Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Efektowne przełamanie GKS-u Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Arka Gdynia 4:1 (2:1).

 

weszlo.com – Rosołek z wozu, GKS-owi lżej. 4:1 z Arką!

GKS Katowice nie miał najlepszego wejścia w nowy sezon, właściwie z miejsca stał się jednym z kandydatów do walki o utrzymanie, a jednym z winowajców okrzyknięto Macieja Rosołka – słusznie zresztą, bo ściągnięcie go z Gliwic nie wygląda na transfer roku. Dziś sceptycy jego talentu – czyli choćby my – dostali kolejne argumenty, że trudno budować poważny skład z Rosołkiem, bo jak Maciek usiadł na ławce, to GKS odpalił.

No jednak jest różnica między nim a Zrelakiem. Wiadomo, że Słowak to nie jest okaz zdrowia i trzeba na niego bardzo uważać, ale piłkarsko… Przepaść. Trudno sobie wyobrazić, że Rosołek tak pewnie i ładnie strzela, jak zrobił to Zrelak, raczej wyobrażamy sobie kopnięcie ponad bramkę i może ponad stadion. A na Zrelaka można liczyć, po prostu łatwiej się gra z kimś, kto robi pożytek z piłki, co jest dość ważne w sporcie zwanym piłką nożną.

Słowak trafił na 2:0, natomiast i pierwszy, i drugi gol dla GKS-u był dość podobny. Wrzutka z autu, Arka wybija za krótko, GKS ponawia akcję i siedzi. Kuriozalnie bronili gdynianie, Szwarga z pewnością będzie miał o to pretensje. Zrozumiałe jest, że przy wrzucie z autu na wysokości pola karnego będziesz głęboko, bo nie ma spalonego, ale gdy piłka jest już w grze, to musisz jak najszybciej oddalać się od swojego posterunku, żeby uniknąć niebezpieczeństwa.

Tymczasem Arka tego nie robiła i GKS prawie wchodził z piłką do bramki. Jędrych kopnął z piątki, a i tak miał trzech rywali przed sobą, przy golu Zrelaka gdynianie też zaspali, więc napastnik uniknął spalonego.

Trzeci gol? Klemenz z metra.

Wyglądało to momentami absurdalnie, chciało się powiedzieć, że Arka zaraz będzie bronić zza linii końcowej i naprawdę była tego blisko.

Goście mieli w tym meczu tylko jeden miły moment, kiedy dokonali dwóch zmian jeszcze w pierwszej połowie i jeden ze zmienników – Espiau – w tej części gry strzelił na 1:2. Natomiast na takiego asa z rękawa Szwargi znalazł się joker w talii Góraka. Ten w przerwie wpuścił wspomnianego już Klemenza i obrońca po kwadransie miał dwie sztuki. O trzeciej już powiedzieliśmy, czwarta to wrzutka z wolnego i precyzyjna główka.

Czy z bliska? Oczywiście, szósty-siódmy metr.

Zapachniało w tym meczu GKS-em z poprzedniego sezonu. Był rozmach i oglądało się to przyjemnie. Owszem, tylko z Arką (“tylko”, bo beniaminkiem), ale takich rywali trzeba ogrywać, gdyż to pewnie z nimi katowiczanie będą walczyć o byt w lidze.

 

arkowcy.pl – Na karuzeli

Arka zagrała w Katowicach beznadziejny mecz. W schematach żółto-niebieskich nie funkcjonowało kompletnie nic, pod własną bramką popełniali oni kardynalne błędy, przy Nowej Bukowej wyglądali jak dzieci we mgle. GKS wsadził piłkarzy Szwargi na karuzelę, skończyło się na łomocie i porażce 1:4.

Arka jechała do Katowic z nastawieniem na walkę o drugie zwycięstwo z rzędu. Po odprawieniu Pogoni Szczecin żółto-niebiescy zamierzali ograć znajdujący się w strefie spadkowej katowicki GKS. Do wyjściowego składu gdynian wrócił przy Nowej Bukowej Tornike Gaprindaszwili, który od początku meczu miał biegać po prawym skrzydle. W pierwszej jedenastce gospodarzy po raz pierwszym w sezonie na szpicy zameldował się Adam Zrelak zamiast Macieja Rosołka.

Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia ze strony katowiczan. W 9. minucie po aucie na wysokości pola karnego Arki egzekwowanym przez Kowalczyka Celestine interweniował głową, ale wybił piłkę pod nogi Wasielewskiego, ten błyskawicznie dostarczył futbolówkę na 3. metr od bramki, a Jędrych z najbliższej odległości zapakował ją pod poprzeczkę i GKS objął szybkie prowadzenie. Po upływie pierwszego kwadransa gospodarze mogli podwyższyć rezultat – po dośrodkowaniu Nowaka z rzutu wolnego Jędrych zgrał piłkę głową pod nogi Galana, Hiszpan znalazł się w doskonałej sytuacji 5 m przed bramką, ale Węglarz zamknął mu przestrzeń i wyhamował futbolówkę, a sprzed samej linii wybił ją Abramowicz i udało się zażegnać niebezpieczeństwo. W kolejnym ataku GKS-u po następnym stałym fragmencie świetną okazję miał z kolei Kowalczyk, jednak młody pomocnik uderzył płasko trzy metry obok prawego słupka Węglarza. Arka na boisku nie istniała, a podopieczni Góraka nie ustawali w atakach. W 32. minucie kolejny aut wyrzucany przez Kowalczyka nie doleciał w pole karne żółto-niebieskich, bo Abramowicz wybijał futbolówkę głową, natomiast piłka została zebrana przez Czerwińskiego, defensor miejscowych natychmiastowym podaniem w szesnastkę sprawił, że Zrelak znalazł się przed obrońcami Arki, a Słowak strzałem z ostrego kąta z półwoleja umieścił futbolówkę w dalszym rogu bramki Węglarza i na tablicy wyników było już 2:0. Zdenerwowany Szwarga jeszcze w pierwszej połowie dokonał podwójnej zmiany, wprowadzając do gry Vitalucciego i Espiaua.W 40. minucie Węglarz sparował piłkę do boku po uderzeniu Kowalczyka z dystansu w lewy róg bramki.

[…] Druga część rywalizacji zaczęła się od ostrej centry Nowaka z rzutu wolnego, która mogła zaskoczyć Węglarza, ale bramkarz Arki zachował czujność. W 49. minucie agresywne wstrzelenie futbolówki przez Kowalczyka z lewej strony przed bramkę gdynian zostało nieco wyhamowane przez Węglarza, ale piłka i tak trafiła pod nogi Zrelaka, próbę Słowaka na linii bramkowej zablokował Celestine, po chwili dobitka w wykonaniu Klemenza została również zatrzymana przez Francuza, tyle, że już chyba za linią bramkową – nie trzeba było jednak tego weryfikować, bo Klemenz w kolejnym podejściu już zapakował futbolówkę do siatki bez żadnych wątpliwości. Chwilę później po dośrodkowaniu Nowaka z kornera Jędrych strzelał głową, ale Węglarz wykazał się kapitalnym refleksem. Katowiczanie się nie zatrzymywali. Po kolejnej wrzutce Nowaka z rożnego na dalszy słupek Galan uderzał głową, Węglarz świetnie interweniował na linii, a dobijający Jędrych trafił głową w poprzeczkę. Po godzinie gry było już 4:1. Nowak zacentrował tym razem z wolnego, a tam Klemenz ubiegł Espiaua, skasował górną piłkę i upolował dublet główką z lądowaniem w prawym narożniku Węglarza. Arka zbierała okrutny łomot przy Nowej Bukowej.

[…] Do końcowego gwizdka trwało jeszcze męczenie buły, po czym sędzia Sylwestrzak zadecydował, że na dziś wystarczy.

Arka w Katowicach dostała w łeb okrutnie. Przede wszystkim posypała się defensywa drużyny Szwargi, pojawiły się niewytłumaczalne błędy indywidualne i dramat w kryciu przy stałych fragmentach. Żółto-niebiescy pozwolili się całkowicie zdominować, brakowało im dynamiki, motoryki, przegrywali drugie piłki, grali na stojąco i byli spóźnieni do stykowych piłek. GKS wsadził gdynian na karuzelę – tempo katowiczan było dziś dla Arkowców za szybkie, za zwrotne, za energiczne, zwyczajnie za wysokie. Na połowie rywala zespół Szwargi nie istniał. Jeśli szukać jakichkolwiek pozytywów z tego meczu, to można znaleźć chyba tylko ten, że dobrze, iż zimny prysznic przytrafił się żółto-niebieskim dzisiaj, a nie za tydzień.

 

sportowefakty.wp.pl – Efektowne przełamanie GKS-u Katowice. Arka zginęła od własnej broni

Jak się przełamywać, to właśnie w taki sposób. GKS Katowice zdemolował Arkę Gdynia 4:1 w sobotnim meczu 5. kolejki PKO Ekstraklasy, odnosząc tym samym pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Goście byli jedynie tłem.

Miał rację trener Rafał Górak, mówiący przed meczem z Arką Gdynia, że wierzy iż ciężka praca się obroni. Dotychczas jego zespół rozgrywał przyzwoite, a momentami dobre mecze, jednak brakowało wyników.

W sobotę zagrało jednak wszystko. Zgadzała się zarówno gra, jak i końcowy wynik. Cztery bramki zdobyte przeciwko bardzo dobrze zorganizowanej Arce? To musi robić wrażenie.

Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że gdynianie zaprezentowali się po prostu skandalicznie. Nie poznawaliśmy tej drużyny. O ile w grze do przodu niewiele się zmieniło, to znaczy dalej było – delikatnie mówiąc – średnio, o tyle w defensywie aż się paliło.

Ostatecznie GKS wbił Arce cztery gole. Dwa w pierwszej i dwa w drugiej połowie. Dwie (a w zasadzie to trzy) bramki padły po wyrzutach piłki z autu, jeden po rzucie wolnym. Czyli… Arka niejako zginęła od własnej broni.

Fenomenalnie spisali się środkowi obrońcy drużyny z Katowic. Wynik otworzył Arkadiusz Jędrych, a w drugiej połowie błysnął Lukas Klemenz. Pojawił się na boisku w 46. minucie w miejsce Alana Czerwińskiego, a po kwadransie już miał dwie zdobyte bramki.

Arka kompletnie nie radziła sobie przy stałych fragmentach. Chaos, totalna panika.

Jędrych trafił z pięciu metrów, później podwyższył Adam Zrelak.

Trener Dawid Szwarga w pewnym momencie nie wytrzymał i jeszcze przed przerwą dokonał podwójnej zmiany. Szybko okazało się, że był to słuszny ruch, bo Edu Espiau w pierwszym kontakcie z piłką strzelił gola kontaktowego, wykorzystując precyzyjne dośrodkowanie Dawida Abramowicza.

Jednak to na tyle. Okazuje się, że gol na 2:1 nic nie znaczył z mentalnego punktu widzenia. Tuż po przerwie Klemenz wepchnął piłkę do bramki z najbliższej odległości (tu też akcja zaczęła się od autu, choć krótko rozegranego), a w 60. minucie stoper GKS-u dołożył głowę do futbolówki po świetnym dośrodkowaniu Bartosza Nowaka z rzutu wolnego.

I przyjezdnych nie było na boisku. Katowiczanie mogą mieć do siebie lekkie pretensje, że nie strzelili większej liczby goli, a przecież sytuacje były. Z drugiej jednak strony trudno psioczyć na piłkarzy, gdy wygrywa się 4:1 i odnosi pierwsze zwycięstwo w sezonie.

 

arka.gdynia.pl – GKS Katowice – Arka Gdynia 4:1

Po najsłabszym meczu w tym roku Arka przegrała w Katowicach z GKS-em 4:1. Gospodarze otworzyli wynik już na początku spotkania za sprawą Jędrycha, a prowadzenie podwyższył Zrelak. Przed przerwą nadzieję w serca kibiców z Gdyni wlał Espiau, ale dwa gole Klemenza w pierwszym kwadransie drugiej połowy rozstrzygnęły losy meczu.

W pierwszych minutach meczu piłka częściej gościła na połowie Arki, co przekładało się na stałe fragmenty gry dla gospodarzy. W 9 minucie wrzut z autu sprawił duże problemy naszym zawodnikom w polu karnym i niestety jeden błąd sprawił, że katowiczanie objęli prowadzenie. Piłka trafiła do Wasielewskiego, a ten wstrzelił piłkę w nasze pole bramkowe, gdzie zabrakło krycia przy Jędrychu i środkowy obrońca GKS-u z bliska wpakował futbolówkę do naszej bramki…

To nie był koniec kłopotów zespołu trenera Szwargi, bo w 17 minucie znów zabrakło właściwego krycia w naszym polu karnym. Tym razem piłka posłana w tą strefę boiska dotarła do głowy Jędrycha, a ten zgrał ją w kierunku osamotnionego Galana. Piłkarz GieKSy po przyjęciu oddał strzał z 5 metrów, ale świetnie spisał się Węglarz, który zatrzymał piłkę i uchronił Arkę przed utratą drugiej bramki.

Arka nie potrafiła przebić się przez środkową strefę boiska – tam najczęściej dochodziło do straty i swój atak inicjowali gospodarze. Chwilę później najczęściej gra była przerywana faulem lub wybiciem piłki w aut i GKS nękał gdynian kolejnymi stałymi fragmentami. W 26 minucie znów piłkę pod swoimi nogami mieli w naszym polu karnym katowiczanie i mogliśmy odetchnąć głęboko, gdy Kowalczyk z 8 metrów całkowicie przestrzelił.

W 32 minucie dobra postawa gospodarzy została nagrodzona po raz drugi. Wydawało się, że udało się nam uporać z kolejnym stałym fragmentem gry, bo wybiliśmy piłkę z szesnastki, ale piłka natychmiast tam wróciła, a znów uciekł naszym obrońcom jeden zawodnik, tym razem Zrelak. Słowak takich okazji nie zwykł marnować i pewnym strzałem pod poprzeczkę powiększył prowadzenie GKS-u.

Cierpliwość trenera Szwargi się wyczerpała i jeszcze przed przerwą przeprowadził podwójną zmianę: ściągnął Sidibe i Percana, a no boisku zameldowali się Vitalucci i Espiau. A chwilę później groźny strzał z dystansu Kowalczyka dobrze obronił Weglarz. Korekta trenera Szwargi jednak bardzo szybko przyniosła spodziewany efekt. W 42 minucie piłka od Vitalucciego trafiła na lewą stronę pola karnego do Abramowicza. Ten bardzo dokładnie zacentrował na 7 metr, a tam świetnie odnalazł się Espiau, który doskonale uderzył głową i zredukował straty do jednej bramki!

W ostatniej akcji przed przerwą Navarro zacentrował z rzutu wolnego w pole karne. Piłka posłana w strefę konfliktu omal nie spadła na głowę Marcjanika i z tej nieudanej pierwszej połowy mogliśmy do szatni zejść z remisem. Stało się jednak inaczej.

Drugą część meczu znów niestety zaczęliśmy od stałych fragmentów gospodarzy, bitych z prawej strony naszego pola karnego. Z rzutu wolnego centrostrzał Nowaka dobrze wypiąstkował Węglarz, ale po kilkunastu sekundach znów GKS miał wrzut z autu na wysokości szesnastego metra. Niestety ten napór szybko przyniósł gospodarzom efekt, bo w 49 minucie piłka zagrana wzdłuż 3 metra przez Kowalczyka została odbita Węglarza, ale Klemenz odnalazł się w polu bramkowym i z bliska zdobył trzeciego gola dla gospodarzy.

W 58 minucie znów było gorąco pod naszą bramką. Tym razem wszystko za sprawą rzutu rożnego Nowaka. Piłka spadła na głowę Galana, a jego strzał odbił Węglarz. Z dobitka pośpieszył Klemenz, ale futbolówkę skierował na poprzeczką, po czym tak opuściła boisko. Co się jednak Klemenzowi nie udało w 58 minucie, udało się dwie minuty później. Tym razem z rzutu wolnego dośrodkował Nowak, a Klemenz tylko dostawił głowę i Węglarz był bez szans…

Błędy naszych obrońców się mnożyły. W 65 minucie zamiast spokojnie wybić piłkę z szesnastki, pozwoliliśmy, aby ta trafiła pod nogi Nowaka – na szczęście jego sytuacyjne uderzenie udało się zablokować. Minutę później indywidualna akcja Kocyły została przez niego sfinalizowana strzałem z ostrego kąta, który nogami zablokował Kudła.

W 72 minucie błąd Navarro na środku boiska mogliśmy przypłacić stratą piątej bramki. Piłka posłana w pole karne karne do Wasielewskiego została dograna do wbiegającego Łukasiaka, lecz pomocnik GKS-u nieznacznie się pomylił przy strzale z powietrza.

W 80 minucie Gaprindaszwili skorzystał z nieporozumienia Kuuska z Kudłą i kopnął piłkę w kierunku bramki, ale Kudła zdążył wyciągnąć rękę i odbić piłkę. Była to jednak już ta faza meczu, gdy gospodarze starali się przede wszystkim utrzymywać jak najdłużej przy piłce i unikać sytuacji, w której zespół Szwargi mógłby zredukować straty.

W 87 minucie Arka mogła jednak pokusić się o zdobycie drugiego gola w tym meczu. Abramowicz okazał się adresatem posłanej piłki w pole karne, ale nie trafił czysto w futbolówkę. Po chwili jednak ta została wyłożona na strzał Navarro, jednak uderzenie Hiszpana zostało zablokowane. W 90 minucie błąd popełnili Arkowcy, ale z nieporozumienia Węglarza ze swoimi obrońcami nie skorzystał Rosołek.

 

dziennizachodni.pl – Ponad 11 tysięcy kibiców GKS Katowice zobaczyło świetny mecz i fetowało efektowne zwycięstwo nad Arką Gdynia

O taki mecz chodziło kibicom GKS Katowice! Ich piłkarze rozbili Arkę Gdynia i zafundowali fanom najlepszy spektakl w tym sezonie.

Gorąca sobota w Katowicach zrobiła się jeszcze cieplejsza za sprawą meczu GKS-u z Arką Gdynia. Na Nowej Bukowej pojawił się w sumie ponad 11 tysięcy widzów, ze sporą grupą fanów gości.

Katowiczanie rozpoczęli z impetem i szybko objęli dwubramkowe prowadzenie. Kibice szczególnie fetowali bramkę Adama Zrelaka, wracającego po kontuzji przez którą omal nie zakończył kariery.

Ale na tym bynajmniej się nie skończyło. GKS, chociaż stracił gola, w drugiej połowie sam zadał kolejne trafienia wywołując euforię fanów.

Jeszcze długo po meczu trwało świętowanie zwycięstwa piłkarzy z kibicami.

 

trojmiasto.pl – Najwyższa przegrana od dwóch lat

Arka Gdynia przegrała na wyjeździe z GKS Katowice 1:4 (1:2) w 5. kolejce PKO BP Ekstraklasy. Przez godzinę gry żółto-niebiescy stracili więcej goli niż w poprzednich czterech meczach. Aż trzykrotnie zostali zaskoczeni po stałych fragmentach gry. To zarazem ich najwyższa porażka od blisko 2 lat, gdy jeszcze w 1. Lidze przegrali z Wisłą w Krakowie 1:5. Nie udał się powrót na Bukową, choć już na nowy stadion, m.in. Dawida Szwargi i Tomasza Włodarka. W latach 2021-23 byli oni asystentami Rafała Góraka, który nadal prowadzi GKS. Nie pomogły dwie zmiany, które w szeregach gości zostały zrobione jeszcze przed przerwą. Jedynym optymistycznym akcentem była tylko debiutancka bramka strzelił Edu Espiau.

 

ekstraklasa.org – Strzelecka forma obrońców

GKS Katowice z pierwszym zwycięstwem w nowym sezonie. Bramki zdobywali dziś przede wszystkim obrońcy.

W obecnym sezonie PKO Bank Polski Ekstraklasy GKS Katowice w żadnym ze swoich starć nie był jeszcze nawet na prowadzeniu. W rywalizacji z Arką takiego problemu podopieczni trenera Rafała Góraka już nie mieli – objęli je w 9. minucie za sprawą gola Arkadiusza Jędrycha. Później nastąpiła wymiana ciosów – na bramkę Adama Zrelaka odpowiedział Edu Espiau. Po przerwie gospodarze potwierdzili, że nie wypuszczą wygranej z rąk – tym razem to inny z defensorów katowiczan błysnął skutecznością, a był nim Lukas Klemenz, autor dubletu.

 

gol24 – Jak się przełamywać to w takim stylu

[…] Pierwsza połowa należała zdecydowanie do gospodarzy. „Przycisnęli” od początku, nie pozwalali przeciwnikom wyprowadzić akcji ofensywnych i już po dziewięciu minutach prowadzili. Po wrzucie Mateusza Kowalczyka z autu w polu karnym Arki zagrał jeszcze Marcin Wasielewski, a do siatki z bliska trafił Arkadiusz Jędrych.

Po chwili mogło być 2:0, gdyby stojący tuż przed bramkarzem Borja Galan zdołał pokonać Damiana Węglarza. Ślązacy drugiego gola zdobyli znów po akcji rozpoczętej wrzutem Kowalczyka, niemal z tego samego miejsca. Tym razem podał w pole karne Alan Czerwiński, a wracający do formy po wielomiesięcznym leczeniu kontuzji Adam Zrelak „kropnął” pod poprzeczkę z narożnika pola bramkowego.

Wydawało się, że przyjezdni zostali znokautowani, tymczasem ich trener Dawid Szwarga zrobił dwie zmiany i wprowadzony na boisko Edu Espiau po czterech minutach pokonał golkipera GKS. Wyskoczył najwyżej do dośrodkowania Dawida Abramowicza i do przerwy było 2:1.

Krótko po wznowieniu gry Węglarza próbował zaskoczyć Bartosz Nowak potężnym uderzeniem z rzutu wolnego. Tym razem bramkarz Arki wyszedł z opresji, ale po chwili wyjmował piłkę z siatki. Wzdłuż bramki zagrał mocno Kowalczyk, a najlepiej znalazł się w tej sytuacji Lukas Klemenz, który pojawił się na murawie przed rozpoczęciem drugiej połowy.

Golem mogły się też zakończyć kolejne akcje miejscowych – strzał Jędrycha został obroniony, a Klemenz trafił w poprzeczkę. Niemoc gdyńskiej drużyny w defensywie trwała. Po centrze Nowaka z rzutu wolnego Klemenz ponownie dobrze wyskoczył do górnej piłki i po raz drugi wpisał się na listę strzelców.

Szanse na zdobycie gola dla gości mieli Dawid Kocyła i Tornike Gaprindaszwili, jednak z ich uderzeniami z bliska poradził sobie Dawid Kudła i wynik się nie zmienił.

 

Adam Zrelak przypomniał się po niemal roku. Gol dla GKS Katowice po… 293 dniach

Długo czekał, no i w końcu się doczekał. Kto? Adam Zrelak. Były reprezentant Słowacji strzelił gola dla GKS Katowice po 293 dniach oczekiwania. Dzięki niemu drużyna podwyższyła prowadzenie z Arką Gdynia w sobotnim, domowym meczu 5. kolejki PKO Ekstraklasy.

Nikt nie miał wątpliwości, że to Zrelak jest najlepszą dziewiątką GieKSy po odejściu Sebastiana Bergiera do Widzewa Łódź (w kadrze jest też m.in. Maciej Rosołek). Na 31-latka trzeba było jednak długo czekać. Wszystko przez kontuzję. Stracił przez nią połowę zeszłego sezonu i tak naprawdę dopiero teraz doszedł do siebie.

Gol z Arką Gdynia jest czwartym Zrelaka od kiedy dołączył z Warty Poznań. Czekał na niego od 27 października 2024 roku. Minęło zatem 293 dni! Niewielu snajperów miało aż tak długą przerwę…

Jak Zrelak trafił? W 32 minucie GieKSa wznowiła grę od Mateusza Kowalczyka. Po wybiciu jednego z rywali piłkę w okolice pola bramkowego zawrócił Alan Czerwiński i to właśnie doświadczony Słowak wykorzystał nadarzającą się okazję.

W przerwie Zrelak udzielił wywiadu Canal+ Sport: – Ostatnio miałem bardzo trudny okres. Cieszę się, że jestem zdrowy i mogę pomóc zespołowi. „Zdrówko” jest najważniejsze. Czuję się zdrowo, ale nie grałem tak naprawdę osiem miesięcy. Potrzebuję czasu, żeby złapać rytm. Cieszę się, że dostałem dzisiaj szansę – podkreślił.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga