Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: wypadałoby wreszcie coś wygrać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Szósta kolejka Ekstraklasy stoi pod znakiem rywalizacji derbowej. Na Pomorzu Lechia zmierzy się z Arką – jeszcze niedawno z zapartym tchem śledziliśmy ten pojedynek. Dziś zdecydowanie bardziej interesuje nas to, co będzie się działo w sobotę na Arenie Zabrze, czyli kolejny Śląski Klasyk w Ekstraklasie. O wspomnieniach z ubiegłego sezonu, gdzie raz górą był Górnik, a raz GKS, postawie zabrzan na progu nowych rozgrywek i nadziejach na sukcesy opowiedział nam Śledzió, współautor audycji w ramach „Czwarta Trybuna Podcast”.

Wyniki Górnika w pierwszych kolejkach i trzecie miejsce w tabeli rozgrzewają powoli głowy kibiców w Zabrzu?
Myślę, że już sam okres przygotowawczy nieco rozgrzał nasze głowy. Dawno nie było sytuacji, by Górnik na czas przeprowadził jakościowe transfery. Do tego doszła dobra postawa w sparingach i choć nie zawsze potwierdzały to wyniki, to widać było, że forma idzie w górę. Duże nadzieje pokładamy w nowym trenerze Michale Gašparíku, bo jak zapowiada, mamy grać ofensywną piłkę. Początek sezonu w naszym wykonaniu jest dobry, mimo że nie wszystkie mecze poszły tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Wszystko to daje jednak nadzieję, że być może w tym sezonie spróbujemy powalczyć o coś więcej.

W rozmowie przed naszym poprzednim meczem Marcin Ziach z roosevelta81.pl zwracał uwagę, że w obecnej sytuacji organizacyjnej ligowa czołówka może być poza zasięgiem Górnika. Coś się zmieniło w tym aspekcie?
Ludzie z zarządu, a także Lukas Podolski, starają się tonować nastroje, ale z drugiej strony coraz głośniejsze są opinie, że po tylu latach wypadałoby wreszcie coś wygrać. W tym sezonie mówi się po cichu o Pucharze Polski. Sytuacja organizacyjna się poprawiła, ale na pewno nie jest jeszcze idealnie i minie trochę czasu, zanim będziemy mogli jak równy z równym walczyć z czołówką ligi. Moim zdaniem trzeba mierzyć wysoko, bo jeśli nie będziemy próbować, to nie będziemy się rozwijać. Dlatego niezależnie od tego, czy jesteśmy na sto procent gotowi na puchary, to powinniśmy się włączyć do tej walki. Okoliczności sprzyjają, bo polskie zespoły coraz lepiej wyglądają w Europie, ranking rośnie, a liga staje się coraz mocniejsza. Tam też czekają pieniądze, które mogą być dodatkowym impulsem do rozwoju.

Mając na względzie te ambicje, jak przyjęliście ostateczne rozstrzygnięcia poprzedniego sezonu, który Górnik zakończył na 9. miejscu ze stratą dwóch punktów do GieKSy?
Należy powiedzieć otwarcie, że tamten sezon był porażką. W poprzednich kampaniach udawało się łapać krótszy dystans do czołówki. Szczególnie dwa lata temu, gdy kilka zespołów biło się o mistrza, Górnik przez moment kręcił się w okolicy trzeciego miejsca, co rozbudziło apetyty. Skończyło się na szóstej lokacie, ale dla nas był to sygnał, że wkrótce możemy dołączyć do najlepszych. Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna i skończyliśmy na dziewiątym miejscu. Na dodatek, na sześć kolejek przed końcem sezonu doszło do zmiany trenera, a sam styl pożegnania z Janem Urbanem pozostawiał wiele do życzenia. Dlatego nikt w Zabrzu nie traktował dziewiątego miejsca jako sukces.

Jest na to dość wcześnie, ale jak oceniasz letnie wzmocnienia Górnika?
Mam wrażenie, że transfery były dobrze przemyślane, a zawodnicy dobierani nie tylko ze względu na umiejętności sportowe, ale także pod kątem charakterologicznym. Zaczynając od bramkarzy – Marcel Łubik zbierał bardzo dobre recenzje w GKS Tychy, był też kapitanem drużyny, co może świadczyć o jego mocnym charakterze. Sportowo nie zdążył jeszcze zaprezentować pełni swoich umiejętności, ale był jednym z ojców zwycięstwa nad Lechią Gdańsk. Być może będzie to zaskoczeniem, ale dla mnie równie ważnym transferem jest powrót Tomasza Loski. Jest to synek stąd, Żabol, który na pewno doda charakteru szatni i odpowiedniej rywalizacji na pozycji bramkarza, choć ma świadomość, że na dziś nie jest numerem jeden. W środku pomocy wiele doświadczenia wniósł Jarek Kubicki, który moim zdaniem jest niedoceniany w polskiej lidze. W Jagiellonii wykonał duży krok do przodu, a w Zabrzu bardzo dobrze dopasował się do wizji trenera Gašparíka. Na dziś dobrze wygląda Natan Dzięgielewski, który wyróżniał się w 1. lidze. Dużo obiecujemy sobie po napastnikach – Grek Thodoris Tsirigotis czy Brazylijczyk Gabriel Barbosa, który na razie zmaga się z kontuzją, podobnie jak Michal Sacek, który miał być podstawowym prawym obrońcą, tymczasem czeka go zabieg i dłuższa przerwa w grze. Jednak zdecydowanie najważniejszym transferem było zatrudnienie nowego trenera.

Zanim porozmawiamy o szkoleniowcu, to w ramach podsumowania transferów, w oczy rzuca się prawdziwa mieszanka narodowości sprowadzanych i już grających w Górniku piłkarzy. To zupełnie inny pomysł na budowanie zespołu niż przyjęli w Katowicach, gdzie dominują polskie i śląskie akcenty. Kto oprócz popularnego Gienka godo jeszcze w szatni po naszymu?
Część sztabu na pewno, w tym dobrze znany w Katowicach Bartek Spałek. Może się wydawać, że brakuje tego śląskiego pierwiastka, natomiast wydaje mi się, że choćby nasz kapitan, Erik Janza, przesiąknął już śląskim klimatem, bo jest u nas wiele lat i bardzo mu się tu podoba. Bez dwóch zdań śląskości – czasem może aż za nadto – dodaje szatni Lukas Podolski, który nadrabia za kilku hanysów. Chciałoby się, aby do drużyny trafiało więcej chłopaków stąd, taka jest jednak piłka, że na końcu liczy się wynik i piłkarska jakość.

Górnik stał się trampoliną dla niektórych piłkarzy, którzy jak Ennali czy Yokota dość szybko wybili się do lepszych klubów. Kogo z letnich ubytków będzie brakować najbardziej?
Pod koniec ubiegłego sezonu błyszczał Dominik Sarapata, natomiast z młodymi piłkarzami nigdy nie wiadomo, jak długo będą w stanie utrzymać taki poziom. Wahania formy w tym wieku są czymś naturalnym, więc nie ma pewności, że Dominik nadal grałby pierwsze skrzypce na swojej pozycji. Być może Yosuke Furukawa jeszcze bardziej rozwinie się w Niemczech, bo jego pobyt w Zabrzu był raczej szarpany – lepsze mecze przeplatał gorszymi. Z drugiej strony nie wiadomo, jaki pomysł na niego miałby Michal Gašparík i czy w ogóle grałby w pierwszym składzie.

Latem Zabrze na Katowice zamienił Aleksander Buksa. Wlejesz trochę nadziei w serca kibiców GieKSy, że Olek może podnieść poziom naszego ataku?
Chciałbym, natomiast najwięcej zależy od samego Olka. Byłem trochę zawiedziony, że nie spróbowaliśmy „reaktywować” Buksy w Zabrzu, popracować z nim więcej indywidualnie, bo wydaje mi się, że ten zawodnik ma potencjał na dobrą grę w Ekstraklasie. Często mówi się, że na tym poziomie różnice w umiejętnościach piłkarzy nie są duże, a klucz tkwi w podejściu mentalnym. Buksa jest tego najlepszym przykładem. Macie fachowca na trenerskiej ławce – moim zdaniem trener Górak jest w stanie dotrzeć do Olka na tyle, by ten dał wam trochę radości swoją grą. Poza tym Ekstraklasa bywa przewrotna i zupełnie nie zdziwiłoby mnie, gdyby Olek trafił w sobotę do siatki Górnika.

Od nowego sezonu za grę Górnika odpowiada trener Michal Gašparík. Zastąpił on najlepszego trenera w Polsce, bo jak inaczej nazwać szkoleniowca, który niedługo później przejął stery w reprezentacji Polski. Wysoko zawieszona poprzeczka?
Na korzyść Gašparíka działa jego przeszłość jako piłkarza Górnika, więc zna nasze środowisko. Pogłoski o jego zatrudnieniu pojawiały się zresztą znacznie wcześniej, bo już przy okazji pierwszego zwolnienia trenera Urbana. Gašparík bardzo ciepło wypowiada się o klubie i jego otoczeniu, kibice doceniają też jego pomysł na zespół, który już widać. Oczekiwania są spore i wszyscy jesteśmy ciekawi, czy trener Gašparík będzie tak dobry, jak wydaje nam się, że jest.

Wracając do Jana Urbana, jak oceniasz jego wybór na stanowisko selekcjonera?
Już jakiś czas temu, jeszcze gdy trener Urban pracował w Górniku, a nie wszystko układało się u nas jak należy, pisałem w jednym z komentarzy, że najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich byłoby, gdyby po trenera zgłosiła się reprezentacja. Posada selekcjonera była marzeniem Urbana, poza tym nadaje się on do tego stylu: krótkie zgrupowania i intensywna praca zamiast długofalowego procesu treningowego, a także budowanie odpowiedniej atmosfery. Oczywiście, nie tylko o atmosferę chodzi, bo nie mam wątpliwości, że sztab odpowiednio przygotuje drużynę. Trener Urban ma jednak w sobie coś, że potrafi natchnąć pozytywną energią i ma odpowiednie podejście do piłkarzy. Trzymam kciuki za jego sukces z reprezentacją.

Lukas Podolski przedłużył swój kontrakt o kolejny rok, jednak jak dobrze wiemy, jego rola w Górniku nie ogranicza się tylko do spraw boiskowych. W jakim aspekcie liczycie na jego szczególną aktywność?
Jako wielki fan Lukasa liczę, że dorzuci jeszcze jakieś liczby do swojego ligowego bilansu, natomiast da się zauważyć, że jego rola będzie się zmieniała. Podolski zaczął treningi później niż reszta drużyny, więc jeszcze nie jest w optymalnej formie. W poprzednim sezonie było podobnie – z czasem Poldi się rozkręcał i dorzucał kolejne gole i asysty. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie będzie już pierwszoplanową postacią w zespole.

Więcej do powiedzenia ma zapewne w klubowych gabinetach. Na jakim etapie jest prywatyzacja Górnika?
Obecnie jesteśmy na etapie oficjalnych negocjacji pomiędzy Miastem a spółką reprezentowaną przez Lukasa Podolskiego. Do końca sierpnia powinny się one zakończyć. Trudno przesądzać, czy oba podmioty znajdą w tej sprawie wspólny język, bo pamiętajmy, że trwa kampania wyborcza przed drugą turą wyborów prezydenckich w Zabrzu i mam nadzieję, że dotychczasowe działania nie są obliczone tylko na potrzeby kampanii pełniącej obowiązki prezydenta Ewy Weber. Liczę, że w Mieście jest chęć, aby zakończyć tą wieloletnią sagę związaną ze sprzedażą Górnika i klub trafi we właściwe ręce.

Czekaliśmy w Katowicach 20 lat, aby wreszcie wygrać z Górnikiem. Udało się akurat na otwarcie Nowej Bukowej. Jak wspominasz to wydarzenie?
Było to świetnie opakowane piłkarskie święto. Z kibicowskiego punktu widzenia wyglądało to bardzo efektownie. Z perspektywy sektora gości nie zgadzał się tylko wynik, a szczególnie okoliczności drugiej bramki dla GieKSy, która padła w setnej minucie. Górnik był wtedy w sportowym dołku – zazwyczaj w pierwszych połowach graliśmy dobrze, ale nie potrafiliśmy dobić rywala, co mściło się na nas w końcówkach. Tak też było w Katowicach. Atmosfera wokół Górnika nie była wtedy najlepsza, więc trudno wspominać tamten mecz pozytywnie, jednak jako widowisko byliśmy pod dużym wrażeniem.

Być może lepsze wspomnienia masz z wcześniejszych meczów?
Z perspektywy kibica doskonale pamiętam pierwszy zgodowy mecz w Zabrzu – jeszcze na starym stadionie, na winklu zasiadła kilkutysięczna „żółta fala” fanów GieKSy. Wyglądało to imponująco, z resztą na całym stadionie nie było gdzie szpilki włożyć. Podobnie było w następnej rundzie w Katowicach, gdzie również był nadkomplet widzów. Z kolei kilka lat wcześniej, gdy nasze stosunki nie były tak dobre, przyjechaliśmy na Bukową z oprawą w postaci kartoniady z krzyżem i napisem KSG. W tamtych czasach policja zachowywała się inaczej w stosunku do kibiców i odczuliśmy to mocno podczas powrotu na stację na Załężu. Piłkarsko pamiętam wygrane w Katowicach mecze Pucharu Polski – w jednym dwie bramki zdobył Ennali, a w innym sprawy w swoje ręce wziął Poldi i dwa razy trafił do siatki.

Nasza poprzednia wizyta w Zabrzu nie skończyła się miło dla GKS-u. Jak będzie tym razem?
Wspominając tamten mecz, w którym dość łatwo sobie z wami poradziliśmy, przychodzi mi do głowy fragment serialu Canal+ „Trenerzy na podsłuchu”, kiedy Rafał Górak powiedział: „Zabieramy z Zabrza trzy bomby – każdemu w głowie niech świta hasło: „K…, witaj Ekstraklaso.”. Ja natomiast pamiętam, że w pierwszej połowie Górnik szybko strzelił gola, ale to GieKSa grała w piłkę – nie wyglądało to aż tak źle, jak wskazywałby końcowy wynik. Wydaje mi się, że w sobotę będzie inaczej, choćby ze względu na naszego nowego trenera. Wy złapaliście oddech po zwycięstwie nad Arką, my też jesteśmy w dobrym momencie po przekonującej wygranej w Szczecinie. Spodziewam się ciekawego, otwartego pojedynku, zaciętego pod względem taktycznym.

Jaki wynik typujesz?
Moim zdaniem obie drużyny strzelą bramki, bo GieKSa w ofensywie ma zbyt duży potencjał, aby Górnik zagrał na zero z tyłu. Postawię na 3:1 dla Górnika.

Na co dzień udzielasz się w podkaście „Czwarta Trybuna”. Tej długo brakowało na stadionie przy Roosevelta, ale niedawno oddano ją do użytku. Czy to już koniec historii z budową stadionu?
Do użytku oddano już znaczną część miejsc na nowej trybunie i będą one dostępne w sobotę. Do ukończenia pozostaje środek trybuny, gdzie przewidziane są loże i strefa VIP. Tam też mają być ulokowane szatnie i strefa odnowy biologicznej, sale konferencyjne itp. Ta część nie jest jeszcze gotowa i nic nie wskazuje na to, aby wkrótce miała być do dyspozycji klubu. Brakuje na to pieniędzy, więc na razie musimy zadowolić się tym co mamy, czyli ponad 28 tysiącami miejsc dla kibiców. Na ten moment sprzedano ponad 21 tysięcy biletów na Śląski Klasyk, więc jest szansa, że w otwartej sprzedaży rozejdą się pozostałe wejściówki. Dobrze byłoby pobić rekord frekwencji w Zabrzu właśnie na tym meczu.

Jesteśmy świeżo po losowaniu pierwszej rundy Pucharu Polski. Górnikowi przypadł wyjazd na mecz z rezerwami Legii. Różnica klas każe upatrywać faworyta w trójkolorowych, natomiast nasz lokalny rywal przekonał się przed dwoma sezonami, że drugi zespół Legii nie jest łatwą pucharową przeszkodą.
Tak jak wspomniałem, wiążemy duże nadzieje z Pucharem Polski. Trener Gašparík ma doświadczenie w wygrywaniu krajowych pucharów, bo ma ich na swoim koncie trzy ze Spartakiem Trnava. W klubie panuje nastawienie, aby w końcu potraktować poważnie te rozgrywki, więc nie możemy mieć wątpliwości, czy jesteśmy w stanie pokonać już pierwszą przeszkodę w postaci rezerw Legii, które mogą być w jakimś stopniu wsparte piłkarzami pierwszej drużyny, mimo to liczę na przekonujące zwycięstwo w Warszawie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga