Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: pół drużyny trzeba budować od nowa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przed przerwą na mecze reprezentacji czeka GieKSę poważny sprawdzian przy Nowej Bukowej, gdzie zmierzymy się z Mistrzem Polski. Rywale z Poznania mają jeszcze na głowie dzisiejszy mecz pucharowy z Rapidem Wiedeń, ale z pewnością nie zabraknie im motywacji, aby w niedzielę próbować wywieźć z Katowic komplet punktów.

O rywalizacji GKS-u z Kolejorzem w ubiegłym sezonie, postawie Lecha w obecnych rozgrywkach i przewidywaniach przed najbliższym pojedynkiem porozmawialiśmy z Mateuszem Jarmuszem, dziennikarzem poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej, a w przeszłości pracownikiem biura prasowego KKS Lech Poznań.

Jeden z popularnych użytkowników z poznańskiego uniwersum Twittera, znany z bezkompromisowych opinii na temat zarówno waszego klubu, jak i jego rywali, daje ostatnio wyraz swojemu zadowoleniu z gorszej formy GieKSy jako swego rodzaju odwet za rzucenie Kolejorzowi kłody pod nogi na drodze do mistrzostwa. Jest to odosobniona opinia czy macie nam za złe, że nie daliśmy się łatwo pokonać w przedostatniej kolejce ubiegłego sezonu?
Ostatecznie wszystko skończyło się dla nas dobrze, więc raczej niewielu jest takich, których tamten mecz do teraz uwiera jak zadra pod paznokciem. Byłoby inaczej, gdyby Lech tego mistrzostwa nie zdobył – wtedy na pewno dłużej rozpamiętywano by tamten pojedynek z GKS-em. Słyszałem opinie z otoczenia klubu, gdzie wielu było zaskoczonych, jak bardzo chciało się GieKSie wygrać tamten mecz, jednak mimo wszystko w Ekstraklasie każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, a zaangażowanie i poświęcenie nie jest zbrodnią, lecz atutem. Negatywny odbiór tamtego pojedynku może po części wynikać z faktu, że wielu kibiców w Poznaniu ma sentyment do GKS-u Katowice, z uwagi na wspólną historię wielu piłkarzy, także Wasyla i Alana, którzy grają obecnie przy Bukowej. Stąd może zdziwienie, że akurat GKS aż tak się postawił.

Serca w Poznaniu zamarły na moment, gdy przy stanie 2-1 dla GieKSy sam na sam z Mrozkiem wyszedł Mateusz Mak?
To prawda, ale jeśli szukać atutów Lecha, które zaważyły na zdobyciu mistrzostwa, to Bartosz Mrozek od wielu miesięcy jest jednym z najjaśniejszych punktów tej drużyny. Obroniona sytuacja z Makiem dodatkowo podnosi jego notę i jest to ogromna cegła dołożona do mistrzostwa, którą będziemy mu długo pamiętać. Dodając do tego okoliczności, w jakich padł drugi gol dla Lecha, mamy pełen obraz, w jak dramatycznych okolicznościach zdobyliśmy kluczowy w walce o mistrzostwo punkt.

W nowym sezonie Kolejorz znów gra o najwyższe cele, natomiast GKS nie imponuje już tak, jak przed rokiem. Śledzicie to, co dzieje się w dole tabeli czy waszą uwagę zaprząta raczej walka o tytuły i europejskie puchary?
W poprzednim sezonie GKS jako beniaminek wniósł coś fajnego do Ekstraklasy – charakter, właściwy dla siebie sposób gry i pewien powiew świeżości. Niestety zmiany kadrowe, jakie zaszły latem, odbiły się na waszej formie – patrząc z boku, GKS jest obecnie innym zespołem niż wiosną. Zobaczymy ile czasu będzie potrzebował trener Górak, aby na nowo poukładać zespół, bo na razie gracie w kratkę.

Co jest najważniejszym celem Lecha w tym sezonie?
Oficjalny przekaz z klubu zawsze jest taki sam: Lech Poznań gra o Mistrzostwo i Puchar Polski, a w europejskich pucharach ma zajść jak najdalej. W dużym stopniu pokrywa się to z tym, czego sam oczekuję. Po tym, jak Kolejorz dotarł do ćwierćfinału Ligi Konferencji, w okresie pracy Mariusza Rumaka wpadł w dołek. Trener Niels Frederiksen poukładał to jednak bardzo szybko i chyba nikt się nie spodziewał, że już w pierwszym roku jego pracy tytuł mistrzowski wróci do Poznania. W erze rodziny Rutkowskich jest to najszybciej, bo już po trzech latach odzyskane mistrzostwo. Zazwyczaj po wygraniu ligi klub obniżał loty i odbudowa zwykle trwała dłużej. Dlatego dla mnie najważniejsze jest, aby Lech do końca liczył się w grze o krajowy prymat, bo czołówka ligi robi się coraz bardziej wyrównana, a o mistrzostwie decydują detale: gdyby w Katowicach piłka inaczej odbiła się od głowy Mario Gonzáleza, to tytuł najpewniej pojechałby do Częstochowy. Osobiście marzy mi się zdobycie Pucharu Polski, bo długo czekamy na to trofeum. Za chwilę minie 17 lat od zwycięstwa na Stadionie Śląskim z Ruchem, a po drodze aż pięciokrotnie przegrywaliśmy w finale tych rozgrywek.

Aby grać o wszystko, trzeba być przygotowanym na znaczne obciążenia związane z podróżami i graniem co trzy dni. Kolejorz jest na to gotowy kadrowo?
Osobiście mam problem z oceną rzeczywistego potencjału kadrowego Lecha. Mamy pewne trudności, bo pojawiło się wielu nowych piłkarzy i trzeba ich szybko wkomponować w zespół. Na dziś w drużynie nie ma kontuzjowanych Radosława Murawskiego, Patrika Wålemarka i Alego Gholizadeha, czyli trzech graczy kluczowych w poprzednim sezonie. Jeśli doliczyć do tego Afonso Sousę, który odszedł do Turcji, to w zasadzie pół drużyny trzeba budować od nowa. W porównaniu do poprzednich okienek transferowych, to letnie oceniam dobrze, bo dostrzegam chęć poważnego wzmocnienia zespołu, a także reakcję na pojawiające się kontuzje. Praca domowa została odrobiona, a rolą trenera jest szybko poukładać te klocki. O ile mistrzostwo było do pewnego stopnia zaskoczeniem, to obecnie mamy do czynienia z pierwszym poważnym testem dla Frederiksena i zobaczymy, jak sobie poradzi.

W poprzedniej rozmowie o Lechu redaktor Djaczenko podkreślał wartość indywidualnych przebłysków największych gwiazd Kolejorza, które pozwalały przechylać szalę na waszą korzyść. W ligowym i pucharowym maratonie równie ważna, o ile nie ważniejsza, jest głębia składu. Będzie kim rotować?
Ostatnie tygodnie pokazują, że sztab dobrze sobie radzi w tym aspekcie. W lidze wygraliśmy z Niecieczą oraz zremisowaliśmy z Rakowem i Jagą – w obliczu wspomnianych ubytków kadrowych można sobie wyobrazić gorsze wyniki. Jest tylko czterech piłkarzy, którzy w każdym z tych meczów wystąpili w podstawowym składzie, czyli ponad połowa zespołu jest wymieniana. Trener ma w czym wybierać, a nam pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie.

W obliczu wspomnianych przez ciebie ubytków, a także patrząc na statystyki, odpowiedzialność za wyniki Lecha leży w głównej mierze na barkach Mikaela Ishaka. Kto może go wesprzeć, szczególnie jako zmiennik, bo już wiemy, że tej roli nie uniósł znany w Katowicach Filip Szymczak?
Duże nadzieje pokładaliśmy w Szymczaku – liczyliśmy, że będzie naciskał na Ishaka, ale w Poznaniu nie pokazywał tyle, ile choćby na wypożyczeniu w GKS-ie. Czasem piłkarz musi zmienić otoczenie, żeby się odblokować – tego życzę Filipowi i mam nadzieję, że jeszcze zrobi fajną karierę. Wracając do pytania, Lech od kilku sezonów jest „ishakozależny”. W poprzednich rozgrywkach doszły indywidualności, które pomagały mu ciągnąć drużynę do przodu: Patrik Wålemark, Ali Gholizadeh i Alfonso Sousa odpalili na tyle, że w kryzysowych sytuacjach brali na siebie dużą część odpowiedzialności za wynik. Teraz tego brakuje, ale moim zdaniem właśnie w takich okolicznościach Mikael Ishak doskonale się odnajduje i w pewien sposób rośnie, gdy czuje, jak wiele zależy od niego. Jest to jednak o tyle ryzykowna strategia, że musimy trzymać kciuki za zdrowie naszego napastnika.

Jak oceniasz postawę Lecha w pierwszej części sezonu?
Pierwszy etap rozgrywek trzeba podzielić na mecze ligowe i pucharowe – mimo wszystko dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku. Mieliśmy ochotę na zaatakowanie Ligi Mistrzów, niestety Crvena zvezda wybiła nam to z głowy. Ostatecznie będziemy grać w Lidze Konferencji, która rozpoczyna się w tym tygodniu. Początek sezonu jest dla mnie o tyle bolesny, że zdecydowanie gorzej radzimy sobie u siebie. Kolejorz zdobył mistrzostwo Polski głównie dzięki meczom domowym – Bułgarska była prawdziwą twierdzą i zdobyliśmy tu wiele punktów. Obecny sezon jest pod tym względem bardzo trudny: zaczęło się od przegranego Superpucharu z Legią, później 1:4 z Cracovią na inaugurację ligi, do tego porażki z Crveną i Genkiem, a niedawno trzy punkty z Poznania wywiozło Zagłębie Lubin. Zespoły Leszka Ojrzyńskiego zawsze wyraźnie przegrywały przy Bułgarskiej, ale tym razem udało mu się wygrać. Ponadto zremisowaliśmy z Jagiellonią, którą nie tak dawno pokonaliśmy w Poznaniu 5:0. Z drugiej strony Kolejorz dobrze radzi sobie na wyjazdach, co może być złą wiadomością dla GieKSy przed naszym najbliższym meczem.

Macie za sobą pojedynki z zespołami takimi jak Korona, Górnik czy wspomniana Cracovia, które nieco wbrew oczekiwaniom rozdzielają między siebie czołowe lokaty w ligowej tabeli. Ekstraklasa się wyrównuje czy ligowi potentaci z Lechem na czele nie pokazali jeszcze pełni umiejętności?
Moim zdaniem niektóre zespoły korzystają z sytuacji, że „wielka czwórka” była uwikłana w kwalifikacje do europucharów. Czas pokaże, czy w dłuższej perspektywie będą w stanie utrzymać się w czubie. Nie można wykluczać, że któryś z zespołów powtórzy historię Jagiellonii sprzed dwóch sezonów, kiedy wszyscy czekali na moment, aż Jaga „spuchnie”, tymczasem piłkarze Adriana Siemieńca zrobili wszystkim psikusa i sięgnęli po mistrzostwo. Dla mnie największą niespodzianką jest postawa Cracovii, która po wielu latach wreszcie wydaje się być poukładana jak należy i Pasy mogą być rewelacją ligi. W przypadku Lecha zachowuję spokój, bo strata do lidera jest niewielka, a w zanadrzu mamy jeszcze zaległy mecz z Piastem. Czołówka jest więc w zasięgu i trzeba robić swoje w oczekiwaniu na powroty kontuzjowanych piłkarzy.

Kto będzie najgroźniejszym rywalem Lecha w walce o krajowy prymat?
Na pewno pucharowicze, a spośród obecnej czołówki ligi stawiam właśnie na Cracovię, że najdłużej będzie dotrzymywała kroku najlepszym.

Jest wielu piłkarzy, których drogi krzyżowały się zarówno z Lechem, jak i GKS-em. O niektórych, jak Mrozek czy Kozubal, sporo było w moich poprzednich rozmowach, Ciebie z kolei chciałbym zapytać o Marcina Wasielewskiego, który dopiero w Katowicach stał się ligowcem pełną gębą. Jak oceniasz jego postępy?
Swego czasu udostępniłem na Twitterze piękną bramkę Wasyla z Radomiakiem, podkreślając moje zaskoczenie, jak silną pozycję w Ekstraklasie wypracował sobie w ostatnich miesiącach ten zawodnik. Mam wrażenie, że był on piłkarzem, który nie do końca pasował do Lecha. Zawsze prezentował się solidnie, ale nie na tyle, aby wzbudzać uznanie poznańskich kibiców. W tamtym okresie wychowanków oceniano głównie przez pryzmat ich potencjału sprzedażowego, natomiast Wasyl nie wyróżniał się w tym aspekcie. Osobiście cieszę się, że znalazł swoje miejsce w Katowicach i udowadnia u was, że jest solidnym ligowcem.

W obecnej formie byłby w stanie podjąć rywalizację o miejsce w składzie Kolejorza?
Wydaje mi się, że pozycja prawego obrońcy w Lechu jest chyba najmocniej obsadzona w całej lidze, bo jest Joel Pereira i Robert Gumny. W takim układzie ciężko byłoby Wasylowi wygrać rywalizację. Mimo to jest on doskonałym przykładem dla innych wychowanków, że istnieje życie poza Lechem. Może się wydawać, że szansę na karierę mają tylko ci, którzy jako „perełki” przebiją się do pierwszego składu i odchodzą za granicę. Tymczasem Wasyl pokazuje, że nawet jeśli nie uda się w Lechu, to warto próbować swoich sił w Ekstraklasie w barwach innych klubów.

Lech Poznań słynie z umiejętnego szkolenia i wprowadzania wychowanków w świat poważnego futbolu. Jeszcze niedawno nie było okienka bez transferu poznańskiego młodzieżowca do zachodniego klubu. Jak to wygląda dzisiaj?
Lech jest dzisiaj w innym miejscu niż choćby 5-6 lat temu, kiedy po nieudanym sezonie ekip Ivana Đurđevicia, Adama Nawałki i Dariusza Żurawia podjęto decyzję o zmianie koncepcji prowadzenia klubu – w obliczu braku kwalifikacji do europejskich pucharów źródłem przychodów miało być szkolenie i sprzedaż wychowanków. Oddano szatnię młodzieży, spośród której pierwsze skrzypce zaczęli grać Jóźwiak, Gumny, wracający z wypożyczenia do Katowic Puchacz, a z Opola Moder, do tego Michał Skóraś i Jakub Kamiński. Dzięki temu udało się podnieść poziom sportowy i zarobić, zarówno na transferach, jak i na grze w europejskich pucharach. Tym samym w kolejnych latach można było sobie pozwolić na ściąganie jakościowych piłkarzy z zagranicy. Dziś jest bardzo niewiele pozycji, o które młodzi wychowankowie mogliby rywalizować. Mimo to Niels Frederiksen próbuje pchać młodzież do przodu, czego przykładem jest Kornel Lisman, który wprawdzie nie jest typowym wychowankiem, bo do akademii trafił w wieku 17 lat. Kolejnych nazwisk, które miałyby się przebijać, nie ma aż tak wiele. Wydaje mi się, że skończyły się czasy, że co chwilę z Wronek wypływał talent na miarę Dawida Kownackiego, Karola Linettego lub Filipa Marchwińskiego. Pozostaje pytanie, czy to wychowankowie są na niższym poziomie, czy też Lech poszedł do przodu na tyle, że wychowankom jest znacznie trudniej zrobić różnicę w pierwszym zespole.

Zanim wybiegniemy na boisko w Katowicach, Kolejorz podejmie przy Bułgarskiej Rapid Wiedeń w ramach Ligi Konferencji. Jakie ma to twoim zdaniem znaczenie dla naszego ligowego starcia?
Rzeczywiście, czasu na przygotowanie nie będzie dużo, bo gramy w czwartek wieczorem, piątek pewnie będzie luźniejszy, a w sobotę trzeba już jechać do Katowic. Gdyby po meczu z GKS-em nie było przerwy reprezentacyjnej, to byłbym pewien, że ci piłkarze, którzy zagrają mniej w czwartek, w niedzielę wyjdą w pierwszym składzie. Tymczasem dłuższy odpoczynek po naszym meczu może oznaczać, że najważniejsi piłkarze zagrają więcej i w jednym, i w drugim spotkaniu. W mojej opinii w tym tygodniu priorytetem jest Liga Konferencji, a wynik starcia z Rapidem na pewno wpłynie na nastawienie przed meczem z GieKSą.

Kibice będą wywierać dodatkową presję, aby zrewanżować się za wiosenne „ciężary” przy Nowej Bukowej?
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka presja wyszła od samego trenera, który nie krył oburzenia sytuacją wokół tamtego meczu, związaną z plotkami o „motywowaniu” GieKSy przez Raków. Jako Duńczyk dziwił się, że takie informacje, nawet w formie pogłosek, nie są tematem numer jeden sportowych serwisów, a większość kwituje je wzruszeniem ramion. Czy Niels Frederiksen jeszcze o tym pamięta? Być może, bo myślałem, że nie przywiązuje wagi do takich rzeczy, tymczasem po meczu z Rakowem nie krył rozczarowania, że jeszcze nigdy nie pokonał Marka Papszuna. Skoro więc zwraca uwagę na podobne detale, to być może i w Katowicach będzie chciał coś udowodnić.

Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Patrząc na to, jak Lech radzi sobie w meczach wyjazdowych, to stawiam na naszą wygraną. Po meczu pucharowym nie liczę na fajerwerki, więc zadowoli mnie 1:0. Żałuję, że nie będę mógł zobaczyć naszego pojedynku z trybun Nowej Bukowej, bo jeszcze tam nie byłem, a z perspektywy telewizora mecze u was wydają się bardzo fajne w odbiorze. Utrzymajcie się w Ekstraklasie, to następnym razem na pewno się wybiorę!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga