Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Motor wyciśnięty jak cytryna

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeśli można mówić o ligowych meczach „o sześć punktów”, to najbliższe spotkanie GieKSy z Motorem w Lublinie niewątpliwie się do nich zalicza. Obie ekipy, powszechnie chwalone za postawę w ubiegłym sezonie, w obecnym już tak nie zachwycają i zamiast w środku tabeli, balansują na granicy strefy spadkowej. O klątwie drugiego sezonu beniaminka, zapowiedziach gry o puchary i tym, co z nich zostało, wspomnieniach z ostatniego meczu w Lublinie i przewidywaniach przed kolejnym opowiedział Tomasz Pluta, jeden ze współprowadzących twitterowy pokój #MotorTalk.

„Drugi sezon beniaminka jest trudniejszy niż pierwszy” – piłkarski banał czy coś w tym jest?
Moim zdaniem jest to banał, natomiast w przypadku naszych drużyn trzeba przyjąć odpowiedni kontekst. Zarówno Motor, jak i GieKSa mają obecnie trudniejszy moment, natomiast w Lublinie duże nadzieje co do postawy drużyny rozbudził zarówno poprzedni sezon, jak i zapowiedzi właściciela, Zbigniewa Jakubasa, przed rozpoczęciem obecnych rozgrywek. Mimo to każdy, kto realnie podchodzi do tematu, zakłada realizację celów stawianych przez trenera Stolarskiego i prezesa Jabłońskiego, czyli stabilizację zespołu w Ekstraklasie. Rzeczywiście, jak dotąd jest trudniej niż w poprzednim sezonie, natomiast trzeba pamiętać, że ani nie dokonano wzmocnień na miarę walki o europejskie puchary, ani nawet na zajęcie miejsca w środku tabeli, pozwalającego myśleć o spokojnym utrzymaniu. Podobnym przypadkiem wydaje się być GieKSa: wszyscy dookoła poważnie się wzmacniali, natomiast w Katowicach jakościowych – przynajmniej na papierze – ruchów transferowych nie było za wiele.

Z drugiej strony można powiedzieć, że nasze zespoły są zakładnikami dobrej postawy w poprzednim sezonie. Może wtedy graliśmy za dobrze jak na nasze możliwości?
Myślę, że to nie tylko moja opinia, że poprzedni sezon zagraliśmy powyżej naszych realnych możliwości. Przypominam sobie rozmowę z trenerem Stolarskim po ostatnim meczu minionego sezonu w Radomiu, gdzie sam stwierdził, że Motor został wyciśnięty jak cytryna – do ostatniej kropli. Nie dało się zrobić więcej. Trener podkreślał, że chciałby piąć się w górę z drużyną, wprowadzić Motor do europejskich pucharów, ale nie zakłada takiego rozwoju w rok czy dwa. Motor to projekt długofalowy. Siódme miejsce w poprzednim sezonie to było maksimum na tamten moment, a dziś cała liga się wzmacnia, natomiast nasze transfery jak dotąd nie robią wielkiego wrażenia. Na dziś realnym wzmocnieniem jest pomocnik Ivo Rodrigues oraz Karol Czubak, który zdobył już trzy bramki. Można powiedzieć, że dziś Motor gra na miarę swoich możliwości, ale jest co poprawiać, bo kilka meczów powinniśmy byli wygrać, a kończyło się remisem.

Śledzisz na tyle postawę GieKSy, by w tym samym kontekście ocenić naszą formę?
Oglądałem kilka waszych meczów i rzuciło mi się w oczy, że pomijając pucharowy mecz z Wisłą, jesteście nieskuteczni. Nawet gdy GKS tworzy sytuacje bramkowe, to ich nie wykorzystuje. Liga jest wyrównana, a jej poziom idzie do góry i często o zwycięstwie czy porażce decyduje jeden moment – jakość zawodnika, odpowiednia decyzja lub błąd. Jeśli tego nie wykorzystujesz, to nie wygrywasz. Wielu trenerów podkreślało solidną organizację gry po stronie GieKSy, a moim zdaniem obecnie nie funkcjonuje to u was na odpowiednim poziomie. Te czynniki sprawiają, że ani z przodu nie wpada, ani z tyłu nie ma czystego konta. Tutaj upatrywałbym słabszej formy GKS-u na tym etapie sezonu.

Podkreślałeś już ambicje Zbigniewa Jakubasa, który otwarcie mówił o celu, jakim są europejskie puchary dla Motoru. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w tabeli, można zauważyć z jego strony oznaki zniecierpliwienia?
Właściciel Motoru bardzo emocjonalnie podchodzi do wielu spraw związanych z klubem, ale z drugiej strony trudno wyprowadzić go z równowagi na tyle, by okazywał to publicznie. Na pewno przeżywa nasze mecze i słabszy moment drużyny. Przypomina mi się sytuacja, gdy w poprzedniej przerwie reprezentacyjnej przegraliśmy sparing ze Stalą Rzeszów, a stanowiska mediów były blisko miejsc zajmowanych przez zarządzających klubem. Zbigniew Jakubas był pełen emocji i dziś na pewno nie jest zadowolony z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Natomiast nie w jego stylu jest wykonywanie nerwowych ruchów. W klubie na pewno odbywają się rozmowy i prowadzone są analizy przyczyn gorszej formy, a ewentualne decyzje na pewno nie będą podejmowane pod wpływem emocji.

Niedawno w mediach pojawiły się pogłoski, że pozycja trenera i dyrektora sportowego słabnie. Ile w tym prawdy?
Nie było tak blisko zwolnienia, jak przedstawiały to niektóre serwisy, natomiast trudno też udawać, że tematu nie było. Zarówno po ostatniej porażce z Rakowem, ale i wcześniej, bo przed meczem w Zabrzu pojawiały się pogłoski o czarnych chmurach nad Mateuszem Stolarskim. Sytuacja nie rozgrywała się jednak na ostrzu noża, mimo że z otoczenia prezesa Jakubasa wychodziły takie sygnały. Ten jednak jak dotąd wykazuje się cierpliwością, więc trener Stolarski nadal pracuje z zespołem. W polskiej piłce bywa jednak różnie – jeden tydzień może wywrócić sytuację, jednak na ten moment cierpliwość i zaufanie do trenera nadal są.

Patrząc na liczbę transferów Motoru, zarówno do, jak i z klubu, widać małą kadrową rewolucję. Jak oceniasz bilans tego okienka po dziesięciu kolejkach Ekstraklasy? Którego odejścia najbardziej żal, a kto jest największym wzmocnieniem?
Na tym etapie sezonu oceniam bilans okienka na minus. Zmian było dużo, ale tak musiało być. Pewien cykl życia tej drużyny dobiegł końca – pamiętamy historię „Niezniszczalnych”, którzy pięli się po szczeblach niższych lig aż do Ekstraklasy. Nic jednak nie trwa wiecznie. Ta formuła się wyczerpała i trzeba było wykonać kolejny krok. Czy był to krok do przodu? Trudno dziś jednoznacznie oceniać. Jeśli chodzi o największy ubytek, to jest nim Samuel Mráz, który w ubiegłym sezonie strzelił 16 goli. W jego miejsce przyszedł Karol Czubak, który jest na podobnym poziomie pod względem jakości, jednak inny pod względem stylu gry. Dlatego na ten moment nasz atak nie funkcjonuje jeszcze tak, jak w poprzednim sezonie. Pod względem liczb Czubak się jednak broni, bo w dziewięciu meczach uzbierał trzy gole i dwie asysty. Drugi ważny ubytek to Piotr Ceglarz, który wprawdzie wiosną obniżył loty, ale wciąż dostarczał konkretów w postaci liczb. Jak dotąd nie ma odpowiedniego zastępstwa. Pod jego nieobecność coraz większą rolę odgrywał Mbaye Jacques N’Diaye, jednak z powodu kontuzji wypada nam właściwie do końca roku. Realnym wzmocnieniem środka pola jest Ivo Rodrigues, który podniósł jakość drużyny, odciążając nieco Bartka Wolskiego. Jeśli dołoży do tego konkrety w postaci goli i asyst, to wszyscy będą zadowoleni z tego transferu.

A czy jest ktoś, kto szczególnie rozczarowuje?
Można wskazać dwóch, a nawet trzech takich piłkarzy. Pierwszym z nich jest napastnik Renat Dadaşov, który ma rywalizować z Czubakiem, natomiast mamy połowe października i na ten momen nie dał żadnych argumentów, aby na niego stawiać – ani nie ma liczb, ani nie przekonuje swoją grą. Drugim rozczarowaniem jest skrzydłowy Florian Haxha, który powoli staje się obiektem żartów wśród kibiców Motoru. Przyszedł do nas z drugiej ligi austriackiej, której poziom jest raczej niższy niż w Ekstraklasie, stąd jak dotąd niewiele wniósł do zespołu. Podobnym przykładem jest pozyskany z Bruk-Betu Kacper Karasek, który jeszcze nie pokazał się z dobrej strony. Zapamiętaliśmy mu jedynie czerwoną kartkę w debiucie, zaraz po wejściu z ławki.

Ciekawostką dla niektórych kibiców GieKSy – niektórych, bo pewnie niewielu pamięta tego zawodnika, jest transfer do Lublina Patryka Kukulskiego, który przez dwa i pół roku był bramkarzem GKS-u, choć nie grał praktycznie wcale, a ostatnio bronił barw Karkonoszy Jelenia Góra. Skąd taki ruch?
Na początek warto zarysować kontekst: po kontuzji zerwania więzadeł do gry wraca Ivan Brkić i nie jest jeszcze w pełni gotowy do rywalizacji na 100%. Ubiegły sezon między słupkami kończył Gašper Tratnik, a trzecim był Oskar Jeż – wychowanek Motoru, co do którego zdecydowano o wypożyczeniu, aby mógł się rozwijać. W związku z tym poszukiwano młodego zawodnika przede wszystkim do pracy na treningach i w tej roli sprowadzono Kukulskiego. Patryk pracuje więc z pierwszym zespołem, a minuty łapie w 4-ligowych rezerwach.

Zarówno GieKSa, jak i Motor, dały się swego czasu we znaki Arce Gdynia, która musiała czekać na Ekstraklasę rok dłużej. Obecnie macie już za sobą dwa mecze z gdynianami – zwycięski w lidze i przegrany w Pucharze Polski. Tym samym pożegnaliście się z Pucharem na tym samym etapie co rok temu, gdy odpadaliście z Unią Skierniewice, naszym późniejszym pogromcą. Nie szkoda tak szybkiego pożegnania z tymi rozgrywkami?
Zawsze na pierwszym planie jest liga, natomiast nasza postawa w Pucharze kładzie się cieniem na nastrojach kibiców. Porażka z Unią to była kompromitacja i wy możecie powiedzieć to samo. W tym roku chcieliśmy zmazać tę plame, tym bardziej, że we wcześniejszych edycjach – jako zespół z niższych lig – spisywaliśmy się naprawdę dobrze, nie licząc porażki z Puszczą, wówczas beniaminkiem Ekstraklasy. Jako drugoligowiec potrafiliśmy dość do ćwierćfinału tych rozgrywek, więc tym bardziej szkoda, że znów się nie udało. Nie czarujmy się – mecz z Arką był bardzo słaby w naszym wykonaniu, tym bardziej że gospodarze również prezentowali się przeciętnie. Koniec końców ważniejsza jest jednak Ekstraklasa i trzy punkty zdobyte w pierwszej kolejce mogą okazać się bardzo cenne.

Zgoda, tym bardziej, że tych zwycięstw na koncie Motoru nie ma zbyt wiele, a wynikiem najczęściej padającym w waszych meczach jest remis. Gdzie szukać przyczyn?
Brak konsekwencji w obronie i zbyt łatwe tracenie goli. Z Radomiakiem odwróciliśmy wynik, aby w samej końcówce stracić gola na 2:2. Podobnie było w Lubinie – tym razem wyrównującego gola straciliśmy na pięć minut przed końcem po głupim karnym. Prowadzenie z Termalicą również oddaliśmy po „jedenastce”. Z Piastem zagraliśmy słabo, a wspomniana wcześniej czerwona kartka Karaska też nie pomogła. Natomiast w Gdańsku prowadziliśmy 2:1, by stracić gola tuż przed przerwą po stracie w środku pola, a w drugiej połowie znów oddalismy prowadzenie, gdy dwóch obrońców dało się łatwo ograć rywalowi. Najprościej mówiąc – brak konsekwencji i proste błędy prowadziły do utraty bramek, których można było uniknąć.

Powiew optymizmu może płynąć ze Stadionowej 1 w Lublinie, bo u siebie jeszcze nie przegraliście, choć składa się na to wspomniane zwycięstwo z Arką i seria remisów.
Naszym atutem jest własny stadion, gdzie zwykle frekwencja jest wysoka, choć ostatnio w obliczu słabszych wyników jest z tym trochę gorzej. Mówi się, że jak nie można wygrać, to trzeba zremisować – są więc remisy. Jednak trener Stolarski stwierdził w jednym z wywiadów, że chętnie zamieniłby te remisy na dwa zwycięstwa i porażkę, co w sumie dałoby więcej punktów w tabeli. Trudno nas pokonać, ale najwyższy czas znowu wygrać, bo na zwycięstwo w Lublinie czekamy od lipca. Dlatego mecz z GieKSą będzie dla obu drużyn pojedynkiem z kategorii „o sześć punktów”. Strefa spadkowa zagląda nam w oczy, więc motywacji nie zabraknie.

Mecz z GieKSą wyzwala w Lublinie dodatkowe emocje? Liczycie na poprawę frekwencji w piątek?
Frekwencję nabijają przede wszystkim dobre wyniki, a rywal jest tylko dodatkowym czynnikiem, który wzbudza emocje czy to na płaszczyźnie sportowej, czy kibicowskiej. Nie da się ukryć, że w Motorze pod względem wyników nie jest najlepiej, podobnie jak w Katowicach. Dlatego nie ma co liczyć, że mecz z GieKSą będzie magnesem dla kibiców. W momencie naszej rozmowy sprzedanych jest niespełna 7 tysięcy biletów – sporo brakuje do optymalnej liczby.

Ci, którzy się jeszcze wahają, powinni mieć w pamięci nasz ostatni mecz, w którym emocji nie brakowało.
Zdecydowanie – mecz był znakomity zarówno pod kątem emocji, jak i materiału do analizy. Zarówno jedna, jak i druga drużyna zaprezentowała się bardzo dobrze, zarówno w aspekcie rozegrania, jak i samego wykończenia akcji. Byłem pod wrażeniem sposobu, w jaki w początkowej fazie meczu GieKSa wychodziła spod naszego pressingu. Tak też padła pierwsza bramka, gdy sprawnie zmieniliście stronę i przenieśliście grę pod naszą bramkę. Z drugiej strony skuteczny pressing Motoru przyniósł owoce w postaci drugiej bramki po błędzie katowickiej obrony. GieKSa grała dynamicznie, a kiedy piłkę miał Motor, to skutecznie kontrolował boiskowe wydarzenia. Życzyłbym sobie, aby piątkowy mecz był podobny. W ubiegłym sezonie nawet postronni widzowie Ekstraklasy podkreślali, że mecze Motoru dostarczają emocji i przyjemnie się nas ogląda, podobną opinię miał z resztą GKS. W obecnych rozgrywkach obie ekipy tego nie potwierdzają i czas to zmienić.

Wrażenia artystyczne to jedno, natomiast tabela to drugie. Czy w obecnej sytuacji obu ekip trenerzy nie postawią jednak na pragmatyzm i zwycięstwo za wszelką cenę? Jakiego widowiska spodziewasz się w piątek?
Motor ma sporo do poprawy jesli chodzi o styl, bo abstrahując od punktów sama gra wygląda przeciętnie. Tym bardziej u siebie ma coś do udowodnienia. Dlatego uważam, że zagramy ofensywnie i efektownie. Z kolei GieKSa wyjdzie na mecz z poszanowaniem przeciwnika, stawiając na dobrą, konsekwentną organizację gry, aby w pierwszej kolejności zniwelować atuty Motoru, a następnie zaprezentować swoje.

Jaki wynik obstawiasz?
Z nadzieją na kilka bramek stawiam na zwycięstwo Motoru 2:1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga