Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Motor wyciśnięty jak cytryna

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeśli można mówić o ligowych meczach „o sześć punktów”, to najbliższe spotkanie GieKSy z Motorem w Lublinie niewątpliwie się do nich zalicza. Obie ekipy, powszechnie chwalone za postawę w ubiegłym sezonie, w obecnym już tak nie zachwycają i zamiast w środku tabeli, balansują na granicy strefy spadkowej. O klątwie drugiego sezonu beniaminka, zapowiedziach gry o puchary i tym, co z nich zostało, wspomnieniach z ostatniego meczu w Lublinie i przewidywaniach przed kolejnym opowiedział Tomasz Pluta, jeden ze współprowadzących twitterowy pokój #MotorTalk.

„Drugi sezon beniaminka jest trudniejszy niż pierwszy” – piłkarski banał czy coś w tym jest?
Moim zdaniem jest to banał, natomiast w przypadku naszych drużyn trzeba przyjąć odpowiedni kontekst. Zarówno Motor, jak i GieKSa mają obecnie trudniejszy moment, natomiast w Lublinie duże nadzieje co do postawy drużyny rozbudził zarówno poprzedni sezon, jak i zapowiedzi właściciela, Zbigniewa Jakubasa, przed rozpoczęciem obecnych rozgrywek. Mimo to każdy, kto realnie podchodzi do tematu, zakłada realizację celów stawianych przez trenera Stolarskiego i prezesa Jabłońskiego, czyli stabilizację zespołu w Ekstraklasie. Rzeczywiście, jak dotąd jest trudniej niż w poprzednim sezonie, natomiast trzeba pamiętać, że ani nie dokonano wzmocnień na miarę walki o europejskie puchary, ani nawet na zajęcie miejsca w środku tabeli, pozwalającego myśleć o spokojnym utrzymaniu. Podobnym przypadkiem wydaje się być GieKSa: wszyscy dookoła poważnie się wzmacniali, natomiast w Katowicach jakościowych – przynajmniej na papierze – ruchów transferowych nie było za wiele.

Z drugiej strony można powiedzieć, że nasze zespoły są zakładnikami dobrej postawy w poprzednim sezonie. Może wtedy graliśmy za dobrze jak na nasze możliwości?
Myślę, że to nie tylko moja opinia, że poprzedni sezon zagraliśmy powyżej naszych realnych możliwości. Przypominam sobie rozmowę z trenerem Stolarskim po ostatnim meczu minionego sezonu w Radomiu, gdzie sam stwierdził, że Motor został wyciśnięty jak cytryna – do ostatniej kropli. Nie dało się zrobić więcej. Trener podkreślał, że chciałby piąć się w górę z drużyną, wprowadzić Motor do europejskich pucharów, ale nie zakłada takiego rozwoju w rok czy dwa. Motor to projekt długofalowy. Siódme miejsce w poprzednim sezonie to było maksimum na tamten moment, a dziś cała liga się wzmacnia, natomiast nasze transfery jak dotąd nie robią wielkiego wrażenia. Na dziś realnym wzmocnieniem jest pomocnik Ivo Rodrigues oraz Karol Czubak, który zdobył już trzy bramki. Można powiedzieć, że dziś Motor gra na miarę swoich możliwości, ale jest co poprawiać, bo kilka meczów powinniśmy byli wygrać, a kończyło się remisem.

Śledzisz na tyle postawę GieKSy, by w tym samym kontekście ocenić naszą formę?
Oglądałem kilka waszych meczów i rzuciło mi się w oczy, że pomijając pucharowy mecz z Wisłą, jesteście nieskuteczni. Nawet gdy GKS tworzy sytuacje bramkowe, to ich nie wykorzystuje. Liga jest wyrównana, a jej poziom idzie do góry i często o zwycięstwie czy porażce decyduje jeden moment – jakość zawodnika, odpowiednia decyzja lub błąd. Jeśli tego nie wykorzystujesz, to nie wygrywasz. Wielu trenerów podkreślało solidną organizację gry po stronie GieKSy, a moim zdaniem obecnie nie funkcjonuje to u was na odpowiednim poziomie. Te czynniki sprawiają, że ani z przodu nie wpada, ani z tyłu nie ma czystego konta. Tutaj upatrywałbym słabszej formy GKS-u na tym etapie sezonu.

Podkreślałeś już ambicje Zbigniewa Jakubasa, który otwarcie mówił o celu, jakim są europejskie puchary dla Motoru. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w tabeli, można zauważyć z jego strony oznaki zniecierpliwienia?
Właściciel Motoru bardzo emocjonalnie podchodzi do wielu spraw związanych z klubem, ale z drugiej strony trudno wyprowadzić go z równowagi na tyle, by okazywał to publicznie. Na pewno przeżywa nasze mecze i słabszy moment drużyny. Przypomina mi się sytuacja, gdy w poprzedniej przerwie reprezentacyjnej przegraliśmy sparing ze Stalą Rzeszów, a stanowiska mediów były blisko miejsc zajmowanych przez zarządzających klubem. Zbigniew Jakubas był pełen emocji i dziś na pewno nie jest zadowolony z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Natomiast nie w jego stylu jest wykonywanie nerwowych ruchów. W klubie na pewno odbywają się rozmowy i prowadzone są analizy przyczyn gorszej formy, a ewentualne decyzje na pewno nie będą podejmowane pod wpływem emocji.

Niedawno w mediach pojawiły się pogłoski, że pozycja trenera i dyrektora sportowego słabnie. Ile w tym prawdy?
Nie było tak blisko zwolnienia, jak przedstawiały to niektóre serwisy, natomiast trudno też udawać, że tematu nie było. Zarówno po ostatniej porażce z Rakowem, ale i wcześniej, bo przed meczem w Zabrzu pojawiały się pogłoski o czarnych chmurach nad Mateuszem Stolarskim. Sytuacja nie rozgrywała się jednak na ostrzu noża, mimo że z otoczenia prezesa Jakubasa wychodziły takie sygnały. Ten jednak jak dotąd wykazuje się cierpliwością, więc trener Stolarski nadal pracuje z zespołem. W polskiej piłce bywa jednak różnie – jeden tydzień może wywrócić sytuację, jednak na ten moment cierpliwość i zaufanie do trenera nadal są.

Patrząc na liczbę transferów Motoru, zarówno do, jak i z klubu, widać małą kadrową rewolucję. Jak oceniasz bilans tego okienka po dziesięciu kolejkach Ekstraklasy? Którego odejścia najbardziej żal, a kto jest największym wzmocnieniem?
Na tym etapie sezonu oceniam bilans okienka na minus. Zmian było dużo, ale tak musiało być. Pewien cykl życia tej drużyny dobiegł końca – pamiętamy historię „Niezniszczalnych”, którzy pięli się po szczeblach niższych lig aż do Ekstraklasy. Nic jednak nie trwa wiecznie. Ta formuła się wyczerpała i trzeba było wykonać kolejny krok. Czy był to krok do przodu? Trudno dziś jednoznacznie oceniać. Jeśli chodzi o największy ubytek, to jest nim Samuel Mráz, który w ubiegłym sezonie strzelił 16 goli. W jego miejsce przyszedł Karol Czubak, który jest na podobnym poziomie pod względem jakości, jednak inny pod względem stylu gry. Dlatego na ten moment nasz atak nie funkcjonuje jeszcze tak, jak w poprzednim sezonie. Pod względem liczb Czubak się jednak broni, bo w dziewięciu meczach uzbierał trzy gole i dwie asysty. Drugi ważny ubytek to Piotr Ceglarz, który wprawdzie wiosną obniżył loty, ale wciąż dostarczał konkretów w postaci liczb. Jak dotąd nie ma odpowiedniego zastępstwa. Pod jego nieobecność coraz większą rolę odgrywał Mbaye Jacques N’Diaye, jednak z powodu kontuzji wypada nam właściwie do końca roku. Realnym wzmocnieniem środka pola jest Ivo Rodrigues, który podniósł jakość drużyny, odciążając nieco Bartka Wolskiego. Jeśli dołoży do tego konkrety w postaci goli i asyst, to wszyscy będą zadowoleni z tego transferu.

A czy jest ktoś, kto szczególnie rozczarowuje?
Można wskazać dwóch, a nawet trzech takich piłkarzy. Pierwszym z nich jest napastnik Renat Dadaşov, który ma rywalizować z Czubakiem, natomiast mamy połowe października i na ten momen nie dał żadnych argumentów, aby na niego stawiać – ani nie ma liczb, ani nie przekonuje swoją grą. Drugim rozczarowaniem jest skrzydłowy Florian Haxha, który powoli staje się obiektem żartów wśród kibiców Motoru. Przyszedł do nas z drugiej ligi austriackiej, której poziom jest raczej niższy niż w Ekstraklasie, stąd jak dotąd niewiele wniósł do zespołu. Podobnym przykładem jest pozyskany z Bruk-Betu Kacper Karasek, który jeszcze nie pokazał się z dobrej strony. Zapamiętaliśmy mu jedynie czerwoną kartkę w debiucie, zaraz po wejściu z ławki.

Ciekawostką dla niektórych kibiców GieKSy – niektórych, bo pewnie niewielu pamięta tego zawodnika, jest transfer do Lublina Patryka Kukulskiego, który przez dwa i pół roku był bramkarzem GKS-u, choć nie grał praktycznie wcale, a ostatnio bronił barw Karkonoszy Jelenia Góra. Skąd taki ruch?
Na początek warto zarysować kontekst: po kontuzji zerwania więzadeł do gry wraca Ivan Brkić i nie jest jeszcze w pełni gotowy do rywalizacji na 100%. Ubiegły sezon między słupkami kończył Gašper Tratnik, a trzecim był Oskar Jeż – wychowanek Motoru, co do którego zdecydowano o wypożyczeniu, aby mógł się rozwijać. W związku z tym poszukiwano młodego zawodnika przede wszystkim do pracy na treningach i w tej roli sprowadzono Kukulskiego. Patryk pracuje więc z pierwszym zespołem, a minuty łapie w 4-ligowych rezerwach.

Zarówno GieKSa, jak i Motor, dały się swego czasu we znaki Arce Gdynia, która musiała czekać na Ekstraklasę rok dłużej. Obecnie macie już za sobą dwa mecze z gdynianami – zwycięski w lidze i przegrany w Pucharze Polski. Tym samym pożegnaliście się z Pucharem na tym samym etapie co rok temu, gdy odpadaliście z Unią Skierniewice, naszym późniejszym pogromcą. Nie szkoda tak szybkiego pożegnania z tymi rozgrywkami?
Zawsze na pierwszym planie jest liga, natomiast nasza postawa w Pucharze kładzie się cieniem na nastrojach kibiców. Porażka z Unią to była kompromitacja i wy możecie powiedzieć to samo. W tym roku chcieliśmy zmazać tę plame, tym bardziej, że we wcześniejszych edycjach – jako zespół z niższych lig – spisywaliśmy się naprawdę dobrze, nie licząc porażki z Puszczą, wówczas beniaminkiem Ekstraklasy. Jako drugoligowiec potrafiliśmy dość do ćwierćfinału tych rozgrywek, więc tym bardziej szkoda, że znów się nie udało. Nie czarujmy się – mecz z Arką był bardzo słaby w naszym wykonaniu, tym bardziej że gospodarze również prezentowali się przeciętnie. Koniec końców ważniejsza jest jednak Ekstraklasa i trzy punkty zdobyte w pierwszej kolejce mogą okazać się bardzo cenne.

Zgoda, tym bardziej, że tych zwycięstw na koncie Motoru nie ma zbyt wiele, a wynikiem najczęściej padającym w waszych meczach jest remis. Gdzie szukać przyczyn?
Brak konsekwencji w obronie i zbyt łatwe tracenie goli. Z Radomiakiem odwróciliśmy wynik, aby w samej końcówce stracić gola na 2:2. Podobnie było w Lubinie – tym razem wyrównującego gola straciliśmy na pięć minut przed końcem po głupim karnym. Prowadzenie z Termalicą również oddaliśmy po „jedenastce”. Z Piastem zagraliśmy słabo, a wspomniana wcześniej czerwona kartka Karaska też nie pomogła. Natomiast w Gdańsku prowadziliśmy 2:1, by stracić gola tuż przed przerwą po stracie w środku pola, a w drugiej połowie znów oddalismy prowadzenie, gdy dwóch obrońców dało się łatwo ograć rywalowi. Najprościej mówiąc – brak konsekwencji i proste błędy prowadziły do utraty bramek, których można było uniknąć.

Powiew optymizmu może płynąć ze Stadionowej 1 w Lublinie, bo u siebie jeszcze nie przegraliście, choć składa się na to wspomniane zwycięstwo z Arką i seria remisów.
Naszym atutem jest własny stadion, gdzie zwykle frekwencja jest wysoka, choć ostatnio w obliczu słabszych wyników jest z tym trochę gorzej. Mówi się, że jak nie można wygrać, to trzeba zremisować – są więc remisy. Jednak trener Stolarski stwierdził w jednym z wywiadów, że chętnie zamieniłby te remisy na dwa zwycięstwa i porażkę, co w sumie dałoby więcej punktów w tabeli. Trudno nas pokonać, ale najwyższy czas znowu wygrać, bo na zwycięstwo w Lublinie czekamy od lipca. Dlatego mecz z GieKSą będzie dla obu drużyn pojedynkiem z kategorii „o sześć punktów”. Strefa spadkowa zagląda nam w oczy, więc motywacji nie zabraknie.

Mecz z GieKSą wyzwala w Lublinie dodatkowe emocje? Liczycie na poprawę frekwencji w piątek?
Frekwencję nabijają przede wszystkim dobre wyniki, a rywal jest tylko dodatkowym czynnikiem, który wzbudza emocje czy to na płaszczyźnie sportowej, czy kibicowskiej. Nie da się ukryć, że w Motorze pod względem wyników nie jest najlepiej, podobnie jak w Katowicach. Dlatego nie ma co liczyć, że mecz z GieKSą będzie magnesem dla kibiców. W momencie naszej rozmowy sprzedanych jest niespełna 7 tysięcy biletów – sporo brakuje do optymalnej liczby.

Ci, którzy się jeszcze wahają, powinni mieć w pamięci nasz ostatni mecz, w którym emocji nie brakowało.
Zdecydowanie – mecz był znakomity zarówno pod kątem emocji, jak i materiału do analizy. Zarówno jedna, jak i druga drużyna zaprezentowała się bardzo dobrze, zarówno w aspekcie rozegrania, jak i samego wykończenia akcji. Byłem pod wrażeniem sposobu, w jaki w początkowej fazie meczu GieKSa wychodziła spod naszego pressingu. Tak też padła pierwsza bramka, gdy sprawnie zmieniliście stronę i przenieśliście grę pod naszą bramkę. Z drugiej strony skuteczny pressing Motoru przyniósł owoce w postaci drugiej bramki po błędzie katowickiej obrony. GieKSa grała dynamicznie, a kiedy piłkę miał Motor, to skutecznie kontrolował boiskowe wydarzenia. Życzyłbym sobie, aby piątkowy mecz był podobny. W ubiegłym sezonie nawet postronni widzowie Ekstraklasy podkreślali, że mecze Motoru dostarczają emocji i przyjemnie się nas ogląda, podobną opinię miał z resztą GKS. W obecnych rozgrywkach obie ekipy tego nie potwierdzają i czas to zmienić.

Wrażenia artystyczne to jedno, natomiast tabela to drugie. Czy w obecnej sytuacji obu ekip trenerzy nie postawią jednak na pragmatyzm i zwycięstwo za wszelką cenę? Jakiego widowiska spodziewasz się w piątek?
Motor ma sporo do poprawy jesli chodzi o styl, bo abstrahując od punktów sama gra wygląda przeciętnie. Tym bardziej u siebie ma coś do udowodnienia. Dlatego uważam, że zagramy ofensywnie i efektownie. Z kolei GieKSa wyjdzie na mecz z poszanowaniem przeciwnika, stawiając na dobrą, konsekwentną organizację gry, aby w pierwszej kolejności zniwelować atuty Motoru, a następnie zaprezentować swoje.

Jaki wynik obstawiasz?
Z nadzieją na kilka bramek stawiam na zwycięstwo Motoru 2:1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga