Kibice Piłka nożna Prasówka
Media: GKS Katowice zmarnował okazję na dogonienie Jagiellonii
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Korona Kielce – GKS Katowice 1:1 (0:1).
weszlo.com – Sprawiedliwy remis w Kielcach. Korona zyskała trochę spokoju
GKS tym razem nie zagrał aż tak efektownie, jak nas do tego przyzwyczaił w ostatnich tygodniach. Mimo niezłego tempa spotkania w Kielcach, nie oglądaliśmy wielu dobrych okazji. Oba zespoły wykorzystały po jednej dobrej sytuacji po stałym fragmencie gry i sprawiedliwie podzieliły się punktami. W kontekście układu tabeli bardziej zadowoleni z takiego wyniku mogą być gospodarze.
Wydawało się, że GieKSa po strzelonym golu przypilnuje swojego prowadzenia i wygra trzeci z ostatnich czterech meczów ligowych. Korona miały spory problem, by stworzyć sobie jakąkolwiek sytuację, ale znów dała o sobie znać jakość stałych fragmentów gry wykonywanych przez Dawida Błanika. To właśnie jego świetne dośrodkowanie i wykończenie Marcela Pięczka dało Koronie niezwykle cenny punkt w kontekście utrzymania w Ekstraklasie.
Mimo że okazji bramkowych ciężko było nam się dopatrzeć, to nie mogliśmy narzekać na tempo pierwszych fragmentów tego spotkania. Początek należał do Korony, której zależało, by zepchnąć rywala do obrony i nie dać mu się rozpędzić. Przy sporym nakładzie sił to się udawało. Wysoki pressing, odcięcie dwóch ofensywnych pomocników GieKSy – to był sposób na przejęcie kontroli nad meczem.
Problem w tym, że podopieczni Jacka Zielińskiego swojego bardzo dobrego momentu nie byli w stanie przekuć nawet na jedną taką naprawdę dobrą sytuację. Defensywa przeciwnika funkcjonowała nienagannie, a Dawid Kudła był praktycznie bezrobotny.
A GKS nie miał zamiaru się godzić na taki przebieg meczu. Katowiczanie zaczęli dochodzić do głosu, przejmować inicjatywę, a po słabszych pierwszych minutach zaczął się budzić tak dobry w ostatnim czasie duet Marković – Nowak. Po świetnym podaniu Polaka za linię obrony dobrą okazję miał Marcin Wasielewski, ale uderzył nad bramką.
Tak jak już nas do tego przyzwyczaili piłkarze Rafała Góraka, pokazali, że ich siła ofensywna często tkwi w defensorach. Erik Jirka rzucił z autu w pole karne, a tam jak zwykle znalazł się niezawodny Arkadiusz Jędrych. Stoper najpierw obił słupek, ale bardzo przytomnie od razu ruszył do dobitki i przy drugim podejściu był już bezlitosny.
Po strzelonym golu goście spokojnie kontrolowali przebieg spotkania. Fakt, nie było to szaleńcze tempo, nie tworzyli wielu sytuacji. Tyle że przy takim wyniku nie było to konieczne. Być może nauczeni doświadczeniem poprzednich meczów – choćby tego w Poznaniu – trener GieKSy doszedł do wniosku, że nie zawsze warto iść na wymianę ciosów. Korona nie była w stanie stworzyć poważnego zagrożenia. Przez 45 minut jedyną niezłą okazją był niecelny strzał głową Huberta Zwoźnego.
Po przerwie GKS miał wszystko pod kontrolą. Znów nie była to nawałnica na bramkę Dziekońskiego, ale regularnie goście potrafili sobie stworzyć przyzwoitą okazję. Wydawało się nawet, że większa krzywda im się w Kielcach nie stanie. Korona nie potrafiła znaleźć sposobu, by przedrzeć się przez obronę, dowodzoną przez bezbłędnego Jędrycha.
Druga część układała się w taką stronę, że goście w końcu zdobędą drugą bramkę i całkiem zamkną jakąkolwiek dyskusję. A jednak. Wystarczył jeden stały fragment, które są specjalnością Dawida Błanika. Kapitan Kielczan po raz kolejny posłał świetne dośrodkowanie w pole karne, a tam w tempo wbiegł Marcel Pięczek, który w ostatnim czasie bardzo dobrze odnajduje się pod bramką rywala. Jedna akcja wystarczyła, by na tablicy wyników znów był remis.
Gospodarze po wyrównującym trafieniu nabrali pewności siebie i nie dawali piłkarzom GieKSy już tyle swobody. Mimo że żadna ze stron nie była szczególnie groźna w końcówce, która nie obfitowała w wiele emocji, to piłkę meczową mieli gospodarze. W sytuacji sam na sam z bramkarzem znalazł się Marcin Cebula, ale uderzył słabo i trafił prosto w Dawida Kudłę.
Gdy popatrzyliśmy w statystyki, to potwierdziły one nasz test oka. Było to spotkanie drużyn na bardzo podobnym poziomie, co dobrze odzwierciedla końcowy rezultat. Korona w takiej formie na spokojnie się utrzyma, a GKS, mimo nie aż tak dobrej gry jak w poprzednich meczach, wciąż ma bardzo realne szanse na załapanie się do europejskich pucharów.
sport.tvp.pl – Remis GKS-u Katowice z Koroną Kielce. Zespół Rafała Góraka mógł wejść do strefy pucharowej
Na takim etapie PKO BP Ekstraklasy i przy takim ścisku w tabeli każde zwycięstwo jest na wagę złota. W sobotnim meczu 30. kolejki nie zdobyła ich jednak zarówno Korona Kielce, jak i GKS Katowice. Obie drużyny podzieliły się punktami po remisie 1:1. Zespół Rafała Góraka miał szansę wejść do ligowej strefy pucharowej.
Trener Korony Jacek Zieliński w porównaniu do przegranego w poprzedniego kolejce meczu z Górnikiem Zabrze (0:1) dokonał trzech zmian w wyjściowej jedenastce, a jedna z nich była wymuszona pauzą za żółte kartki słoweńskiego pomocnika Tamara Svetlina. W drużynie GKS-u zabrakło także pauzującego za kartki Lukasa Klemenza, od pierwszej minuty zagrał Marius Olsen.
GKS mógł zbliżyć się do strefy pucharowej. Druga połowa zepsuła plan
Sobotnia konfrontacja miała duże znaczenie zwłaszcza dla zespołu z Kielc, który miał tylko trzy punkty przewagi nad strefą spadkową. Ekipa trenera Rafała Góraka w przypadku zwycięstwa nad Koroną mogła z kolei jeszcze śmiało myśleć o europejskich pucharach.
Jako pierwsi groźną akcję stworzyli goście, ale strzał Sebastiana Milewskiego zablokowali obrońcy Korony. Chwilę później w bardzo dobrej sytuacji znalazł się Ilja Szkurin, ale Białorusin nie trafił czysto w piłkę.
Kielczanie odpowiedzieli akcją Mariusza Stępińskiego. Były reprezentant kraju dostrzegł dobrze ustawionego Dawida Błanika, ale kapitan drużyny ze stolicy regionu świętokrzyskiego strzelił w boczną siatkę. Gospodarze byli coraz aktywniejsi. Konrad Matuszewski odebrał piłkę Szkurinowi i uruchomił Błanika, w polu karnym zespołu z Katowic było kilku piłkarzy Korony, ale podanie pomocnika Kielczan okazało się niedokładne. Na bramkę gości uderzył też Wiktor Długosz, ale Dawid Kudła nie dał się zaskoczyć.
Na boisku dużo było walki, ale mało konkretów. „Gieksa” głównie się broniła, piłkarze Korony mieli inicjatywę, ale nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywala.
Z czasem GKS coraz częściej gościł pod polem karnym Kielczan i w 35. minucie objął prowadzenie. Po dośrodkowaniu Erika Jirki piłka trafiła do Arkadiusza Jędrycha. Pierwsze uderzenie kapitana gości Xavier Dziekoński obronił, ale przy dobitce nie miał już szans. Korona mogła błyskawicznie doprowadzić do remisu, ale piłka po główce Huberta Zwoźnego przeszła tuż obok słupka.
Tuż po zmianie stron Korona mogła doprowadzić do remisu po błędzie Kudły, który potknął się przy próbie wybicia piłki i Stępiński o mały włos nie skorzystał z prezentu. Chwilę później po uderzeniu głową napastnika Korony futbolówka przeleciała obok słupka.
Goście przeczekali te ataki i mieli dwie sytuacje do podwyższenia prowadzenia, ale Dziekoński obronił strzały Bartosza Nowaka.
Gospodarze nie mieli pomysłu na sforsowanie obrony ekipy z Górnego Śląska. Na trybunach rozległy się pierwsze gwizdy zniecierpliwionych kibiców. Zespół trenera Jacka Zielińskiego jedyne groźnie sytuacje stwarzał po stałych fragmentach gry. I po jednym z nich Korona doprowadziła do wyrównania – po rzucie wolnym wykonywanym przez Błanika, Marcel Pięczek pewnie pokonał Kudłę strzałem w długi róg.
Kielczanie zwietrzyli szansę na zdobycie pełnej puli i ruszyli do zdecydowanych ataków. W 71. min mieli bardzo dobrą okazję – po akcji wprowadzonego chwilę wcześniej Stjepana Davidovicia i Wiktora Długosza, piłka trafiła do Martina Remacle’a, ale Belg uderzył niecelnie.
Korona do końca walczyła o trzy punkty i pod koniec regulaminowego czasu gry była tego bardzo bliska. Marcin Cebula, który pojawił się na murawie trzy minuty wcześniej, przegrał jednak pojedynek sam na sam z Kudłą.
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice mają mieszane uczucia. Ich zespół zremisował w Kielcach z Koroną. Oto pięć najważniejszych wniosków po tym meczu
GKS Katowice długo kontrolował mecz z Koroną w Kielcach, ale ostatecznie spotkanie skończyło się remisem. Mogło być zresztą gorzej, gdyby nie Dawid Kudła i jego świetna interwencja w doliczonym czasie gry.
Piłkarze GKS Katowice na boisko w Kielcach wychodzili ze świadomością, że zwycięstwo wciągnie ich – przynajmniej do meczów rozgrywanych później – do czołowej czwórki. Trzy punkty w starciu z Koroną oznaczałyby zrównanie się z Jagiellonią Białystok.
Swój cel ekipa Rafała Góraka realizowała spokojnie. Grę prowadzili gospodarze, Katowiczanie czekali na swoją szansę. I doczekali się w 35 minucie. Erik Jirka wrzucił piłkę z autu w pole karne, kopnął ją Arkadiusz Jędrych, bramkarz odbił, a kapitan GKS dobił do siatki! To już szósty gol 33-letniego stopera i kapitana zespołu. Korona do przerwy sprawiała wrażenie oszołomionej.
Po przerwie goście nadal nie pozwalala rywalom na nabranie rytmu, ale ci zdołali doprowadzić do remisu. Rzut wolny wykonał Dawid Błanik, piłka spadła za „długim” słupkiem, gdzie spóźnił się Jirka, otwierając szansę przed Markiem Pięczkiem. Remis zdecydowanie nie zadowalał żadnej ze stron.
Nikomu nie udało się już jednak zadać decydującego trafienia. Bliżej była Korona, ale w doliczonym czasie Dawid Kudła wygrał pojedynek z Cebulą. Jeden punkt pozwala GKS-owi pozostać w grze o medale. Tuż przed końcem z boiska z boiska z kontuzją zszedł Mateusz Wdowiak. Niewykluczone, że uraz wyeliminuje go z gry do końca sezonu.
Najważniejsze wnioski z meczu Korona Kielce – GKS Katowice
Stoperzy jak snajperzy. Najskuteczniejszym strzelcem GKS-u pozostaje Bartosz Nowak (8 goli), ale za jego plecami znajduje się trzyosobowa grupa pościgowa. W jej skład wchodzi dwóch stoperów – Arkadiusz Jędrych zdobywając szóstą bramkę zrównał się z Lukasem Klemensem. Trzecią postacią jest Eman Marković.
Erik Jirka ma moc w rękach. O tym, że piłka wrzucana z autu stanowi potężne zagrożenie Ekstraklasę uczyła Puszcza Niepołomice. Obecnie naśladowców ma wielu, a wśród nich GKS. Pod nieobecność Mateusza Kowalczyka sprawy w swoje ręce wziął Erik Jirka i spotkaniu z Koroną zaliczył asystę.
Angielski styl. Katowiczanie zdecydowanie mają już swój rozpoznawalny styl. Dużo fizycznej walki, determinacja, ambicja i wślizgi rodem z ligi angielskiej. Taka kombinacja, wpajana przez trenera Rafała Góraka, sprawia rywalom mnóstwo problemów. Efekt widać w tabeli.
Rycerze wiosny. Dziś nikt już zdaje się nie pamiętać, że GKS do rundy wiosennej startował ze strefy spadkowej. Od początku roku zespół Rafała Góraka w trzynastu meczach zdobył 24 punkty. To największy dorobek w całej Ekstraklasie!
Historyczna szansa. Remis w Kielcach mocno ogranicza szansę GKS Katowice na wywalczenie mistrzowskiego tytułu, ale wciąż pozwala na grę o medale. Po raz ostatni zespół z – dziś Nowej – Bukowej stał na podium w 2003 roku, w dość ponurych czasach dla polskiej piłki. W najbliższej kolejce GieKSa zagra z Termalicą i w tym spotkaniu zdobycie kompletu punktów będzie obowiązkiem.
echodnia.eu – Bramkę na wagę remisu zdobył na Exbud Arenie Marcel Pięczek
[…] W Koronie przed tym spotkaniem była duża mobilizacja. Punkty są jej bardzo potrzebne w walce o utrzymanie. Trener Jacek Zieliński zdecydował się na zmiany w wyjściowym składzie. Jedna była wymuszona – pauzującego za żółte kartki Tamara Svetlina zastąpił Szwed Simon Gustafson. Na prawej stronie defensywy szkoleniowiec postawił na Bartłomieja Smolarczyka, a nie jak ostatnio Slobodana Rubezicia. Do podstawowego składu wrócił ponadto Hubert Zwoźny, a wypadł z niego Stjepan Davidović.
Pierwszą groźną akcję Korona przeprowadziła w 12 minucie. Konrad Matuszewski uruchomił na lewej stronie Mariusza Stępińskiego. Były reprezentant Polski dośrodkował na krótki słupek, Dawid Błanik uderzył z pierwszej piłki, ale trafił w boczną siatkę.
W 25 minucie tyłem do bramki ustawiony był Mariusz Stępiński, ale dograł piłkę do Wiktora Długosza – jego strzał obronił Dawid Kudła. W odpowiedzi mocno uderzył Marcin Wasielewski, ale piłka przeszła obok słupka.
GOL DLA GKS. Daleki wyrzut z autu gości, zamieszanie na polu karnym. Pierwszy strzał obronił Xavier Dziekoński, ale przy dobitce Arkadiusza Jędrycha z kilku metrów był bez szans. W 35 minucie GKS objął prowadzenie 1:0.
Trzeba zwrócić uwagę na bierne zachowanie obrońców Korony w tej akcji i pazerność na gola zespołu GKS. I została ona nagrodzona pierwszym trafieniem w tym pojedynku.
W 40 minucie po centrze Marcela Pięczka główkował Hubert Zwoźny, ale piłka przeleciała metr obok bramki.
Do przerwy Korona przegrywała 0:1. Oddała w tej części gry jeden celny strzał, ale znowu zabrakło atutów w ofensywie. Po raz kolejny po fatalnym błędzie w obronie straciła gola.
-Ostrzegaliśmy się w szatni, że za dużo bramek tracimy po stałych fragmentach gry i niestety znowu popełniliśmy błąd. Głupio stracona bramka i zrobił się problem – mówił w przerwie w wywiadzie dla Canal+ Sport 3 Konrad Matuszewski, piłkarz Korony.
Drugą połowę Korona zaczęła w takim samym składzie. Gra, niestety, niewiele się zmieniła. Groźniejsza w ataku była Gieksa. W 55 minucie Bartosz Nowak uderzył w krótki róg, ale Xavier Dziekoński popisał się udaną interwencją. W 61 minucie po rzucie rożnym główkował Wiktor Długosza, ale niecelnie.
GOL DLA KORONY. W 66 minucie świetną wrzutką z rzutu wolnego popisał się Dawid Błanik. Dośrodkował na długi słupek i zamykający akcję Marcel Pięczek strzałem z pierwszej piłki umieścił ją w bramce. To bardzo ważny wyrównujący gol.
Bramka uskrzydliła Koronę. Zaczęła grać szybciej i stwarzać sytuacje bramkowe. W 72 minucie po szybkiej akcji Korony piłka trafiła do Martina Remacle’a. Belg uderzył z 16 metrów – mocno, ale wysoko nad poprzeczką.
W 86 minucie w dogodnej sytuacji znalazł się Stjepan Davidović, ale z kilku metrów nie trafił w bramkę. Z kolei w 90 minucie, po centrze Wiktora Długosza, główkował Konrad Matuszewski, ale zbyt lekko, żeby zaskoczyć Dawida Kudłę.
W 90+1 minucie sam na sam z Dawidem Kudłą znalazł się Marcin Cebula, ale bramkarz GKS uratował swój zespół od utraty bramki.
gol24.pl – GKS Katowice zmarnował okazję na dogonienie Jagiellonii. Ambitna walka Korony na wagę remisu
Dwa gole zobaczyliśmy na otwarcie soboty w PKO Ekstraklasie. GKS Katowice w wyjazdowym meczu nie zdołał utrzymać po przerwie skromnego prowadzenia. Zremisował z niżej notowaną Koroną Kielce 1:1 i z tego powodu nie zrównał się punktami z zajmującą miejsce na podium Jagiellonią Białystok.
[…] Wcześniej w lepszych humorach była GieKSa. W pierwszej połowie wykorzystała okazję po wrzucie z autu. Piłkę posłał Erik Jirka, a na raty Xaviera Dziekońskiego pokonał z bliska Arkadiusz Jędrych. Stoper ma sześć goli, tyle samo ile kolega z środka, Lukas Klemenz.
W katowickiej drużynie też mogą mówić o niedosycie. Gdyby udało się utrzymać prowadzenie to byłby awans na czwarte miejsce, oznaczający zrównanie się punktami z trzecią Jagiellonią.
Kibice GKS Katowice w nadkomplecie. „Żółta ściana” za bramką na stadionie Korony Kielce
Piłkarze GKS Katowice mogli liczyć na nadzwyczajne wsparcie swoich kibiców w Kielcach. Na sobotni mecz z Koroną pojechało bowiem znacznie więcej niż przewiduje to sektor gości. Było to możliwe dzięki uprzejmości gospodarzy.
Sektor gości w Kielcach pomieści około 700 chętnych. Dziś naturalnie był wypełniony. Żółto zrobiło się także na przyległych sektorach. W efekcie fani GieKSy dopingowali w nadkomplecie. Ilu ich było? Trudno dokładnie ocenić. Na pewno była to czterocyfrowa liczba. Co ciekawe, tydzień wcześniej to akurat Korona pojechała w podobnej liczbie i to na Górny Śląsk, ale do Górnika Zabrze.
W drugiej połowie ultrasi GKS Katowice zaprezentowali oprawę. Zadymili stadion racami. Pojawiła się też zielona i żółta pirotechnika. Meczu z tego powodu nie przerwano. Z loży widowisko śledził prezes klubu, Sławomir Witek.
– Bardzo dobra frekwencja w Kielcach. Sobotnie popołudnie, ponad 12 tys. Kibice GKS Katowice stawili się w silnej grupie. Non stop wspierają swój zespół – zapewniał w Canal+ Sport podczas transmisji komentator Bartosz Gleń.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze