Dołącz do nas

Kibice Piłka nożna Prasówka

Media: GKS Katowice zmarnował okazję na dogonienie Jagiellonii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Korona Kielce – GKS Katowice 1:1 (0:1).

weszlo.com – Sprawiedliwy remis w Kielcach. Korona zyskała trochę spokoju

GKS tym razem nie zagrał aż tak efektownie, jak nas do tego przyzwyczaił w ostatnich tygodniach. Mimo niezłego tempa spotkania w Kielcach, nie oglądaliśmy wielu dobrych okazji. Oba zespoły wykorzystały po jednej dobrej sytuacji po stałym fragmencie gry i sprawiedliwie podzieliły się punktami. W kontekście układu tabeli bardziej zadowoleni z takiego wyniku mogą być gospodarze.
Wydawało się, że GieKSa po strzelonym golu przypilnuje swojego prowadzenia i wygra trzeci z ostatnich czterech meczów ligowych. Korona miały spory problem, by stworzyć sobie jakąkolwiek sytuację, ale znów dała o sobie znać jakość stałych fragmentów gry wykonywanych przez Dawida Błanika. To właśnie jego świetne dośrodkowanie i wykończenie Marcela Pięczka dało Koronie niezwykle cenny punkt w kontekście utrzymania w Ekstraklasie.
Mimo że okazji bramkowych ciężko było nam się dopatrzeć, to nie mogliśmy narzekać na tempo pierwszych fragmentów tego spotkania. Początek należał do Korony, której zależało, by zepchnąć rywala do obrony i nie dać mu się rozpędzić. Przy sporym nakładzie sił to się udawało. Wysoki pressing, odcięcie dwóch ofensywnych pomocników GieKSy – to był sposób na przejęcie kontroli nad meczem.
Problem w tym, że podopieczni Jacka Zielińskiego swojego bardzo dobrego momentu nie byli w stanie przekuć nawet na jedną taką naprawdę dobrą sytuację. Defensywa przeciwnika funkcjonowała nienagannie, a Dawid Kudła był praktycznie bezrobotny.
A GKS nie miał zamiaru się godzić na taki przebieg meczu. Katowiczanie zaczęli dochodzić do głosu, przejmować inicjatywę, a po słabszych pierwszych minutach zaczął się budzić tak dobry w ostatnim czasie duet Marković – Nowak. Po świetnym podaniu Polaka za linię obrony dobrą okazję miał Marcin Wasielewski, ale uderzył nad bramką.
Tak jak już nas do tego przyzwyczaili piłkarze Rafała Góraka, pokazali, że ich siła ofensywna często tkwi w defensorach. Erik Jirka rzucił z autu w pole karne, a tam jak zwykle znalazł się niezawodny Arkadiusz Jędrych. Stoper najpierw obił słupek, ale bardzo przytomnie od razu ruszył do dobitki i przy drugim podejściu był już bezlitosny.
Po strzelonym golu goście spokojnie kontrolowali przebieg spotkania. Fakt, nie było to szaleńcze tempo, nie tworzyli wielu sytuacji. Tyle że przy takim wyniku nie było to konieczne. Być może nauczeni doświadczeniem poprzednich meczów – choćby tego w Poznaniu – trener GieKSy doszedł do wniosku, że nie zawsze warto iść na wymianę ciosów. Korona nie była w stanie stworzyć poważnego zagrożenia. Przez 45 minut jedyną niezłą okazją był niecelny strzał głową Huberta Zwoźnego.
Po przerwie GKS miał wszystko pod kontrolą. Znów nie była to nawałnica na bramkę Dziekońskiego, ale regularnie goście potrafili sobie stworzyć przyzwoitą okazję. Wydawało się nawet, że większa krzywda im się w Kielcach nie stanie. Korona nie potrafiła znaleźć sposobu, by przedrzeć się przez obronę, dowodzoną przez bezbłędnego Jędrycha.
Druga część układała się w taką stronę, że goście w końcu zdobędą drugą bramkę i całkiem zamkną jakąkolwiek dyskusję. A jednak. Wystarczył jeden stały fragment, które są specjalnością Dawida Błanika. Kapitan Kielczan po raz kolejny posłał świetne dośrodkowanie w pole karne, a tam w tempo wbiegł Marcel Pięczek, który w ostatnim czasie bardzo dobrze odnajduje się pod bramką rywala. Jedna akcja wystarczyła, by na tablicy wyników znów był remis.
Gospodarze po wyrównującym trafieniu nabrali pewności siebie i nie dawali piłkarzom GieKSy już tyle swobody. Mimo że żadna ze stron nie była szczególnie groźna w końcówce, która nie obfitowała w wiele emocji, to piłkę meczową mieli gospodarze. W sytuacji sam na sam z bramkarzem znalazł się Marcin Cebula, ale uderzył słabo i trafił prosto w Dawida Kudłę.
Gdy popatrzyliśmy w statystyki, to potwierdziły one nasz test oka. Było to spotkanie drużyn na bardzo podobnym poziomie, co dobrze odzwierciedla końcowy rezultat. Korona w takiej formie na spokojnie się utrzyma, a GKS, mimo nie aż tak dobrej gry jak w poprzednich meczach, wciąż ma bardzo realne szanse na załapanie się do europejskich pucharów.

sport.tvp.pl – Remis GKS-u Katowice z Koroną Kielce. Zespół Rafała Góraka mógł wejść do strefy pucharowej

Na takim etapie PKO BP Ekstraklasy i przy takim ścisku w tabeli każde zwycięstwo jest na wagę złota. W sobotnim meczu 30. kolejki nie zdobyła ich jednak zarówno Korona Kielce, jak i GKS Katowice. Obie drużyny podzieliły się punktami po remisie 1:1. Zespół Rafała Góraka miał szansę wejść do ligowej strefy pucharowej.
Trener Korony Jacek Zieliński w porównaniu do przegranego w poprzedniego kolejce meczu z Górnikiem Zabrze (0:1) dokonał trzech zmian w wyjściowej jedenastce, a jedna z nich była wymuszona pauzą za żółte kartki słoweńskiego pomocnika Tamara Svetlina. W drużynie GKS-u zabrakło także pauzującego za kartki Lukasa Klemenza, od pierwszej minuty zagrał Marius Olsen.
GKS mógł zbliżyć się do strefy pucharowej. Druga połowa zepsuła plan
Sobotnia konfrontacja miała duże znaczenie zwłaszcza dla zespołu z Kielc, który miał tylko trzy punkty przewagi nad strefą spadkową. Ekipa trenera Rafała Góraka w przypadku zwycięstwa nad Koroną mogła z kolei jeszcze śmiało myśleć o europejskich pucharach.
Jako pierwsi groźną akcję stworzyli goście, ale strzał Sebastiana Milewskiego zablokowali obrońcy Korony. Chwilę później w bardzo dobrej sytuacji znalazł się Ilja Szkurin, ale Białorusin nie trafił czysto w piłkę.
Kielczanie odpowiedzieli akcją Mariusza Stępińskiego. Były reprezentant kraju dostrzegł dobrze ustawionego Dawida Błanika, ale kapitan drużyny ze stolicy regionu świętokrzyskiego strzelił w boczną siatkę. Gospodarze byli coraz aktywniejsi. Konrad Matuszewski odebrał piłkę Szkurinowi i uruchomił Błanika, w polu karnym zespołu z Katowic było kilku piłkarzy Korony, ale podanie pomocnika Kielczan okazało się niedokładne. Na bramkę gości uderzył też Wiktor Długosz, ale Dawid Kudła nie dał się zaskoczyć.
Na boisku dużo było walki, ale mało konkretów. „Gieksa” głównie się broniła, piłkarze Korony mieli inicjatywę, ale nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywala.
Z czasem GKS coraz częściej gościł pod polem karnym Kielczan i w 35. minucie objął prowadzenie. Po dośrodkowaniu Erika Jirki piłka trafiła do Arkadiusza Jędrycha. Pierwsze uderzenie kapitana gości Xavier Dziekoński obronił, ale przy dobitce nie miał już szans. Korona mogła błyskawicznie doprowadzić do remisu, ale piłka po główce Huberta Zwoźnego przeszła tuż obok słupka.
Tuż po zmianie stron Korona mogła doprowadzić do remisu po błędzie Kudły, który potknął się przy próbie wybicia piłki i Stępiński o mały włos nie skorzystał z prezentu. Chwilę później po uderzeniu głową napastnika Korony futbolówka przeleciała obok słupka.
Goście przeczekali te ataki i mieli dwie sytuacje do podwyższenia prowadzenia, ale Dziekoński obronił strzały Bartosza Nowaka.
Gospodarze nie mieli pomysłu na sforsowanie obrony ekipy z Górnego Śląska. Na trybunach rozległy się pierwsze gwizdy zniecierpliwionych kibiców. Zespół trenera Jacka Zielińskiego jedyne groźnie sytuacje stwarzał po stałych fragmentach gry. I po jednym z nich Korona doprowadziła do wyrównania – po rzucie wolnym wykonywanym przez Błanika, Marcel Pięczek pewnie pokonał Kudłę strzałem w długi róg.
Kielczanie zwietrzyli szansę na zdobycie pełnej puli i ruszyli do zdecydowanych ataków. W 71. min mieli bardzo dobrą okazję – po akcji wprowadzonego chwilę wcześniej Stjepana Davidovicia i Wiktora Długosza, piłka trafiła do Martina Remacle’a, ale Belg uderzył niecelnie.
Korona do końca walczyła o trzy punkty i pod koniec regulaminowego czasu gry była tego bardzo bliska. Marcin Cebula, który pojawił się na murawie trzy minuty wcześniej, przegrał jednak pojedynek sam na sam z Kudłą.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice mają mieszane uczucia. Ich zespół zremisował w Kielcach z Koroną. Oto pięć najważniejszych wniosków po tym meczu

GKS Katowice długo kontrolował mecz z Koroną w Kielcach, ale ostatecznie spotkanie skończyło się remisem. Mogło być zresztą gorzej, gdyby nie Dawid Kudła i jego świetna interwencja w doliczonym czasie gry.
Piłkarze GKS Katowice na boisko w Kielcach wychodzili ze świadomością, że zwycięstwo wciągnie ich – przynajmniej do meczów rozgrywanych później – do czołowej czwórki. Trzy punkty w starciu z Koroną oznaczałyby zrównanie się z Jagiellonią Białystok.
Swój cel ekipa Rafała Góraka realizowała spokojnie. Grę prowadzili gospodarze, Katowiczanie czekali na swoją szansę. I doczekali się w 35 minucie. Erik Jirka wrzucił piłkę z autu w pole karne, kopnął ją Arkadiusz Jędrych, bramkarz odbił, a kapitan GKS dobił do siatki! To już szósty gol 33-letniego stopera i kapitana zespołu. Korona do przerwy sprawiała wrażenie oszołomionej.
Po przerwie goście nadal nie pozwalala rywalom na nabranie rytmu, ale ci zdołali doprowadzić do remisu. Rzut wolny wykonał Dawid Błanik, piłka spadła za „długim” słupkiem, gdzie spóźnił się Jirka, otwierając szansę przed Markiem Pięczkiem. Remis zdecydowanie nie zadowalał żadnej ze stron.
Nikomu nie udało się już jednak zadać decydującego trafienia. Bliżej była Korona, ale w doliczonym czasie Dawid Kudła wygrał pojedynek z Cebulą. Jeden punkt pozwala GKS-owi pozostać w grze o medale. Tuż przed końcem z boiska z boiska z kontuzją zszedł Mateusz Wdowiak. Niewykluczone, że uraz wyeliminuje go z gry do końca sezonu.
Najważniejsze wnioski z meczu Korona Kielce – GKS Katowice
Stoperzy jak snajperzy. Najskuteczniejszym strzelcem GKS-u pozostaje Bartosz Nowak (8 goli), ale za jego plecami znajduje się trzyosobowa grupa pościgowa. W jej skład wchodzi dwóch stoperów – Arkadiusz Jędrych zdobywając szóstą bramkę zrównał się z Lukasem Klemensem. Trzecią postacią jest Eman Marković.
Erik Jirka ma moc w rękach. O tym, że piłka wrzucana z autu stanowi potężne zagrożenie Ekstraklasę uczyła Puszcza Niepołomice. Obecnie naśladowców ma wielu, a wśród nich GKS. Pod nieobecność Mateusza Kowalczyka sprawy w swoje ręce wziął Erik Jirka i spotkaniu z Koroną zaliczył asystę.
Angielski styl. Katowiczanie zdecydowanie mają już swój rozpoznawalny styl. Dużo fizycznej walki, determinacja, ambicja i wślizgi rodem z ligi angielskiej. Taka kombinacja, wpajana przez trenera Rafała Góraka, sprawia rywalom mnóstwo problemów. Efekt widać w tabeli.
Rycerze wiosny. Dziś nikt już zdaje się nie pamiętać, że GKS do rundy wiosennej startował ze strefy spadkowej. Od początku roku zespół Rafała Góraka w trzynastu meczach zdobył 24 punkty. To największy dorobek w całej Ekstraklasie!
Historyczna szansa. Remis w Kielcach mocno ogranicza szansę GKS Katowice na wywalczenie mistrzowskiego tytułu, ale wciąż pozwala na grę o medale. Po raz ostatni zespół z – dziś Nowej – Bukowej stał na podium w 2003 roku, w dość ponurych czasach dla polskiej piłki. W najbliższej kolejce GieKSa zagra z Termalicą i w tym spotkaniu zdobycie kompletu punktów będzie obowiązkiem.

echodnia.eu – Bramkę na wagę remisu zdobył na Exbud Arenie Marcel Pięczek

[…] W Koronie przed tym spotkaniem była duża mobilizacja. Punkty są jej bardzo potrzebne w walce o utrzymanie. Trener Jacek Zieliński zdecydował się na zmiany w wyjściowym składzie. Jedna była wymuszona – pauzującego za żółte kartki Tamara Svetlina zastąpił Szwed Simon Gustafson. Na prawej stronie defensywy szkoleniowiec postawił na Bartłomieja Smolarczyka, a nie jak ostatnio Slobodana Rubezicia. Do podstawowego składu wrócił ponadto Hubert Zwoźny, a wypadł z niego Stjepan Davidović.
Pierwszą groźną akcję Korona przeprowadziła w 12 minucie. Konrad Matuszewski uruchomił na lewej stronie Mariusza Stępińskiego. Były reprezentant Polski dośrodkował na krótki słupek, Dawid Błanik uderzył z pierwszej piłki, ale trafił w boczną siatkę.
W 25 minucie tyłem do bramki ustawiony był Mariusz Stępiński, ale dograł piłkę do Wiktora Długosza – jego strzał obronił Dawid Kudła. W odpowiedzi mocno uderzył Marcin Wasielewski, ale piłka przeszła obok słupka.
GOL DLA GKS. Daleki wyrzut z autu gości, zamieszanie na polu karnym. Pierwszy strzał obronił Xavier Dziekoński, ale przy dobitce Arkadiusza Jędrycha z kilku metrów był bez szans. W 35 minucie GKS objął prowadzenie 1:0.
Trzeba zwrócić uwagę na bierne zachowanie obrońców Korony w tej akcji i pazerność na gola zespołu GKS. I została ona nagrodzona pierwszym trafieniem w tym pojedynku.
W 40 minucie po centrze Marcela Pięczka główkował Hubert Zwoźny, ale piłka przeleciała metr obok bramki.
Do przerwy Korona przegrywała 0:1. Oddała w tej części gry jeden celny strzał, ale znowu zabrakło atutów w ofensywie. Po raz kolejny po fatalnym błędzie w obronie straciła gola.
-Ostrzegaliśmy się w szatni, że za dużo bramek tracimy po stałych fragmentach gry i niestety znowu popełniliśmy błąd. Głupio stracona bramka i zrobił się problem – mówił w przerwie w wywiadzie dla Canal+ Sport 3 Konrad Matuszewski, piłkarz Korony.
Drugą połowę Korona zaczęła w takim samym składzie. Gra, niestety, niewiele się zmieniła. Groźniejsza w ataku była Gieksa. W 55 minucie Bartosz Nowak uderzył w krótki róg, ale Xavier Dziekoński popisał się udaną interwencją. W 61 minucie po rzucie rożnym główkował Wiktor Długosza, ale niecelnie.
GOL DLA KORONY. W 66 minucie świetną wrzutką z rzutu wolnego popisał się Dawid Błanik. Dośrodkował na długi słupek i zamykający akcję Marcel Pięczek strzałem z pierwszej piłki umieścił ją w bramce. To bardzo ważny wyrównujący gol.
Bramka uskrzydliła Koronę. Zaczęła grać szybciej i stwarzać sytuacje bramkowe. W 72 minucie po szybkiej akcji Korony piłka trafiła do Martina Remacle’a. Belg uderzył z 16 metrów – mocno, ale wysoko nad poprzeczką.
W 86 minucie w dogodnej sytuacji znalazł się Stjepan Davidović, ale z kilku metrów nie trafił w bramkę. Z kolei w 90 minucie, po centrze Wiktora Długosza, główkował Konrad Matuszewski, ale zbyt lekko, żeby zaskoczyć Dawida Kudłę.
W 90+1 minucie sam na sam z Dawidem Kudłą znalazł się Marcin Cebula, ale bramkarz GKS uratował swój zespół od utraty bramki.

gol24.pl – GKS Katowice zmarnował okazję na dogonienie Jagiellonii. Ambitna walka Korony na wagę remisu

Dwa gole zobaczyliśmy na otwarcie soboty w PKO Ekstraklasie. GKS Katowice w wyjazdowym meczu nie zdołał utrzymać po przerwie skromnego prowadzenia. Zremisował z niżej notowaną Koroną Kielce 1:1 i z tego powodu nie zrównał się punktami z zajmującą miejsce na podium Jagiellonią Białystok.
[…] Wcześniej w lepszych humorach była GieKSa. W pierwszej połowie wykorzystała okazję po wrzucie z autu. Piłkę posłał Erik Jirka, a na raty Xaviera Dziekońskiego pokonał z bliska Arkadiusz Jędrych. Stoper ma sześć goli, tyle samo ile kolega z środka, Lukas Klemenz.
W katowickiej drużynie też mogą mówić o niedosycie. Gdyby udało się utrzymać prowadzenie to byłby awans na czwarte miejsce, oznaczający zrównanie się punktami z trzecią Jagiellonią.

Kibice GKS Katowice w nadkomplecie. „Żółta ściana” za bramką na stadionie Korony Kielce

Piłkarze GKS Katowice mogli liczyć na nadzwyczajne wsparcie swoich kibiców w Kielcach. Na sobotni mecz z Koroną pojechało bowiem znacznie więcej niż przewiduje to sektor gości. Było to możliwe dzięki uprzejmości gospodarzy.
Sektor gości w Kielcach pomieści około 700 chętnych. Dziś naturalnie był wypełniony. Żółto zrobiło się także na przyległych sektorach. W efekcie fani GieKSy dopingowali w nadkomplecie. Ilu ich było? Trudno dokładnie ocenić. Na pewno była to czterocyfrowa liczba. Co ciekawe, tydzień wcześniej to akurat Korona pojechała w podobnej liczbie i to na Górny Śląsk, ale do Górnika Zabrze.
W drugiej połowie ultrasi GKS Katowice zaprezentowali oprawę. Zadymili stadion racami. Pojawiła się też zielona i żółta pirotechnika. Meczu z tego powodu nie przerwano. Z loży widowisko śledził prezes klubu, Sławomir Witek.
– Bardzo dobra frekwencja w Kielcach. Sobotnie popołudnie, ponad 12 tys. Kibice GKS Katowice stawili się w silnej grupie. Non stop wspierają swój zespół – zapewniał w Canal+ Sport podczas transmisji komentator Bartosz Gleń.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga