Dołącz do nas

Piłka nożna kobiet

Witamy sezon transferowy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jak to ostatnimi laty ma miejsce – Trójkolorowe szykują roszady w środku pola, a wymiany na linii Katowice – Łęczna trwają w najlepsze.

Końca dobiegła umowa Patrycji Michalczyk, która do GieKSy przyszła dwa lata temu z Pogoni Szczecin, niezmiennie tworząc zaciętą rywalizację w swoich zespołach. Po kilku dobrych występach, także tych europejskich, może dopisać sobie do CV mistrzostwo, a także tegoroczny brąz i Puchar Polski. Łącznie rozegrała u nas 12 spotkań i zdobyła jedną bramkę w krajowych rozgrywkach pucharowych. Dziękujemy i życzymy powodzenia na kolejnym etapie kariery!

Środek pola Trójkolorowych wzmocniła Dorota Hałatek po wygaśnięciu umowy z Górnikiem Łęczną, podpisując umowę do końca kampanii 2027/28. 24-letnia pomocniczka z aż dziewięcioletnim stażem na boiskach Ekstraligi trzykrotnie meldowała się w finale pucharu, dwukrotnie schodząc z boiska jako zwyciężczyni. W ligowych bataliach poszczycić się może mistrzostwem, wicemistrzostwem i trzema brązowymi medalami, a wszystkie te sukcesy osiągnęła w barwach Czarnych Antrans Sosnowiec. Wystąpiła także w młodzieżowych reprezentacjach kraju, a jej rozwój poskutkował transferem do Czarnych Sosnowiec w wieku zaledwie 15 lat. Wśród ulubionych piłkarzy często wymienia Andreę Pirlo.

Witamy w Katowicach!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Jednym okiem na „Okiem rywala”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zakończenie sezonu sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom. Analizowane są osiągnięcia zespołów, ruchy transferowe i inne decyzje personalne, rozwój (lub jego brak) poszczególnych zawodników, wydane pieniądze etc. Jest to też czas weryfikacji przedsezonowych predykcji, które – jak to predykcje – bywają mniej lub bardziej trafne. O ile w trakcie sezonu rozgrywki Ekstraklasy często określano mianem szalonych i nieprzewidywalnych, to końcowe rozstrzygnięcia mniej więcej pokrywają się z typami bukmacherów i modelami matematycznymi przygotowywanymi przez specjalistów od cyferek.

Obecny sezon był też pierwszym, w którym pełny cykl zaliczyła seria wywiadów „Okiem rywala”, której jestem autorem. Nie było łatwo, ale przed każdym ligowym i pucharowym meczem udało się przygotować dla Was rozmowy, które prezentowały punkt widzenia przedstawicieli obozu naszych przeciwników. Czasem byli to „zwykli” kibice, patrzący na swój klub przez pryzmat serca i emocji, innym razem kibice-dziennikarze, prowadzący okołoklubowe serwisy czy podkasty, często bardziej analityczni, ale równie zaangażowani. Kiedy nie udawało się takich znaleźć, z pomocą przychodzili dziennikarze lokalnych (lub centralnych) mediów, śledzący losy poszczególnych klubów, na chłodno potrafiący ocenić sytuację, w jakiej te się znajdują. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili czas, aby opowiedzieć mi o swoich klubach i przyczynili się do powstania tej serii.

Te rozmowy są pewnym barometrem emocji, jakie wywoływały poszczególne zespoły na danym etapie sezonu. W ramach podsumowania postanowiłem przyjrzeć się bliżej tym emocjom i przekonać się, kto swój klub docenił, kto martwił się za bardzo, a dla kogo forma jego ulubieńców okazała się niemiłym zaskoczeniem. Nie chodzi oczywiście o to, aby „rozliczać” rozmówców z ich opinii, a jedynie pokazać, jak zmienne potrafią być odczucia kibica, jak trudno pewne rzeczy przewidzieć, a czasem równie trudno niektóre sprawy w danym momencie docenić.

Jako pierwszy na naszej drodze stanął Raków Częstochowa, który w poprzednim sezonie na ostatniej prostej wypuścił z rąk mistrzostwo na rzecz Lecha. Nie dziwiły więc deklaracje Michała Świerczewskiego, właściciela „Medalików”, że celem na kolejny sezon ma być prymat w lidze. Architektem tego sukcesu miał być Marek Papszun, który rok wcześniej wrócił na częstochowską ławkę. W tamtym momencie rozstrzygała się obsada stanowiska selekcjonera reprezentacji, a w tym wyścigu Papszun był jednym z faworytów. Ostatecznie jednak ani do kadry nie trafił, ani nie dokończył sezonu jako trener Rakowa. Jak podkreślał Michał Cybulski, mój rozmówca i wieloletni kibic Rakowa, ostateczny sukces grającego na trzech frontach zespołu utrudniały kontuzje kluczowych graczy, dlatego ostrożnie podchodził zarówno do rozgrywek ligowych, jak i europejskich. Przewidział za to całkiem celnie, że sprowadzony przed sezonem do Częstochowy Oskar Repka będzie podstawowym zawodnikiem drugiej linii Rakowa. Polecam wrócić do tej rozmowy, w której Michał przytacza wiele ciekawostek historycznych związanych zarówno z Rakowem, jak i GieKSą (wynik meczu: 1-0 dla Rakowa).

Zupełnie inne cele na nowy sezon miał nasz kolejny przeciwnik – Zagłębie. Podobnie jak my, Miedziowi rozpoczęli od porażki, co jeszcze pogłębiło nienajlepsze już humory w Lubinie. U Pawła Junorego z mkszaglebie.pl trudno było doszukać się wtedy jakichkolwiek oznak optymizmu. Ponure nastroje wywoływał bardziej sposób zarządzania klubem niż sama postawa piłkarzy, ale jedno z drugim ściśle się wiąże, czego dowodem była rozgrywana kilka miesięcy później saga z transferem Leonardo Rochy, najlepszego napastnika Zagłębia. Miedziowi w poprzednim sezonie do końca bili się o utrzymanie i podobny los wieszczył im Junory w tym roku. Rzeczywistość okazała się dla Lubinian znacznie bardziej łaskawa, a pierwszy sygnał dobrej formy dali przy Nowej Bukowej, do przerwy prowadząc 2-0 i prezentując się znacznie lepiej niż GieKSa. Błysk Bartosza Nowaka pozwolił nam jednak wyrównać i w ten sposób obie ekipy dopisały sobie pierwszy punkt w sezonie (wynik meczu: 2-2).

W trzeciej kolejce wybraliśmy się do Łodzi, gdzie czekał na nas potencjalny hegemon ligi, napompowany pieniędzmi i transferami Widzew. Trudno więc było dziwić się entuzjazmowi łódzkich kibiców, którzy z utęsknieniem czekają na nawiązanie do sukcesów z końcówki lat 90., a pieniądze Roberta Dobrzyckiego mają w tym pomóc. Widzew sezon rozpoczął średnio, bo zaledwie 1-0 wygrał z przeciętnym wtedy Zagłębiem, a następnie dał sobie wydrzeć zwycięstwo z Jagiellonią po dwóch golach w 90. minucie. Tą samą Jagiellonią, którą kilka tygodni wcześniej pokonał w sparingu 7-1. Jak się później okazało, zmiany kadrowe praktycznie w każdej formacji nie przełożyły się na dobre wyniki. Bartłomiej Stańdo podkreślał konieczność uzbrojenia się kibiców w cierpliwość, natomiast w tamtym momencie z pewnością nie zakładał, że jego zespół do ostatniej kolejki będzie się bił o utrzymanie. Pytany o apetyt na miejsce w TOP5 tonował nastroje, a ja zadając wtedy to pytanie w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że to my, a nie Widzew, będziemy się o nie bić (wynik meczu: 3-0 dla Widzewa).

Początek sierpnia to starcie z kolejnym ligowym potentatem. Zamieszana w kwalifikacje do europejskich pucharów Legia najchętniej przełożyłaby mecz z GieKSą, jednak terminarz był nieubłagany. Oczekiwania kibiców Wojskowych nie mogły być inne niż każdego roku: faza ligowa w Europie i dublet w kraju. – Sezon bez mistrzostwa to sezon przegrany – podkreślali zgodnie Kamil i Marek z podkastu „Kilka słów o Legii”. Tymczasem przygoda z Pucharem Polski zakończyła się już w 1/16, jako jedyny zespół z Polski Legia nie przebrnęła fazy ligowej LKE, a w Ekstraklasie bliżej im było do spadku niż do mistrzostwa. – Może ten, kto najszybciej odpadnie z europejskich pucharów, będzie faworytem do mistrzostwa – zastanawiali się moi rozmówcy. Jak się z czasem okazało, nie dało to Legii wystarczającej przewagi, a na finiszu sezonu celem Stołecznych było chłodno przyjęte w poprzednim sezonie piąte miesce, o które tym razem niespodziewanie rywalizowali z GieKSą. W Warszawie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę w doliczonym czasie gry (wynik meczu: 3-1 dla Legii).

Tydzień później do Katowic przyjechała Arka. Beniaminek dobrze rozpoczął sezon, wywożąc remis z Łazienkowskiej oraz punktując u siebie z Pogonią i Radomiakiem. – Arka jest na właściwym kursie – oceniał wtedy Marek Ziemian z Gdyni. Mój rozmówca podkreślał wprawdzie, że miejsce Arki w łańcuchu pokarmowym Ekstraklasy jest bliżej jej końca niż początku, jednak pod okiem Dawida Szwargi klub miał skutecznie podjąć rywalizację o bezpieczne lokaty. Nikt nie przewidział jednak, jak wielka niemoc dotknie Gdynian na wyjazdach. Na pierwsze (i jedyne) zwycięstwo w delegacji kibice żółto-niebieskich czekali aż do marca 2026 roku! W sierpniowe popołudnie w Katowicach również nie pokazali się z najlepszej strony i wyjechali z bagażem czterech goli (wynik meczu: 4-1 dla GieKSy).

W szóstej serii gier jechaliśmy do Zabrza na Śląski Klasyk. Gospodarze od początku sezonu prezentowali się nieźle, rozbudzając apetyty kibiców na pierwszy od lat udany sezon. – Wypadałoby wreszcie coś wygrać – życzył sobie i innym Żabolom Śledzió z podkastu „Czwarta Trybuna”. Myślał tu przede wszystkim o Pucharze Polski i, jak się okazało, jego przeczucia okazały się trafne. Ale i w lidze Górnik nie odstawał od czołówki, umościł się nawet na fotelu lidera Ekstraklasy i zabrakło niewiele, by spędził w nim całą zimę. Entuzjazm w Zabrzu wywoływała też zbliżająca się wielkimi krokami prywatyzacja klubu, który pod skrzydłami Lukasa Podolskiego ma wejść na jeszcze wyższy poziom. Nasz kat z poprzedniego meczu w Zabrzu tym razem do siatki nie trafił, mimo to zwycięstwo Górnika ani przez moment nie było zagrożone (wynik meczu: 3-0 dla Górnika).

Jako kolejny na nasz tapet wjechał Radomiak, który na początku sezonu błysnął zwycięstwami z Pogonią i Rakowem, natomiast później nieco wyhamował. „Polski Szachtar” promujący i odsprzedający z zyskiem zagranicznych piłkarzy siłą rzeczy mierzy się z częstymi zmianami personalnymi, co nie ułatwia stabilizacji na wysokim poziomie. – Celem jest spokojne utrzymanie na kilka kolejek przed końcem sezonu – oceniał Rafał Jończyk z Radomia. – Optymalnym scenariuszem będzie miejsce dziesiąte i każde powyżej – oceniał przytomnie i, jak się okazało, całkiem celnie, bo Radomiak finalnie uplasował się właśnie na dziesiątej pozycji. Zawirowania z obsadą trenera wprowadziły wprawdzie nieco zamieszania i przez chwilę Radomianie musieli nerwowo oglądać się za siebie, koniec końców stali się jednak definicją ligowego średniaka. Tamtego wieczora na Arenie Katowice byliśmy za to świadkami emocjonującego widowiska, obfitującego w bramki i zwroty akcji. Ostatecznie to my skończyliśmy ten pojedynek z tarczą, a ozdobą meczu była bramka Bartosza Nowaka z rzutu wolnego z około 30 metrów (wynik meczu 3-2 dla GieKSy).

W połowie rundy wydawało się, że targana problemami organizacyjnymi Lechia Gdańsk powoli wychodzi na prostą. Rozpoczynała wprawdzie sezon z pięcioma ujemnymi punktami, ale do meczu z GieKSą zdążyła się już „wyzerować”. Zakaz transferowy został zdjęty, wypłaty zaczęły docierać na czas, co przełożyło się na coraz lepszą postawę piłkarzy na boisku. – Nie chcemy do końca drżeć o utrzymanie, tylko spokojnie zrealizować ten cel – podkreślał Szymon Wleklak z lechia.net. Długo wydawało się, że cel zostanie osiągnięty, a być może nawet Gdańszczanie będa mogli mierzyć wyżej. Tym bardziej, że kolejne punkty dopisali sobie już w starciu z GieKSą. „Pomógł” niestety Dawid Kudła, który minął się z piłką przy pierwszym golu, a dzieła zniszczenia dopełnił w doliczonym czasie gry Camilo Mena. Czas pokazał, że bagaż ujemnych punktów ciążył Lechii do ostatniej kolejki, z wiadomym dziś skutkiem (wynik meczu: 2-0 dla Lechii).

W ścisłej czołówce po siedmiu kolejkach był za to nasz kolejny rywal (ósmej nie rozegrał z powodu oberwania chmury w Płocku). Cracovia dość niespodziewanie włączyła się do walki o czołowe lokaty, a niektórzy widzieli w niej nawet czarnego konia w rywalizacji o mistrzostwo. Kamil, Chłopak z Kałuży, z rezerwą podchodził jednak do eksplozji formy swoich ulubieńców. – Nie takie drużyny kreowano na potentatów, a koniec końców „puchły” na finiszu – ostrzegał. Mimo to nie krył optymizmu i z nadzieją śledził losy Cracovii. Sporo transferów wymagało zgrania, na szczęście szybko udało się znaleźć zastępstwo bramkostrzelnego napastnika – w buty Benjamina Kallmana wskoczył Filip Stojilković. Szwajcar trafił także do naszej siatki, ustalając wynik meczu przy Nowej Bukowej, a Pasy spokojnie wygrały. Tym samym GieKSa zakopała się w strefie spadkowej, a Cracovia na jeden punkt zbliżyła się do liderujących Jagiellonii i Górnika (wynik meczu: 3-0 dla Cracovii).

Dalej czekał nas dwumecz z Wisłą – mierzyliśmy się z Nafciarzami zarówno w lidze, jak i w Pucharze Polski. Beniaminek z Płocka dość niespodziewanie uczepił się ligowego czuba i za nic nie chciał go puścić. Michał Sosnowski, kibic i płocki radny, podkreślał w tym zasługę trenera Misiury, jakościowych transferów i stabilnych fundamentów klubu. – Oceniam, że spokojnie się utrzymamy, a przy odrobinie szczęścia możemy powalczyć o coś więcej – mówił wtedy i czas pokazał, że się nie pomylił. Spadek w zasadzie nie zajrzał Nafciarzom w oczy – dość powiedzieć, że zimę spędzili na pierwszym miejscu w lidze i prawie do końca sezonu mieli widoki na puchary. Ten krajowy przegrali jednak w Katowicach po hattricku Bartka Nowaka i trafieniu Szkurina, natomiast w ligowym starciu w Płocku padł sprawiedliwy remis (wyniki meczów: 4:1 dla GieKSy (PP) i 1:1 (liga)).

Kolejny rywal, poznański Lech, jak zwykle celował w pełną pulę, a przede wszystkim obronę mistrzostwa. Na tamtym etapie sezonu tracił jednak 4 punkty do lidera i nie imponował formą. Trapieni kontuzjami liderzy i odejście Alfonso Sousy przyprawiały trenera Frederiksena o ból głowy. Mimo to budowana z myślą o grze na trzech frontach kadra była stosunkowo szeroka. – Trener ma w czym wybierać – oceniał Mateusz Jarmusz z Poznania. – Pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy szerokiego składu dojadą do poziomu, do którego Lech przyzwyczaił w poprzednim sezonie – mówił. – Dotychczas żyliśmy głównie europejskimi pucharami i można było odnieść wrażenie, że liga jest trochę z boku – tak tłumaczył formę Kolejorza w Ekstraklasie. Zwracał również uwagę na gorszą dyspozycję Lecha u siebie, a lepszą na wyjazdach. Znalazło to swoje potwierdzenie w Katowicach, bo mimo iż goście nie zagrali wybitnego meczu, to trzy punkty zabrali ze sobą do Poznania (wynik meczu: 1-0 dla Lecha).

Tydzień później czekało nas starcie w Lublinie. Ani GieKSa, ani Motor, nie prezentowały się wtedy tak dobrze jak w poprzednim sezonie, kiedy z każdej strony zbierały zasłużone pochwały. Tym razem obie balansowały na granicy strefy spadkowej, co szczególnie w przypadku Motoru mogło być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę ambitne zapowiedzi bogatego właściciela. Za słowami nie poszły jednak czyny i trzeba było stawić czoła rzeczywistości. – Siódme miejsce w poprzednim sezonie to było nasze maksimum, a dziś cała liga się wzmacnia, a nasze transfery nie robią na nikim wrażenia – oceniał Tomasz Pluta. Pojedynek z GKS-em nie poprawił nastrojów w Lublinie – mimo że gospodarze odrobili dwubramkową stratę, to po czerwonej kartce dla Łabojki ich gra się posypała, a w drugiej połowie Ilja Szkurin dopełnił dzieła zniszczenia. Dla nas był to moment mocniejszego odbicia się w górę tabeli, natomiast Motorowcy nadal musieli szukać sposobu na wyjście z kryzysu (wynik meczu: 5-2 dla GieKSy).

Gdy jedni mierzyli się z problemami, inni korzystali na słabości rywali. Jedną z takich ekip była Korona Kielce, która w połowie rundy kręciła się bliżej czubka tabeli niż jej dołu, do czego zdążyła przyzwyczaić swoich kibiców w poprzednich sezonach. – Nie chcemy powrotu czasów, gdy z przerażeniem spoglądaliśmy w tabelę drżąc o utrzymanie – mówił Marxokow, jeden z redaktorów profilu „Złocisto Krwiści”. Po zmianach właścicielskich w kibiców wstąpiła nowa nadzieja na stabilizację, za nią poszły transfery, z których najbardziej wyróżniali się Svetlin i Dziekoński, który przez cały wrzesień nie wpuścił ani jednego gola. Do Katowic Korona jechała więc w roli faworyta. – Nie musimy strzelać Bóg wie ile, ale na pewno znajdziemy sposób, by dziurawą ostatnio obronę GieKSy przechytrzyć – zapowiadał mój kielecki rozmówca. Rzeczywistość okazała się jednak inna – po zaciętym meczu bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Sebastian Milewski i GKS odrobił straty do bezpiecznych miejsc w tabeli (wynik meczu: 1-0 dla GieKSy).

W halloweenowy wieczór postanowiliśmy nieco postraszyć okupującego miejsca w strefie spadkowej beniaminka z Niecieczy. – Jeszcze nie czas na oceny, czy Bruk-Bet spadnie, czy wręcz spadnie z hukiem – podkreślał Michał Trela z redakcji Canal+. Dość stwierdzić, że Słoniki zostawiały już w pokonanym polu Jagiellonię i Górnika. Z Marcinem Broszem za sterami wydawało się, że mogą złapać wiatr w żagle, jednak – jak podkreślał red. Trela – zbyt duża wiara, że to, co wystarczyło na 1. ligę, wystarczy też w Ekstraklasie, to powtarzający się w Niecieczy problem. Jako główny minus wskazywał dziury w defensywie, które skrupulatnie wykorzystała GieKSa. Pierwszy przebłysk formy Emana Markovicia pozwolił nam przekonująco wygrać i odskoczyć gospodarzom na siedem punktów (wynik meczu: 3-0 dla GieKSy).

GKS śrubował więc serię zwycięstw, która wliczając pucharowy mecz z ŁKS-em liczyła już cztery pojedynki. Kolejny na rozkładzie był ostatni w tabeli Piast. Gliwiczanie mieli wprawdzie w zanadrzu zaległe mecze z Legią i Lechem, jednak na tamtym etapie, biorąc pod uwagę formę Piasta, mało kto zakładał, że uda im się urwać cokolwiek potentatom. – Potrzebny nam mały cud, wiary w szczęśliwy finał jest we mnie niewiele – otwarcie przyznawał Przemek z Gliwic. – Jeśli nadal będziemy punktować tak, jak dotychczas, to skończymy jak Zagłębie Sosnowiec kilka lat temu – dodawał z goryczą. Powodów do optymizmu szukał przede wszystkim w osobie zatrudnionego chwilę wcześniej trenera Myśliwca, który szybko odcisnął swoje piętno na drużynie. Dość powiedzieć, że od wygranej w Katowicach Piast rozpoczął marsz w górę tabeli, pokonując Raków, dwukrotnie Legię, a wiosną dołożył zwycięstwo w zaległym meczu z Lechem. Pytany o rywali w walce o utrzymanie, jako kandydatów do spadku Przemek wskazał Arkę i Bruk-Bet, natomiast nie miał przekonania co do trzeciej „ofiary”. Czas pokazał, że ta prognoza była celna, także w kontekście trzeciego spadkowicza, bo gdyby nie ujemne punkty Lechii, to właśnie Piast zająłby jej miejsce. Na koniec roku wiara w utrzymanie wróciła jednak do Gliwic (wynik meczu: 3-1 dla Piasta).

W następnej kolejce pojechaliśmy do Białegostoku. Pojechaliśmy i wróciliśmy, bo sędzia Wojciech Myć chyba zbyt pochopnie zdecydował o odwołaniu meczu z powodu opadów śniegu. Ta decyzja miała swoje konsekwencje w dalszej części sezonu, o czym później.

Rundę jesienną zamykaliśmy meczem z Pogonią. Co ciekawe, niewiele brakowało, aby to spotkanie również nie doszło do skutku, tym razem z powodu gęstej mgły, która tego dnia szczelnie otuliła Katowice. Na szczęście wieczorem sytuacja poprawiła się na tyle, aby było cokolwiek widać. Rywal ze Szczecina przez całą rundę grał znacznie poniżej ambicji kibiców. – Każdy oczekiwał walki o puchary – mówił Dawid Zieliński z podkastu „Skazani na Pogoń”. Ekscentryczny właściciel również deklarował walkę o ligowe podium. – Tymczasem rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię – ubolewał Dawid. – Gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice punktowe nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić – nie tracił nadziei, o którą było jednak trudno przed meczem w Katowicach. – Nie od dziś wyjazdy są naszą bolączką – podkreślał licząc jednocześnie, że trener odwróci ten trend i z GieKSą Pogoń zapunktuje. Inny plan na ten wieczór miała jednak ekipa Rafała Góraka i komplet punktów został w Katowicach (wynik meczu: 2-0 dla GieKSy).

Część druga dostępna jest TUTAJ

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga