Hokej Kibice Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Weekend pełen sukcesów
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Kobieca drużyna przegrała z BK Häcken 1:3 (1:2) w ramach Pucharu Europy UEFA. Nasz zespół odpadł z tych rozgrywek. W sobotę piłkarki wygrały na wyjeździe z Respektem Myślenice 6:0 (4:0) w 1/32 finału Pucharu Polski. Losowanie kolejnej rundy Pucharu Polski odbędzie się 23 października o godzinie 11:00. Transmisja będzie można śledzić na kanale youtube Łączy Nas Piłka Kobieca. Najbliższe spotkane ligowe rozegramy 2 listopada na Bukowej z Grotem SMS Łódź. Piłkarze w piątek pokonali na wyjeździe Motor Lublin 5:2. Wracający z meczu w Lublinie kibice GieKSy oddali hołd ofiarom Rzezi Wołyńskiej. Następne spotkanie rozegramy w sobotę 25 października o 20:15 z Koroną Kielce na Arenie Katowice.
Siatkarze przegrali z Rekord Volley Jelcz-Laskowice 2:3 i odpadli z rozgrywek Pucharu Polski. W meczu ligowym nasz zespół pokonał MCKiS Jaworzno 3:1. W 7. kolejce 1PLS siatkarze zmierzą się w sobotę 25 października o 18:00 w Tomaszowie Mazowieckim z Lechią. Nasza drużyna prowadzi w tabeli.
Hokeiści rozegrali w ubiegłym tygodniu jedno spotkanie, w którym pokonali na wyjeździe JKH GKS Jastrzębie 2:1. Do niedzieli zespół rozegra trzy mecze – dzisiaj w Satelicie z Unią, w piątek z Energą Toruń oraz w niedzielę w Katowicach z Cracovią. Dwa pierwsze spotkania rozpoczną się o godzinie 18:30, a mecz niedzielny o 17:00.
PIŁKA NOŻNA
dziennikzachodni.pl – GieKSa pożegnała się z europejskimi pucharami meczem na Nowej Bukowej
W czwartek 16 października 2025 roku w meczu rewanżowym rundy finałowej kwalifikacji do Pucharu Europy GKS Katowice zagrał ze szwedzkim BK Hacken.
[…] GKS Katowice został mistrzem Polski w piłce nożnej kobiet, co oznaczało grę w europejskich pucharach. Zespół prowadzony przez Karolinę Koch odpadł w ostatniej rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzyń. Nie był to koniec pucharowej przygody, bo katowiczanki miały jeszcze możliwość gry w finale kwalifikacji Pucharu Europy. Trafiły na szwedzki BK Hacken i w pierwszym meczu rozegranym w Goeteborgu przegrały 0:4, choć do 71. minuty utrzymywał się bezbramkowy remis. Przed rewanżem na Arenie Katowice GieKSa pewnie myślała tylko o godnym pożegnaniu z Europą, choć wiadomo, że w piłce nożnej mogą zdarzać się cuda.
Meczowi GieKSy z BK Hacken towarzyszyła szczególna oprawa. Piłkarki GKS-u na rozgrzewkę wyszły w specjalnie przygotowanych różowych koszulkach z logotypami sponsora głównego kobiecej sekcji – Dalkii Polska Energia i Fundacji Oko w Oko z Rakiem. To symboliczne wsparcie dla wszystkich kobiet zmagających się z rakiem piersi oraz wyraz solidarności z działaniami fundacji, która od lat prowadzi edukację i kampanie uświadamiające w zakresie profilaktyki onkologicznej. W ramach akcji „Różowy Październik”, podczas czwartkowego meczu GieKSy na Nowej Bukowej, Fundacja Oko w Oko z Rakiem przygotował specjalne stanowisko edukacyjne.
Wejście piłkarek na murawę Areny Katowice odbyło się z przytupem – z odpowiednią grą świateł i fajerwerkami. Szwedzka drużyna była zdecydowanym faworytem, na co wskazywał nie tylko wynik pierwszego meczu. BK Hacken zajmuje 12. miejsce w rankingu UEFA, a GKS jest 79. w tym zestawieniu.
Wicemistrzyni Szwecji, niegrające w najmocniejszym składzie, od początku przejęli inicjatywę, a GieKSa skupiła się na tym, aby za szybko nie stracić bramki.
Udało się przetrwać bez strat przez kwadrans, ale w 17. minucie ekipa gości prowadziła 1:0. Monica Jusu Bah uderzyła lewą nogą sprzed pola karnego i Kinga Seweryn nie była w stanie odbić piłki zmierzającej do siatki.
Katowiczanki bardzo dobrze zareagowały po tym ciosie, bo szybko się podniosły i zaczęły szukać swojej szansy. No i w 23. minucie było 1:1. Klaudia Maciążka wbiegła z prawej strony w pole karne i wstrzeliła piłkę przed bramkę. Odbita od jednej z piłkarek BK Hacken trafiła pod nogi Dżesiki Jaszek, która z kilku metrów „na raty” umieściła ją w siatce, choć miała przed sobą i defensorki i bramkarkę Fanney Birkisdottir.
Szwedzki zespół w 40. minucie znów objął prowadzenie. Paulina Nystrom uderzyła sprzed linii pola karnego, w ten sam róg bramki, co Jusu Bah i bramkarka GieKSy została pokonana drugi raz.
Gospodynie znów ruszyły do przodu, ale tym razem nic nie wskórały i do szatni schodziły z wynikiem 1:2.
Wicemistrzynie Szwecji w drugiej połowie kontrolowały przebieg meczu, szukały trzeciego trafienia i bramkarka Seweryn miała pełne ręce roboty. W końcu w 73. minucie po rzucie rożnym Faith Chinzimu głową podwyższyła na 1:3, przy niepewnej postawie obrony i samej bramkarki GieKSy.
W końcówce Aleksandra Posiewka była bliska poprawienia wyniku dla katowiczanek, ale jej uderzenie głową świetnie obroniła bramkarka BK Hacken.
wkatowicach.eu – Weekend pełen sukcesów GKS-u Katowice. GieKSa wygrywa na murawie, na parkiecie i na lodzie
Perfekcyjny weekend zaliczył wielosekcyjny GKS Katowice. Piłkarze, piłkarki, siatkarze i hokeiści zwyciężyli swoje mecze w przedostatni weekend października. Tylko siatkarska sekcja GieKSy była gospodarzem spotkania, pozostałe sekcje zaliczyły zwycięstwa na wyjeździe.
W niedzielę, 19 października, spektakularny triumf w Myślenicach zaliczyły piłkarki GieKSy. W spotkaniu 1/32 Orlen Pucharu Polski podopieczne trener Karoliny Koch pokonały miejscowy Respekt 6-0. Oznacza to pewny awans do kolejnej rundy rozgrywek o krajowe trofeum.
kresy.pl – Kibice GKS Katowice oddali hołd Ofiarom Rzezi Wołyńskiej
Grupa kibiców GKS-u Katowice odwiedziła pomnik Rzezi Wołyńskiej w Domostawie, upamiętniając ofiary ludobójstwa dokonanego przez UPA.
Kibice GKS Katowice odwiedzili pomnik upamiętniający ofiary Rzezi Wołyńskiej w Domostawie w województwie podkarpackim. Wizyta miała charakter patriotyczny i upamiętniający ofiary ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich z UPA na Polakach w latach 1943–1945.
W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia grupy fanów z Katowic stojących przed pomnikiem. Na fotografiach widać, że kibice rozwinęli klubowe flagi oraz odpalili race, tworząc pokaz pirotechniczny w barwach czerwieni.
SIATKÓWKA
gazetawroclawska.pl – Sensacja! Volley Jelcz-Laskowice wyrzucił z Pucharu Polski GKS Katowice
IM Rekord Volley Jelcz-Laskowice w II rundzie siatkarskiego Pucharu Polski niespodziewanie wyeliminował grający na co dzień w I lidze GKS Katowice. Jelczanie wygrali we własnej hali 3:2.
To chyba największa sensacja na tym etapie siatkarskiego Pucharu Polski. IM Rekord Volley Jelcz-Laskowice gra na co dzień w II lidze. GKS Katowice jest liderem 1. ligi. Jeszcze przed rokiem występował w Plus Lidze, gdzie bił się o ligowe punkty nieprzerwanie od sezonu 2016/17. Tymczasem w hali w Jelczu-Laskowicach musiał uznać wyższość drużyny prowadzonej przez Krzysztofa Janczaka.
GKS zaczął spotkanie rezerwowymi, potem jednak dokonywał zmian. Pierwszego seta pewnie wygrali gospodarze i to już był znak ostrzegawczy dla przyjezdnych, którzy jednak potem się zmobilizowali, wygrali dwie kolejne partie i postawili jelczan pod ścianą. Ci jednak się odgryźli i doprowadzili do tie-breaka. W nim lepsi byli gospodarze – zwyciężyli 15:12 kończąc spotkanie asem serwisowym. MVP meczu wybrany został Natan Wojtasik, zdobywca 29 punktów.
IM Rekord Volley Jelcz-Laskowice to klub założony w 2014 roku. Jego prezesem jest Piotr Piechota, który nie kryje, że ambicje drużyny są coraz większe.
– W tym roku nie muszę wiele mówić, bo kibice siatkówki, którzy od lat przychodzą na nasze mecze, widzą, że bardzo się wzmocniliśmy. (…) Nie będę więc ukrywał, że celem jest walka o awans – powiedział kilka tygodni temu Piechota w rozmowie z portalem tuOława. Trudno się jednak dziwić takim deklaracjom, skoro udało się do Jelcza-Laskowic ściągnąć m.in. rutynowanego 1-ligowca Arkadiusza Olczyka, czy Janusza Górskiego, który ma za sobą grę w Belgii, w Niemczech czy we Francji.
IM Rekord Volley Jelcz-Laskowice – GKS Katowice 3:2 (25:15, 15:25, 22:25, 25:23, 15:12)
siatka.org – Długa sobota w I lidze. Rekordowy set w Augustowie
Choć finalnie w sobotę rozegrano tylko dwa tie-breaki, to kibice byli świadkami wyjątkowo długich spotkań w PLS 1. Lidze mężczyzn. Wszystko przez to, że wiele setów kończyło się w granych na przewagi końcówkach. Rekord padł w Augustowie. Beniaminek wygrał 39:37, co jest trzecim wynikiem jeśli chodzi o długość seta w I lidze od sezonu 2018/2019.
[…] GKS Katowice wywiązał się z roli faworyta. Katowiczanie pokonali we własnej hali MCKiS Jaworzno. Spadkowicz kontynuuje serię zwycięstw. MCKiS Jaworzno nie był jednak łatwym przeciwnikiem. Każda z partii rozstrzygała się w końcówce. Jaworznianie postawili się rywalom, jednak wystarczyło to tylko na wygranie jednego seta. Co ciekawe to goście celniej zagrywali – w tym elemencie zdobyli 6 punktów (14 błędów), podczas gdy GKS posłał tylko 3 asy (18 błędów). W szeregach przyjezdnych pierwsze skrzypce grał były gracz katowickiego zespołu – Wiktor Mielczarek. Przyjmujący zdobył aż 23 punkty, utrzymując 55% skuteczności w ataku. Miał jednak tylko wsparcie w Patryku Strzeżku. GKS zagrał bardziej drużynowo – aż pięciu siatkarzy miało dwucyfrowy dorobek punktowy. Tradycyjnie liderem katowiczan był Michał Superlak. Atakujący posłał 2 asy, zdobył 2 punkty blokiem a atakowało z 47% skutecznością.
MVP: Grzegorz Pająk
GKS Katowice – MCKiS Jaworzno 3:1 (25:20, 23:25, 25:22, 25:23)
HOKEJ
hokej.net – Na myśl o dogrywce dostawali gęsiej skórki. Przełamali się
GKS Katowice w końcu odniósł zwycięstwo po dogrywce. Stało się to w niedzielę, w wyjazdowym meczu przeciwko JKH GKS-owi Jastrzębie. – Myślę, że każdy z nas cieszy się z tego, że w końcu udało nam się przełamać, bo we wcześniejszych próbach zawsze czegoś brakowało – powiedział Jacob Lundegård, który przesądził o losach spotkania.
Na słowo dogrywka zarówno kibice, jak i zawodnicy wicemistrzów Polski dostawali gęsiej skórki. Miało to związek z faktem, że do starcia z jastrzębianami podopieczni Jacka Płachty ponieśli w dodatkowym czasie gry aż pięć porażek.
– Odnoszę wrażenie, że w każdej dogrywce wszystko zależy od nas i to my dyktujemy warunki – wyjaśnił Lundegård.
GieKSa od końcówki drugiej odsłony przegrywała z jastrzębianami 0:1. Sposób na Michała Kielera znalazł Fredrik Forsberg, który popisał się kąśliwym uderzeniem z nadgarstka. W trzeciej odsłonie wyrównał Jean Dupuy i o losach spotkania musiała przesądzić dogrywka.
– Rywalom udało im się “zabić naszą energię” dobrą pracą w obronie i to był główny problem. Dopiero, gdy oni zdobyli gola to się odbudowaliśmy i zaczęliśmy mocniej atakować. Udało nam się stworzyć wiele dogodnych szans i jedną z nich wykorzystaliśmy – analizował obrońca GKS-u Katowice, który w dodatkowym czasie gry zadał decydujący cios. Dupuy dograł gumę przed bramkę, a 28-letni Szwed przekierował ją do bramki łyżwą. Według arbitrów, uczynił to w myśl obowiązujących przepisów.
– Z pewnością mogliśmy w tym meczu zainkasować trzy punkty, gdybyśmy skuteczniej zagrali w końcówce trzeciej tercji. Bierzemy dwa i walczymy dalej – zaznaczył.
Na lodowisku w Karwinie oprócz kibiców JKH GKS-u Jastrzębie pojawili się też fani GieKSy. Szwedzki obrońca docenił ich wsparcie.
– Szczerze mówiąc to słyszałem przede wszystkim wsparcie naszych kibiców – przyznał.
I dodał: – To jest niesamowite, że zawsze gdy gramy poza własnym lodowiskiem i oni mają szansę, by nas dopingować to są na trybunach i pomagają. To jest świetna sprawa i wiele dla nas znaczy.
Katowiczanie zajmują na razie czwarte miejsce w tabeli. Warto wspomnieć, że do liderującej Unii Oświęcim tracą zaledwie dwa punkty, ale rozegrali też o jeden mecz mniej. Podopieczni Jacka Płachty już we wtorek zmierzą się z biało-niebieskimi w „Satelicie”. Które elementy wymagają poprawy przed tym starciem?
– W ataku na pewno potrzebujemy więcej cierpliwości w naszych działaniach. Potrzebujemy bardziej zmęczyć rywala i wydłużyć nasze zmiany, by jedna piątka zostawała na lodzie trochę dłużej. Wtedy każda z formacji ma szansę na to, by grać skuteczniej. Mam nadzieję, że zaczniemy to poprawiać, by w każdej tercji budować swoją przewagę – zakończył 28-letni defensor.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze