Piłka nożna
Analiza formacji cz.1 – bramkarze
Do świetnych interwencji i bardzo skutecznej gry Łukasza Budziłka przyzwyczailiśmy się już wiosną. Przypomnijmy – golkiper puścił zaledwie 11 bramek w 17 meczach w poprzednim sezonie. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że GieKSie trafił się nieprzeciętny torman, jednak zastanawialiśmy się, czy wysoką formę utrzyma także na początku obecnego sezonu. To, że będzie to nr 1 – to było pewne. I tak rzeczywiście było przez całą rundę, z krótkim „odpoczynkiem”, o czym zaraz napiszemy.
Kto wie, czy najlepszego występu Budziłek nie zaliczył już na samym wstępie. W meczu Pucharu Polski w Suwałkach raz po raz ratował nasz zespół przed utratą bramki. Wszelkie katastrofalne błędy obrony – które niestety miały miejsce – bramkarz ratował skutecznymi interwencjami, nawet w sytuacjach sam na sam. Miał też dużo szczęścia, tak potrzebnego bramkarzowi – gdy piłka trafiała w słupek. Na sam koniec zaliczył jeszcze… asystę, bardzo dobrym wykopem uruchamiając Arkadiusza Kowalczyka, który strzelił bramkę. W meczu z Sandecją pokazał się z innej strony, która powinni prezentować bramkarze. Czyli bycie bezrobotnym przez cały mecz, ale zachowanie gotowości przez pełne 90 minut. W końcówce spotkania Budziłek dwukrotnie w ciągu jednej minuty popisywał się świetnymi interwencjami, dzięki czemu zakończył z czystym kontem. Poważny błąd przydarzył się golkiperowi w meczu Pucharu Polski z Podbeskidziem. Wówczas po dośrodkowaniu Adama Deji bramkarz źle obliczył tor lotu piłki i dał się wyprzedzić główkującemu Błażejowi Telichowskiemu. Gol do złudzenia przypomniał kiks Andrzeja Woźniaka na Wembley w 1996 roku. Na szczęście ta interwencja nie zaważyła na wyniku i GKS awansował. Trzy dni później Budziłek, jak i cały zespół, przeżył koszmar w Bełchatowie. Po prawdzie jednak nasz bramkarz nie zawinił przy straconych bramkach, które obciążały praktycznie we wszystkich przypadkach konta obrońców. Sam golkiper obronił w tym meczu rzut karny, który sam… sprokurował.
Wkrótce na Bukowej GKS rozegrał bardzo słaby – choć zwycięski – mecz z Miedzią. To spotkanie należy oceniać w kategoriach – Budziłek dał szansę wygrać GieKSie mecz. Kilka sytuacji stworzonych przez legniczan nie kończyło się golami właśnie ze względu na interwencje Łukasza. Pod koniec katowiczanie strzelili bramkę z rzutu karnego.
Bramkarz na pewno nie wspomina miło debiutu Kazimierza Moskala w GKS, czyli meczu z Łęczną. Już na początku skapitulował po strzale jednego z rywali, a jeszcze w pierwszej połowie za wyjście poza pole karne i faul na Szałachowskim otrzymał czerwoną kartkę. Na żywo wyglądało to na ostre, a wręcz brutalne zagranie. Jak się jednak okazało – oglądając telewizyjne powtórki – nic takiego nie miało miejsca. Owszem – Budził zagrał niebezpiecznie, wysoko podniesioną nogą, ale o czymkolwiek więcej nie było mowy, a płacze „Szałacha” o urwanej nodze można było między bajki włożyć. Nasz zawodnik powinien dostać żółtą kartkę, a Łęczna mieć rzut wolny pośredni. Sędzia jednak zadecydował inaczej i całą drugą połowę bramkarz oglądał z wysokości trybun, a także musiał pauzować jeden mecz – z ROW Rybnik.
Powrócił na boisko w spotkaniu z Arką i znów zachował czyste konto, notując dwie bardzo dobre interwencje na linii po strzałach głową rywali. W meczu z Puszczą natomiast – wydawało się, że będzie miał niewiele pracy, a jednak musiał wielokrotnie interweniować – po atomowych strzałach rywali niby w środek bramki, ale wcale nie łatwych. Gola puścił po dobitce obronionego rzutu karnego. Było blisko dobrej interwencji.
GKS odpadł z Pucharu Polski z Zawiszą. Pamiętna petarda Petasza była jedynym golem w meczu. Budziłek mógł się lepiej przy tym golu zachować, ale też nie można go obarczać całkowitą winą za utratę tej bramki. Raczej należy pochwalić strzelca. Wkrótce katowiczanie rozegrali najlepsze spotkanie – z Olimpią Grudziądz. GKS wygrał 4:0, ale Budziłek też pomógł, bo zaliczył kilka dobrych interwencji. Podobnie było w spotkaniu z Niecieczą, gdzie przy stanie 2:1 dla GKS wybronił sytuację sam na sam, a był to okres, kiedy rywal bardzo mocno naciskał. Analogicznie – ale już większy ciężar gatunkowy interwencji – miała miejsce parada przy strzale Japończyka Kato przy stanie 1:0 dla Stomilu w meczu na Bukowej. Olsztynianie mogli prowadzić już dwoma golami, a tymczasem „utrzymali” jednobramkowe prowadzenie, a potem Grzegorz Gocnerz dwa razy ukłuł bramkarza gości.
Jednym z najsłabszych spotkań był derbowy pojedynek z Tychami. Co prawda Budziłek jakoś nie zawinił specjalnie przy bramkach, ale być może mógł się lepiej zachować, zwłaszcza przy trzeciej. Zdecydowanie nie wybronił tego spotkania, ale też ma prawo do słabszego występu. Czyste konto zachował w meczu z Wisłą Płock, a na koniec z Flotą puścił bramkę z najbliższej odległości (zadecydowały błędy obrońców w kryciu).
Budziłek to dzisiaj bramkarz, którym interesuje się ekstraklasa, a obserwuje nawet sztab szkoleniowy reprezentacji Polski (obecność Jarosława Tkocza na meczu z Flotą). Nie jest to przypadek, bo po bardzo dobrej rundzie wiosennej golkiper zaliczył nie mniej udaną jesień. Jego bilans 7 czystych kont w 20 meczach, co może nie jest wynikiem mega-imponującym, ale dobrym. Puścił 19 bramek, czyli niemal 1 na mecz, ale na ten obraz wpływa „piątka” w Bełchatowie. Poza tym zaledwie raz (!) puścił więcej niż jednego gola – było to w spotkaniu z Tychami. Ta statystyka już na pewno jest godna uwagi.
Nie liczby jednak, a sama postawa Budziłka wpływa na to, że już jest jednym z najlepszych bramkarzy w Polsce. Potrafi grać na linii, potrafi też wyjść daleko poza pole karne, czym ratuje – jak w meczu z Podbeskidziem – GKS od utraty bramek. Zdarzają się czasem mniej pewne interwencje, ale nie mają one konsekwencji. Wypada sobie życzyć tylko, aby bramkarz został w Katowicach na wiosnę, a potem – oby – na ekstraklasę.
Swój epizod miał w tym sezonie rezerwowy Rafał Dobroliński. Po czerwonej kartce dla Budziłka w Łęcznej zajął miejsce między słupkami i spisał się poprawnie. W drugiej połowie co prawda w ciągu kilku minut puścił dwa gole, ale nie można było mieć większych pretensji. Podobnie w meczu z ROW Rybnik, stracony gol był kunsztem Idrissy Cisse. Ponadto Dobroliński bronił dobrze i pomógł GieKSie w odniesieniu zwycięstwa.
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.


kamell
5 grudnia 2013 at 20:33
Panowie jak Budziłek ma sie rozwijać dalej to niestety musiałby trafić do mocniejszego zespołu niż nasz Gieksa. Może przy okazji wpadło parę groszy do kasy klubowej. Dobroliński też jest dobrym tormanem tylko trzeba dać mu sznasę. Co do naszych tormanów to mam dobre zdanie. Panowie proszę o komentarz obiektywnym okiem. Jakby miał juz zostać w zespole to musimy się wzmocnić na ekstraklase i to porządnie a pachnie tym coraz bardziej.
andreasw1959
5 grudnia 2013 at 21:16
kamell niezgadzam sie ztwoja opiniom gdyby my niemieli Budzilka niestolibymy tak wysoko w tabeli to jest najasniejszy punkt w Gieksie mlody perspektywiczny zawodnik ,dobry refleks ,co do Dobrolinskiego duzo mu brakuje do Budzilka.W calej tej rundzie Budzilek popelnil tylko jeden blad gdzie stracili my bramka.CALE MOJE ZYCIE TO GKS KATOWICE