Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu w Gdańsku: Lechia podpina się do tlenu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Lechia Gdańsk  – GKS Katowice 2:0 (1:0).

weszlo.com – Kudła zapomniał o szczudłach i pomógł Lechii wygrać

Kiedy grasz z Lechią, z dużym prawdopodobieństwem możesz założyć, że będziesz miał sporo sytuacji podbramkowych – chyba że jesteś Arką w derbach, ale to inny temat, patrząc na historię tych starć. Cóż, pewnie nawet GKS Katowice tak zakładał, był przekonany, że Lechia nie zamuruje umiejętnie swojego pola karnego, ale założenia swoje, a życie swoje i wyjątkowo solidni w tyłach gdańszczanie ograli gości 2:0.

Po pierwsze widać, że Rodin może sporo dać ekipie Carvera. Tak to dzisiaj wygląda – ktoś niechciany w Rakowie może być solidnym wzmocnieniem Lechii, bo niby Rodin nie kojarzy się jako najwybitniejszy obrońca w historii Ekstraklasy (delikatnie mówiąc), ale w porównaniu do reszty ananasów z Gdańska… No, klasa. Dziś pewny, dobrze ustawiony, wygrywający pojedynki.

Po drugie – całkiem ciekawie wyglądał Paulsen w bramce. Z jednej strony jest to niewysoki gość, trochę ponad 180 cm to nie tak dużo jak na bramkarza, ale przeciwko GKS-owi wyglądał naprawdę pewnie, choć – jako się rzekło – dużo bronić nie musiał. Natomiast gdy wychodził do dośrodkowań, dawał spokój swojej drużynie i chyba tylko w końcówce przestrzelił z oceną sytuacji, ale bez konsekwencji.

Czy to wystarczające argumenty, by GKS był tak marny w ofensywie, niech odpowie sobie na to sam GKS, ale po prostu był marny. W pierwszej połowie nic nie stworzył, jedynym celnym uderzeniem był taś taś zza pola karnego, który obroniłby dowolny Nowozelandczyk, więc tym bardziej obronił zawodowy bramkarz z tego kraju. Po przerwie – ciut lepiej, ale tylko ciut, próbował Nowak, mieliśmy parę wrzutek, wstrzeleń, niemniej na końcu było to tak przekonujące jak historie Urfera, że od tej pory z kasą w Lechii będzie już wszystko dobrze.

Co gorsza dla katowiczan, to nie dość, że nie dojechała ofensywa, to jeszcze fatalny błąd popełnił w tyłach Kudła. Wyszedł do długiego podania, by nie powiedzieć lagi do Kurminowskiego, ale fatalnie sobie to wszystko wyliczył i… piłka po koźle go minęła. Napastnik miał przed sobą pustą bramkę i na spokojnie strzelił.

Natomiast – choć gol to szczęśliwy – Lechia była absolutnie lepsza od GKS-u. Imponowała spokojem w tyłach, bo potrafiła wyjść spod pressingu bez większego stresu, krótkimi podaniami (nawet jeśli powyższa bramka nie jest tego opisem). Stwarzała sobie sytuacje, ale albo rehabilitował się Kudła, albo na przykład w dość prostej sytuacji kiksował Neugebauer.

Ze względu na race doliczono aż szesnaście minut i można się było zastanawiać, czy kibice gospodarzy nie dali prezentu gościom, żeby ci sobie jednak wyrównali, to nie, znów strzeliła Lechia. Jak dzik w żołędzie poszedł Mena i było po sprawie.

lechia.pl – W domu najlepiej: #LGDGKS 2:0

Wielu ekspertów obstawiało przed meczem, że to spotkanie będzie należało do tych z gatunku otwartych, w których obie drużyny prezentują raczej ofensywny futbol, a mniejszą uwagę przykładają do obrony własnej bramki. Od pierwszego gwizdka sędziego obie drużyny grały na dużej intensywności i wszystko wskazywało na to, że tego wieczoru na dogodne sytuacje nie będziemy musieli długo czekać. W pierwszych 15 minutach spotkania, mimo dużego zaangażowania w walce o piłkę, oba zespoły grały zbyt niedokładnie i chaotycznie, aby wykreować dogodne sytuacje do zdobycia bramki. Zarówno Alexander Paulsen, jak i Dawid Kudła nie mieli w pierwszym kwadransie meczu nic do roboty.

W kolejnych minutach to Lechia starała się przejąć inicjatywę i długo utrzymywała się przy piłce, szukając okazji do zaskoczenia rywala. Pierwsze przyśpieszenie gry przez Biało-Zielonych nastąpiło w 17. minucie. Rifet Kapić świetnie zagrał przed polem karnym do Tomasza Neugebauera, polski pomocnik Lechii uderzył na bramkę katowiczan, ale strzał został zablokowany przez defensora rywali. Piłka odbiła się, ponownie spadła pod nogi Rifeta Kapica, Bośniak skierował ją w pole karne gości, a tam bardzo blisko dopadnięcia do futbolówki był Dawid Kurminowski, który był jednak skutecznie blokowany przez obrońców GKS-u.

Lechia cierpliwie czekała jednak na kolejne okazje i dalej operowała piłką więcej od gości. Szansa na otworzenie wyniku przyszła już w 19. minucie meczu, kiedy długą piłkę z własnej połowy za plecy obrońców ,,Gieksy” posłał Tomasz Neugebauer. Do wysoko lecącej piłki ruszył Dawid Kurminowski oraz bramkarz katowiczan Dawid Kudła, który wyszedł aż za własne pole karne, starając się oddalić zagrożenie od bramki gości. Golkiper rywali główkował jednak bardzo nieudolnie, a jego tragiczny w skutkach błąd wykorzystał Dawid Kurminowski, który jak rasowy snajper czekał na szansę do strzału. Napastnik Lechii po kiksie bramkarza rywali miał przed sobą pustą bramkę i strzałem głową zza pola karnego umieścił piłkę w siatce gości z Katowic.

Lechia nie zamierzała poprzestać na jednej strzelonej bramce i zamierzała momentalnie pójść za ciosem. Gdańszczanie kontrolowali przebieg spotkania i spokojnie operowali piłką. W 24. minucie gracze w biało-zielonych trykotach mieli szansę na podwyższenie wyniku. Matej Rodin podał piłkę do Tomasza Neugebauera, ten zupełnie nieatakowany przez rywali prowadził piłkę przez co najmniej 20 metrów, po czym świetnie wypatrzył znajdującego się w doskonałej pozycji Camilo Menę. Neugebauer obsłużył Kolumbijczyka świetnym podaniem prostopadłym. Mena przyjął piłkę w polu karnym katowiczan, jednak jego pierwszy kontakt z piłką nie był idealny. Mimo złego przyjęcia Kolumbijczyk uderzył z ostrego konta, lecz jego strzał zatrzymał interweniujący z trudem Dawid Kudła.

Mijały minuty, a Lechia wciąż kontrolowała przebieg gry. Kolejne okazje bramkowe naszego zespołu wisiały w powietrzu. W 33. minucie Biało-Zieloni mieli rzut wolny w okolicach pola karnego GKS-u. Rifet Kupić posłał zawieszoną piłkę w szesnastkę rywali jednak żaden z graczy Lechii nie zakończył akcji strzałem. Gdańszczanie po tej sytuacji nie odpuścili i posłali kolejne dośrodkowanie w pole karne ,,Gieksy”. Rifet Kapić zagrał w tempo do Camilo Meny, który znajdował się na prawym skrzydle. Kolumbijczyk wykorzystał swoją szybkość i dopadł do piłki zanim ta opuściła plac gry, a później skierował ją w szesnastkę katowiczan. Piłka minęła obrońców ,,Gieksy”, dopadł do niej Bogdan Viunnyk, ale Ukrainiec uderzył nieczysto i oddał niecelny strzał.

Do przerwy obraz gry nie uległ zmianie. Lechia dalej miała optyczną przewagę i spotkanie pod kontrolą. Po 45 minutach wydawało się, że GKS Katowice nie jest tego wieczoru zdolny do powstrzymania gdańszczan przed zdobyciem kompletu punktów. Do przerwy piłkarze naszego klubu oddali 6 strzałów – z czego dwa celne, a GKS Katowice uderzał tylko raz, ale ten strzał nie mógł w żadnym stopniu zagrozić Alexanderowi Paulsenowi, który pewnie złapał piłkę lecącą prosto w niego.

Do drugiej połowy spotkania oba zespoły przystąpiły bez zmian. Do akcji w drugiej odsłonie gry pierwsi przystąpili gracze Lechii. Rifet Kapić kolejny raz dobrze wypatrzył swojego kolegę z drużyny na skrzydle i tym razem posłał prostopadłe podanie do Bogdana Viunnyka. Ukrainiec popędził skrzydłem i dograł piłkę penetrującą pole karne katowiczan. Tam do futbolówki dopadł Camilo Mena, który okazał się sprytniejszy od obrońcy ,,Gieksy”, ale Kolumbijczyk niestety nie dał rady skierować piłki w światło bramki gości.

W 55. minucie Lechiści mieli swoją kolejną szansę w tym spotkaniu. Camilo Mena kolejny raz znakomicie wyprzedził defensorów rywali i wpadł z impetem w pole karne katowiczan. Kolumbijczyk przy samej linii końcowej dośrodkował piłkę, ta została niefortunnie wybita przez Dawida Kudłę i trafiła pod nogi Tomasza Neugebauera. Tym razem pomocnik Lechii nie trafił jednak dobrze w piłkę i nie zdołał oddać strzału na bramkę rywali. Dobijać próbowali odpowiednio Bogdan Viunnyk i Iwan Zhelizko, ale strzały tych zawodników były już skutecznie blokowane przez interweniujących obrońców zespołu z Katowic.

Szkoleniowiec GKS-u Katowice chcąc ożywić grę swojego zespołu zdecydował się w 58. minucie na potrójną zmianę. Z boiska zeszli: Jesse Bosch, Marcel Wędrychowski i Adam Zrelak, a w ich miejsce na placu gry pojawili się: Adrian Błąd, Mateusz Kowalczyk oraz debiutujący w zespole z Katowic Illia Skhuryn.

[…] W kolejnych minutach do ataku ruszył mało aktywny do tej pory zespół z Katowic. W 66. minucie z dystansu huknął pomocnik rywali Bartosz Nowak, ale pewną interwencją po jego strzale popisał się bramkarz Biało-Zielonych Alexander Paulsen, który nie dał się zaskoczyć rywalom.

[…] Zmiany dokonane przez trenera Carvera okazały się trafione i dodały wigoru poczynaniom Lechii Gdańsk w końcówce meczu. Alvis Jaunsems dograł piłkę po ziemi w pole karne z prawego skrzydła, tam futbolówkę przyjął Kacper Sezonienko, który obrócił się z nią i oddał silny strzał w stronę bramki katowiczan, ale niestety minimalnie chybił. Akcja dwóch rezerwowych mogła więc przynieść Lechii upragnione od wielu minut podwyższenie wyniku.

Doliczony czas w tym spotkaniu trwał aż 16 minut z powodu przerwy w trakcie gry spowodowanej zadymieniem stadionu. W pierwszych minutach doliczonego czasu gry John Carver sięgnął po kolejnego rezerwowego, którego miał do dyspozycji. Michał Głogowski zastąpił Bogdana Viunnyka.

W ostatnich minutach meczu GKS Katowice chciał jeszcze dwukrotnie zagrozić Lechii po dośrodkowaniach w pole karne naszej drużyny, jednak gra zespołu z Górnego Śląska była dla Lechistów zbyt przewidywalna. Defensorzy naszej drużyny ze spokojem radzili sobie z upilnowaniem w polu karnym czyhającego na piłkę Shkurina.

W momencie, gdy GKS Katowice postawił wszystko na jedną kartę i desperacko szukał wyrównującego trafienia, to Lechiści cierpliwie wyczekali odpowiedni moment na decydujący cios i w 107. minucie czasu gry znokautowali zespół z Górnego Śląska. Camilo Mena zebrał piłkę na połowie zespołu z Katowic, wyprzedził goniącego go Mateusza Kowalczyka, wypracował sobie dogodną pozycję na uderzenie i technicznym strzałem w prawy róg bramki postawił „kropkę nad i”.

Lechia ostatecznie pokonała GKS Katowice 2:0. Nie było to spotkanie nadzwyczaj widowiskowe i przesycone pięknymi golami, ale najważniejsze dla naszej drużyny są pewne trzy punkty i zachowane czyste konto. Dla zespołu z Gdańska było to drugie zwycięstwo w tym sezonie i warto zaznaczyć, że drugie przed własnymi kibicami. GKS Katowice z kolei nie zdołał przełamać swojej fatalnej passy na wyjazdach i przegrał 4 mecz w tym sezonie w roli gościa.

sportowefakty.wp.pl – Dwie bramki i dym w Gdańsku. Lechia podpina się do tlenu

[…] Czy był to mecz wielki? Niekoniecznie. Ale czy beznadziejny? Też nie. Po prostu niezły. To znaczy – w wykonaniu Lechii, bo GKS Katowice ewidentnie do Gdańska nie dojechał. A jeśli już, to zrobił to zdecydowanie za późno.

Pierwszy celny strzał gości? W 42. minucie w wykonaniu Marcina Wasielewskiego, ale Alex Paulsen musiałby akurat pić herbatę, żeby przepuścić piłkę do bramki. Generalnie pod koniec pierwszej części katowiczanie nieco się ożywili, lecz nie było ich stać na jakiekolwiek konkrety.

To Lechia miała przewagę od samego początku i praktycznie nie schodziła z połowy przeciwnika. Czystych sytuacji brakowało, więc… pomóc postanowił Dawid Kudła. W raczej niegroźnej sytuacji (po zagraniu na tzw. uwolnienie) wyszedł poza pole karne. Ponadto nie trafił czysto w piłkę, dzięki czemu Dawid Kurminowski musiał po prostu uderzyć do pustej.

Gospodarze chcieli pójść za ciosem, dobrą szansę miał m.in. Camilo Mena, natomiast tu akurat Kudła spisał się już bez zarzutów.

Po przerwie? No cóż – Lechia trochę wytraciła impet. Tak naprawdę poza jedną sytuacją, gdy fatalnie w polu karnym skiksował Tomasz Neugebauer, to nie działo się zbyt wiele pod bramką gości. Wraz z upływem czasu do głosu dochodzili podopieczni Rafała Góraka, ale konkretów za bardzo z tego nie było.

Raz z dystansu huknął Nowak, było parę wrzutek z bocznych sektorów, ale defensywa Lechii ustrzegła się większych pomyłek.

Najciekawsza była 13-minutowa przerwa spowodowana racami i dość dużym zadymieniem.

GKS niby próbował, jednak stojący w bramce Paulsen za bardzo nie miał okazji do interwencji. Dopiero w doliczonym czasie coś z niczego próbował wyczarować Nowak, ale też bez efektów.

W końcówce Lechia broniła się dość rozpaczliwie, wreszcie w 17. minucie doliczonego czasu indywidualny rajd celnym strzałem zakończył Mena, trafił na 2:0 i biało-zieloni wygrali drugi mecz w tym sezonie. GKS doznał zaś czwartej wyjazdowej porażki.

lechia.net – Drugie zwycięstwo Biało – Zielonych w lidze! GKS Katowice pokonany

Po bardzo dobrym meczu podopieczni Johna Carvera odnieśli, co ważne zasłużone zwycięstwo, pokonując GKS Katowice wynikiem 2:0. Bramki w spotkaniu zdobyli Dawid Kurminowski oraz Camilo Mena.

Oba zespoły jeszcze przed pierwszym gwizdkiem jasno dawały do zrozumienia, że interesuje je jedynie komplet punktów i poprawa pozycji w tabeli PKO BP Ekstraklasy. Ostatnie wzmocnienia kadrowe miały być sygnałem, że zarówno gospodarze, jak i goście poważnie myślą o lepszych wynikach w nadchodzących kolejkach. Szczególnie trudne zadanie czekało jednak przyjezdnych – dotąd każdy ich wyjazd kończył się porażką, a bilans strat był nieubłagany: trzy gole tracone w każdym spotkaniu.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga