Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: wrócić do ustawień fabrycznych
Po doskonałym starcie sezonu Radomiak złapał lekki dołek. Wyjścia z tego mini kryzysu będzie szukał w Katowicach, jednak my też mamy swoje problemy i będziemy chcieli je przezwyciężyć. O potencjał Radomiaka w nowym sezonie, roszady kadrowe i nastawienie przed meczem z GieKSą zapytaliśmy Rafała Jończyka z redakcji serwisu podgolebnikiem.pl.
Nazwa waszego serwisu jest dość nietypowa i dla wielu kibiców GieKSy nieoczywista. Skąd się wzięła?
Pod Gołębnikiem to historyczne miejsce na starym stadionie Radomiaka. W latach 70. powstała tam budka spikera, która na początku była żartobliwie nazywana gołębnikiem. To określenie szybko się przyjęło, z kolei pod Gołębnikiem znajdowała się trybuna najbardziej zagorzałych kibiców Radomiaka. Doping był więc prowadzony „pod Gołębnikiem”, stąd nazwa. Kibice Arki mają swoją Górkę, Legia Żyletę, a GKS Blaszok. U nas młyn jest pod Gołębnikiem. Co prawda na nowym stadionie Gołębnika już nie ma, ale historyczna budka pozostała przed wejściem na obiekt i pełni dziś rolę klubowego sklepu. Stąd też nazwa serwisu, bo jest ona ważna dla kibiców, a my działamy przecież dla nich.
Ile zostało z formy Radomiaka, który w pierwszych kolejkach był określany rewelacją sezonu?
W ostatnich trzech meczach zdobyliśmy zaledwie jeden punkt, więc gra nie może zachwycać. Liczymy na przełamanie tej kiepskiej passy w Katowicach. GKS też ma gorszy moment – chcemy to wykorzystać i pójść do przodu zamiast wpaść w jeszcze głębszy dołek.
Który mecz lepiej oddaje możliwości Radomiaka w tym sezonie – przekonujące zwycięstwa z Pogonią i Rakowem czy wysoka porażka w prestiżowym dla was meczu w Kielcach?
Uważam, że bliższy prawdzie jest ten Radomiak, który aplikował Rakowowi trzy bramki. W tym meczu drużyna grała tak jak lubi – z kontrataku, nieco wycofana, czekająca na swój moment. Ważnym ogniwem w tej układance jest Capita Capemba, którego niestety najprawdopodobniej zabraknie w Katowicach.
Dlaczego?
Capita nabawił się urazu w Kielcach i nie grał zarówno w przegranym meczu z Jagiellonią, jak i zremisowanym pojedynku z Bruk-Betem. Miał wrócić do treningów w tym tygodniu i specjalnie wybrałem się dziś na trening, aby to sprawdzić (rozmawiamy w poniedziałek – przyp. red.). Capity nie było. Mówi się, że ma wrócić jutro, ale nie przypuszczam, by po dwóch tygodniach przerwy w treningach był gotowy wskoczyć do składu. Być może dostanie jakieś minuty, ale nie sądzę, że jest brany pod uwagę do pierwszego składu.
Z tego wszystkiego wyłania się obraz Radomiaka, który z Capitą w składzie nie ustępuje czołówce ligi, natomiast bez niego traci wiele. Jesteście od niego aż tak uzależnieni?
Niestety, ostatnie mecze to pokazały. Nie potrafiliśmy znaleźć innego pomysłu na grę – próbowaliśmy nowych rozwiązań, ale błądziliśmy. Na konferencji prasowej po meczu z Bruk-Betem wszedłem nawet w polemikę z trenerem Joao Henriquesem, który trochę się zirytował moimi pytaniami.
Ten fragment konferencji poniósł się dość mocno w mediach społecznościowych – sam na niego trafiłem.
Trener nie zgadzał się z moimi spostrzeżeniami i trochę się zdenerwował. Dyskutowaliśmy o systemie gry czterema i pięcioma obrońcami oraz pozycji Rafała Wolskiego na skrzydle. Trener mówił, że w ostatnich meczach Rafał nie grał na skrzydle – moim zdaniem być może nie był typowym skrzydłowym, ale wychodząc czterema zawodnikami środka pola ktoś musi pełnić rolę skrzydłowego, zwłaszcza w defensywie. Takie zadania miał właśnie Wolski, co przekładało się z kolei na fakt, że gra z przodu się nie kleiła. Korona stłamsiła nas mocno, z Jagiellonią pierwsza połowa była fatalna, dopiero po przerwie, gdy na boisku pojawił się typowy skrzydłowy, wyglądało to lepiej. Naszym podstawowym założeniem jest ustawienie pod szybkiego zawodnika w kontrataku, stąd brak Capity jest bardzo widoczny.
Joao Henriques był ostatnio autorem kilku głośnych wypowiedzi, choćby w kontekście pracy sędziów. Radomiak został szczególnie skrzywdzony przez arbitrów, czy może trener szuka usprawiedliwienia słabszej gry nie w zespole, a poza nim? Twoim zdaniem słabsza forma wynika z problemów wewnętrznych czy zewnętrznych?
Jedno i drugie po trochu. Z jednej strony gra się nie klei, z drugiej natomiast nałożyły się na to decyzje sędziowskie. W Kielcach dostaliśmy karnego do szatni po dyskusyjnym faulu Majchrowicza, podczas gdy w innych meczach podobne sytuacje są rozstrzygane na korzyść bramkarzy. W innych nastrojach schodzilibyśmy na przerwę, gdyby prowadzenie gospodarzy było jednobramkowe. Z kolei w meczu z Jagiellonią sędzia Myć nie panował nad spotkaniem i mylił się nie tylko na niekorzyść Radomiaka, bo równie dobrze mogliśmy kończyć ten mecz w dziesiątkę, a nawet w dziewiątkę. Jaga też mogła czuć się pokrzywdzona, mimo wszystko przy bramce Imaza na ewidentnym spalonym był Pozo, co jest poważniejszym błędem. Przede wszystkim jednak nasza gra nie wygląda ostatnio najlepiej. Trener rotował składem i ustawieniem, ale dotychczas nie dało to efektów. Mam nadzieję, że w piątek wrócimy do ustawień fabrycznych.
Szymon Janczyk z weszlo.com w rozmowie ze mną nazwał radomski projekt „polskim Szachtarem”, opartym na wyszukiwaniu, promowaniu i sprzedaży zawodników z Portugalii czy Brazylii. Sądząc po letnim okienku transferowym, strategia ta jest kontynuowana. Przeciętny kibic Radomiaka ma się z kim utożsamiać i mocniej przywiązywać do któregoś z zawodników?
Kimś takim jest na pewno Leandro Rossi, który z Radomiakiem jest związany od 14 sezonów. Na kogoś podobnego wyrasta ostatnio Janek Grzesik, a kibice wiążą z nim duże nadzieje na przyszłość. Jeśli natomiast chodzi o obcokrajowców, to wszyscy mamy świadomość, że ci przychodzą i odchodzą, czasem w dość niespodziewanych okolicznościach. Jako kibice przyzwyczailiśmy się już do tej strategii. Nie mamy silnego sponsora ani stałego zasilania kasy klubu z miasta, a taki pomysł na klub pozwala nam już piąty sezon grać w Ekstraklasie. Mamy chęci na kolejne i nie przeszkadza nam, że zapewniają to zawodnicy zza granicy.
Wspomniany Jan Grzesik zbiera ostatnio dobre recenzje i jest najskuteczniejszym zawodnikiem Radomiaka. Pojawiły się nawet głosy o możliwym powołaniu go do reprezentacji. Czy jest to już materiał na kadrowicza?
Myślę, że swoją postawą nie tylko w tym sezonie, ale i w poprzednich, zasłużył na szansę w reprezentacji. Wtedy można będzie oceniać, jak prezentuje się na tle pozostałych kadrowiczów. Mimo to nie spodziewam się powołania dla Grzesika na wrześniowe zgrupowanie. Bardzo bym chciał, widzę jak Janek ciężko pracuje na co dzień i moim zdaniem zasłużył na taką szansę.
W ubiegłym sezonie dał się nam we znaki Leonardo Rocha, którego nie ma już w Radomiu. Kto może być naszym największym postrachem w piątek?
Wobec braku Capemby ciężko wybrać jednego zawodnika. Najskuteczniejszy jest Grzesik, ale ja w roli jokera widzę Mauridesa, który już ma na swoim koncie 3 bramki. Myślę, że do końca rundy uzbiera co najmniej 8-10.
W letnim okienku transferowym jak zwykle w Radomiu było sporo ruchów do i z klubu. Jak na ten moment oceniłbyś bilans okienka – jesteście słabsi czy mocniejsi niż w poprzedniej kampanii?
Osłabieniem jest zmiana na pozycji środkowego obrońcy – Jérémy Blasco to nie ten poziom, który w zeszłym sezonie prezentował Marco Burch. Odszedł też drugi stoper Saad Agouzoul, którego zastąpił pozyskany z Jagiellonii Adrián Diéguez, ale do jego postawy nie mamy większych zastrzeżeń. Obiecująco do drużyny wchodzi Elves Baldé, który dostał kilka minut w dwóch ostatnich meczach – wygląda na fajnego skrzydłowego, dysponuje silnym strzałem i niewiele brakowało, by zaskoczył Abramowicza z Jagiellonii. Ma pewne zaległości treningowe i potrzebuje jeszcze kilka tygodni, aby wrócić do pełni formy. Nie wiem, czy zagra od początku w Katowicach, ale po przerwie reprezentacyjnej może być naszym podstawowym zawodnikiem.
Jak wspominasz naszą rywalizację w poprzednim sezonie?
W Katowicach byliśmy zdecydowanie lepsi w pierwszej połowie, natomiast druga była już bardziej wyrównana. Z kolei przed rewanżem oczekiwaliśmy trzech punktów, ale z przebiegu spotkania GKS był drużyną nieco lepszą i po ostatnim gwizdku cieszyliśmy się z remisu – oceniłbym ten wynik jako sprawiedliwy, z lekkim wskazaniem na GKS.
Wspominałeś, że Radomiak lepiej czuje się wycofany, szukając okazji do kontry. Taki będzie wasz pomysł na mecz w Katowicach?
Myślę że tak. Spodziewam się, że będziemy grali wycofani. Nie jesteśmy w najlepszej formie, ale GKS jest w jeszcze gorszej sytuacji. Po porażce z Górnikiem to wy będziecie na musiku i presja na zwycięstwo będzie większa po waszej stronie. Mnie osobiście usatysfakcjonuje nawet jeden punkt przywieziony z Katowic.
Macie już trochę doświadczenia w Ekstraklasie. O co będziecie grać w tym sezonie?
Spokojne utrzymanie to cel minimum – mam tu na myśli bezpieczną pozycję w tabeli na 4-5 kolejek przed końcem sezonu. Optymalnym scenariuszem będzie miejsce dziesiąte i każde powyżej tego.
Trudno budować silną drużynę, skoro wyróżniający się zawodnicy dość szybko odchodzą do lepszych lig i klubów. Macie ambicje, aby jednak mimo wszystko włączyć się do gry o coś więcej?
Aby mieć takie ambicje, trzeba mieć odpowiednie możliwości finansowe. Mierzymy siły na zamiary. Można mieć nadzieję, że w pewnym momencie wszystkie tryby się zazębią i będziemy w stanie powalczyć o 5-6 miejsce. Dzisiaj musimy spokojnie podchodzić do każdego sezonu, w pierwszej kolejności myśleć o utrzymaniu, a z czasem podnosić poziom sportowy i miejsce w tabeli, zwiększając wpływy do klubowej kasy. Taka regularność ma być też argumentem dla zawodników, że warto do nas dołączyć, bo ten projekt jest budowany w oparciu o właściwy pomysł. Potrzebujemy jeszcze kilka lat, by myśleć o czymś więcej.
A ile lat potrzeba, aby wreszcie dokończyć wasz stadion? W piątek zagramy na Nowej Bukowej, a w Radomiu wciąż plac budowy.
Prace budowlane mają się zakończyć we wrześniu, potem przyjdzie czas na odbiory. Pierwszy mecz przy pełnych trybunach powinniśmy zagrać w listopadzie z Cracovią. Podczas ostatniego meczu rundy z Górnikiem planowane jest pożegnanie Leandro, a od nowego roku do użytku zostanie oddany sektor gości i stadion będzie ukończony. Nie możemy się już doczekać, bo wszystko trwa bardzo długo. Można żałować, że firma, która dokańcza budowę, nie pracowała w Radomiu od samego początku.
Wspominasz o pożegnaniu Leandro, który w Radomiu jest legendą. Jak dalej potoczą się jego losy?
Całkiem niedawno ogłoszono, że kontrakt z Leo został przedłużony o trzy lata, z tym że pół roku w roli piłkarza, a kolejne dwa i pół jako ktoś w rodzaju łącznika sztabu z drużyną, zaangażowany także w pozyskiwanie sponsorów. Nadal będzie ważną postacią dla Radomiaka.
Jaki wynik przewidujesz w piątek?
Stawiam na 2:2. Chciałbym przywieźć co najmniej punkt z Katowic.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze