Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Ambitna GieKSa walczyła do końca, ale rywal był za mocny
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Kobieca drużyna zakończyła rundę jesienną rozgrywek piłkarskich zajmując drugą pozycję w Orlen Ekstralidze oraz awansując do 1/8 finału Pucharu Polski. Ze względu na zły stan boiska przy Bukowej odwołano zaplanowane na ostatnią niedzielę spotkanie z Miedzią Legnica. Ostatnie spotkanie ligowe w tym roku, piłkarze rozegrają z Chrobrym w Głogowie. Początek spotkania w sobotę 16 grudnia od godziny 15:00.
Siatkarze przegrali kolejne mecze ligowe, tym razem z Asseco Resovią i Skrą Bełchatów po 0:3. Kolejne spotkanie drużyna rozegra w piątek 15 grudnia z Czarnymi Radom. Czarni zajmują ostatnie miejsce w tabeli PlusLigi. Początek spotkania w hali w Szopienicach o godzinie 20:30.
Hokeiści rozegrali w minionym tygodniu dwa spotkania ligowe. W obu zespół wygrał. W pierwszym z nich – domowym z JKH GKS-em Jastrzębie 4:1, w następnym z Zagłębiem 2:1. Przed Świętami zaplanowano jedno spotkanie, z Podhalem. Mecz zostanie rozegrany w Nowym Targu 20 grudnia.
PIŁKA NOŻNA
dziennikzachodni.pl – Niedzielny mecz GKS Katowice – Miedź Legnica został przełożony
Mecz GKS Katowice z Miedzią Legnica zaplanowany na niedzielę 10 grudnia na godz. 18 został przełożony przez Departament Rozgrywek Krajowych PZPN. Wystąpiły o to do Fortuna 1. Ligi obydwa kluby w związku z fatalnym stanem boiska w Katowicach.
To pierwszy, ale pewnie nie ostatni mecz zaplanowanej na weekend 18. kolejki Fortuna 1. Ligi. Zima ciągle trzyma, a kluby już w poprzedni weekend przekonały się, że gra na pokrytych śniegiem boiskach, mimo podgrzewanych płyt, i przy minusowej temperaturze nie ma większego sensu.
GKS Katowice w ostatnią sobotę był zmuszony zagrać na Bukowej z Arką, bo delegatowi PZPN żal było kilkunastu kibiców z Gdyni, którzy przyjechali na mecz. Po spotkaniu na tę decyzję narzekali obaj trenerzy, a murawa została mocno zniszczona.
Dobrze. że teraz spotkanie GKS z Miedzią zostało odwołane już wcześniej i przełożone na wiosnę przyszłego roku. Sprzedaż biletów na niedzielny mecz została wstrzymana. Jak informuje katowicki klub sprzedane wejściówki zachowują swoją ważność, a o możliwości ich ewentualnego zwrotu poinformuje w osobnym komunikacie.
Oficjalny komunikat Fortuna 1. Ligi o mecz GKS Katowice – Miedź Legnica.
Spotkanie 18. kolejki Fortuna 1 Ligi pomiędzy GKS-em Katowice a Miedzią Legnica miało zostać rozgrane w niedzielę 10 grudnia o godz. 18.00. W związku ze złym stanem boiska na Stadionie Miejskim przy ul. Bukowej oraz porozumieniem klubów odnośnie rozegrania spotkania w innym terminie, Departament Rozgrywek Krajowych PZPN podjął decyzję o przełożeniu spotkania na rok 2024.
SIATKÓWKA
siatka.org – Resovia z problemami wygrała z GKS-em Katowice
Asseco Resovia Rzeszów musiała wznieść się na wyżyny swoich umiejętności aby wygrać z GKS-em Katowice. Druga partia tego spotkania rozgrywana była na przewagi, rzutem na taśmę zwycięstwo w niej zapewniła sobie ekipa z Podkarpacia. Jeszcze bardziej zacięty przebieg miał ostatni set tego spotkania, w którym szala zwycięstwa przechodziła z jednej strony na drugą. Ostatecznie to gospodarze cieszyli się z trzech punktów.
Za sprawą asów serwisowych Stephena Boyera rzeszowianie prowadzili 3:0. Goście szybko otrząsnęli się z tej sytuacji i po zablokowaniu Yacine Louatiego doprowadzili do wyrównania. Francuz nie najlepiej wszedł w ten pojedynek i ponownie został powstrzymany blokiem. Dodatkowo pomylił się także Boyer i to katowiczanie mieli dwa ,,oczka” więcej. Błędy własne gospodarzy nie pozwalały im doprowadzić do wyrównania i dopiero po pomyłce Marcina Walińskiego im się to udało (13:13). Od drugiej połowy seta zaczynali budować sobie przewagę. Najpierw Louati posłał asa serwisowego, a za chwilę Klemen Čebulj powstrzymał Łukasza Usowicza i w krótkim czasie odskoczyli na trzy punkty. Przerwa wzięta przez trenera Grzegorza Słabego na niewiele się zdała, gdyż jego zawodnicy nadal popełniali proste błędy. Po dotknięciu siatki przez Jonasa Kvalena było 22:17. Do końca premierowej odsłony spotkania nic się nie zmieniło i zawodnicy Asseco Resovii wygrali ją do 20.
Gracze GKS-u chcąc powalczyć w tym meczu musieli podwyższyć skuteczność w ataku. Jednak już w pierwszej akcji drugiej partii przestrzelił Marcin Waliński. Po wykorzystaniu kontry przez Stephena Boyera zrobiło się 5:2, ale w siatkę trafił Krzysztof Rejno i katowiczanie nawiązali kontakt punktowy. Za sprawą Walińskiego udało im się doprowadzić do wyrównania i od tego momentu wynik oscylował wokół remisu. Prowadzący zmieniał się i dopiero po ataku w siatkę Jonasa Kvalena miejscowym udało się odskoczyć na dwa ,,oczka” (15:13). Rzeszowianie zaczęli jednak się mylić i po dwóch błędach w ofensywie oraz bloku Jakuba Jarosza musieli oddać prowadzenie (17:19). To właśnie za sprawą tego elementu goście budowali sobie przewagę. Chwilę później dwoma ,,czapami” popisał się Łukasz Usowicz i na tablicy wyników było 21:17. Od tego momentu przyjezdni jednak stanęli i nie potrafili zrobić przejścia. W jednym ustawieniu roztrwonili całe prowadzenie i stracili pięć punktów z rzędu. Wszystko miało rozstrzygać się w samej końcówce, a dokładnie w czasie gry na przewagi. W niej było sporo emocji, ale trzy ostatnie punkty zapisali na swoim koncie gospodarze i to oni mogli się cieszyć z wygrania tej partii.
Szybko na dwupunktowe prowadzenie wyszli rzeszowianie. Stało się to po wykorzystaniu kontrataku przez Stephena Boyera (4:2). Prowadzenie powiększył Klemen Čebulj, gdy zaatakował piłkę po rękach blokujących, ale po wygraniu przepychanki na siatce przez Jonasa Kvalena na tablicy wyników było 9:10. Od tego momentu zaczęło się naprzemienne zdobywanie punktów i żadna z drużyn nie mogła zapunktować przy swoim serwisie. Dopiero po asie serwisowym Boyera seria ta została przerwana (17:14). Na taką sytuację zareagował trener Słaby prosząc o czas. W dwóch poprzednich partiach w końcówkach gospodarze przyspieszali i do pewnego momentu tak też było w trzecim secie. Po bloku na Jakubie Jaroszu przewaga siatkarzy Asseco Resovii wzrosła do czterech ,,oczek” i choć katowiczanie próbowali się zbliżyć to ich ataki były natychmiastowo odpierane. Impuls do pogoni dał Damian Domagała w polu serwisowym. Po asie w wykonaniu tego zawodnika oraz ,,czapie” Łukasza Usowicza gracze Gieksy doprowadzili do wyrównania i po raz drugi w tym spotkaniu set był rozstrzygany w czasie gry na przewagi. W niej długo prowadzili goście, ale gdy przegrali akcję na 30:30 zaczęli protestować w kwestii nieczystego odbicia rywali. To wybiło ich z uderzenia i ostatecznie po wykorzystaniu przechodzącej piłki przez Karola Kłosa musieli pogodzić się z kolejną porażką w tym sezonie.
Asseco Resovia Rzeszów – GKS Katowice 3:0 (25:20, 28:26, 32:30)
dziennikzachodni.pl – Ambitna GieKSa walczyła do końca, ale rywal był za mocny
W sobotę 9 grudnia 2023 roku w meczu 11. kolejki PlusLigi GKS Katowice przegrał z PGE GiEK Skra Bełchatów 0:3. Katowiczanie starali się nawiązać walkę z faworyzowanym rywalem, ale nie wygrali nawet seta.
Katowiczanie, którzy mieli do tej pory tylko jedną wygraną w sezonie, z animuszem weszli w pierwszego seta. GKS prowadził 5:2 i 8:3, m.in. za sprawą mocnych rozgrywek Jakuba Jarosza. Wtedy o czas poprosił trener Skry Andrea Gardini. Goście odrobili straty, doprowadzili do remisu 10:10 i wyszli na prowadzenie 13:11. Czasem zareagował trener GieKSy Grzegorz Słaby. Gospodarze z 15:17 doszli jeszcze na 17:17, ale Skra odskoczyła na 21:17 i wygrała seta do 21 po ataku Dawida Konarskiego.
Katowiczanie się nie zniechęcili i drugiego seta zaczęli od 4:1, jednak szybko mieliśmy remis – 6:6. GieKSa prowadziła jeszcze 8:6. Przy wyniku 9:11 trener Słaby postanowił porozmawiać z zawodnikami. Od stanu 14:15 zrobiło się 14:18 i znów gospodarze skorzystali z przerwy. Skra szła po swoje i prowadziła 22:15 po asie Grzegorza Łomacza. Pierwszy setbol był przy 17:24. Znów Konarski atakiem zakończył partię, tym razem do 18.
Trzeci set zaczął się od prowadzenia Skry 5:3, ale GieKSa jeszcze zerwała się do walki i miała jeden punkt przewagi po ataku Lukasa Vasiny – 7:6. Goście znów wrzucili wyższy bieg, Łomacz posłał asa i było 7:10, następnie 7:11, 10:14 i 12:17. Katowicki zespół zmniejszył przewagę do 17:20 i znów Skra odskoczyła – 17:23. GKS jeszcze wywalczył dwa punkty (19:23), ale goście pilnowali wyniku. Konarski „zgodnie z tradycją” zakończył atakiem również tego seta i cały mecz.
– Traciliśmy przewagi w pojedynczych ustawieniach – mówił rozgrywający GieKSy Piotr Fenoszyn, który zastąpił kontuzjowanego Davide Saittę (Włoch skręcił staw skokowy na treningu dzień przed meczem). – Mimo tego, że wcześniej wypracowywaliśmy te przewagi dobrą grą, to później to się załamywało, przeciwnik nas dochodził, szybko przełamywał. Nie potrafiliśmy dotrzymać rytmu i ciężko było w końcówkach wracać do wyrównanej gry.
Przedostatni GKS w następnej kolejce ma mecz prawdy, u siebie z ostatnimi w tabeli Czarnymi Radom (piątek, godz. 20.30). – Musimy zresetować głowy, bo przed nami najważniejszy mecz w sezonie – stwierdził trener GKS-u Grzegorz Słaby.
GKS Katowice – PGE GiEK Skra Bełchatów 0:3 (21:25, 18:25, 20:25)
HOKEJ
hokej.net – Własny obiekt atutem GieKSy! Jastrzębianie pokonani
W rozgrywanym awansem meczu 32. kolejki TAURON Hokej Ligi GKS Katowice pokonał na własnym lodzie JKH GKS Jastrzębie 4:1. „Satelita” jest prawdziwą twierdzą mistrzów Polski, gdyż w tym sezonie jeszcze w niej nie przegrali.
Bez Bartosza Fraszki oraz Sama Marklunda zmuszeni byli przystąpić do dzisiejszego meczu mistrzowie Polski. W kadrze JKH GKS-u Jastrzębie zabrakło jedynie dochodzącego do siebie po złamaniu palca u ręki Marcina Kolusza.
Od samego początku spotkania, rywalizacja przebiegała w charakterystycznym dla katowicko-jastrzębskich konfrontacji tempie. Obie strony skupiały się przede wszystkim na odpowiedzialnej grze w defensywie. Krążek szybko przechodził z posiadania jednej drużyny do drugiej. Dążąc do jego przejęcia, zawodnicy nie odmawiali sobie fizycznych pojedynków. Pierwsi próby rozegrania podjęli się gospodarze, jednak schowani za podwójną gardą jastrzębianie, sprawnie oddalali ataki od własnej bramki, cierpliwie czekając na swoje momenty w pierwszej tercji.
W 10. minucie zespół Jacka Płachty popełnił błąd w wyprowadzaniu krążka z własnej tercji. Podanie bez adresata, padło łupem Rastislava Špirko, który otworzył drogę do bramki Filipowi Starzyńskiemu. Ten, ze stoickim spokojem pokonał Johna Murraya i bramką dla gości otworzył wynik spotkania. Po inauguracyjnym golu, obraz spotkania nie uległ zmianie. W 14. minucie z krążkiem do jastrzębskiej tercji wdarł się Shigeki Hitosato. Szybko podwojony przez defensywę gości japoński skrzydłowy nie zdołał zagrozić jednak bramce rywala. Skupieni na wyłuskaniu gumy spod bandy jastrzębianie, pozostawili bez opieki Joonę Monto, który stając oko w oko z Maciejem Miarką doprowadził do wyrównania. Próżno było szukać emocji do końca pierwszej tercji. Niewiele przyszło gospodarzom również z gry w przewadze, po karze nałożonej na Jakuba Martiška w 18. minucie.
Początek drugiej tercji należał do GieKSy. Mistrzowie Polski wrzucili wyższy bieg, pierwszy raz zamykając jastrzębian głębiej we własnej tercji. W 23. minucie swoją profesurę zaprezentował Grzegorz Pasiut. Kapitan GKS-u nadał z prawego skrzydła świetne podanie do Mateusza Michalskiego. Wychowanek Podhala wyjściem na pozycję uprzedził Macieja Miarkę, czym wyprowadził gospodarzy na prowadzenie.
W 26. minucie zaiskrzyło pod katowicką bramką. Kacper Maciaś i Filip Starzyński mieli wobec siebie wzajemnie roszczenia. Do akcji szybko wkroczyli arbitrzy, którzy nie pozwolili na konfrontacje pomiędzy zawodnikami. Skończyło się na obustronnych karach za nadmierną ostrość w grze, zdaniem arbitrów Kacper Maciaś dopuścił się niesportowego zachowania, które zostało ukarane dodatkową karą mniejszą.
Wydarzenia z początku drugiej tercji dobrze wpłynęły na tempo spotkania. Do twardej walki na bandach, zespoły dołożyły więcej konkretów pod bramkami. W 33. minucie raz jeszcze za skórę katowickim defensorom zaszedł Filip Starzyński. Tym razem napastnik wdał się w konfrontację z Aleksim Varttinenem. Efektem były kolejne obustronne wykluczenia, a Starzyński został dodatkowo wykluczony karą dwóch minut za trzymanie kija przeciwnika. Do końca drugiej odsłony żadnej z drużyn nie udało się już stworzyć zagrożenia pod bramką rywali.
Z przytupem rozpoczęli również trzecią tercję katowiczanie. W 43. minucie Jakub Wanacki długim podaniem przez dwie tercje obsłużył Hampusa Olssona. Szwedzki napastnik w bardzo mądry sposób przytrzymał krążek, a następnie w tempo wypuścił Bena Sokaya który podwyższył prowadzenie GKS-u.
W 47. minucie blisko zdobycia kontaktowej bramki byli jastrzębianie. W dogodnej pozycji strzeleckiej znalazł się Maciej Urbanowicz. Doświadczony napastnik posłał uderzenie wprost w maskę Murraya, który interweniując głową zdołał zbić krążek. Zapewne jeszcze mocniej goście żałowali swojej niewykorzystanej szansy w 49. minucie. Maciej Kruczek spod niebieskiej linii wrzucił krążek na bramkę. Maciej Miarka zdołał obronić jego próbę, jednak odbity krążek wpadł wprost na Grzegorza Pasiuta, który zadbał o to, aby guma znalazła drogę do siatki.
Katowiczanie do końca spotkania w pełni kontrolowali przebieg wydarzeń na lodzie. Podopieczni Jacka Płachty mądrze utrzymywali grę w tercji przeciwnika. W 59. minucie Joona Monto zasiadł na ławce kar, jednak gościom niewiele przyszło z gry w przewadze. Niespełna 20 sekund później do drugiego boksu przez arbitrów został skierowany Filip Starzyński, który swoją nadmierną ostrością kolejny raz wykroczył poza przepisy.
„Satelita” wciąż niezdobyta. GieKSa lepsza od Zagłębia
W ramach 26. serii spotkań TAURON Hokej Ligi GKS Katowice pokonał przed własną publicznością Zagłębie Sosnowiec 2:1. O zwycięstwie mistrzów Polski przesądził Olli Iisakka, który popisał się indywidualną akcją.
Z mocno przemeblowaną formacją defensywną do dzisiejszego spotkania zmuszeni byli przystąpić mistrzowie Polski. Trener Jacek Płachta nie mógł skorzystać z usług Macieja Kruczka oraz Jakuba Wanackiego. Do kadry meczowej nie powrócił również w dalszym ciągu Bartosz Fraszko.
Od mocnego uderzenia starcie zaczęli goście. W 2. minucie Damian Tyczyński do spółki z Dominikiem Nahunko wyprowadził dwójkową akcję, jednak ich zamiary świetnie odczytał John Murray. Kolejne minuty spotkania upłynęły pod znakiem dominacji GKS-u. Katowiczanie dosyć swobodnie zdobywali tercję ataku, dobrze operującej w niej krążkiem. W kluczowych momentach gospodarzom brakowało jednak ostatniego podania, a gdy udawało się już wypracować pozycję strzelecką, świetnymi interwencjami popisywał się Patrik Spěšný. W 11. minucie broniący osłabienia goście wyprowadzili kontrę. Olli Valtola pomknął na bramkę Johna Murraya, lecz po jego uderzeniu, krążek zatrzymał się na parkanie katowickiego golkipera. Bezbramkowy remis w pierwszej tercji utrzymał się w głównej mierze, za sprawą świetnie dysponowanych bramkarzy, którzy w ostatniej instancji oddalali wszelkie zagrożenie.
Otwarcie wyniku nastąpiło w 23. minucie. Po odzyskaniu krążka przez Zagłębie we własnej tercji, Arkadiusz Karasiński lewym skrzydłem uprzedził katowickich defensorów i zdołał znaleźć sposób na pokonanie „Jaśka Murarza”. Po inauguracyjnej bramce spotkanie nabrało rumieńców. Podrażnieni straconym golem mistrzowie Polski w coraz śmielszych próbach szukali wyrównania. W 31. minucie udało się gospodarzom rozklepać defensywę Zagłębia. Po szybkiej wymianie podań, krążek trafił do Bena Sokaya, który strzałem poza zasięgiem wyrównał wynik. Niespełna 90 sekund później GKS objął prowadzenie. Olli Iisakka indywidualnie zabrał się z krążkiem. Przy wykończeniu akcji przez fińskiego napastnika nabity został jeden z sosnowieckich zawodników. Rykoszet kompletnie zaskoczył Spěšný, który nie miał żadnych szans, aby podjąć skuteczną interwencję.
W trzeciej odsłonie GKS starał się utrzymywać przy krążku, aby kontrolować przebieg spotkania. Zespół trenera Sarnika pomimo straconego prowadzenia, nie dążył za wszelką cenę do atakowania. Zwarci w obronie sosnowiczanie nie pozwalali myśleć gospodarzom o zdobyciu trzeciej bramki. W 52. minucie Dominik Nahunko powinien nagrodzić cierpliwość swoich kolegów wyrównującą bramkę. Został on obsłużony świetnym podaniem wzdłuż linii bramkowej. Mając przed sobą w pełni odsłoniętą bramkę, 28-latek nie trafił czysto w krążek, co pozwoliło na interwencję, przesuwającemu się za akcją Murrayowi. W ostatnich minutach spotkania Zagłębie zaczęło intensywniej poszukiwać wyrównującej bramki. Emocji nie brakowało aż do końcowej syreny. W 59. minucie na Johna Murraya została nałożona dwuminutowa kara. Trener Sarnik podjął decyzję o wycofaniu z bramki Patrika Spěšnego, jednak pomimo gry 6/4 jego podopiecznym nie udało się odwrócić losów spotkania.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


Najnowsze komentarze