był bliski wyrównania, ale piłka po jego strzale minimalnie minęła bramkę Kacpra Trelowskiego. Dwie minuty później szansę miał jeszcze Adriano Amorim.
ekstraklasa.org – GKS Katowice 0:1 Raków Częstochowa – Najlepsi od lat
Raków Częstochowa zdobył najwięcej punktów łącznie od sezonu 2019/2020 (380). Nową kampanię również rozpoczęli od zwycięstwa.
To już piąty mecz z rzędu między nimi bez remisu. Znów Raków Częstochowa wygrał z GKS Katowice bez straty bramki (do tej pory jeśli zwyciężał z tym rywalem, to zawsze z czystym kontem), a amuletem w zespole Medalików ponownie okazał się Ariel Mosór. Młody obrońca wystąpił w 12 spotkaniach Rakowa Częstochowa i wszystkie jego drużyna kończyła ze zwycięstwem. Łącznie w 17 ostatnich meczach, w których zagrał ten zawodnik z 2003 roku jego kluby wywalczyły 44 punkty (2,59/mecz; też – 51 w 21 ostatnich meczach = 2,43/mecz).
weszlo.com – Brunes ponownie skuteczny. Raków wygrywa z GKS-em Katowice!
Po pierwszej połowie wydawało się, że będziemy świadkami pierwszego bezbramkowego remisu w tym sezonie Ekstraklasy. Raków miał przewagę, ale nie potrafił stworzyć sobie wielu klarownych sytuacji. W drugich 45 minutach podopieczni Marka Papszuna podkręcili jednak działania z przodu i strzelili zwycięskiego gola. Pierwsze trzy punkty w sezonie wicemistrzom Polski zapewnił Jonatan Brunes. Spotkanie nie zachwyciło, ale częstochowianie zainkasowali to, po co przyjechali.
Przed pierwszym gwizdkiem Marek Papszun na pewno miał w głowie ostatnią porażkę swojego zespołu z GKS-em Katowice. Wiosną drużyna Rafała Góraka znalazła sposób na ekipę spod Jasnej Góry i wygrała na ich stadionie 2:1. Tych punktów w ostatecznym rozrachunku zabrakło Rakowowi do tego, aby sięgnąć po mistrzostwo kraju. W tamtym meczu gola strzelał Sebastian Bergier, a w pierwszym składzie grał Oskar Repka. Dziś obydwu nie ma już w Katowicach, bo jeden gra na chwałę Widzewa Łódź, a drugi właśnie Rakowa.
52-letni szkoleniowiec katowiczan musiał sobie radzić bez swoich asów atutowych, a goście mieli nadzieję na to, że nie podzielą losów pozostałych pucharowiczów. Lech i Jagiellonia wczoraj sromotnie przegrały przecież swoje spotkania.
W pierwszej połowie piłka wpadła do bramki jedyny raz za sprawą ataku GKS-u Katowice. W 25. minucie gola strzelił Arkadiusz Jędrych, ale okazało się, że ze względu na spalonego gol nie został uznany.
Niestety dla gospodarzy poza tym atakiem niewiele dobrego mogliśmy powiedzieć o postawie ekipy Rafała Góraka. Jeśli chodzi o poczynania Rakowa z przodu, również było dyskretnie, ale zdecydowanie bardziej konkretnie. Wyróżniał się Michael Ameyaw, aktywny był również Repka, który szybko sprawdził czujność Dawida Kudły strzałem z dystansu. Niewiele później próbował również wspomniany Ameyaw, ale ponownie interweniował golkiper katowiczan. W dalszej części gry do dobrej sytuacji po dośrodkowaniu byłego zawodnika Piasta główkował Jonatan Brunes, lecz uderzył niecelnie. Raków osiągnął przewagę w środku pola i miał częściej piłkę przy nodze, natomiast nie przekładało się to na korzyści bramkowe.
Można było pomyśleć, że powtarza się znajomy scenariusz z poprzedniego sezonu. Raków Marka Papszuna nieco usypiający, ale na koniec będący zwycięski. Do pełni szczęścia potrzebny był jednak gol, a ten nadszedł niedługo po wznowieniu gry. Oskar Repka zagrał do prawej strony do Michaela Ameyawa, a ten ukoronował swój dobry występ asystą. Gola strzelił Jonatan Brunes, który był najlepszym strzelcem zespołu w poprzednim sezonie. Norweg wykończył atak z zimną krwią i mógł się szeroko uśmiechnąć wykorzystując brak odpowiedniego doskoku ze strony zespołu z Katowic.
GieKSa nie potrafiła w tym meczu oddać choćby jednego celnego strzału, a jej niemoc z każdą kolejną minutą była coraz bardziej dostrzegalna.
Przed sezonem kibice martwili się, jaki sposób Rafał Górak znajdzie w obliczu tego, że kilku ważnych zawodników opuściło zespół. Sebastian Bergier był autorem dziewięciu goli, a Oskar Repka ośmiu. Dzisiaj z przodu zdecydowanie brakowało pomysłu, kreatywności i szybkości. Maciej Rosołek nie otrzymywał zbyt wielu podań, mało pojedynków podejmował Adrian Błąd, a sporo strat notował Bartosz Nowak. Nie pomogły zmiany Marcela Wędrychowskiego oraz Aleksandra Buksy, choć były gracz Wisły Kraków miał całkiem niezłą okazję w końcówce.
Raków spokojnie kontrolował wynik, a w końcówce powinien podwyższyć wynik. Znakomite okazje zmarnowali bowiem Adriano Amorim i Lamine Diaby-Fadiga. Podopieczni Marka Papszuna potrafili wygasić spotkanie i będąc zespołem odpowiednio zorganizowanym zanotowali pierwsze zwycięstwo. Dobrze do zespołu wprowadzili się Oskar Repka oraz Karol Struski, co daje nadzieję przed meczem europejskich pucharów. Po kontuzji potencjał będąc aktywnym z przodu uwolnił Michael Ameyaw. Takiego zawodnika również z pewnością chce oglądać Jan Urban, bo przecież jesienią w meczach Ligi Narodów doszło już do debiutu tego gracza w reprezentacji Polski.
Raków Częstochowa jako jedyny pucharowicz grający w tej kolejce wygrał swoje spotkanie i z podniesioną głową podejmie w czwartek o 21:00 słowacką Żylinę. Drużyna Papszuna była agresywna w pressingu i sprowadziła katowiczan do narożnika. Raków zrewanżował się za ostatnią porażkę w meczu ligowym w marcu, a Jonatan Brunes znów pokazał, dlaczego zapłacono za niego latem 2 miliony euro.
Fanom oglądającym ten mecz za oceanem być może oczy nie otworzą się nadmiernie z wielkiego wrażenia, ale na pewno dowiedzieli się, jaki jest pomysł na futbol Marka Papszuna i czemu często bywa on skuteczny. Rafał Górak na pewno ma nad czym myśleć, jeśli chodzi o ofensywę. Jak sam jednak podkreślał po spotkaniu w wywiadzie w CANAL+, nie co tydzień będą mierzyć się z tak dobrze zorganizowaną drużyną.
wkatowicach.eu – Mecz GKS Katowice – Raków Częstochowa na otwarcie nowego sezonu.
GKS Katowice rozpoczął nowy sezon w Ekstraklasie w sobotę, 19 lipca. Pierwszy mecz GieKSa rozegrała na Arenie Katowice, a jej rywalem był Raków Częstochowa, wicemistrz Polski. Tym razem GieKSa musiała uznać wyższość rywali.
[…] W pierwszym meczu nowego sezonu GKS Katowice spotkał się na Arenie Katowice z wicemistrzem Polski – Rakowem Częstochowa. W wyjściowej jedenastce znaleźli się Kacper Łukasiak i Maciej Rosołek, dla których był to debiut w barwach GieKSy. Natomiast w drużynie rywala od początku, dobrze wszystkim w Katowicach znany, Oskar Repka. Kilkukrotnie w pierwszej połowie swoimi dośrodkowaniami zagrażał gościom Marcin Wasielewski, który przed rozpoczęciem spotkania został uhonorowany za rozegranie 100. meczów w barwach naszego Klubu. W 5. minucie dogrywał do Adriana Błąda, ale ten nie opanował piłki w polu karnym. Chwilę później zagranie w szesnastkę Borjy Galána, ale piłka leciała za wysoko i Błąd nie był w stanie tej akcji wykończyć.
W 11. minucie pierwsza groźna sytuacja Rakowa. Oskar Repka uderzał z 25 metrów, ale Dawid Kudła odbił jego strzał. W kolejnych minutach to zespół trenera Marka Papszuna doszedł do głosy. Szczególnie groźny był aktywny na swojej stronie Michael Ameyaw. W 25. minucie piłka zatrzepotała w siatce Rakowa po uderzeniu Jędrycha. Niestety kapitan GKS-u był na spalonym, co potwierdziła długa analiza VAR. W 33. minucie Mateusz Kowalczyk zablokował potencjalnie groźny strzał Repki. Kilka minut później pędził z akcja Wasielewski. Zagrał w pole karne, ale Maciej Rosołek nie wiedział, jak się złożyć do mocno zagrywanej piłki. Jeszcze przed końcem przed stratą gola uratował katowiczan Kudła, który złapał piłkę po tym, jak ta odbiła się od nogi Jędrycha, gdy mocną piłkę posłał z bocznego sektora jeden z rywali.
Na drugie 45 minut wracaliśmy z bezbramkowym remisem. W 51. minucie składna akcja Rakowa zakończyła się podaniem do Jonathana Brunesa, który pewnym strzałem dał swojej drużynie prowadzenie. W 58. minucie Kacper Łukasiak skutecznie zablokował Repkę po naszej niefrasobliwości w obronie. W 66. minucie swoje debiuty w barwach GKS-u zapisali także Marcel Wędrychowski i Aleksander Buksa, którzy zastąpili odpowiednio Łukasiaka i Rosołka. W 86. minucie Buksa obrócił się z piłką w polu karnym i uderzył na długi słupek. Futbolówka przeleciała jednak obok bramki Kacpra Trelowskiego. W 88. minucie 100% sytuację zmarnował Adriano Amorim, który dostał podanie niemalże na pustą bramkę. W końcówce sędzia cofnął rzut karny po rzekomym przewinieniu Kudły. Potrzebna była analiza VAR. Ostatecznie wynik nie uległ zmianie.
sportowefakty.wp.pl – „Nie panikowałem”. Papszun zadowolony z tego, co Raków pokazał w Katowicach
[…] To był stary, dobry Raków Częstochowa. Może jeszcze nie wszystko funkcjonowało tak, jak powinno w ataku, ale bramka Jonatana Brauta Brunesa pozwoliła wygrać 1:0 w Katowicach.
Do tego dobra defensywa, dzięki czemu GKS nie wypracował sobie żadnej klarownej sytuacji i nie oddał ani jednego celnego strzału.
– Zależało nam, żeby dobrze zacząć i dobrze wejść w sezon. I to zrobiliśmy. Zagraliśmy z bardzo wymagającym przeciwnikiem, z którym w poprzednim sezonie mieliśmy dwa trudne spotkania. Pokazaliśmy dojrzałość, dobrą organizację i dyscyplinę. Jestem zadowolony i z optymizmem patrzę w przyszłość – powiedział trener Marek Papszun na konferencji prasowej.
Siłą Rakowa w Katowicach był kompletnie nowy środek pola. Zagrali tam Oskar Repka i Karol Struski. Obaj zaprezentowali się z korzystnej strony.
– Wypadli bardzo dobrze, szczególnie Oskar. Karol musiał być bardziej ostrożny, stąd też wczesna zmiana z uwagi na żółtą kartkę – przyznał trener Papszun. – Oskar Repka był najlepszym, a jeśli nie, to jednym z najlepszych na boisku. To bardzo budujące, bo wymieniliśmy cały środek pola, a nie jest łatwo wejść od razu do tej drużyny. Musimy sobie radzić. Nie jest to łatwa sytuacja, bo wiemy ile znaczyli Berggren i Koczerhin – dodał trener Rakowa.
Wygrana Rakowa była w pełni zasłużona, ale też zbyt niska. W końcówce stuprocentową szansę miał Adriano Amorim, ale w tylko sobie znany sposób nie trafił w bramkę z pięciu metrów.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze