Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Efektowne przełamanie GKS-u Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Arka Gdynia 4:1 (2:1).

 

weszlo.com – Rosołek z wozu, GKS-owi lżej. 4:1 z Arką!

GKS Katowice nie miał najlepszego wejścia w nowy sezon, właściwie z miejsca stał się jednym z kandydatów do walki o utrzymanie, a jednym z winowajców okrzyknięto Macieja Rosołka – słusznie zresztą, bo ściągnięcie go z Gliwic nie wygląda na transfer roku. Dziś sceptycy jego talentu – czyli choćby my – dostali kolejne argumenty, że trudno budować poważny skład z Rosołkiem, bo jak Maciek usiadł na ławce, to GKS odpalił.

No jednak jest różnica między nim a Zrelakiem. Wiadomo, że Słowak to nie jest okaz zdrowia i trzeba na niego bardzo uważać, ale piłkarsko… Przepaść. Trudno sobie wyobrazić, że Rosołek tak pewnie i ładnie strzela, jak zrobił to Zrelak, raczej wyobrażamy sobie kopnięcie ponad bramkę i może ponad stadion. A na Zrelaka można liczyć, po prostu łatwiej się gra z kimś, kto robi pożytek z piłki, co jest dość ważne w sporcie zwanym piłką nożną.

Słowak trafił na 2:0, natomiast i pierwszy, i drugi gol dla GKS-u był dość podobny. Wrzutka z autu, Arka wybija za krótko, GKS ponawia akcję i siedzi. Kuriozalnie bronili gdynianie, Szwarga z pewnością będzie miał o to pretensje. Zrozumiałe jest, że przy wrzucie z autu na wysokości pola karnego będziesz głęboko, bo nie ma spalonego, ale gdy piłka jest już w grze, to musisz jak najszybciej oddalać się od swojego posterunku, żeby uniknąć niebezpieczeństwa.

Tymczasem Arka tego nie robiła i GKS prawie wchodził z piłką do bramki. Jędrych kopnął z piątki, a i tak miał trzech rywali przed sobą, przy golu Zrelaka gdynianie też zaspali, więc napastnik uniknął spalonego.

Trzeci gol? Klemenz z metra.

Wyglądało to momentami absurdalnie, chciało się powiedzieć, że Arka zaraz będzie bronić zza linii końcowej i naprawdę była tego blisko.

Goście mieli w tym meczu tylko jeden miły moment, kiedy dokonali dwóch zmian jeszcze w pierwszej połowie i jeden ze zmienników – Espiau – w tej części gry strzelił na 1:2. Natomiast na takiego asa z rękawa Szwargi znalazł się joker w talii Góraka. Ten w przerwie wpuścił wspomnianego już Klemenza i obrońca po kwadransie miał dwie sztuki. O trzeciej już powiedzieliśmy, czwarta to wrzutka z wolnego i precyzyjna główka.

Czy z bliska? Oczywiście, szósty-siódmy metr.

Zapachniało w tym meczu GKS-em z poprzedniego sezonu. Był rozmach i oglądało się to przyjemnie. Owszem, tylko z Arką (“tylko”, bo beniaminkiem), ale takich rywali trzeba ogrywać, gdyż to pewnie z nimi katowiczanie będą walczyć o byt w lidze.

 

arkowcy.pl – Na karuzeli

Arka zagrała w Katowicach beznadziejny mecz. W schematach żółto-niebieskich nie funkcjonowało kompletnie nic, pod własną bramką popełniali oni kardynalne błędy, przy Nowej Bukowej wyglądali jak dzieci we mgle. GKS wsadził piłkarzy Szwargi na karuzelę, skończyło się na łomocie i porażce 1:4.

Arka jechała do Katowic z nastawieniem na walkę o drugie zwycięstwo z rzędu. Po odprawieniu Pogoni Szczecin żółto-niebiescy zamierzali ograć znajdujący się w strefie spadkowej katowicki GKS. Do wyjściowego składu gdynian wrócił przy Nowej Bukowej Tornike Gaprindaszwili, który od początku meczu miał biegać po prawym skrzydle. W pierwszej jedenastce gospodarzy po raz pierwszym w sezonie na szpicy zameldował się Adam Zrelak zamiast Macieja Rosołka.

Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia ze strony katowiczan. W 9. minucie po aucie na wysokości pola karnego Arki egzekwowanym przez Kowalczyka Celestine interweniował głową, ale wybił piłkę pod nogi Wasielewskiego, ten błyskawicznie dostarczył futbolówkę na 3. metr od bramki, a Jędrych z najbliższej odległości zapakował ją pod poprzeczkę i GKS objął szybkie prowadzenie. Po upływie pierwszego kwadransa gospodarze mogli podwyższyć rezultat – po dośrodkowaniu Nowaka z rzutu wolnego Jędrych zgrał piłkę głową pod nogi Galana, Hiszpan znalazł się w doskonałej sytuacji 5 m przed bramką, ale Węglarz zamknął mu przestrzeń i wyhamował futbolówkę, a sprzed samej linii wybił ją Abramowicz i udało się zażegnać niebezpieczeństwo. W kolejnym ataku GKS-u po następnym stałym fragmencie świetną okazję miał z kolei Kowalczyk, jednak młody pomocnik uderzył płasko trzy metry obok prawego słupka Węglarza. Arka na boisku nie istniała, a podopieczni Góraka nie ustawali w atakach. W 32. minucie kolejny aut wyrzucany przez Kowalczyka nie doleciał w pole karne żółto-niebieskich, bo Abramowicz wybijał futbolówkę głową, natomiast piłka została zebrana przez Czerwińskiego, defensor miejscowych natychmiastowym podaniem w szesnastkę sprawił, że Zrelak znalazł się przed obrońcami Arki, a Słowak strzałem z ostrego kąta z półwoleja umieścił futbolówkę w dalszym rogu bramki Węglarza i na tablicy wyników było już 2:0. Zdenerwowany Szwarga jeszcze w pierwszej połowie dokonał podwójnej zmiany, wprowadzając do gry Vitalucciego i Espiaua.W 40. minucie Węglarz sparował piłkę do boku po uderzeniu Kowalczyka z dystansu w lewy róg bramki.

[…] Druga część rywalizacji zaczęła się od ostrej centry Nowaka z rzutu wolnego, która mogła zaskoczyć Węglarza, ale bramkarz Arki zachował czujność. W 49. minucie agresywne wstrzelenie futbolówki przez Kowalczyka z lewej strony przed bramkę gdynian zostało nieco wyhamowane przez Węglarza, ale piłka i tak trafiła pod nogi Zrelaka, próbę Słowaka na linii bramkowej zablokował Celestine, po chwili dobitka w wykonaniu Klemenza została również zatrzymana przez Francuza, tyle, że już chyba za linią bramkową – nie trzeba było jednak tego weryfikować, bo Klemenz w kolejnym podejściu już zapakował futbolówkę do siatki bez żadnych wątpliwości. Chwilę później po dośrodkowaniu Nowaka z kornera Jędrych strzelał głową, ale Węglarz wykazał się kapitalnym refleksem. Katowiczanie się nie zatrzymywali. Po kolejnej wrzutce Nowaka z rożnego na dalszy słupek Galan uderzał głową, Węglarz świetnie interweniował na linii, a dobijający Jędrych trafił głową w poprzeczkę. Po godzinie gry było już 4:1. Nowak zacentrował tym razem z wolnego, a tam Klemenz ubiegł Espiaua, skasował górną piłkę i upolował dublet główką z lądowaniem w prawym narożniku Węglarza. Arka zbierała okrutny łomot przy Nowej Bukowej.

[…] Do końcowego gwizdka trwało jeszcze męczenie buły, po czym sędzia Sylwestrzak zadecydował, że na dziś wystarczy.

Arka w Katowicach dostała w łeb okrutnie. Przede wszystkim posypała się defensywa drużyny Szwargi, pojawiły się niewytłumaczalne błędy indywidualne i dramat w kryciu przy stałych fragmentach. Żółto-niebiescy pozwolili się całkowicie zdominować, brakowało im dynamiki, motoryki, przegrywali drugie piłki, grali na stojąco i byli spóźnieni do stykowych piłek. GKS wsadził gdynian na karuzelę – tempo katowiczan było dziś dla Arkowców za szybkie, za zwrotne, za energiczne, zwyczajnie za wysokie. Na połowie rywala zespół Szwargi nie istniał. Jeśli szukać jakichkolwiek pozytywów z tego meczu, to można znaleźć chyba tylko ten, że dobrze, iż zimny prysznic przytrafił się żółto-niebieskim dzisiaj, a nie za tydzień.

 

sportowefakty.wp.pl – Efektowne przełamanie GKS-u Katowice. Arka zginęła od własnej broni

Jak się przełamywać, to właśnie w taki sposób. GKS Katowice zdemolował Arkę Gdynia 4:1 w sobotnim meczu 5. kolejki PKO Ekstraklasy, odnosząc tym samym pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Goście byli jedynie tłem.

Miał rację trener Rafał Górak, mówiący przed meczem z Arką Gdynia, że wierzy iż ciężka praca się obroni. Dotychczas jego zespół rozgrywał przyzwoite, a momentami dobre mecze, jednak brakowało wyników.

W sobotę zagrało jednak wszystko. Zgadzała się zarówno gra, jak i końcowy wynik. Cztery bramki zdobyte przeciwko bardzo dobrze zorganizowanej Arce? To musi robić wrażenie.

Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że gdynianie zaprezentowali się po prostu skandalicznie. Nie poznawaliśmy tej drużyny. O ile w grze do przodu niewiele się zmieniło, to znaczy dalej było – delikatnie mówiąc – średnio, o tyle w defensywie aż się paliło.

Ostatecznie GKS wbił Arce cztery gole. Dwa w pierwszej i dwa w drugiej połowie. Dwie (a w zasadzie to trzy) bramki padły po wyrzutach piłki z autu, jeden po rzucie wolnym. Czyli… Arka niejako zginęła od własnej broni.

Fenomenalnie spisali się środkowi obrońcy drużyny z Katowic. Wynik otworzył Arkadiusz Jędrych, a w drugiej połowie błysnął Lukas Klemenz. Pojawił się na boisku w 46. minucie w miejsce Alana Czerwińskiego, a po kwadransie już miał dwie zdobyte bramki.

Arka kompletnie nie radziła sobie przy stałych fragmentach. Chaos, totalna panika.

Jędrych trafił z pięciu metrów, później podwyższył Adam Zrelak.

Trener Dawid Szwarga w pewnym momencie nie wytrzymał i jeszcze przed przerwą dokonał podwójnej zmiany. Szybko okazało się, że był to słuszny ruch, bo Edu Espiau w pierwszym kontakcie z piłką strzelił gola kontaktowego, wykorzystując precyzyjne dośrodkowanie Dawida Abramowicza.

Jednak to na tyle. Okazuje się, że gol na 2:1 nic nie znaczył z mentalnego punktu widzenia. Tuż po przerwie Klemenz wepchnął piłkę do bramki z najbliższej odległości (tu też akcja zaczęła się od autu, choć krótko rozegranego), a w 60. minucie stoper GKS-u dołożył głowę do futbolówki po świetnym dośrodkowaniu Bartosza Nowaka z rzutu wolnego.

I przyjezdnych nie było na boisku. Katowiczanie mogą mieć do siebie lekkie pretensje, że nie strzelili większej liczby goli, a przecież sytuacje były. Z drugiej jednak strony trudno psioczyć na piłkarzy, gdy wygrywa się 4:1 i odnosi pierwsze zwycięstwo w sezonie.

 

arka.gdynia.pl – GKS Katowice – Arka Gdynia 4:1

Po najsłabszym meczu w tym roku Arka przegrała w Katowicach z GKS-em 4:1. Gospodarze otworzyli wynik już na początku spotkania za sprawą Jędrycha, a prowadzenie podwyższył Zrelak. Przed przerwą nadzieję w serca kibiców z Gdyni wlał Espiau, ale dwa gole Klemenza w pierwszym kwadransie drugiej połowy rozstrzygnęły losy meczu.

W pierwszych minutach meczu piłka częściej gościła na połowie Arki, co przekładało się na stałe fragmenty gry dla gospodarzy. W 9 minucie wrzut z autu sprawił duże problemy naszym zawodnikom w polu karnym i niestety jeden błąd sprawił, że katowiczanie objęli prowadzenie. Piłka trafiła do Wasielewskiego, a ten wstrzelił piłkę w nasze pole bramkowe, gdzie zabrakło krycia przy Jędrychu i środkowy obrońca GKS-u z bliska wpakował futbolówkę do naszej bramki…

To nie był koniec kłopotów zespołu trenera Szwargi, bo w 17 minucie znów zabrakło właściwego krycia w naszym polu karnym. Tym razem piłka posłana w tą strefę boiska dotarła do głowy Jędrycha, a ten zgrał ją w kierunku osamotnionego Galana. Piłkarz GieKSy po przyjęciu oddał strzał z 5 metrów, ale świetnie spisał się Węglarz, który zatrzymał piłkę i uchronił Arkę przed utratą drugiej bramki.

Arka nie potrafiła przebić się przez środkową strefę boiska – tam najczęściej dochodziło do straty i swój atak inicjowali gospodarze. Chwilę później najczęściej gra była przerywana faulem lub wybiciem piłki w aut i GKS nękał gdynian kolejnymi stałymi fragmentami. W 26 minucie znów piłkę pod swoimi nogami mieli w naszym polu karnym katowiczanie i mogliśmy odetchnąć głęboko, gdy Kowalczyk z 8 metrów całkowicie przestrzelił.

W 32 minucie dobra postawa gospodarzy została nagrodzona po raz drugi. Wydawało się, że udało się nam uporać z kolejnym stałym fragmentem gry, bo wybiliśmy piłkę z szesnastki, ale piłka natychmiast tam wróciła, a znów uciekł naszym obrońcom jeden zawodnik, tym razem Zrelak. Słowak takich okazji nie zwykł marnować i pewnym strzałem pod poprzeczkę powiększył prowadzenie GKS-u.

Cierpliwość trenera Szwargi się wyczerpała i jeszcze przed przerwą przeprowadził podwójną zmianę: ściągnął Sidibe i Percana, a no boisku zameldowali się Vitalucci i Espiau. A chwilę później groźny strzał z dystansu Kowalczyka dobrze obronił Weglarz. Korekta trenera Szwargi jednak bardzo szybko przyniosła spodziewany efekt. W 42 minucie piłka od Vitalucciego trafiła na lewą stronę pola karnego do Abramowicza. Ten bardzo dokładnie zacentrował na 7 metr, a tam świetnie odnalazł się Espiau, który doskonale uderzył głową i zredukował straty do jednej bramki!

W ostatniej akcji przed przerwą Navarro zacentrował z rzutu wolnego w pole karne. Piłka posłana w strefę konfliktu omal nie spadła na głowę Marcjanika i z tej nieudanej pierwszej połowy mogliśmy do szatni zejść z remisem. Stało się jednak inaczej.

Drugą część meczu znów niestety zaczęliśmy od stałych fragmentów gospodarzy, bitych z prawej strony naszego pola karnego. Z rzutu wolnego centrostrzał Nowaka dobrze wypiąstkował Węglarz, ale po kilkunastu sekundach znów GKS miał wrzut z autu na wysokości szesnastego metra. Niestety ten napór szybko przyniósł gospodarzom efekt, bo w 49 minucie piłka zagrana wzdłuż 3 metra przez Kowalczyka została odbita Węglarza, ale Klemenz odnalazł się w polu bramkowym i z bliska zdobył trzeciego gola dla gospodarzy.

W 58 minucie znów było gorąco pod naszą bramką. Tym razem wszystko za sprawą rzutu rożnego Nowaka. Piłka spadła na głowę Galana, a jego strzał odbił Węglarz. Z dobitka pośpieszył Klemenz, ale futbolówkę skierował na poprzeczką, po czym tak opuściła boisko. Co się jednak Klemenzowi nie udało w 58 minucie, udało się dwie minuty później. Tym razem z rzutu wolnego dośrodkował Nowak, a Klemenz tylko dostawił głowę i Węglarz był bez szans…

Błędy naszych obrońców się mnożyły. W 65 minucie zamiast spokojnie wybić piłkę z szesnastki, pozwoliliśmy, aby ta trafiła pod nogi Nowaka – na szczęście jego sytuacyjne uderzenie udało się zablokować. Minutę później indywidualna akcja Kocyły została przez niego sfinalizowana strzałem z ostrego kąta, który nogami zablokował Kudła.

W 72 minucie błąd Navarro na środku boiska mogliśmy przypłacić stratą piątej bramki. Piłka posłana w pole karne karne do Wasielewskiego została dograna do wbiegającego Łukasiaka, lecz pomocnik GKS-u nieznacznie się pomylił przy strzale z powietrza.

W 80 minucie Gaprindaszwili skorzystał z nieporozumienia Kuuska z Kudłą i kopnął piłkę w kierunku bramki, ale Kudła zdążył wyciągnąć rękę i odbić piłkę. Była to jednak już ta faza meczu, gdy gospodarze starali się przede wszystkim utrzymywać jak najdłużej przy piłce i unikać sytuacji, w której zespół Szwargi mógłby zredukować straty.

W 87 minucie Arka mogła jednak pokusić się o zdobycie drugiego gola w tym meczu. Abramowicz okazał się adresatem posłanej piłki w pole karne, ale nie trafił czysto w futbolówkę. Po chwili jednak ta została wyłożona na strzał Navarro, jednak uderzenie Hiszpana zostało zablokowane. W 90 minucie błąd popełnili Arkowcy, ale z nieporozumienia Węglarza ze swoimi obrońcami nie skorzystał Rosołek.

 

dziennizachodni.pl – Ponad 11 tysięcy kibiców GKS Katowice zobaczyło świetny mecz i fetowało efektowne zwycięstwo nad Arką Gdynia

O taki mecz chodziło kibicom GKS Katowice! Ich piłkarze rozbili Arkę Gdynia i zafundowali fanom najlepszy spektakl w tym sezonie.

Gorąca sobota w Katowicach zrobiła się jeszcze cieplejsza za sprawą meczu GKS-u z Arką Gdynia. Na Nowej Bukowej pojawił się w sumie ponad 11 tysięcy widzów, ze sporą grupą fanów gości.

Katowiczanie rozpoczęli z impetem i szybko objęli dwubramkowe prowadzenie. Kibice szczególnie fetowali bramkę Adama Zrelaka, wracającego po kontuzji przez którą omal nie zakończył kariery.

Ale na tym bynajmniej się nie skończyło. GKS, chociaż stracił gola, w drugiej połowie sam zadał kolejne trafienia wywołując euforię fanów.

Jeszcze długo po meczu trwało świętowanie zwycięstwa piłkarzy z kibicami.

 

trojmiasto.pl – Najwyższa przegrana od dwóch lat

Arka Gdynia przegrała na wyjeździe z GKS Katowice 1:4 (1:2) w 5. kolejce PKO BP Ekstraklasy. Przez godzinę gry żółto-niebiescy stracili więcej goli niż w poprzednich czterech meczach. Aż trzykrotnie zostali zaskoczeni po stałych fragmentach gry. To zarazem ich najwyższa porażka od blisko 2 lat, gdy jeszcze w 1. Lidze przegrali z Wisłą w Krakowie 1:5. Nie udał się powrót na Bukową, choć już na nowy stadion, m.in. Dawida Szwargi i Tomasza Włodarka. W latach 2021-23 byli oni asystentami Rafała Góraka, który nadal prowadzi GKS. Nie pomogły dwie zmiany, które w szeregach gości zostały zrobione jeszcze przed przerwą. Jedynym optymistycznym akcentem była tylko debiutancka bramka strzelił Edu Espiau.

 

ekstraklasa.org – Strzelecka forma obrońców

GKS Katowice z pierwszym zwycięstwem w nowym sezonie. Bramki zdobywali dziś przede wszystkim obrońcy.

W obecnym sezonie PKO Bank Polski Ekstraklasy GKS Katowice w żadnym ze swoich starć nie był jeszcze nawet na prowadzeniu. W rywalizacji z Arką takiego problemu podopieczni trenera Rafała Góraka już nie mieli – objęli je w 9. minucie za sprawą gola Arkadiusza Jędrycha. Później nastąpiła wymiana ciosów – na bramkę Adama Zrelaka odpowiedział Edu Espiau. Po przerwie gospodarze potwierdzili, że nie wypuszczą wygranej z rąk – tym razem to inny z defensorów katowiczan błysnął skutecznością, a był nim Lukas Klemenz, autor dubletu.

 

gol24 – Jak się przełamywać to w takim stylu

[…] Pierwsza połowa należała zdecydowanie do gospodarzy. „Przycisnęli” od początku, nie pozwalali przeciwnikom wyprowadzić akcji ofensywnych i już po dziewięciu minutach prowadzili. Po wrzucie Mateusza Kowalczyka z autu w polu karnym Arki zagrał jeszcze Marcin Wasielewski, a do siatki z bliska trafił Arkadiusz Jędrych.

Po chwili mogło być 2:0, gdyby stojący tuż przed bramkarzem Borja Galan zdołał pokonać Damiana Węglarza. Ślązacy drugiego gola zdobyli znów po akcji rozpoczętej wrzutem Kowalczyka, niemal z tego samego miejsca. Tym razem podał w pole karne Alan Czerwiński, a wracający do formy po wielomiesięcznym leczeniu kontuzji Adam Zrelak „kropnął” pod poprzeczkę z narożnika pola bramkowego.

Wydawało się, że przyjezdni zostali znokautowani, tymczasem ich trener Dawid Szwarga zrobił dwie zmiany i wprowadzony na boisko Edu Espiau po czterech minutach pokonał golkipera GKS. Wyskoczył najwyżej do dośrodkowania Dawida Abramowicza i do przerwy było 2:1.

Krótko po wznowieniu gry Węglarza próbował zaskoczyć Bartosz Nowak potężnym uderzeniem z rzutu wolnego. Tym razem bramkarz Arki wyszedł z opresji, ale po chwili wyjmował piłkę z siatki. Wzdłuż bramki zagrał mocno Kowalczyk, a najlepiej znalazł się w tej sytuacji Lukas Klemenz, który pojawił się na murawie przed rozpoczęciem drugiej połowy.

Golem mogły się też zakończyć kolejne akcje miejscowych – strzał Jędrycha został obroniony, a Klemenz trafił w poprzeczkę. Niemoc gdyńskiej drużyny w defensywie trwała. Po centrze Nowaka z rzutu wolnego Klemenz ponownie dobrze wyskoczył do górnej piłki i po raz drugi wpisał się na listę strzelców.

Szanse na zdobycie gola dla gości mieli Dawid Kocyła i Tornike Gaprindaszwili, jednak z ich uderzeniami z bliska poradził sobie Dawid Kudła i wynik się nie zmienił.

 

Adam Zrelak przypomniał się po niemal roku. Gol dla GKS Katowice po… 293 dniach

Długo czekał, no i w końcu się doczekał. Kto? Adam Zrelak. Były reprezentant Słowacji strzelił gola dla GKS Katowice po 293 dniach oczekiwania. Dzięki niemu drużyna podwyższyła prowadzenie z Arką Gdynia w sobotnim, domowym meczu 5. kolejki PKO Ekstraklasy.

Nikt nie miał wątpliwości, że to Zrelak jest najlepszą dziewiątką GieKSy po odejściu Sebastiana Bergiera do Widzewa Łódź (w kadrze jest też m.in. Maciej Rosołek). Na 31-latka trzeba było jednak długo czekać. Wszystko przez kontuzję. Stracił przez nią połowę zeszłego sezonu i tak naprawdę dopiero teraz doszedł do siebie.

Gol z Arką Gdynia jest czwartym Zrelaka od kiedy dołączył z Warty Poznań. Czekał na niego od 27 października 2024 roku. Minęło zatem 293 dni! Niewielu snajperów miało aż tak długą przerwę…

Jak Zrelak trafił? W 32 minucie GieKSa wznowiła grę od Mateusza Kowalczyka. Po wybiciu jednego z rywali piłkę w okolice pola bramkowego zawrócił Alan Czerwiński i to właśnie doświadczony Słowak wykorzystał nadarzającą się okazję.

W przerwie Zrelak udzielił wywiadu Canal+ Sport: – Ostatnio miałem bardzo trudny okres. Cieszę się, że jestem zdrowy i mogę pomóc zespołowi. „Zdrówko” jest najważniejsze. Czuję się zdrowo, ale nie grałem tak naprawdę osiem miesięcy. Potrzebuję czasu, żeby złapać rytm. Cieszę się, że dostałem dzisiaj szansę – podkreślił.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga